Rival Sons – Feral Roots

feral-roots-w-iext53741340

Czy są tu fani klasycznego, twardego rocka z lat 60. i 70.? Mam dla nich dobre wiadomości, bo wrócili spece od grania tej muzyki. Rival Sons pod wodzą Jaya Buchanana po trzech latach przerwy nadal przypomina, że z dziedzictwa takich kapel jak Led Zeppelin i Deep Purple, by dać soczystą muzę w starym stylu.

I już na dzień dobry dostajemy z mocnej rury. “Do Your Worst” ma pobrudzone riffy, mocną perkusję, silny wokal oraz chwytliwy refren. Czyli to, co najbardziej lubią fani kalifornijskiej kapeli. Nie zabrakło przesterowanych solówek w bardzo pokręconym “Sugar on the Bone”, gdzie na pierwszy plan wchodzą klawisze oraz perkusja, dodając ognia do pozornie utrzymanego w średnim tempie utworu. “Back in the Woods” to przede wszystkim bardzo ostre solo perkusji na początku oraz siarczyste riffy w tle plus chórek w refrenie. Ale ponieważ nie można walić na złamanie karku, dostajemy krótkie momenty wytchnienia jak akustyczny początek “Look Away” (dalej jest mocno i rockowo) czy w tytułowym utworze. Tam dynamiczny i troszkę ostrzejszy jest refren, w przeciwieństwie do “Too Bad”, w którym jest na odwrót. Nie zabrakło ani zadziornego bluesa (“Stood by Me”), ani nawet wplecionego chóru (“Shooting Stars”), dodając niejako epickiego doświadczenia.

Buchanan ma taką moc, że nawet najbardziej obojętni fani rocka, będą w stanie dostrzec jego siłę. Każdy utwór wsysa, wali z całego uderzenia, a jednocześnie klimat przypomina klasycznego hard rocka. “Feral Toots” podtrzymuje poziom poprzednich płyt, co dla fanów tzw. retro rocka (troszkę krzywdzące stwierdzenie) jest piękną wiadomością. Sprawdźcie to.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Manic Street Preachers – Resistance Is Futile

Resistance_Is_Futile

Ta walijska formacja działa już ponad 30 lat I łączy rock’n’rollową muzykę z socjalistycznymi poglądami ukrytymi w tekstach (w końcu są nawiedzonymi kaznodziejami). Trio pod wodzą Jamesa Deana Bradforda wróciło po czterech i w 2018 pokazali następcę dobrze przyjętego “Futurology”. Już sam tytuł zapowiadał zmianę (“Opór jest daremny”) oraz pewien pesymizm.

Sam początek to całkiem niezły “People Give In” z równo grającą sekcję oraz delikatnym tłem smyczkowo-klawiszowym. Refrenu brak, ale ma w sobie coś. Tak jak dynamiczniejszy pierwszy singiel “International Blue” z bardziej pobrudzonymi gitarami w tle. I wtedy pojawia się bardziej popowy oraz spokojniejszy (w zwrotkach) “Distant Colours”, by zaatakować “Vivian”. Pozornie zaczyna się delikatnymi dźwiękami fortepianu, ale wtedy wchodzą smyczki oraz gitara w refrenie, doprowadzając do przyspieszenia I ten rollercoaster trwa przez 4 minuty. Troszkę dziwnie prezentuje się nagrany z The Anchoress “Dylan & Caitlin”, gdzie dominują przez sporą część smyczki, by wrócić do perkusyjnych strzałów oraz szybkich solówek w “Liverpool Revisited”, a także “Sequels of Forgotten Wars”, gdzie pojawiają się elektroniczne wstawki. Klawisze delikatnie odzywają się w kojącym “Hold Me Like a Heaven”, zaś fanom mocniejszych brzmień najbardziej spodoba się niemal punkowy “Broken Algorithms” z pokręconą perkusją oraz nakładającymi się wokalami pod koniec.

Problem jednak w tym, że te utwory niespecjalnie zostają w głowie po odsłuchaniu. Nawet pewna próba urozmaicenia nie jest w stanie zostać na dłużej tak jak “Futurology”. Ale fani zespołu powinni nabyć wersję deluxe z dodatkową płytą. Tam są wersje demo z podstawowej wersji oraz dwa nowe kawałki – pachnący Morrisseyem “Concrete Fields” oraz “A Soundtrack to Complete Withdrawal”, ale nie wybijają się z poziomu podstawki. Fani będą oczarowani, lecz dla mnie miejscami brakowało jakiegoś mocniejszego kopa oraz uderzenia. Można poszukać paru ciekawych tekstów, tylko że dla tekstów można wziąć tomik wierszy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Various Artists – T.Cover

1543061610NgfveGO5Vh8DnvwkyKehFQTqRenvWy

Czy ktoś spodziewał się, że zespół T. Love działa już ponad 35 lat? Ta rocznica przypadła rok temu i ktoś wpadł na pomysł, by artyści szeroko pojętej sceny muzycznej postanowili w formie hołdu nagrać własne wersje swoich ulubionych piosenek tej kapeli. Najpierw krążyły one na YouTube, by dopiero jesienią tego roku zostać wydane na płycie. Niestety, nie ma tu wszystkich, co wynika z pewnych problemów natury prawno-biznesowej, ale zestaw jest dość imponujący.

Rapową scenę reprezentuje Mioush dość mocno eksperymentujący z “Wychowaniem”, gdzie wysamplowany fragment staje się pretekstem do własnych refleksji na temat okresu dojrzewania. Swoje zrobił też Sokół z “Warszawą” serwując niemal oszczędną aranżację, niemal melorecytując tekst. Fani psychodelicznych eksperymentów rozsmakują się w tym, co Łąki Łan zrobiło z “I Love You”, idąc ku tanecznemu techno oraz rave (tytuł “I Love Rave” zobowiązuje), by potem przerobić go na modłę… country, a także Tekno z “Potrzebuje wczoraj” (bardziej skocznie i mające mniej warstw, z lekko punkowym wokalem). Szukacie czegoś na ostro? To macie Acid Drinkers z koncertową wersją “Nie nie nie”, gdzie zgrabnie wpleciono klasyka eurodance’u “No Limits” od 2 Unlimited oraz bardziej garażową wersję “Gnijącego świata” od Mietalla Wallusia. Fani reggae (i przede wszystkim Kamila Bednarka) pobujają się przy niezłej “Stokrotce”, zaś osoby lubiące elektronikę zanurzą się w eterycznym popisie duetu Xxanaxx (“nie nie nie”) czy bardzo oszczędnej “Jeździe” od Poli Rise.

Żeby jednak nie było tak słodko, jest kilka drobnych kiksów jak zrobiony na indie rocka “1996” z bardzo manierycznym (i irytującym) głosem Piotra Roguckiego, smęcący “Gnijący świat” w quasi-orientalnej wersji Jordany Reyne, dziwaczny “Lucy Phere” od Bovskiej czy tandetnie folkowy “Ajrisz” od Sidneya Polaka. Za to zwieńczeniem albumu jest nagrany wspólnie przez Muńka oraz Kryzys “Armageddon 2014” ku pamięci zmarłego Roberta Brylewskiego. I jest w tym moc, brud, pazur.

Podoba mi się ta inicjatywa, choć brakuje chyba najlepszego z coverów “Boga” od Dawida Podsiadły, ale tu pojawiły się kwestie pozaartystyczne. Niemniej jest to bardzo intrygująca kompilacja, gdzie każdy stara się naznaczyć każdy utwór swoim własnym piętnem, a nie tylko odśpiewać. I to jest fajny ruch.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ian Gillan & The Javelins – Ian Gillan & The Javelins

ian-gillan-the-javelins-b-iext53077091

Moda na retro rockowe granie trwa już od kilku ostatnich lat, choć nie tylko tylko o granie coverów, lecz działalność takich kapel jak River Sons, Blues Pills czy ostatnio coraz popularniejsza Greta Van Fleet. Jednak The Javelins wpisują się w tą pierwszą grupę. Kapelę tworzą: gitarzyści Gordon Fairmaier i Tony Tacon, basista Tony Whitfield, perkusista Keith Roach oraz na wokalu Ian Gillan (jeśli kojarzy się to nazwisko z zespołem Deep Purple, to bardzo dobrze się kojarzy). Choć działają od lat 60., swój pierwszy album wydali dopiero w 1994 roku (“Sole Agency and Representation”) i teraz wracają z premierowym materiałem. Ale premierowy nie oznacza w tym przypadku oryginalny, bo znów są to covery hitów z czasów rock’n’rolla.

Zaczyna się od zaskakująco energicznego “Do You Love Me”, który już daje czuć klimat rock’n’rolla: od staroświecko uroczej perkusji, śpiewanych chórków przez zespół w refrenie, łagodne gitary oraz mocny głos Gillana, ale bez ekspresji znanej z macierzystej formacji. A im dalej w las, tym bardziej elegancko wybrzmiewa całość: od ubarwionego jazzem “Dream Baby” (dęciaki są cudne) przez delikatnie pędzące “Memphis, Tennessee” z ładnymi solówkami czy zaskakujące “Little Egypt” z wstępem w klimacie wesołego miasteczka, by pójść w niemal tanecznego bluesa, z dęciakami oraz wręcz werblową perkusją w środku. Javelinsi też potrafią przyspieszyć (“High School Confidential” czy “Rock’n’Roll Music”, gdzie szaleje fortepian Dona Aireya), by pójść w bardziej liryczne klimaty jak w “It’s So Easy!” oraz bujając w delikatnym “Save the Last Dance for Me” czy organowych “Another Saturday Night”, nie zapominając o bluesisku (“You’re Gonna Ruin Me Baby”, gdzie swoje solówki mają klawisze z harmonijką ustną).

Niektórzy mogliby stwierdzić, że poboczny project Gillana jest tylko skokiem na kasę oraz grą na sentymentach. Ale zespół bardzo dobrze się bawi, Gillan wrzuca na luz, zaś klimat wylewa się z każdego granego utworu. Czasami warto uruchomić taki wehikuł czasu, nawet jeśli nie jest to nic nowego. Ale czy zawsze trzeba na nowo odkrywać koło, by sprawić wielką frajdę?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Godsmack – When Legends Rise

GodsmackWhenlegendsrise

Jesień przyszła i wtedy jest moda na dwa rodzaje muzyki: zgodną z pogodą na zewnątrz (melancholijny, spokojny pop ew smooth jazz lub piosenka poetycka) albo grzałkę, czyli bardzo ostre dźwięki. Takie jakie serwuje choćby Godsmack, który łoił bardzo ostro, szybko, mocno i głośno. Rok temu wydali swój siódmy album “When Legends Fall” i pojawiło się pytanie: czy coś się zmieniło w tym pieprzniku?

Kwartet pod wodzą Sully’ego Erny nadal gra ostro, solówki Enry oraz Romboli potrafią dostarczyć, zaś same utwory są na tyle krótkie, by nie mogły się znudzić. Jak choćby utwór tytułowy z bardzo równo, choć zmiennie grającą perkusją oraz siarczystym refrenem. Czasem w tle przewinie się fortepian jako tło, nie zawsze słyszalne (intensywny “Bulletproof” z mocnym mostkiem), a to wskoczą jeszcze smyczki (podniosłe “Under Your Scars”), jeszcze podniosły chórek w tle z nośnym refrenem (“Unforgettable”). Jednak najważniejsze są tutaj popisy gitar, przypominające bardziej brudne, lekko grunge’owe brzmienie. Ale o dziwo całość nie jest aż tak szybka, jak by się mogło wydawać (może poza “Say My Name”), a długich utworów tutaj jak na lekarstwo (wyjątkiem jest prawie 5-minutowy “Someday”, będące jedynym rozbudowanym numerem). Niemniej nie brakuje tutaj ostrych numerów (“Say My Name” czy wsparty basem “Just One Time”), zaś wokal Erny’ego troszkę przypomina Jamesa Hetfielda, choć to może moje uszy świrują.

“When Legends Rise” jest bardziej hard rockowy niż metalowym popisem amerykańskiej ferajny. Jak trzeba to uderzy soczystymi solówkami, by potem lekko zwolnić tempo i zaatakować z większą mocą. Wstydu nie ma, chociaż liczyłem na mocniejsze ciosy.

7/10

Radosław Ostrowski

Jakubik & Deriglasoff – 40 przebojów

R-10048859-1490719707-4967.jpeg

Kiedy dwie wyraziste osobowości ścierają się ze sobą, należy spodziewać się absolutnie wszystkiego. Ale tym razem są to bardzo niezapomniane charaktery: Olaf Deriglasoff (legenda sceny alternatywnej) oraz Arkadiusz Jakubik (wokal). Panowie razem nagrali album z 40 kawałkami I to dzieło można (legalnie) ściągnąć za darmo na stronie Narodowego Centrum Kultury. Jak udało się to upchnąć?

Cały myk polega na tym, że żaden z utworów nie trwa dwie minuty, gdzie będziemy mieli do czynienia z różnymi stylistykami, bazując na wszelkiej maści dźwiękach elektronicznej. Nie brakuje niemal psychodelicznej, “garażowej” rąbanki (“Zatruty owoc”), kompletnie przemielonej gitary w niemal industrialnej rzeźni (“Morderca”, “Odliczanie”), ambientowe cudadła (“Koło”), strzelającej perkusji (“Andrzej”), niemal dyskotekowego bitu (wykrzyczany “Czas”), nowofalowe dźwięki gitary (“Podmorskie pałace”, “Plastikowe maski”), a nawet cyfrowo przerobiony wokal (“Czas”, “Prawda o drzewach”, “Sorry”) czy orientalne wstawki (“Reszta”). Niby utwory są krótkie, ale nie oznacza to, że są nudne i niewiele się dzieje. Nie brakuje zmiany tempa (“Kartki pocztowe”), niemal bombastycznych ciosów (“Miasto”, “Sobota impuls”), wysamplowanych dźwięków (odgłos pociągu w “Jamesie” czy jakiejś maszynerii w “Jonaszu”). Bywa wręcz miejscami na granicy wariactwa (“Szmata”), bólu uszu (“Szklane wodorosty”) czy wejścia w zupełnie inny wymiar (“Magnetofon” czy jazzowa “Pierwsza zmiana”), zaś krótki czas trwania wywołuje we mnie zdziwienie, że to już. Ale i z czasem utwory zaczynają się zlewać w jedno, mimo eksperymentalnych udziwnień Deriglasoffa oraz kompletnie zmieniającego tembr głosu Jakubika.

Ale czy “40 przebojów” to nie jest troszkę za dużo? Dla mnie to za szybko się kończy, czasami teksty wydają się kompletnie niezrozumiałe, a czasem jest poczucie wręcz przesytu dźwięków. Nie oznacza to jednak, ze jest to dzieło nieudane, bo są przebłyski. I warto spróbować dać szansę temu duetowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Slash feat. Myles Kennedy & The Conspirators – Living the Dream

Livingthedream-front

Ciężko jest mi sobie wyobrazić fana muzyki rockowej, który nie znałby Saula Hudsona aka Slasha. Ten wyrazisty gitarzysta był filarem Guns’n’Roses, do których niedawno wrócił. Nie oznacza to, że wspólne muzykowanie z Mylesem Kennedym oraz The Conspirators zostało ostatecznie zakończone. Po chłodniej przyjętej “World on Fire” grupa postanowiła wydać chudszy album numer trzy. Czy te 12 kawałków dają radę?

Już otwierający całość “The Call of the Wind” serwuje cięższe hard rockowe granie z rozpędzonym riffem, mocną oraz szybką sekcje rytmiczną, dając mnóstwo czadu i pozwalając na chwilkę wyciszenia w środku. Zupełnie jakbym słuchał bardziej agresywne numery z lat 70. Znacznie ciężej jest w bardziej bluesowym “Serve You Right”, z bardziej brudnymi riffami, pozwalając sobie dalej na więcej. Perkusyjne strzały w “My Antidode” kontrastują z dwoma gitarami: jedna lekko podniszczoną I tnącą, drugą bardziej wyciszoną oraz spokojniejszą, by ustąpić czaderskiej solówce (wraca pod koniec), wyciszając się w zwrotce. Jeśli szukacie szybkich numerów z rozpędzonymi riffami mamy jeszcze “Mind Your Manners”, zmieniające tempo, bardziej podniosłe “Lost Inside the Girl” czy soczysty “Driving Rain”.

Nawet w tych pozornie spokojniejszych momentach udaje się parę razy zaskoczyć nie tylko nagłą zmianą tempa, ale małymi detalami (refren w “Read Between the Lines”, początek “Slow Grind”, akustyczna gitara w pięknym “The One You Loved Is Gone”, mocny początek “The Great Pretender”, choć sam utwór troszkę przypomina “Don’t Cry”), uatrakcyjniającymi odsłuch. Sam Kennedy na wokale daje dużego kopa, ale to Slash ze swoimi solówkami błyszczy.

“Lives the Dream” jest o wiele krótszy od poprzednika, co jest ogromną zaletą. Różnorodność tempa, świetnie zagrane, Kennedy na wokalu radzi sobie bardzo dobrze, zaś kopniaki serwowane przez Slasha zostaną na długo. Takiej energetycznej płyty na chłodne wieczory potrzeba dzisiaj bardzo.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Paul McCartney – Egypt Station

Cover_of_Paul_McCartney%27s_%27Egypt_Station%27_album

Czy jest ktoś, kto się uważa za fana muzyki i nie wiem, kim jest Paul McCartney? Jeden ze współautorów największych hitów grupy The Beatles solowo radził sobie nie najgorzej, pozostając nadal aktywnym na polu muzycznym. I właśnie artysta wydał swój osiemnasty album, wyprodukowany przez Grega Kurstina (współpraca przy poprzednim „New” z 2013 r.). Zapowiada się, że będzie to album z podróżami w tle. Jak wygląda ta wyprawa?

Sam początek to delikatne, bardzo krótkie intro, gdzie mamy wplecione jakieś słowne fragmenty oraz odgłosy odjeżdżającego pociągu. I jeszcze chórek. Po tym wstępie wchodzi „I Don’t Know”, czyli melancholijna ballada zdominowana przez smutny fortepian, do którego dołącza perkusja oraz już podniszczony, lecz pełen ciepła głos gospodarza. Działa to bardzo kojąco na uszy, ale to chwila przez zadziorniejszym, singlowym „Come On To Me” z bardziej wyrazistą gitarą oraz chwytliwym refrenem, gdzie wykazuje się stary Hammond oraz pianino, bardziej dynamiczne niż poprzednio. By było jeszcze fajniej w połowie wskakują dęciaki oraz solówka na gitarze, a także zmiana tempa pod koniec z bardziej ekspresyjnym wokalem Macca. „Happy with You” brzmi tak bardziej „ogniskowo”, bo poza gitarą w zasadzie nie odzywa się nic. Chyba, że wychwycimy flety, budujące klimat jakby z lat 70. oraz niemal beatboxerskie popisy sir Paula. W podobnym tonie, choć bez takich atrakcji przygrywa „Confidante”. Gitara (bardziej zapętlona) otwiera bardziej bujającego bluesa „Who Cares”, gdzie wokal jest lekko podrasowany cyfrowo, a im dalej w las, tym więcej ognia. Drugim singlem jest bardzo „letnie” pod względem klimatu, sięgające wręcz po stylistykę r’n’b „Fuh You” (ciekawe, jak by chciano zagrać ten utwór w radiu, podano ten tytuł), które w finale nabiera wręcz epickiego rozmachu (smyczki, chórki).

Macca potrafi też parę razy zaskoczyć jak w „People Want Peace” wspartym na duecie pianino-perkusja (niczym echo odbijająca się), tworząc dość dziwną sklejkę, do której wskakują ciepłe klawisze oraz piękne smyki, wykorzystujący japoński flet „Hand in Hand”, pełen odgłosów ptaków oraz roztańczonego Hammonda samba „Back in Brazil”, ubarwiony „orientalną” gitarą oraz werblami „Caesar Rock” czy aż trzykrotnie zmieniający rytm i styl „Despated Repeating Warnings”. Innymi słowy ex-Beatles miesza klasyczne brzmienie z lat 70. oraz nowoczesną produkcję, serwującą masę drobnych detali, dodających wiele frajdy.

A i sam McCartney wokalnie nadal daje radę, nawet w bardziej ekspresyjnych momentach nie czuć zmęczenia. Także tekstowo jest bardzo różnorodnie, nie bez pewnego krytycznego spojrzenia na świat, ale bez pesymistycznego przekonania. Nie wiem, jakie środki wykorzystuje McCarthney, ale mu to służy bardzo. Tak dobrego materiału sir Paul nie nagrał od bardzo, bardzo dawna. Jest różnorodnie, energetycznie i z czadem.

8/10

Radosław Ostrowski

Romantycy Lekkich Obyczajów – Neoromantyzm

neoromantyzm-w-iext52769590

Dawno nie było grupy z lokalnego Olsztyna. Duet Damian Lange (Transsexdisco) i Adam Miller, bardziej znany jako Romantycy Lekkich Obyczajów, to mieszanka folkowo-rockowej muzyki, okraszonej duchem romantyzmu. Po dwóch latach przerwy przypominają o sobie w czwartym albumie, pod wiele mówiącym tytułem “Neoromantyzm”. Czyżby romantyzm miałby się wznieść na wyższy poziom?

Otwierające całość “Ceppeliny” to mieszanka elektronicznego wstępu z metalicznym basem oraz bardzo chwytliwym refrenem. A żeby nie było zbyt nudno, pod koniec mamy wpleciono solo na trąbkę. Bardziej przewrotne jest “Kobietotalizm”, gdzie na początku mamy wspólny śpiew niczym z muzyki lat 50., by wejść ku reagge’owym klimatom, które nie do końca mi pasują. Jeszcze bardziej zaskakuje “Dotknij żaru”, będący mieszanką rapu (wokal), beatboxingu, funku i jazzu, nie wywołując zgrzytów. Bardziej chwytliwy jest utwór tytułowy, gdzie poza chwytliwym basem oraz solówką trąbki pojawia się sam Grabaż ze Strachów na Lachy. A jeszcze dziwniej, wręcz etnicznie prowokuje “Zwilż”, gdzie gra minimalistyczna perkusja oraz… skrzypce, do których dołącza bas. “Morfeusz” miesza z jednej strony new wave’owe klawisze z gitarami, a nawet piękną kobiecą wokalizę pod koniec, by później wskoczyć w mroczny, silny emocjonalnie “Dom (Tęsknię)”, z każdą sekundą nabierając większego rozmachu. Poza tym czasem zostanie przerobiony wokal (początek wręcz tanecznego “Taki raj”), mocniej zagra gitara (lekko folkowe “Tsunami”), a nawet przypomni o sobie fortepian (lekko “podchmielone” “Karaluchy”).

“Neoromantyzm” jest zbitką różnych eklektycznych dźwięków, które tylko pozornie sprawiają wrażenie przypadkowych. Do tego niegłupie, bardzo refleksyjne teksty nie tylko o miłości oraz wyrazisty wokal tworzą bardzo intrygującą mieszankę, pełnym energii.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rendez-Vous – Rendez-Vous

QDajkeNK-wE

A teraz cofniemy się bardzo mocno w przeszłość. Jest rok 1983, gdy działalność rozpoczął zespół Rendez-Vous, powstały na zgliszcza Banku, kierowany przez basistę oraz wokalistę Ziemowita Kosmowskiego, a także saksofonistę Kamila Bilskiego. Na realizację swojego debiutu musieli czekać aż trzy lata, po drodze dochodząc do wielu roszad. Ostatecznie na albumie zwanym “Rendez-Vous”, poza Kosmowskim są gitarzysta Andrzej Stańczak oraz perkusista Wojciech Młotecki.

Album czerpie garściami z popularnego w Polsce nurtu nowofalowego, ale tutaj mocniej obecne jest zgranie gitary basowej z elektryczną, bez obecności syntezatorów. I to zgranie czuć już w otwierającym całość wielkim przeboju “A na plaży… (Anna)”, który nadal ma w sobie bardzo przyjemny rytm, kilka surowszych riffów oraz pewien metaliczny (z braku lepszego określenia) styl. Podobnie szorstki, ale i szybkie jest “W każdą złą noc”, chociaż nie pozbawione pewnej nutki liryzmu. Niemal “tykający” początek “Trafiony Tobą” nie zapowiada tak delikatnego, wręcz romantycznego numeru z perkusją troszkę przypominającą nagrania Lady Pank. No i ten tekst, który zostaje na długo. A po tym wchodzi intrumentalny “Zawsze o północy”, którego fragment nawet wykorzystano w programie “997”, czyli bardziej pogodne – przynajmniej na początku – granie, z “reagge’ową” perkusją. Ale gitara zaczyna coraz bardziej się nakładać na siebie, skręcając ku mroczniejszym dźwiękom, tworząc poczucie zagrożenia (mocny środek), by wrócić do początku. Równie przyspiesza “Maszyna zła”, idą ku bluesowym rytmom i… troszkę przypomina Kult. Liryzm wraca do “Nie okłamuj” ze ślicznym początkiem na gitarze, by przyspieszyć basem, a także dać czas na mocniejsze riffy.

Z koeli sam Kosmowski śpiewa tutaj bardzo delikatnie, ale jednocześnie głos ten jest bardzo przestrzenny, czasami kojący (“Nie umiem Cię”). I co najważniejsze, idealnie współgra z muzyką, która godnie znosi próbę czasu. Nowofalowe naleciałości, pięknie grająca gitara oraz wyczyniająca wręcz cuda perkusja tworzą niesamowite połączenie. Płyta w 2002 roku została wydana na kompakcie, w zremasterowanej wersji, którą polecam gorąco.

8/10

Radosław Ostrowski