Caterina Silveri jest cenioną śpiewaczką operową. Mieszka w Stanach z mężem i jej agentem Douglasem oraz nastoletnim synem Joe. Spokojne i w miarę szczęśliwe życie kończy się, gdy Douglas dostaje zawału podczas jazdy samochodem. Matka razem z synem, wbrew jego woli przenosi się do Włoch. Ona dalej śpiewa, on razem z kolegami z towarzystwa zaczyna ćpać, co musi doprowadzić do poważnych decyzji.

Tym razem Bertolucci nakręcił dramat za amerykańskie dolary i przez to czuć, że nie jest to w pełni jego dzieło. Pojawiają się pewne stałe elementy – włoska opera w tle, brak ojca, rodzinne tajemnice – jednak całość nie porywa. Wątek narkotykowy zwyczajnie śmieszy – nie widać specjalnie różnicy w charakterze Joego (syna Cataliny), a „głód” ogranicza się do stękania i mówienia o bólu. Rezygnacja z kariery scenicznej, by zająć się synem też nie przekonuje, bo kobieta niby chce próbuje ogarnąć problem, jednak sobie odpuszcza i daje wejść chłopakowi na głowę, a nawet wchodzi w relację kazirodczą (że co?), co jeszcze bardziej drażni. Logika zachowań bohaterów dziwi (matka idzie do dilera i dostaje od niego narkotyki), fabuła jest dziurawa i pomieszana, przez co kompletnie nie obchodzą losy bohaterów. Broni się tak naprawdę tylko strona wizualna – Vittorio Storaro potwierdza swoją klasę jako operator (zwłaszcza widoki księżyca robią ogromne wrażenie) i dobrze próbująca sobie radzić Jill Clayburgh w roli Cataliny.

Wiadomo było, że po latach tłustych, muszą pojawić się lata chude. I to dotyczy każdego reżysera, nawet Bertolucciego, który tutaj próbuje operować nastrojem i symboliką, ale robi to nieudolnie. „Księżyc” jest artystyczną porażką, która próbuje wiele wcisnąć do jednego worka, ale efekt może być tylko rozczarowujący. Jedynie debiut zawodził bardziej.
5/10
Radosław Ostrowski

