
David Bowie to postać, której wpływ na muzykę i kulturę nie podlega jakiejkolwiek dyskusji. Od lat 60. ciągle komponował i zaskakiwał każdym albumem, tworząc za każdym razem inną muzykę, odcinając się od poprzedniego dzieła. 3 lata temu zaskoczył wracając po 10 latach niebytu albumem „The Next Day”, a w miniony w piątek, obchodząc 69 urodziny wydał 26 album „Blackstar” razem ze stałym współpracownikiem, producentem Tonym Viscontim. W poniedziałek dotarła wiadomość, ze Bowie zmarł, więc troszkę bałem się odbioru albumu, który stał się muzycznym testamentem.
Bowie znowu zaskakuje i tym razem idzie w stronę jazzu, co widać w składzie muzyków (saksofonista Donny McCaslin, gitarzysta Ben Monden, klawiszowiec Jason Lindner i perkusista Mark Guillama). Utworów jest zaledwie 7 i całość trwa nieco ponad 40 minut. Pozornie wydaje się to drobiazgiem, ale już otwierający całość 10-minutowy „Blackstar” okazuje się kompletną niespodzianką. Delikatna gra harfy, przestrzenny i niski głos Bowiego i pulsująca, ale minimalistyczna elektronika. Jednak koło 1:50 pojawia się solo saksofonu, wtedy mocniej uderza perkusja, a około 4 minuty następuje wyciszenie i w połowie dochodzi do kompletnej zmiany klimatu, grając zupełnie inną melodię z łagodną gitarą i ambientowych klawiszy oraz nakładających się wokali. A w ostatniej minucie następuje teoretyczny powrót do początku, tylko spowolniony i okraszony fletami.
To jedyny taki dziwaczny i bardzo wymagający utwór, ale dalej jest jeszcze ciekawiej. Psychodeliczny „‚Tis a Pity She Was a Whore” (troszkę przypominający „I’m Deranged”), wybrany na drugiego singla trip-hopowy „Lazarus” (najlepszy w całym zestawie) z proroczą pierwszą zwrotką („Look up here, I’m in heaven/I’ve got scars that can’t be seen/I’ve got drama, can’t be stolen/Everybody knows me now„) i największa niespodzianka, czyli zmodyfikowana (w porównaniu do pierwotnej wersji ze składanki „Nothing Has Changed”) oraz przyspieszona wersja „Sue (Or In a Season of Crime)”. A to jeszcze nie koniec. Elektroniczno-transowy „Girl Loves Me” pachnie klimatem spod znaku Davida Lyncha, nostalgiczne „Dollar Days” z delikatnym fortepianem oraz pełne pulsujących smyków i rockowego pazura „I Can’t Give Everything Away”. Produkcja tutaj serwuje tyle smaczków i detali, ze wyłowienie ich wszystkich nie jest możliwe.
„Blackstar” już teraz będzie wymieniane jako mocny kandydat na płytę roku 2016. Bowie prowadzi tutaj grę w kotka i myszkę, zwodząc coraz bardziej za nos. Na pewno jest to bardzo wymagający, ale i dający sporo satysfakcji materiał, jakiego jeszcze w tym rozpoczętym roku nie spodziewam się usłyszeć. Jeszcze do tej gwiazdy zajrzę.
9/10 + znak jakości
Radosław Ostrowski
