Def Leppard – Def Leppard

Def_Leppard

Kto nie kojarzyłby takiego zespołu jak Def Leppard? Hard rockowa kapela znana z jednego przeboju („Love Bites”) nie odpuszcza i nadal nagrywa płyty, chociaż drugiego takiego przeboju nie zrobiła. Czy zaskoczy nas czymś nowym na płycie nr 11?

To nadal rock, który niby jest ciężki i ostry, ale jednocześnie przebojowy. I to już słychać na otwierającym całość „Let’s Go”, którego początek – dla niepoznaki – podrasowano elektronicznymi cudeńkami oraz nakładającym się wokalem Joego Elliotta. Potem wchodzi gitara z perkusją i wszystko staje się jasne – lata 80. wróciły do łask. Tylko tam tak brzmiały te gitary, a perkusja niemal taneczna robiła ogromne wrażenie razem ze wspólnym zaśpiewem (jak w potężnym „Dangerous”). Pewną zmianę słychać już w „Man Enough” z funkowym basem niemal przypominającym „Another One Bites to Dust” Queen. Jednak fani mogą odnieść wrażenie, że już to w brytyjskiej kapeli słyszeli.  Moc jeszcze czuć w „Invincible” (taki koncertowy hicior), ale pełne elektroniki „Energized” to po prostu nuda, podobnie jak akustyczne „Battle of My Own”. Moc wraca do zadziornego „Broke ‚n’ Brokenhearted” i dalej jest całkiem nieźle do samego końca.

Sam Def Leppard niczym nie zaskakuje (a ktoś spodziewał się, że będzie inaczej), ale o dziwo słucha się tego naprawdę nieźle. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że zespół stoi w miejscu i troszkę szkoda, że próby przełamania tego stanu rzeczy (finałowe, epickie „Blind Faith”) kończą się porażką. Może jeszcze nas zaskoczą.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz