Steven Wilson – 4 1/2

fron

Steven Wilson to współczesna legenda rocka progresywnego, której aktywność po prostu imponuje. Po wydanym w zeszłym roku albumie „Hand. Cannot. Erase.” pojawia się z kolejnym materiałem, jednak nie jest to pełnoprawny album, tylko EP-ka. „4 1/2” zawiera piosenki odrzucone z sesji nagraniowych płyt „Hand. Cannot. Erase” jak i „The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)”.

Jest tu tylko sześć utworów, ale całość trwa ponad pół godziny, a muzyk ściągnął doświadczonych kolegów (m.in. klawiszowca Adama Holzmana, basistę Nicka Beltza oraz perkusistę Craiga Brundella), dzięki którym stworzył intrygujące, klimatyczne dzieło. Na początek prawie 10-minutowe „My Book of Regrets”. Zaczyna się niczym pop-rockowy kawałek, z pobrudzoną gitarą oraz elektroniczne przerobioną perkusją. Riffy nabierają większej mocy i wtedy następuje wyciszenie, by zapętliła się gitara w towarzystwie ciepłych klawiszy i tak w kółko. Koło 2 i pół minuty, gitara zmienia melodię, perkusja przyspiesza i wali jak huragan z pięknym basem, a klawisze mocno pachną latami 70. I następuje kolejna wolta oraz uspokojenie (bardzo ciepłe klawisze zmieszane z deszczem oraz burzą), by wrócić do melodii z początku. „Year of the Plague” to z kolei kompozycja instrumentalna rozpisana na solo skrzypiec oraz tworzące aurę tajemnicy klawisze, do których dołącza się delikatna gitara oraz werblowa perkusja (pod koniec). „Happiness” jak na utwór o szczęściu, zaczyna się bardzo smutno – samotnej gitary oraz odgłosów miejskiej komunikacji. Wtedy pojawia się gitara elektryczna oraz mocniejsza sekcja rytmiczna, przyspieszając gwałtownie aż do końca.

Spowolnieniem jest kolejny instrumental – „Sunday Rain Sets In”, gdzie dominuje tutaj wolna gra gitary oraz klawiszy, imitujących flet i fortepian, ale pod koniec dochodzi do mocniejszego uderzenia gitary i sekcji rytmicznej. Następny jest kolejny instrumental, czyli „Vermillioncore” zaczynający się mrocznymi dźwiękami klawiszy, mooga i basu, do których dochodzi dziwacznie przesterowana gitara, coraz mocniej oraz ostrzej atakująca. A na sam koniec dostajemy „Don’t Hate Me” zaśpiewane wspólnie z Ninet Tayeb, gdzie wybijają się dynamiczne klawisze oraz agresywny saksofon.

Sam Wilson na wokalu radzi sobie dobrze, a jego niska barwa współgra z całością brzmienia. Bardzo czarującego, uwodzącego i na najwyższym poziomie, jaki można sobie wyobrazić.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz