
Elton John to jedna z żywych legend muzyki rozrywkowej i najlepszy pianista wśród rockmanów. Gdy trzy lata temu wydał przyzwoity i bardzo spokojny album „The Diving Board” wydawałoby się, że ten Anglik niczym nie będzie w stanie nas zaskoczyć, tworząc smęty dla bardziej dojrzałego odbiorcy, postanowił zaszaleć.
Na „Wonderful Crazy Night” wspiera go – po raz pierwszy od dekady – Elton John Band, a za produkcję odpowiada sprawdzony wspólnik T-Bone Burnett, zaś kompozycje to kolejna robota Eltona z Berniem Taupinem. Już tytułowy kawałek zapowiada dynamiczną i przebojową podróż w krainie rock’n’rolla, gdzie pierwsze skrzypce gra fortepian – instrument ściśle kojarzony z rockiem. Nie brakuje zabawy i skrętów w inne gatunki jak blues (zadziorny „In The Name of You” z „pobrudzoną” gitarą), country („I’ve Got 2 Wings” z obowiązkowymi gitarami) oraz ciekawych aranżacji („orientalny” początek „Claw Hammer” z Hammondami, oszczędną perkusją, by w refrenie dodać pazura gitarami oraz dęciakami). Także klimat jest różnorodny: od żywiołowej imprezy po nostalgiczny (stonowany „Blue Wonderful” z ciepłymi gitarami pachnącymi country czy „A Good Heart” z klawesynem – kto dzisiaj używa takiego instrumentu), ale Elton nie zamierza przynudzać i rozkręca się z minuty na minutę.
Dawno sir Elton nie nagrał tak dynamicznej płyty, co wydawało się mało prawdopodobne. Bardzo podobają mi się aranżacje, pełne bogatych dźwięków, chórków i pełnego zestawu instrumentów – po prostu muzyka w starym, dobrym stylu. A jak wiadomo, nie od dzisiaj, styl to nie jest coś, co można kupić – po prostu się go ma albo nie. Sir Elton ma nie tylko klasę, ale power w głosie też się zachował (zwłaszcza to czuć w umieszczonym w wersji deluxe „England and America”). I jedno jest pewne – mając takich charyzmatycznych wokalistów, rock’n’roll nie umrze.
7,5/10
Radosław Ostrowski
