Filmowe biografie zazwyczaj polegają na krótkim odhaczeniu najistotniejszych momentów z życia artysty. Nieważne czy to aktor, reżyser, muzyk czy sportowiec. Choć każdy bohater wydawał się wybitną jednostką, to jednak biografie tych ludzi były do bólu schematyczne. Próbę przełamania tego schematu podjął w 2007 roku debiutujący reżyser Anton Corbijn, a bohaterem stał się Ian Curtis – wokalista zespołu Joy Division.

Kim był Ian Curtis? Gdy go poznajemy, jest nastolatkiem, kochającym muzykę Davida Bowie i mieszka w Manchesterze. Zwykły chłopak, który jak każdy, szuka swojego miejsca. Przełom następuje w 1976, gdy dochodzi do dwóch wydarzeń: poznania Deborah oraz pójście na koncert Sex Pistols. Poza nim było jeszcze trzech chłopaków, tworzących kapelę (Bernard Summer, Peter Hook, Stephen Morris) i szukających wokalisty. Tak rodzi się Joy Division, a Corbijn zaczyna tworzyć portret nadwrażliwego faceta, który nie potrafi się odnaleźć w świecie, tracąc kontrolę nad swoim losem. Rozdarty między nudną pracą w agencji pracy, karierą muzyka, żoną, dzieckiem (ślub odbył się bardzo szybko) a kochanką Aniką. Żeby było jeszcze trudniej szybka popularność Joy Division przeraża go, dochodzi do ataków padaczki.

Film sprawia wrażenie troszkę chaotycznego zbioru scen z życia Curtisa: prywatnego, jak i świetnie sfilmowanych koncertów (aktorzy naprawdę grali i śpiewali piosenki Joy Division – szacun). Można odnieść dziwne wrażenie, że się przyglądamy Ianowi z boku, a każda próba wejścia w umysł tego człowieka daje więcej pytań niż odpowiedzi. Dlaczego Curtis odebrał sobie życie? Jest kilka poszlak, ale jednego decydującego momentu trudno dostrzec. Jakby zbieg okoliczności zdecydował i nawarstwiały się wszystkie problemy. Atmosferę bezsilności i szarzyzny potęgują jeszcze czarno-białe kadry, a w tle grają piosenki macierzystego zespołu Curtisa. Mimo poczucia pewnego chłodu, czuć emocje postaci – ból, samotność i bezradność.

Dodatkowo reżyser postawił wtedy na mało znanych aktorów, z Samem Rileyem na czele. Jego Curtis to pozornie cichy, małomówny facet. Ale kiedy wchodzi na scenę, zmienia się totalnie, jakby weszła w niego kosmiczna energia. Także sceny ataków epilepsji przerażają. Dla mnie jednak cały film skradła Samantha Morton – delikatna, ciepła Deborah, która dźwiga na sobie cały ciężar sytuacji. I w końcu mówi stop, bo kto by nie powiedział w takiej sytuacji. Pozostali aktorzy solidnie stworzyli swoje postaci, a wyróżnić warto Alexandrę Marię Larę (Anika) i Craiga Parkinsona (Tony Wilson, szef Factory).

„Control” to cholernie mocny debiut, świetna wizualnie opowieść o nadwrażliwcu, który nie uniósł roli męża, ojca, frontmana. Z drugiej dzięki temu potrafił stworzyć kilka ponadczasowych przebojów, więc coś za coś, prawda? Trudna diagnoza.
8/10
Radosław Ostrowski
