Laura Mvula – The Dreaming Room

the dreaming room

Trzy lata temu w Wielkiej Brytanii objawił się nowy, ciekawy głos śpiewający w rytmie soulu. Laura Mvula swoim „Sing To The Moon” oczarowała tysiące fanów na całym świecie. Teraz Laura wraca z nowym materiałem, nagranym wspólnie z Londyńską Orkiestrą Symfoniczną (przez nią też współprodukowany), ale nie jest to zbiór coverów, tylko premierowy materiał, zrobiony z rozmachem.

„The Dreaming Room” brzmi troszkę jak debiut, czyli jest dynamicznie i lirycznie, ale także bardzo nowocześnie. Daje się to odczuć już w sennym, choć krótkim „Who I Am” z łagodnymi dźwiękami dzwonków przeplatanymi echem i klawiszami, by płynnie przejść do singlowego „Overcome”. I teraz zaczyna się zabawa, gdzie czuć odrobinę retro (na funkowej gitarze gra Nils Rodgers z Chic) – soulowe, funkowe dźwięki są zmieszane z elektroniką i orkiestrą (te trąbki), tworząc epicki koktajl, a wokal Laury odbijający się jak echo, czaruje i uwodzi. I kiedy wydaje się, ze dojdzie do rozpędu, następuje wyciszenie w minimalistycznym „Bread”, by potem zmienić optykę w „Lucky Man”, gdzie do oszczędnej perkusji wchodzą organy oraz rzadko wchodząca gitara, kontynuując szlak w tanecznym „Let Me Fall” z szybkimi klawiszami.

I taka sinusoida dynamiki przeplatanej spokojem trwa do końca. „Kiss My Feet” zaczyna się prześlicznymi dzwoneczkami, by potem weszły trąbki oraz elektronika, przyspieszając w refrenie. I wtedy pojawia się ponad 6-minutowy „Show Me Love” – delikatny, wręcz rozmarzony utwór z fortepianem na pierwszym planie, przechodzący do smyczkowego „Renaissance Man” i utrzymanego w podobnym tonie „Angel”. Mvula ciągle eksperymentuje z brzmieniem, ale czasami takie zestawienie wywołuje znużenie (zwłaszcza krótkie, niecałe dwuminutowe kompozycje mogą wybić z rytmu) czy „People”, gdzie do klimatycznego tła wchodzi raper Wretch 32 czy „Nan, będąca rozmową telefoniczną.

Ten rozrzut mocno rzutuje na odbiór tej płyty, która mogłaby dorównać debiutowi. Nie brakuje klimatu, magii, a sam wokal nadal czaruje. Spodziewałem się wiele, ale poczułem się rozczarowany. Szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz