Jungle – For Ever

jungle_for_ever

Kolejny duży zespół, bo aż 7-osobowa ekipa reprezentująca Londyn. Ale najważniejsi są tutaj dwaj goście: Tom McFarland oraz Josh Lloyd-Watson, którzy zaczęli grać muzykę inspirowaną soulem z lat 70. Debiut sprzed 4 lat wywołał wielką furorę, ale dopiero drugi album staje się prawdziwym testem. Czy ta muzyka rzeczywiście będzie z nami “For Ever”?

Że nadal krążymy wokół funku sprzed 40 lat, czuć już w otwierającym “Smile”, gdzie mamy rozpędzoną perkusję oraz niemal chóralny śpiew, tak zsynchronizowany jak w epoce. Dodajmy do tego charakterystyczny dźwięk elektroperkusji (niemal Kampowe! “Heavy, California”), funkowy bas (bujający “Beat 54” ze smyczkowym wstępem) oraz niedzisiejsza elektronika (“Cherry”) to najmocniejsze atuty w arsenale twórców. Także wokalne popisy kolektywu przyjemnie bujają jak w “Casio”, troszkę przypominające styl Metronomy. Nawet te bardziej minimalistyczne eksperymenty (przerobiony wokalnie początek “Mama Oh No”) czy spokojniejsze fragmenty (“House in LA”) dodają jedynie animuszu, przez co albumu słucha się ze sporą frajdą. Nawet jak wchodzą smyczki, nie wywołują one znużenia. Tak samo jak sample (początek “Cosurmyne”) czy skręt ku bliższemu popowi (“Home czy “(More and More) It Ain’t Easy”).

W zasadzie trudno się tu do czegoś przyczepić – wokale brzmią dobrze, aranżacje potrafią oczarować (wręcz epicki “Prey”), samo brzmienie też dodaje retro klimatu. Tylko albo aż dobra płyta bez ambicji na coś więcej niż czysty fun oraz podbój kilku parkietów.

7/10

Radosław Ostrowski

Paulina Przybysz – Chodź tu

paulina-przybysz-chodz-tu-cover

Pamiętacie taki zespół Sistars? Siotry Przbyszy miały wtedy prawdziwą siłę rażenia, chociaż obecnie mówi się o idącej rockową ścieżką Natalii. Druga siostra, pozostała wierna “czarnym” brzmieniom spod znaku r’n’b oraz rapu. Teraz postanowiła przypomnieć o sobie na trzecim solowym albumie. Podszedlem i…

Poczułem się lekko zaskoczony, gdyż całość leci mieszanką elektronicznych bitów z samplami i/lub instrumentami. Tykająca “Saliva” z harfą oraz basem zapowiada nieuniknione, tworzy poczucie uciekającego czasu. Oszczędna, ale pełna retro-elektroniki “Papadamy” potrafi pobujać, choć organy w połowie utworu połączone z melorecytującą Kasią Nosowską tworzy petardę. Mieszankę jazzowo-orientalno-soulową tworzy “Buy Me a Song” z bardzo delikatnym wokalem w zwrotkach oraz przyspieszonym tempem po minucie (te solo smyczków w tle!!), by wskoczyć do minimalistycznych “Dzielnych kobiet”, okraszonych wręcz orientalnymi wstawkami w podśpiewywanym refrenie. Podobnie, choć łagodniej buzuje “Drewno” z bardzo fajnie grającą perkusją, wybrany na singla klasyczny “Pirx” z nawijanym finałem czy lekko “japoński” w brzmieniu “Kumoi”. Takie egzotyczne naleciałości przewijają się także w zabarwionym jazzem “No Entrance”, a “System” uderza swoim futurystycznym tłem.

Paulina wokalnie tutaj lawiruje między delikatnym śpiewem, a rapowaniem oraz między językami polskim i angielskim. Ale ku mojemu zdumieniu robi to tak płynnie, że nie jestem w stanie wyjść ze zdumienia. Tak samo lawiruje między tematami (rodzina, kobiecość, codzienność), przez co jest absolutnie nieobliczalnie, a muzyka daje jej dużo pola do popisów. Podejdziecie i zechcecie posłuchać?

8/10

Radosław Ostrowski

Emeli Sande – Long Live the Angels

Emeli_Sand%C3%A9_-_Long_Live_the_Angels_Deluxe

Ta szkocka blondwłosa piękność namieszała w 2012 swoim debiutanckim albumem „Our Version of Events”, przykuwając uwagę fanów czarnego brzmienia, mieszając soul z r’n’b. Na nowe wydawnictwo trzeba było czekać aż cztery lata i mając do dyspozycji sztab producentów (m.in. Chrisa Loco, Naughty Boya czy Shakevelli) znowu popłynęła po znanych sobie rejonach czarnej muzyki.

Początek mocno przypomina dźwięki Orientu, co pewne jest spowodowane echem wokaliz w tle oraz dziwacznym szumem („Selah”), by płynnie przejść do smyczków i bardziej przebojowego (acz patetycznego) „Breathing Underwater”, gdzie już mamy także typowe dla r’n’b uderzenia perkusji oraz piękny głos. Ale ten chór pod koniec robi niesamowitą robotę. Swoje miejsce ma też bardzo delikatna gitara elektryczna („Happen”, „Right Now”), by dać miejsca przede wszystkim elektronice (klaskane „Hurts” i pulsujące tłustym bitem „Garden”) oraz akustycznej gitary (nastrojowe „Give Me Something” i „Lonely”), a także fortepianowi („Shakes”) czy rozmarzonym klawiszom, tworzącym niemal bajeczny klimat („I’d Rather Not”).

Tutaj wszystko jest bardziej zwarte i zdyscyplinowane, chociaż zdarzają się ciekawe smaczki w postaci (chyba pożyczonej od Eda Sheerana) gitary akustycznej w rozkręcającej się „Tenderly” (ta trąbka ładnie uzupełnia tło), to jednak Emeli konsekwentnie trzyma się nastrojowego, lirycznego oblicza. I ten głos, trzymający za serce oraz gardło, przez co wierzy się jej na słowo, nawet jeśli stosuje łamańce („Babe”).

Nie wiem czy istnieją anioły, ani jak długo żyją, ale sama pani Sande znowu czaruje swoim warsztatem. Płyta bardzo delikatna, miejscami intymna, miejscami bardzo przebojowa, ale bardzo spójna i klarowna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Phil Collins – The Essential Going Back (deluxe edition)

Phil_Collins_Essential_Going_Back_Cover

Rok 2011 był dla Phila Collinsa okresem, w którym coraz bardziej pogarszał się stan jego zdrowia. Częściowy paraliż rąk, utrata słuchu – wydawałoby się, że to jest najgorszy okres na wydanie płyty. Zwłaszcza, ze minęło 9 lat i poprzednik poniósł komercyjną (i artystyczną) porażkę. Nie złamało to jednak artysty, który postanowił się cofnąć do czasów swojej młodości oraz nagrać ulubione utwory z tego okresu. Tak narodziło się „Going Back” – album hołd dla brzmienia soulowego spod znaku Motown.

Obecna, zremasterowana wersja tej płyty zawiera 14 (zamiast 16 i 25 z wersji deluxe) i zmniejszenie ilości piosenek działa tutaj zdecydowanie na plus. Zaczyna się stylowym i wyciszonym utworze tytułowym, gdzie są wszystkie znaki rozpoznawcze dawnego soulu – elegancka perkusja, stonowane klawisze, chórek i smyczki. Nie zapomniano jednak o najważniejszym elemencie tej muzyki – dęciakach, które przewijają się niemal non stop. I nie ważne czy to w melancholijny „Girl (Why You Wanna Make Me Blue)”, szybkim „(Love Is Like a) Heathwave” lub nie przesłodzone „Loving You Is Sweeter Than Ever”. Collins pozwala sobie na sporo wyciszenia, stawiając na nastrój jak w lirycznym „Some of Your Lovin'” (fortepian ze smyczkami pięknie gra), ale nie rezygnuje z czadu (skoczne „Going to a Go-Go”) czy funku („Papa Was a Rolling Stone” niemal żywcem wzięty z przełomu lat 60. i 70.). Collins tutaj czuje się jak ryba w wodzie, ze swoim głosem płynie między utworami, czując pasję oraz serce w tym przedsięwzięciu.

Nie inaczej jest na dodatkowym albumie, który jest zapisem koncertu Collinsa. Plusem tego dodatku jest fakt, że znajdują się utwory nieobecne w wersji studyjnej jak „My Girl” czy „Dancing in the Street”. Sam Collins wręcz celebruje tą muzykę i jest po prostu w znakomitej formie, tak jako jak wspierający go zespół. Chociażby dla tego drugiego albumu, warto sięgnąć po zremasterowany „Going Back” (nazwany tutaj „The Essential Going Back”). Kompletny czad.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mayer Hawthorne – Man About Town

Mayer_Hawthorne_Man_About_Town

Amerykanie kochają soul, jazz i inne tzw. „czarne” brzmienia, co nie powinno nikogo dziwić, skoro są oni twórcami tych gatunków muzycznych. Specjalistów od soulowych dźwięków (przynajmniej za takiego w swoim kraju) uznano Mayera Hawthorne’a – pochodzącego z Michigan, białego (!!!) wokalistę oraz kompozytora, który wydał już czwarty album, zawierający tylko 10 utworów.

W zasadzie 9, bo tytułowy utwór to bardziej gospelowy numer śpiewany a capella. Reszta to już bardziej hołd dla klasyków z lat 70., co czuć w singlowym „Cosmic Love” z funkowym basem, przestrzennymi i ciepłymi klawiszami oraz uroczymi chórkami w tle. Czuć tutaj funk, jazz i tak fajnie to buja, że chciałoby się więcej. Atmosferę podtrzymują następne utwory: mieszające stare (funkowa gitara i dęciaki z fortepianem) z nowym (elektroniczna perkusja) „Book of Broken Hearts”, posiadające prześliczne smyczki na początku „Breakfast in Bed” czy bardziej skręcający pod elegancki pop „Lingerie & Candlewax”. Nawet fani reggae znajdą coś dla siebie w postaci „Fancy Clothes”.

Hawthorne czuje się przy tych dźwiękach jak ryba w wodzie i płynie niczym marynarz, idealnie współgrając z muzyką oraz niezłymi tekstami. Z jednej strony garściami czerpie ze stylistyki r’n’b lat 70., z drugiej robi to w bardzo współczesny sposób. Całość trwa zaledwie pół godziny i to w pełni wystarczy, żeby się nasycić, nie zanudzić, a jednocześnie wrócić do tego albumu.

7/10

Radosław Ostrowski

Michael Kiwanuka – Love & Hate

500x500

Kolejny debiutant sprzed lat postanowił o sobie przypomnieć. To Brytyjczyk Michael Kiwanuka, który objawił się soulowej scenie 4 lata temu swoim akustycznym albumem „Home Again”. Teraz wsparty przez producenta Danger Mouse’a powraca z drugą płytą.

I jest to zupełnie inne dzieło. Skoro na sam początek dostajemy 10-minutowy utwór, to wiedzcie, że coś się dzieje. Wstęp do „Cold Little Heart” to powolne wejścia smyczków, fortepianu i chórku żeńskiego, a nawet harfy oraz charakterystycznej dla Mouse’a gitary. Sam wokalista odzywa się dopiero w połowie piosenki, która zmienia tempo w bardziej gitarowo-soulowe a’la lata 70. W porównaniu z debiutem jest na bogato. Nie brakuje i klaskanych rytmów (singlowy „Black Man In A White World” z potężnym chórem), ale dominuje tutaj estetyka retro. Delikatna gra gitary elektrycznej (poruszające „Falling”), przyjemny i łagodny fortepian („Place I Belong”), wszechobecne wokalizy i smyczki, a także oszczędna perkusja (tytułowy utwór) czy stylowe Hammondy (bujające „One More Night”). Nawet nastrojowe i stonowane ballady jak „I’ll Never Love” czy gitarowe „Rule the World”  brzmią po prostu rozbrajająco. I co z tego, że większość utworów trwa nieco ponad 5 minut?

Kiwanuka ma nadal swój czarujący, chociaż spokojniejszy głos. Sprawdza się zarówno w bardziej romantycznych, spokojniejszych utworach, jak i tych bogato zaaranżowanych, pełnych dynamiki. Idealnie pasuje to do piosenek o miłości i nienawiści. Pięknych piosenek.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Paul Carrack – Soul Shadows

Cover

Ten człowiek to jedna z legend brytyjskiej muzyki rozrywkowej. Współpracował m.in. z zespołami Ace, Roxy Music, ale to jego udział jako drugi wokalista w supergrupie Mike + The Mechanics przyniósł rozpoznawalność Carrackowi. Jednak po zakończeniu współpracy z Mikiem Rutherfordem, artysta nadal działa i wydaje solowe płyty. Na początku tego roku wyszło „Soul Shadows” i muszę przyznać, że wokalista nadal trzyma fason.

Jak sama nazwa wskazuje, obracamy się w stylistyce soulowej muzyki z lat 70., gdzie grywały w tle wszelkie smyki i dęciaki. Tak się poczułem po otwierającym całość „Keep On Loving You”, a im dalej, tym więcej dobrego się dzieje. „Sleep on It” jest tak delikatne i urocze, a pojawiająca się harmonijka ustna budzi automatyczne skojarzenie ze Steviem Wonderem, „Sweet Soul Legacy” ma zwiewne trąbki, a romantyczne „Let Me Love Again” znowu czaruje smyczkami zgranymi z fortepianem. Cała ta estetyka retro nie jest w żadnym wypadku nudna i skierowana dla starszych odbiorców w wieku 50+, a kiedy trzeba to się przyspiesza jak w „Bet Your Life” z kapitalną sekcją rytmiczną, Hammondem, smyczkami.

Nawet jeśli pojawiają się nietypowe połączenia (gitarka w stylu country oraz harmonijka w skocznym „Too Good to Be True”), to jednak brzmi to bardzo klasycznie. Nawet akustyczne i idące w stronę folku „Watching Over Me” czy bardziej przypominające pierwsze solowe dokonania Petera Gabriela „Late at Night” z funkującym basem.

Carrack mimo doświadczenia, nadal ma silny głos młodzieniaszka, współgrający z refleksyjnymi tekstami, bez popadania w banał oraz klisze. Elegancja tego brzmienia nadal potrafi zrobić dobre wrażenie, a wokalista nie musi nikomu niczego udowadniać, bo słucha się tego z niekłamaną frajdą. I nadal soul potrafi być czarujący.

8/10

Radosław Ostrowski

Laura Mvula – The Dreaming Room

the dreaming room

Trzy lata temu w Wielkiej Brytanii objawił się nowy, ciekawy głos śpiewający w rytmie soulu. Laura Mvula swoim „Sing To The Moon” oczarowała tysiące fanów na całym świecie. Teraz Laura wraca z nowym materiałem, nagranym wspólnie z Londyńską Orkiestrą Symfoniczną (przez nią też współprodukowany), ale nie jest to zbiór coverów, tylko premierowy materiał, zrobiony z rozmachem.

„The Dreaming Room” brzmi troszkę jak debiut, czyli jest dynamicznie i lirycznie, ale także bardzo nowocześnie. Daje się to odczuć już w sennym, choć krótkim „Who I Am” z łagodnymi dźwiękami dzwonków przeplatanymi echem i klawiszami, by płynnie przejść do singlowego „Overcome”. I teraz zaczyna się zabawa, gdzie czuć odrobinę retro (na funkowej gitarze gra Nils Rodgers z Chic) – soulowe, funkowe dźwięki są zmieszane z elektroniką i orkiestrą (te trąbki), tworząc epicki koktajl, a wokal Laury odbijający się jak echo, czaruje i uwodzi. I kiedy wydaje się, ze dojdzie do rozpędu, następuje wyciszenie w minimalistycznym „Bread”, by potem zmienić optykę w „Lucky Man”, gdzie do oszczędnej perkusji wchodzą organy oraz rzadko wchodząca gitara, kontynuując szlak w tanecznym „Let Me Fall” z szybkimi klawiszami.

I taka sinusoida dynamiki przeplatanej spokojem trwa do końca. „Kiss My Feet” zaczyna się prześlicznymi dzwoneczkami, by potem weszły trąbki oraz elektronika, przyspieszając w refrenie. I wtedy pojawia się ponad 6-minutowy „Show Me Love” – delikatny, wręcz rozmarzony utwór z fortepianem na pierwszym planie, przechodzący do smyczkowego „Renaissance Man” i utrzymanego w podobnym tonie „Angel”. Mvula ciągle eksperymentuje z brzmieniem, ale czasami takie zestawienie wywołuje znużenie (zwłaszcza krótkie, niecałe dwuminutowe kompozycje mogą wybić z rytmu) czy „People”, gdzie do klimatycznego tła wchodzi raper Wretch 32 czy „Nan, będąca rozmową telefoniczną.

Ten rozrzut mocno rzutuje na odbiór tej płyty, która mogłaby dorównać debiutowi. Nie brakuje klimatu, magii, a sam wokal nadal czaruje. Spodziewałem się wiele, ale poczułem się rozczarowany. Szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Grace – Memo

Grace

Australia do tej pory kojarzy się z kangurami, pustyniami oraz muzyką Nicka Cave’a. Sytuację próbuje zmienić niejaka Grace Sewell. Pochodząca z muzykalnej rodziny, mieszkanka Brisbane oraz absolwentka katolickiej szkoły postanowiła wydać debiutancki materiał, który (nie)stety jest tylko EP-ką. Ale nie narzekajmy, tylko weźmy na warsztat „Memo” z pięcioma piosenkami.

Zaczynamy od „Dirty Harry”, który jest dirty. Mieszanka skreczu i spokojnego bitu, bazującego na dęciakach, płynących niczym woda w oceanie, podrasowanym od czasu do czasu pewnymi fragmentami elektroniki (cykacze, nakręcacze), a sam głos Grace – parę razy nakładający się na siebie – uwodzi i czaruje. „Feel Your Love” to kolejny skręt w jazz, z uwspółcześnioną perkusją oraz pluskającymi klawiszami, z zapętloną trąbką. Czysty rap z soulowym głosem, podobnie jak w „You Don’t Own Me” z kapitalnymi, wysamplowanymi głosami, fenomenalnym, podniosłym refrenem oraz gościnnym udziałem G-Eazy’ego, który zwyczajnie i brutalnie pozamiatał. Od tego utworu nie można się zwyczajnie oderwać. „The Honey” zaczyna się od szumu radia, by potem zmienić się w soulowy klasyk z lat 70., by wejść w XXI wiek z krzykami, skoczną melodią, a Grace płynie po bicie rapując tak, jakby to robiła od zawsze (w refrenie śpiewa). Na sam koniec dostajemy „Memo” z fortepianem przewodzącym oraz dziwnie głośniejszym wokalem Grace.

Wokalistka tutaj dokonuje wielkiej sztuki, mieszając delikatność z pazurem oraz rapowaniem. Jedyne, co mi się nie podobało, to skromna ilość utworów. Jeśli wyjdzie pełny album, to na pewno trafi w moje ręce. Takiego pomieszania nie było od dawna i mam ochotę na więcej.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Lianne La Havas – Blood

Blood

Kolejna brytyjska artystka, która chce namieszać w świecie soulu. Po swoim debiucie Lianne La Havas zaczęto porównywać do Jill Scott i Lauren Hill. Druga płyta pokazuje, że jest jednym z ciekawszych głosów współczesnego soulu.

Przy produkcji „Blood” pracowali m.in. Stephen McGregor, Paul Epworth i Mark Batson, tworząc kompletną mieszankę nastrojów, elektroniki oraz żywych instrumentów. Ten eksperyment słychać już w „Unstoppable”, gdzie mamy dęciaki, harfę, fotrepian, rytmiczną perkusję oraz nakładające się smyczki. Dalej jest różnie:  skręty w łagodne, przebojowe nuty (przestrzenne klawisze w „Green and Gold” czy singlowy „What Dou Don’t Do” z zapętloną perkusją oraz chórkami), ascetyczne, chilloutowe brzmienie (gitarowe „Tokyo” z funkowym basem czy „Ghost”), uspokajające r’n’b („Wonderful”) czy „brudne” dźwięki elektroniki (refren „Never Get Enough”).

Ten rozrzut jednak tworzy bardzo spójną całość, co jest zasługą zarówno dobrych kompozycji, intymnych tekstów oraz czarującego głosu Lianne. Na tą ciepłą pogodę, „Blood” działa orzeźwiająco i przyjemnie. Bardzo lekka, bezpretensjonalna i dobra płyta.

7,5/10

Radosław Ostrowski