
Natasha Khan bardziej znana jako Bat for Lashes kazała czekać aż 4 lata na swoje nowe dziecko. W tym czasie artystka połączyła siły z zespołem Toy tworząc grupę Sexwitch, ale to jest jedynie koncertowy projekt i wszyscy czekali na nowy album. No i wyszła „Panna młoda”, tylko czy warta jest uwagi?
Jest to muzyka bardzo wyciszona i stonowana, co dla wielu fanów Khan może być niemałym zaskoczeniem. Czuć to już w otwierającym „I Do”, gdzie jest wokal oraz elektroniczna harfa. Dalej jest równie spokojnie, chociaż muzyczne są pododawane różne drobiazgi – odgłos burzy w onirycznym „Joe’s Dream” (ten klimat chyba jest zbudowany przez klawisze oraz wokalizy w refrenie), wypadek samochodowy na początku „Honeymooning Alone” (niemal rock’n’rollowe) czy szum rakiet w „Sunday Love”. Khan zmienia stylistykę i klimat co utwór, tworząc swój własny mikroświat, a do gry wchodzą kolejne instrumenty jak gitara elektryczna czy fortepian. I tak jak w przypadku innej artystki pasuje jak ulał określenie „lynchowska” – pozornie delikatna, ocierająca się o dawne brzmienia (lata 60.), gdzie niby jest uroczo, przyjemne, ale jednocześnie mrocznie oraz tajemniczo. Wystarczy posłuchać początku płyty, by się o tym całkowicie przekonać.
A im dalej, tym bardziej jest uwodzicielsko. Bluesowe „Never Forgive The Angels” z zapętloną gitarą, poraża wolnym tempem, jednak konsekwentnie budowany klimat trzyma po prostu za twarz do końca. Podobnie jest z futurystyczny „Close Encounters”, gdzie elektronika brzmi nieziemsko. Wyciszony „Widow’s Peak” z melorecytacją Khan, wspieraną przez burzę, gitarę oraz różne dzwoneczki zmieszane z chórkiem, niemal „wiosenny” od smyczków „Land’s End” czy płynące na klawiszach „If I Knew”.
„The Bride” jest spójnym, poruszającym i nieoczywistym albumem, który okazał się dla mnie pozytywną niespodzianką. Minimum formy, delikatny i bardziej stonowany wokal samej Khan, a od emocji jest gęsto i mocno. Obok „Stranger to Stranger” Paula Simona największe zaskoczenie tego roku.
9/10 + znak jakości
Radosław Ostrowski
