Phil Collins – Testify (deluxe edition)

Testify

Jest rok 2002. Phil Collins przed wydaniem tej płyty powrócił z szaloną energią w „Dance Into the Light” i napisał piosenki do disneyowego „Tarzana”, ale już odszedł z macierzystej formacji Genesis. Po siedmiu latach muzyk wydał kolejny solowy album, tym razem wspierany przez producenta Roba Cavallo (współpraca m.in. z Green Day, Dave Matthews Band czy Linkin Park). Efektem był najgorzej sprzedający się album w dorobku angielskiego wokalisty. Czy po latach zasłużył na reputację wpadki?

Początek jest dość obiecujący. „Wake Up Call” ma to, z czego Collins był znany (płynąca elektronika, chwytliwy bas i oszczędna perkusja), a urozmaiceniem jest nie tylko nakładający się wokal Phila, lecz także dźwięk budzika. Dalej jest bardziej stonowanie, muzyka jest wyciszona, delikatna i bardzo łagodna – nawet jak na Collinsa. Ale nawet w takim „Come with Me” dochodzi do nasilenia dźwięków z każdą sekundą oraz ładnej melodii na gitarze czy w tytułowym utworze, gdzie pojawia się „orientalna” elektronika, zadziorniejszy riff pod koniec, a także chórek. Jednak zgrzyty zaczynają się w „Don’t Get Me Started”, gdzie niby jest czad i kopniak energetyczny (gitara płynie milutko, nakładające się głosy Collinsa), a odrobina spokoju nie drażni. Problem w tym, że czegoś tutaj brakuje i miałem poczucie przekombinowania.

Te spokojniejsze utwory sprawiają wrażenie tworzonych na jedno kopyto i jeśli pojawiają się ubarwienia (trąbka w „Swing Low”, klawisze w niemal transowym „It’s Not Too Late”), to one nie są w stanie przebić przez tą monotonię. Wyjątkiem od tej połowy płyty jest singlowy „Can’t Stop Loving You”, gdzie czuć starego ducha Collinsa. To jednak za mało, by mówić o „Testify” jako o czymś więcej niż tylko niezłej płycie.

Za to wersja deluxe wzbogaca to wydawnictwo, wznosząc je na wyższy pułap. Dostajemy tutaj utwory ze strony B i to aż cztery, wersje koncertowe i dema. „High Flying Angel” to kolejny stonowany i wyciszony Phil, podobnie jak niemal akustyczny „Crystal Clear”. Żywiej się robi przy „Hey Now Sunshine” (mandolina w tle pięknie czaruje) oraz rockowej „TV Story”. Koncertowe fragmenty (aż cztery) pokazują jak silnym scenicznym zwierzęciem jest Collins. Na początek dostajemy „True Colors”, które czaruje oparciem się tylko li wyłącznie na wokalach oraz bardzo oszczędnej aranżacji. Dalej już słyszymy (udane wersje) „Come with Me”, „It’s Not Too Late” oraz „Can’t Stop Loving You”. Nawet dwa dema brzmią dobrze.

„Testify” to poważna wpadka w dorobku Collinsa, który po prostu wypalił się i stracił swój dawny blask. Na całe szczęście to był jedyny wypadek przy pracy, a wersja deluxe dodaje odrobiny klimatu.

7/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz