
Ta irlandzka wokalistka oraz autorka piosenek zaczynała swoja karierę jako członkini zespołu Damiena Rice’a, jednak od wielu lat działa na własną rękę. Z dobrym skutkiem, wydając do tej pory dwie płyty studyjne. Po pięciu latach przerwy powraca z albumem nr 3, gdzie od strony produkcyjnej wsparł ją Aaron Dessner – basista zespołu The National.
I od samego początku czuć tutaj bardziej folkowe brzmienie, wsparte przez gitarę elektryczną. Tak jest choćby w otwierającym całość „Fall”, gdzie gitara elektryczna tworzy mroczne tło. Jednak nie tylko gitary mają tutaj coś do powiedzenia. Swoje też robi fortepian w bardziej lirycznym, przestrzennym „Prayer for the Dying”, smyczki w przeuroczym „Snow” (głos Lisy tutaj troszkę przypomina Passengera), łamana, nieoczywista perkusja w pozornie spokojnym „Lo” czy wplecione elektroniczne wstawki w dziwacznym „Undertow”. Spokojny, wręcz senny klimat towarzyszy nam do samego końca, jednak nie jest to żadna wada tego albumu. Stonowana aranżacja może wielu znużyć i zmęczyć, ale wszystko jest zrobione w sposób spójny, klimatyczny oraz pomysłowy. Wystarczy posłuchać „Orę”, gdzie mamy przeplatane wokalizy zgrane z organami, „We, The Drowned” z przewodzącym fortepianem, niepokojącymi uderzeniami perkusji czy wykorzystująca akordeon ze smyczkami „Tender” (klimatem troszkę przypomina dokonania Agnes Obel).
Sama Lisa ma głos bardzo leciutki i bardzo delikatny, niczym wiaterek unoszący piórko, nigdy nie popada w (nad)ekspresję. Ale ciągle intryguje, wciąga cię do swojego świata niczym Marissa Nadler. I to skojarzenie (podobieństwo) nie jest w żadnym wypadku wadą, gdyż Lisa podąża własnym głosem. I jeśli połączymy to z niegłupimi tekstami oraz pewną produkcją, dostaniemy jeden z bardziej klimatycznych albumów folkowych ostatnich lat. Nawet jeśli jest to bardzo niezależne granie.
8/10
Radosław Ostrowski
