Lindsey Stirling – Brave Enough

Brave_Enough_-_Lindsey_Sterling

Tą skrzypaczkę, łączącą muzykę elektroniczną (a szczerze mówiąc taneczną) ze swoimi popisami na instrumencie spotkałem dwukrotnie, za każdym razem będąc zmieszanym i lekko wstrząśniętym. Nie wiem, na co liczyłem mierząc się z trzecim wydawnictwem Amerykanki, ale dostałem w zasadzie to, co wcześniej.

I rzeczywiście trzeba niesporej odwagi, by stworzyć taki nieoczywisty kolaż.  Przedsmak daje nam „Lost Girls”, gdzie pięknie grają smyczki, w tle słyszymy przestrzenną elektronikę i harfę. Ale po minucie, gdy pojawia się zniekształcony wokal to wiedzcie, że coś się dzieje. Bo wtedy dochodzi dyskotekowa perkusja mieszana w niemal dubstepowy rytm – będziecie porażeni. Tak samo zaskakuje utwór tytułowy z pobrudzonymi, głośnymi klawiszami oraz ciepłym wokalem Christiny Perri. Niby takie r’n’b ze smyczkami, jakby grał na nich sam Bruce Lee. Równie intrygujące jest sklejające fortepian z cymbałkami oraz krótkimi uderzeniami perkusji „The Arena”, które wydaje się najładniejszym utworem w całym zestawie.

A im dalej, tym bardziej eksperymentalnie. Nie brakuje dubstepowej perkusji („The Phoenix”, niemal psychodeliczne), klaskania („Where Did We Go”), skrętów w pulsujące rewiry r’n’b ale też i cudnego fortepianu („Those Days”) czy orientalnej perkusji („Mirage”). Do tego jeszcze pełno gości, którzy swoimi głosami uatrakcyjniają ten koktajl tacy jak ZZ Ward, Caray Frey czy Rooty.

Chociaż nie brakuje paru kiksów („Don’t Let This Feeling Fade”, gdzie miesza się elektronikę, skrzypce i… rap), to jednak znowu pani Stirling mnie zaintrygowała i pokazała klasę jako skrzypaczka. Nie do końca moja bajka, ale parę razy zaskoczyła mnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz