Kyvler – The Island

The Island

Nie od dziś wiadomo, że Wielka Brytania to ojczyzna progresywnych dźwięków: Genesis, Pink Floyd, Yes, Marillion. Można tak wymieniać i wymieniać, ale pojawił się nowy narybek. To grupa Kylver, która jest grupą stricte instrumentalną. Tworzy ją czterech kumpli z Newcastle nad Tyne i tworzą ją: Jonny Scott (gitara), James Bowmaker (gitara basowa), Barry Micheson (perkusja) oraz Neil Elliot (organy). W zeszłym roku wydali swój drugi materiał, w którym garściami czerpią z dokonań lat 70.

„The Island” zawiera jedynie pięć utworów, ale są tak długie, że nie ma jakiejkolwiek szansy usłyszenia tego w radiu. Na dzień dobry dostajemy „The Great Storm of 1703” – 13-minutowy fresk zrobiony  agresywnej gitary na początku, po którym każdy z instrumentów przejmuje i wygrywa swój fragment: potężne organy, marszowa perkusja, riffy stają się coraz bardziej intensywne. W drugiej minucie następuje zmiana melodii, wszystko wali jak szalone, by podkreślić charakter tego sztormu: przyspieszenia, spowolnienia, chwile wyciszenia, by uderzyć w ostatnich pięciu minutach niczym obuchem. I kiedy wydaje się, że będzie spokój wchodzi mały, ale bezwzględny „Hy-Brasil”, gdzie gitara i organy walą niczym syrena alarmowa, a ty próbujesz uciec nie wiadomo przed kim i dlaczego. Tempem przypomina fragment debiutu Sound of Contact. To jednak tylko rozgrzewka do „Monolith”. 9-minutowy kolos zaczyna się bardzo spokojnie, wręcz ospale z ładnymi dzwoneczkami niczym z pozytywki. Wtedy dołącza spokojna gitara akustyczna, łagodna elektryczna i te organy. Tylko one wprawiają w niepokój, tworząc wręcz metafizyczną atmosferę (od około 4 minuty) kompletnie atakując gitarowymi riffami wplecionymi z organami, by w finale zmienić się w niemal Black Sabbath.

Podobnie wybrzmiewa „The Abyss”, gdzie znowu na początku mamy dzwoneczki i dalej następuje coraz mocniejsze świdrowanie niczym płynąca fala. Niby w połowie robi się troszkę spokojniej (dzwoneczki przyjemne dla ucha), by pod koniec dać pole dla akustycznej gitary. A na finał dostajemy oniryczny „The Great Race”, co początkowo brzmi jak echo, by powoli dochodziły kolejne instrumenty. Po trzech minutach brutalnie się wycisza, by z większą mocą zaatakować.

Niby mało utworów, ale intensywność i biegłość warsztatowa robi imponujące wrażenie. Jeszcze nie raz usłyszymy o Kylverze, który już teraz potrafi oczarować. Czekam na więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz