Wszystko zaczyna się od śmierci. Pan Donnelly, mężczyzna w wieku średnim przychodzi do szpitala, by zobaczyć swoją zmarłą żonę. Musiała od dłuższego czasu chorować, bo na wieść o jej śmierci mężczyzna przyjmuje to bardzo spokojnie. I już wydaje się, że nic gorszego nie może go spotkać tego dnia. Ale podróż pociągiem do domu jeszcze bardziej go zaskoczy.

Zanim Martin McDonagh zaprowadził wszystkich do Brugii i odpalił swoją reżyserską karierę, nakręcił w 2004 roku krótki metraż. Jednak obecnie mało kto o tym filmie pamięta, mimo nagrodzenia Oscarem. „Sześciostrzałowiec” brzmi jak daleki krewny Guya Ritchie, tylko polany w bardziej groteskowym sosie oraz smolistym humorze. Film jest tak naprawdę kolejną opowieścią o tym, jak ludzie radzą (lub nie) ze śmiercią. Bo niemal każdy z bohaterów tutaj kogoś stracił. Nie tylko Donnelly o twarzy Brendana Gleesona, ale także para małżonków po stracie dziecka oraz ten bardzo bezczelny gnojek, któremu zabito matkę. A wszystko upchnięte w niecałe pół godziny, jeden pociąg oraz strzelaninę.

Historia jest bardzo prościutka, a reżyser każdą poważną sytuację potrafi przekłuć humorem. Ten efekt powoduje, że „Sześciostrzałowiec” nie staje się depresyjnym dramatem. Nawet humorystyczna scena z krową pełną gazów kończy się w dość smutny sposób dla bohatera, próbującego uratować krowę. I kiedy nagle dochodzi do strzelaniny (miejscami bardzo sztywnie zmontowanej), nie byłem zaskoczony. Tak samo jak finałem, gdzie próba samobójcza kończy się klęską. Moment bardzo poważny i dramatyczny kończy się szyderczym śmiechem reżysera, który pokazuje bezsens wszystkiego.

Ale jednocześnie miałem wrażenie, że reżyser nie odkrywa niczego nowego w tej materii. Czuć tutaj powoli rodzący się styl filmowca, ale ta cała groteskowa otoczka może działać odpychająco. Następnymi filmami McDonagh pokaże swoją wyższą formę.
6,5/10
Radosław Ostrowski
