Tragedia Makbeta

Ile już było przenoszonych na ekran dzieł Will.I.Ama Szekspira, tego nawet nie są w stanie wiedzieć najwięksi fani brytyjskiego dramaturga. Co jakiś czas wraca się do jego największych hitów („Hamlet”, „Romeo i Julia”, „Makbet”), ale też troszkę mniej znanych szlagierów. Tym razem za pewnego szkockiego władcę na M postanowił się wziąć sam Joel Coen. Sam, albowiem jego brat Ethan bardziej skupił się na pracy w teatrze. Jednorazowa przerwa czy coś poważniejszego? Czas pokaże.

Historię znamy bardzo dobrze – Makbet to jeden z możnych oraz kuzyn króla. Wraca z wojny ze zdrajcą króla, po drodze trafia na wiedźmy i przepowiadają, że otrzyma tereny zdrajcy oraz… zostanie królem. Reszty domyślacie się: władza, trupy, krew, szaleństwo, metaforyczne oraz poetyckie teksty. Czy coś można dodać nowego do tej powszechnie znanej opowieści? O dziwo – tak.

I nie chodzi tylko o czarno-białe zdjęcia w formacie 4:3 czy bardzo oszczędną, wręcz surową scenografię. Bo wizualnie czuć tutaj inspirację kinem z lat 20. i 30., gdzie sporą przestrzeń zajmują aktorzy, zaś wiele miejsc jest spowitych mgłą. Najistotniejsze jest jednak to, że do ról państwa Makbeth zostali obsadzeni aktorzy w bardziej dojrzałym (60+) wieku, czyli Denzel Washington oraz Frances McDormand. To już nie są ludzie w sile wieku, mogący jeszcze coś ugrać, zawalczyć i zdobyć. Czemu decydują się na kroki i zawierzają podszeptom tajemniczej wiedźmy? Może to jest ostatnia szansa na osiągnięcie czegokolwiek? Daje to nowe pole do interpretacji i wygląda to zachwycająco. ALE

Bo zawsze musi być jakieś ale. Dla mnie problemem była kompletna obojętność wobec tego, co się dzieje na ekranie. Zdarzały się przebłyski interesujących momentów (finałowe szaleństwo lady Makbet, gdzie w nocy idzie do fontanny, zabójstwo Banka czy każda obecność wiedźm), jednak przez większość czasu czułem się jakbym patrzył przez szybę. Nie dlatego, że jest to źle zagrane, bo tak nie jest. Duet Washington/McDormand potrafi bardzo przekonująco pokazać skrywany strach, dumę oraz szaleństwo. Dla mnie absolutnie magnetyzująca jest Kathryn Hunter jako wiedźma. Niby jest jedna, a tak naprawdę są trzy i to, co robi głosem oraz ciałem jest nieprawdopodobne. Płynnie przechodzi z jednego tonu w drugi, początkowo sprawiając wrażenie obcowania z wariatką. To wszystko jednak okazuje się tylko pozorami.

Dziwny to film, który wydaje się być prawdziwym samograjem. Coen zaryzykował i próbował usprawnić znajomą historię. Ale nawet to nie jest w stanie wyrwać mnie z pewnego znużenia. Czy to z powodu sporej obecności „Makbeta”, czy przerostu formy nad treścią, trudno powiedzieć.

6/10

Radosław Ostrowski

Pan Mercedes – seria 2

Detektywistyczny thriller „Pan Mercedes” spotkał się z zaskakująco ciepłym przyjęciem. Rezygnacja z nadnaturalnych elementów na rzecz psychologicznych portretów oraz zabawy w kotka i myszkę opłaciła się, pokazując różnorodność warsztatową Stephena Kinga. Tak też było z serialem, zrealizowanym przez Audience Network. Produkcja odniosła taki sukces, że przeniesienie pozostałych części trylogii było kwestią czasu.

pan mercedes2-1

Jednak drugi sezon nie jest oparty na drugiej części powieści, tylko na trzeciej, co jest sporym zaskoczeniem. Z drugiej jednak strony zakończenie pierwszej serii mogło to sugerować. Hartsfield został zatrzymany i wskutek silnych uderzeń w łeb zapadł w śpiączkę, zaś Hodges trafił do szpitala po zawale serca. Razem z poznaną Holly Gibney zakłada agencję detektywistyczną, głównie zajmując się ściganiem zbiegów oraz dłużników. Jednak Brady ciągle stanowi zagrożenie, a wszystko z powodu dr Babineau. Lekarz razem z żoną współpracują z chińską firmą farmaceutyczną, pracującą nad lekiem pomagającym zregenerować mózg. Psychopata odzyskuje świadomość, ale pozostaje fizycznie martwy. Nie zamierza jednak odpuścić i próbuje „włamać” się do innych mózgów.

pan mercedes2-3

Jak widać, wracamy do elementów nadnaturalnych, co dla wielu może być największym problemem. Pomysł, by Brady (nadal rewelacyjny Harry Treadaway) był więźniem własnego ciała jest świetny, a wnętrze jego głowy wygląda jak jego piwnica z komputerami działa efektywnie. Pewnym zgrzytem tego wątku są sceny „kontrolowania” innych albo za pomocą słabego umysłu (pielęgniarka z epilepsją) lub… komputerowego sprzętu (rozdający książki w szpitalu Al). Brzmi to po prostu niedorzecznie, ale jakimś dziwnym cudem to nie irytuje tak bardzo. Jest parę momentów silnego napięcia jak atak „nawiedzonego” Ala na Hodgesa czy samobójstwo Sadie – tego nie da się wymazać z głowy. Zwłaszcza tego, co dzieje się w „umyśle” Brady’ego – pojawiają się jego ofiary, są nawet dwa nagrobki, nagle pojawia się zamrażarka czy… wóz strażacki. Czyste wariactwo.

pan mercedes2-4

Dodatkowym wątkiem jest działalności dra Babineau (świetny John Huston), niejako napędzanego przez swoją żonę (śliczna, choć diaboliczna Tessa Farrer). Oboje współpracują z chińską korporacją medyczną, testując lek nie wykorzystany w USA. Ona coraz bardziej naciska na niego, by zastosował lek na będącym w śpiączce Brady’m. On coraz ciężej sobie z tym radzi. Niby wydaje się, że ujdzie im to płazem, ale sytuacja coraz bardziej zaczyna się odbijać na ich relacji. Tak jako jak obecność szefa wydziału zabójstw, Antonio Monteza. Zaś samo rozwiązanie wątku Brady’ego oraz procesu sądowego potrafiło zaskoczyć i dać odrobinę satysfakcji.

pan mercedes2-2

To, co nadal działało, czyli Hodges (cudowny Brendan Gleeson) na tropie oraz jego relacja z Holly Gibney, sąsiadką Idą i wracającym na wakacje Jerrome’m działa. Nie tylko dlatego, że jest to świetnie zagrane (bo jest), ale też są to momenty pozwalające na złapanie oddechu, dodając troszkę humoru oraz pokazuje jak wiele się u tych postaci zmieniło. Te interakcje to było serce oraz fundament serialu, a to się nie zmieniło. Pewną niespodzianką jest pojawienie się byłej żony detektywa, Donny i ta relacja jest prowadzona przyziemnie. Oboje już znają się na tyle dobrze, by przebywać ze sobą bez złości czy pretensji, ale nie ma mowy o wspólnym życiu (na szczęście). Drobny, ale przyjemny dodatek.

pan mercedes2-5

Zmiana tonu oraz więcej horrorowych elementów może odstraszyć osoby, które polubiły pierwszą serię „Pana Mercedesa”. Ale ku mojemu zaskoczeniu, drugi sezon nadal potrafi trzymać w napięciu, mimo pojawienia się elementów nadnaturalnych, tak samo wciąga oraz zamyka pewien kluczowy etap. Niemniej jeszcze jeden tom cyklu pozostał.

8/10

Radosław Ostrowski

Mr. Mercedes – seria 1

Pierwsze skojarzenie przy nazwisku Stephen King jest dość oczywiste: horror. Najczęściej skupiony wokół postaci (głównie dziecka) posiadającego nadprzyrodzone moce, z którymi musi egzystować. Czasami jednak ten autor lubi parę razy wyjść poza swoją strefę komfortu. Taki jest właśnie „Pan Mercedes”, czyli pierwsza część trylogii detektywistycznej, gdzie mamy grę w kotka i myszkę. Cykl tak się przyjął, że adaptacja wydawała się tylko kwestią czasu. I tak powstał serial, za który odpowiada David E. Kelley – jeden z lepszych telewizyjnych twórców, kojarzonych głównie z produkcjami sądowymi jak „Ally McBeal”, „Orły z Bostonu” czy ostatnio „Goliath”.

Wszystko zaczyna się bardzo niepozornie. Późną nocą zbierają się ludzie przed targami pracy. To 2014 rok, czyli po potężnym kryzysie ekonomicznym, więc zbiera się spory tłum. Oczekiwanie, marzenia i potencjalna perspektywa szansy na lepsze jutro. Wtedy podjeżdża czarny Mercedes – nie wiadomo czego oczekiwać. Wtedy staje się najgorsze: wóz wjeżdża w sam środek tłumu, dokonując masakry. Ginie 16 osób, wóz okazuje się skradziony, a sprawca ucieka. Prowadzący sprawę detektyw Bill Hodges jest bezradny i wkrótce przechodzi na emeryturę. Wiadomo jak z takimi ludźmi: nie potrafią się odnaleźć poza pracą, która była jedynym celem w życiu.

I wydaje się, że nasz ex-glina będzie przechodził w stan wegetacji. Aż nagle dostaje wiadomość od… no właśnie. Naszego zbrodniarza, Pana Mercedesa. Koleś włamuje się do jego komputera, serwując niepokojące pliki video, od razu usuwane. Cel wydaje się być jeden i konkretny, czyli wywołać tak silne poczucie winy, by nasz gliniarz odebrał sobie życie. Paradoksalnie jednak daje mu to cel życiowy i zamierza zamknąć swoją ostatnią sprawę.

„Pan Mercedes” to w zasadzie psychologiczny thriller, gdzie obserwuje akcję z perspektywy obu antagonistów. Pozornie wygląda on zwyczajnie, na spokojnie odkrywając kolejne elementy układanki i przyglądając się życiu naszych głównych bohaterów. Nawet jeśli początkowo wydają się znajomymi typami (stary, zmęczony glina z połamanym życiem prywatnym oraz psychopatyczny morderca nie rzucający się mocno w oczy), ale z czasem zaczynami poznawać ich coraz lepiej. Przestają być znajomymi schematami, a zostają ludźmi z krwi i kości. Obaj prowadzą poważną grę, gdzie stawka jest bardzo wysoka, a gdzieś w powietrzu czuć wiszące zagrożenie. Choć panowie mają niewiele wspólnych, zaczyna się tworzyć bardzo niepokojąca więź.

Twórcy spokojnie prowadzą narrację, skupiając się zarówno na kryminalnej intrydze, jak i przede wszystkim życiu prywatnym obu panów. Hodges (absolutnie rewelacyjny Brendan Gleeson) powoli zaczyna wracać do żywych. Pomagają mu w tym zarówno sąsiedzi (energiczna Ida oraz specjalizujący się w komputerach – dodatkowo koszący trawnik Jerome), jak i poznana podczas sprawy siostrzenica właścicielki skradzionego auta, Janey Patterson (cudowna Mary-Louise Parker) oraz ekscentryczną kuzynką, Holly (kradnąca szoł Justine Lupi). Z drugiej strony mamy bardzo wycofanego Brady’ego Hartsfielda (kapitalny Harry Treadaway) – komputerowego nerda, z niepokojącą, bardzo obojętną twarzą i żyjącego w dziwacznej relacji z matką-alkoholiczną (mocna Kelly Lynch). Wszystko poprowadzone bardzo pewnie, trzymając w napięciu do bardzo mocnego finału. Ten zaś zapowiada kolejną część (w końcu King napisał trzy książki).

Każda postać jest na tyle wyraziście zarysowana, dając każdemu aktorowi szansę na wykazanie się. Tego jest zwyczajnie za dużo, by wymieniać wszystkich. Co najbardziej zaskakuje to absolutny brak elementów nadprzyrodzonych (na razie). Inną niespodzianką jest brak muzyki, oprócz wykorzystanych piosenek w wybranych scenach. Tylko i aż tyle. Pierwszy sezon jest – tak jak książka – bardzo wciąganym thrillerem w bardzo współczesnym stroju noir. Postacie są wyraziste, dialogi świetne, a napięcie budowane z wyczuciem. Przecież nie każdy serial musi być przełomową, odmieniającą reguły gry produkcją, tylko wystarczy jako dostarczyciel rozrywki. I to „Pan Mercedes” robi najlepiej – zacieram ręce przy kolejnym spotkaniu.

8/10

Radosław Ostrowski

Paddington 2

Pierwsze spotkanie z misiem Paddingtonem było sporym zaskoczeniem. Inspirowany serią książek Michaela Bonda zarobił na tyle dużo i odebrany był tak ciepło, że musiała powstać kontynuacja. Tym razem reżyser Paul King przeszedł samego siebie i zrobił najlepszy film w swojej karierze.

paddington2-1

Nasz miś został pełnoprawnym członkiem rodziny Brownów. Stara się być po prostu dobrym misiem, nie robiącym żadnych złych rzeczy. Jedyne, o czym teraz myśli, to o odpowiednim prezencie na urodziny swojej cioci Lucy. Antykwariusz, pan Gruber pomaga wybrać i znajduje składaną książeczkę opisującą Londyn. Ale ponieważ jest bardzo droga, miś decyduje się znaleźć pracę, by mieć za co ją kupić. Niestety, sprawy bardzo mocno się komplikują, bo książka zostaje skradziona. A za kradzież zostaje oskarżony… Paddington i skazany. Rodzina jednak próbuje ustalić kto wrobił naszego bohatera, a podejrzanym staje się pewien podstarzały aktor.

paddington2-2

Reżyser tutaj postanowił zaszaleć i opowiada o wiele bardziej skomplikowaną intrygę niż w poprzedniej części. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, a stawka jest o wiele wyższa. Nadal humor w sporej części oparty jest na slapsticku i ciągle to śmieszy, bez popadania w wulgarność czy archaiczność. Ciągle to bardzo ciepłe, familijne kino w dobrym stylu. Ale najbardziej zadziwia tutaj praca kamery i kąty, z jakich filmowana jest historia. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to mógłby być film… Wesa Andersona, tylko bez pastelowych kolorów. Co najbardziej widać w scenach, kiedy nasz miś trafia do pierdla, zaś w skutek jego pomyłki, ich ciuchy są… różowe. Cały czas akcja jest popychana do przodu, odkrywając kolejne elementy układanki. Historia potrafi trzymać w napięciu, choć wiemy, kto za tym wszystkim stoi. Ale nie wiemy dlaczego. Jednak dzięki niemu widzimy piękne krajobrazy oraz zabytki miasta. Miasta pełnego kulturowego tygla, gdzie najbardziej niesympatycznym okazuje się rdzenny Anglik o aparycji Petera Capaldiego.

paddington2-4

Sam bohater jest tak sympatyczny, że każde miejsce nabiera kolorów i przynosi szczęście. Nawet więzienie, co jest ogromną niespodzianką. Reżyser akcję też potrafi poprowadzić brawurowo, co pokazuje podczas sceny włamania i pościgu, gdzie miś jedzie na… psie niczym na koniu. Nie wspominam o finałowej konfrontacji w pociągu z pogonią na dachu niczym w „Mission: Impossible”, co podkręca tempo oraz adrenalinę. Nawet ucieczka z więzienia wygląda imponująco (w większości kręcona w jednym ujęciu) i trzyma wręcz za gardło. A i nie brakuje momentów wzruszających, zaś stworzony komputerowo miś wygląda cudnie.

paddington2-3

Niektórzy pewnie będą narzekać, że to jest naiwne, zaś morał o tym, iż warto być dobrym, bo ono wraca wydaje się naiwne. Jednak jest to tak przekonująco „sprzedawane”, że nie da się w to nie uwierzyć. Przy okazji reżyser troszkę skomentuje swój stosunek do Brexitu (w końcu nasz bohater to imigrant z Peru) oraz serwuje uniwersalne prawdy. A finał… przekonajcie się sami. I nadal to świetnie zagrane kino. Wracają starzy znajomi (m.in. Hugh Bonneville, Sally Hawkins czy użyczający głosu misiowi Ben Whishaw), ale film kradnie dwójka nowych postaci. Absolutnie rozbrajający jest Hugh Grant w roli antagonisty. Niby czarujący aktor, lecz tak naprawdę egotyczny narcyz pragnący poklasku i splendoru, jednocześnie zmieniający wygląd niczym kameleon. Drugim jest Brendan Gleeson jako szef więziennej kuchni Golonka z twardymi pięściami, lecz dobrym sercem i dodaje pewnej lekkości. Obaj panowie jeszcze bardziej podnoszą poziom całości.

Jak tak dalej pójdzie, to trzecia część będzie arcydziełem w swoim gatunku. Bo drugi „Paddington” przebija oryginał wielokrotnie, a reżyser nie musi się martwić, że nikogo nie będzie obchodził los najbardziej kulturalnego misia. Szalona jazda bez trzymanki, potrafiąca rozbawić i nawet złapać za serce. Można się rozsmakować niczym w marmoladzie.

8/10

Radosław Ostrowski

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj

Brugia – niby małe miasteczko, jakich wiele znajduje się w Europie. Tutaj trafia dwóch Irlandczyków: Ken i Ray. Obaj zostali wysłani przez swojego szefa, Harry’ego, zameldowani w hotelu i czekać na dalsze instrukcje. Mają na to dwa tygodnie, a w tym czasie mają zwiedzać okolicę. O ile starszy Ken odnajduje się tutaj jak ryba w wodzie, dla Ray to miejsce wydaje się zwykłym zadupiem. Ale w końcu dzwoni telefon.

w brugii1

Martin McDonagh dzisiaj to nazwisko bardzo rozpoznawalne i cenione wśród kinomanów. Niewielu jednak poznało się na jego talencie na początku jego kariery filmowca. W 2008 roku zrealizował swój debiut, który jest czarną jak smoła komedią. Reżyser bardzo powoli wprowadza swoich bohaterów, o których nie wiemy zbyt wiele. Zaczynamy odkrywać jednak dlaczego ten duet – będący płatnymi mordercami – trafił do takiego małego miasteczka. I ta historia z komedii przechodzi w dramat, dotykający wręcz egzystencjalnych wątków. Wina, kara, ponoszenie odpowiedzialności za swoje czyny, honor, lojalność – tego się chyba nikt nie spodziewał. Sami bohaterowie nie wydają się bezwzględnymi bandziorami, mówiącymi o bandziorskich rzeczach. Przynajmniej w tym miejscu zachowują się bardziej jak my, szarzy ludzie. Piją piwo, zwiedzają, a nawet zakochują się w pięknych blondynkach. Ale samo miasto też staje się bohaterem samym w sobie. Niemal same średniowieczne budynki budują podskórnie niepokojący klimat. Niczym z obrazu Hieronima Boscha, co ironicznie wykorzystane zostaje w finale. Gdzie musi dojść do nieuniknionej śmierci, bo za wszystko trzeba zapłacić. Ale czy to oznacza, że nie należy nie robić nic z tym wszystkim? Czekać na przebieg wydarzeń? Zabić się? Uciec? Pytania wręcz egzystencjalne, a odpowiedź okazuje się banalna, ale nie głupia. Tylko, że ja wam tego nie powiem.

w brugii2

Bardzo pozytywnie zaskakuje realizacja. Pozornie jest to styl zerowy, ale największe wrażenie robi miasto nocą, utrzymane w żółtej kolorystyce. W tle jeszcze dość melancholijna muzyka Cartera Burwella, a wszystko zmontowane jest w sposób bardzo płynny. Aż chciałoby się zostać w tym nietypowym miasteczku. To wszystko jest podporą dla absolutnie świetnego scenariusza oraz skupionej ręki reżysera.

w brugii3

Ale to wszystko by nie działało, gdyby nie absolutnie fantastycznie dobrani aktorzy. Najbardziej w tym filmie zaskoczył mnie Colin Farrell jako Ray, który dopiero ma zacząć swoją przygodę jako cyngiel. Na początku widać, że coś go dręczy, jest zniechęcony Brugią, ale wszystko zmienia jedna osoba. I nagle zacząłem sympatyzować z tym gościem. Skontrastowany z nim jest Brendan Gleeson jako bardziej stateczny Ken i powoli zaczyna się budować silniejsza więź między nimi. Bardzo ciekawy duet, choć razem nie mają wiele scen. Cała akcja ulega zdynamizowaniu, kiedy na ekranie pojawia się Harry (absolutnie błyszczący Ralph Fiennes) – szef bohaterów, co klnie jak szewc i ma swoje twarde zasady. Jest jeszcze inna galeria postaci jak rasistowski karzeł, handlująca dragami członkini planu filmowego czy mający obsesję na punkcie starych słów handlarza bronią.

„In Bruges” było odpowiednią mieszanką komedii i dramatu, gdzie lekkość miesza się z poważnymi, wręcz egzystencjalnymi dylematami. Świetnie zagrana, z ciętymi dialogami oraz klimatem, którego nie widzę zbyt często. I tutaj McDonagh prezentuje swoje umiejętności jako reżysera/scenarzysty.

8/10

Radosław Ostrowski

Sześciostrzałowiec

Wszystko zaczyna się od śmierci. Pan Donnelly, mężczyzna w wieku średnim przychodzi do szpitala, by zobaczyć swoją zmarłą żonę. Musiała od dłuższego czasu chorować, bo na wieść o jej śmierci mężczyzna przyjmuje to bardzo spokojnie. I już wydaje się, że nic gorszego nie może go spotkać tego dnia. Ale podróż pociągiem do domu jeszcze bardziej go zaskoczy.

szesciostrzalowiec1

Zanim Martin McDonagh zaprowadził wszystkich do Brugii i odpalił swoją reżyserską karierę, nakręcił w 2004 roku krótki metraż. Jednak obecnie mało kto o tym filmie pamięta, mimo nagrodzenia Oscarem. „Sześciostrzałowiec” brzmi jak daleki krewny Guya Ritchie, tylko polany w bardziej groteskowym sosie oraz smolistym humorze. Film jest tak naprawdę kolejną opowieścią o tym, jak ludzie radzą (lub nie) ze śmiercią. Bo niemal każdy z bohaterów tutaj kogoś stracił. Nie tylko Donnelly o twarzy Brendana Gleesona, ale także para małżonków po stracie dziecka oraz ten bardzo bezczelny gnojek, któremu zabito matkę. A wszystko upchnięte w niecałe pół godziny, jeden pociąg oraz strzelaninę.

szesciostrzalowiec2

Historia jest bardzo prościutka, a reżyser każdą poważną sytuację potrafi przekłuć humorem. Ten efekt powoduje, że „Sześciostrzałowiec” nie staje się depresyjnym dramatem. Nawet humorystyczna scena z krową pełną gazów kończy się w dość smutny sposób dla bohatera, próbującego uratować krowę. I kiedy nagle dochodzi do strzelaniny (miejscami bardzo sztywnie zmontowanej), nie byłem zaskoczony. Tak samo jak finałem, gdzie próba samobójcza kończy się klęską. Moment bardzo poważny i dramatyczny kończy się szyderczym śmiechem reżysera, który pokazuje bezsens wszystkiego.

szesciostrzalowiec3

Ale jednocześnie miałem wrażenie, że reżyser nie odkrywa niczego nowego w tej materii. Czuć tutaj powoli rodzący się styl filmowca, ale ta cała groteskowa otoczka może działać odpychająco. Następnymi filmami McDonagh pokaże swoją wyższą formę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ballada o Busterze Scruggsie

Potwierdzają to setne przykłady,
Że westerny wciąż jeszcze są w modzie
Wysłuchajcie więc, proszę, ballady
O tak zwanym Najdzikszym Zachodzie

Wojciech Młynarski, „Ballada o Dzikim Zachodzie”

buster_scruggs1

Z tym fragmentem popularnej piosenki Wojciecha Młynarskiego dyskutować jest ciężko, bo od mniej więcej 2003 roku coraz częściej odwiedzaliśmy Dziki Zachód. Czy to w formie zabawy gatunkiem („Slow West”, „Bone Tomahawk”, „Django”), czy to remake’ów klasycznych opowieści („3:10 do Yumy”, „Prawdziwe męstwo”, „Siedmiu wspaniałych”), czy wykorzystaniu gatunkowego sztafażu do historii spoza gatunku („Zabójstwo Jesse’ego Jamesa…”, „Zjawa”, „Tajemnica Brokeback Mountain”). Teraz z westernem znowu postanowili się zmierzyć bracia Coen. Początkowo „Ballada o Busterze Scruggsie” miała być serialową antologią, ale ostatecznie współpraca z Netflixem skończyła się pełnometrażowym filmem. Czy to był dobry ruch? I tak, i nie, bo – jak w przypadku każdej kompilacji nie każda historia porwała mnie tak bardzo jakbym chciał. Ale po kolei.

buster_scruggs2

Braciszkowie wykorzystują klasyczne motywy znane z kowbojskich opowieści i przerabiają je na swoją modłę. Jazda dyliżansem, wyprawa pionierów, napad na bank, poszukiwanie złota, wędrowna grupa podróżująca od miasteczka do miasteczka zarabiając opowieściami – bardziej archetypowych motywów do gawędy nie da się znaleźć. Ale wszystko jest tu troszkę inaczej niż zwykle, stanowiąc pretekst do twórczej zabawy oraz gatunkowej demolki. Historia rewolwerowca Bustera Scruggsa okraszona jest cudownymi piosenkami (zupełnie jakbym oglądał musical – prawie jak w „Ave, Cezar”) oraz rozbrajającym humorem, z bardzo przewrotną puentą. Podobnie dowcipna była historia napadu na bank (kasjer atakujący w czymś, co mogłoby być zbroją – niesamowity widok), gdzie kowboj pakuje się w dość pokręcone losy, nie zapominając o absurdalnym dowcipie (pierwsza scena próby powieszenia). Jedynym zastrzeżeniem tej historii jest fakt, że… za szybko się kończy.

buster_scruggs3

I wtedy pojawia się historia trzecia, czyli impresario wędrujący od miasta do miasta z cytującym różne teksty mówcą. Niby nic dziwnego, ale osobnik ten jest pozbawiony wszelkich kończyn, co ma gwarantować pewne profity. Ta opowieść jest cięższa, mroczniejsza (jest cały czas noc) oraz bardziej serio. Samo w sobie może nie wywołałoby to we mnie zgrzytu, jednak brak puenty, niemal brak dialogów sprawiły, że seans był dość męczący. Odbiłem się od tej opowieści niczym od ściany. Zrekompensowało mi tą stagnację historia poszukiwacza złota, choć pozornie w niej nie dzieje się zbyt wiele. Ale jest to najpiękniejsza wizualnie opowieść – krajobrazy wyglądają imponująco, jak z klasycznego westernu czy jakiegoś cudnego malowidła. Prawdziwa wizualna uczta.

buster_scruggs4

Równie imponująco wygląda piąta, najdłuższa nowela. To historia Alice Longabaugh, która wyrusza z bratem do miasta w konwoju. Tutaj jest bardziej melodramatycznie, bo w drodze jeden z przewodników, pan Knapp zakochuje się w tej nieśmiałej, zagubionej damie. Dla mnie ta opowieść też mnie zawiodła troszkę. Dlaczego? Po pierwsze, nie obchodziła mnie główna bohaterka – jej zagubienie, bezradność, emocjonalna apatia działała na mnie odstraszająco, mimo obsadzenia w tej roli Zoe Kazan. Po drugie, nie uwierzyłem w tą relację między Knappem a Alice i nie mogłem zrozumieć, co ten facet w niej widział, że chciał się z nią związać. Sytuację troszkę rekompensowały zdjęcia oraz zakończenie, stawiające całą opowieść w stanie zawieszenia. A na finał mamy pasażerów dyliżansu, jadących do miasteczka z trupem. Stylistycznie całość jest zamknięta w jednej przestrzeni, przypominając wyglądem westerny z lat 30. czy 40., kadrując tylko i wyłącznie twarze pasażerów. Niby są tylko dialogi (głównie o rodzajach ludzi), jednak nastrój troszkę przypomina tutaj horror. Zwłaszcza, gdy poznajemy profesję dość intrygującej pary podróżnych. Satysfakcjonujące i odpowiednio mroczne.

buster_scruggs5

Choć scenariuszowo nie wszystkie historie wciągają tak, jakby mi się marzyło, to jednak dobrze się bawiłem. Zdjęcia miejscami są olśniewające, ale zawsze budują klimat. Tak samo jak kostiumy oraz scenografia, a także muzyka Cartera Burwella – odpowiednio budująca napięcie, opisująca zachwycającą przyrodę oraz pełna kilku zgrabnych piosenek. Także aktorsko jest miejscami znakomicie, rekompensując wiele wad. W mojej pamięci najbardziej zapadł tytułowy Buster (rewelacyjny Tim Blake Nelson) – ubrany na biało elegancik ze świetną nawijką oraz ogromnym talentem wokalnym, budzącym zachwyt. Równie wyrazisty jest poszukiwacz w wykonaniu cudownego Toma Waitsa. Doświadczonego, zdeterminowanego i uparcie dążącego do celu, a jednocześnie pełnego pokory wobec losu oraz przyrody, co od razu wzbudziło we mnie dużą sympatię do tej postaci. Z pozostałych historii warto wspomnieć fantastycznego Harry’ego Mellinga (pozbawiony kończyn Harrison – z jaką pasją wypowiada te same słowa, to czasami włosy się jeżą), zaskakująco poważnego Jamesa Franco (kowboj z drugiej historii) oraz smolisty duet Jonjo O’Neill/Brendan Gleeson (Anglik/Irlandczyk).

buster_scruggs6

Jak widać, historie są dość różne, ale z paru można wyciągnąć kilka wniosków. Po pierwsze, jeśli chcesz przetrwać, musisz być bardziej sprytny, wyrachowany i bezwzględny niż reszta. Ale nawet to nie da ci pełnej gwarancji. Po drugie, upór i determinacja pomagają się wzbogacić. Tak jak szacunek do Matki Natury. A po trzecie, nigdy nie wiesz, kiedy skończy ci się szczęście, więc zawsze uważaj. Sam film potrafi dostarczyć rozrywki w stylu braci Coen i pokazuje, że jeszcze nie powiedzieli oni ostatniego słowa. Nic, tylko oglądać, a potem na koń! Niby nic, czego byśmy nie znali, ale bardzo przyjemnie się ogląda.

7/10

Radosław Ostrowski

Nocne życie

Amerykanie lubią opowiadać o gangsterach, niemal celebrując ich niczym bohaterów. A czasy Wielkiego Kryzysu dają bardzo duże pole do popisu dla filmowców, pisarzy oraz innych artystów. Jednym z nich jest specjalista od kryminałów – Dennis Lehane, który napisał trylogię poświęconą Joe Coughlinowi. Ale na ekran postanowiono przenieść środkową część, skupiającą się na naszym bohaterze, któremu twarzy oraz głosu użyczył będący na wznoszącej fali Ben Affleck. Człowiek ten postanowił też film wyprodukować (wspólnie z Leonardo DiCaprio), napisać scenariusz oraz wyreżyserować.

nocne_zycie1

Sam początek to Boston lat 20., gdzie poznajemy Joego. Jest on synem kapitana policji, chociaż sam zajmuje się nie do końca legalnymi interesami. Jest drobnym złodziejem i cwaniakiem, który ma jednego poważnego pecha: umawia się z dziewczyną, która jest kochanką szefa irlandzkiej mafii. I to mocno zmienia jego życia, o mały włos unikając śmierci. By zemścić się na rywalu podejmuje współprace z włoskimi gangsterami i dostaje zadanie przejęcia kontroli nad Florydą – a dokładniej do Tampy, by rozkręcić handel rumem oraz inne gałęzie gangsterskiego interesu.

nocne_zycie2

Na pierwszy rzut oka nowy film Afflecka wydaje się klasycznym filmem gangsterskim, gdzie mamy drobną płotkę, która staje się wielką rybą. Joe próbuje żyć po swojemu, lecz kontrolę nad swoim losem stracił już dawno temu. Do tego mamy czas prohibicji, czyli nędzy i biedoty, gdzie tylko najsprytniejsi i najbogatsi byli w stanie się utrzymać na powierzchni. Tylko przestępcza kariera pomagała żyć na więcej niż przyzwoitym poziomie. Jednak problem w tym, że trzeba bardzo uważać. Bo jak się zdobywa władzę, to ludzie wyżej i niżej postawieni chcą na tym coś ugrać. Zdrada wisi w powietrzu, traktowanie cię jak śmiecia (Ku Klux Klan) oraz przypominanie dla kogo tak naprawdę pracujesz. Czy w tym świecie da się przetrwać?

nocne_zycie3

Reżyser solidnie buduje realia epoki oraz zachowuje styl tych czasów. Nie zapomina jednak o scenach akcji, które są zrobione świetnie. Zarówno ucieczka po napadzie, jak i niemal finałowa strzelanina w hotelu są bardzo dobrze wykonane pod względem operatorskim oraz montażowym. Problem w tym, że postaci oraz wątków jest zwyczajnie za dużo i nie wszystkie w pełni wybrzmiewają. Mamy mafijne rozgrywki, córkę komendanta z Tampy, której przemiana (z narkomanki do religijnej fanatyczki) może drażnić, wątek miłosny; a nawet dwa. Sam środek toczy się dość szybko, przez co w wiele rzeczy musimy uwierzyć na słowo (narracja Coughlina z offu), a wiele wydarzeń zostaje pokazanych bardzo skrótowo, przez co spokojne tempo staje się bardzo męczącym doświadczeniem.

Jeśli coś nie zawodzi, to jest bardzo gwiazdorska obsada, która robi, co potrafi najlepiej. Sam Affleck w roli głównej wypada całkiem nieźle, chociaż czytając powieść wyobrażałem sobie o wiele młodszego aktora. Niemniej mimo niemal kamiennej twarzy, aktorowi udaje się przekonująco pokazać wewnętrzne konflikty za pomocą oczu oraz drobnej mimiki. Solidny poziom prezentują niezawodni Brendan Gleeson (ojciec Joe) i Chris Cooper (komendant Figgis), można też zawiesić oko na zjawiskową Zoe Saldanę (Gabriella) oraz apetyczną (nadal) Siennę Miller (Emma), a najbardziej zaskakuje Elle Fanning w roli córki komendanta. Początkowo spokojna, jej przemiana potrafi zmrozić krew (fantastyczna scena przemowy), tworząc wyrazisty charakter.

Nie będę ukrywał, że „Nocne życie” bardzo mnie rozczarowało. Affleck jako reżyser coraz bardziej się rozwijał i ten tytuł miał wszelkie odpowiednie składniki, by zrobić furorę oraz dostarczyć świetnej rozrywki. Tylko, że po pierwszym akcie wszystko zaczyna się rozsypywać i dopiero pod koniec zaczyna nabierać siły. Oby to nie był początek kariery reżyserskiej Afflecka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Assassin’s Creed

Czy ktoś z tu obecnych zna serię gier „Assassin’s Creed”? W skrócie chodzi o odwieczną walkę Templariuszy z Asasynami, gdzie gracz wcielał się w asasyna walczącego w realiach historycznych. Był to zazwyczaj przodek postaci z wątku współczesnego (z czasem zrezygnowano z tego wątku), przenosząc się za pomocą Animusa (łączenie kodu genetycznego przodka ), a walka toczyła się o Artefakty Edenu. Po drodze jeszcze bieganie, zabijanie, Credo itp. Pytanie, czy wreszcie dało się stworzyć udaną egranizację?

Punkt wyjścia jest podobny. Najpierw poznajemy niejakiego Aquilara – hiszpańskiego członka bractwa Asasynów. Składa przysięgę i ma za zadanie chronić Jabłko Edenu. Potem przeskakujemy do współczesności, gdzie poznajemy Calluma Lyncha – mordercę, który jako chłopiec widział śmierć swojej matki. Zostaje uznany za zmarłego i ściągnięty przez tajemniczą organizację, która chce znaleźć Jabłko Edenu. Dlaczego? Oficjalnie, by wyleczyć ludzkość z przemocy. Ale chyba nasz bohater jest mniej kumaty, bo wierzy w to.

asasyn2

Co zrobić, by znaleźć klucz do dobrej egranizacji? Znajomość materiału źródłowego oraz pewne zdrowe podejście, by każdą bzdurę uczynić przekonującą. Problem w tym, że pod względem scenariusza film Justina Kurzela zwyczajnie leży. Dlaczego? W grach większość czasu spędzaliśmy jako asasyn wykonujący różne zadania, mające pomóc w powstrzymaniu Templariuszy, rzadko przechodząc do wątków współczesnych, które były strasznie nudne. Justin Kurzel odwraca te proporcję i zamiast prezentować wszelkie losy asasyna Aquiera, wybiera świata Calluma, budzącego się w jakimś tajemniczym miejscu – hotel, więzienie, laboratorium? Razem z tym bohaterem czujemy się zdezorientowani, próbujemy rozgryźć prawdziwe motywacje (my jesteśmy o krok przez Lynchem) oraz odnaleźć się w tym całym bajzlu. Tylko, że przemiana cynicznego Lyncha w prawego Asasyna to są jakieś jaja, pozbawione psychologii, motywacji oraz wiarygodności. Wszystko jest opowiadane tak serio, ze aż przyprawia to o ból istnienia (czyżby Kurzel nie widział pierwszego „Mortal Kombat”?) i dialogi niemal wywołują znudzenie niczym w „Adwokacie”.

asasyn1

Z kolei wątek hiszpański też jest ledwo liźnięty, trafiamy do dawnych czasów raptem 4 razy, rzuceni w sam środek wydarzeń (tak jak w grze), gdzie święta Inkwizycja w imię Boże dopuszcza się mordowania, palenia oraz usuwania niewygodnych wrogów. Sceny te bronią się przede wszystkim mrocznym klimatem, świetną pracą kamery (to przejście w świat, bura kolorystyka czy dynamicznie zrobione sceny ucieczki, gdzie przeskakują z dachu na dach – wow) oraz na tyle sprawnym montażem, że nie ma miejsca na nudę. Tylko, że brakuje zaangażowania oraz bliższego poznania jakiejkolwiek postaci, nic nas nie obchodzą.

asasyn3

Nawet aktorsko brakuje tutaj jakiegokolwiek mocnego punktu zaczepienia. Na początku Michael Fassbender jako Lynch sprawia wrażenie obojętnego cynika, skonfrontowany z odważnym, walecznym przodkiem (Aquilar to postać bardziej czynu i tutaj trudno kwestionować oddanie), ale jego przemiana wygląda niewiarygodnie, wręcz sztucznie. Zbyt skrótowo potraktowano tą postać, która mogłaby zyskać nieco więcej, gdyby miała większą interakcję. Zawiodła mnie mocno Marion Cotilliard, będąca tutaj naukowcem manipulowanym przez swojego ojca (mocny Jeremy Irons). Jej mechaniczny, wręcz monotonny głos strasznie zmęczył i jest ona zwyczajnie nijaka. Kompletnie zaskakuje brak wyrazistego drugiego planu, gdzie mamy z jednej strony podobnie „uzdolnionych” jak Lynch (ale brakuje im charakteru, tła, historii), z drugiej tak rozpoznawalnych aktorów jak Brendan Gleeson czy Charlotte Rampling, którzy nie mają tutaj absolutnie nic do roboty. Takiego marnotrawstwa talentu nie znoszę.

W jednej ze scen Lynch mówi: „Co tu się k*** dzieje?”. I to samo mogli poczuć fani gry, widząc co Kurzel zrobił w swojej adaptacji. Intryga jest zagmatwana, historię poznajemy w bardzo krótkich fragmentach, licząc na coś więcej. Owszem, zostają zachowane charakterystyczne elementy z gry jak skok wiary czy parkourowe popisy na dachach, ale to za mało, by skupić uwagę widza. Widać, że jest to początek większej całości, która może kiedyś powstanie. Ja jednak mówię pas.

4/10

Radosław Ostrowski

Osada

UWAGA! Tekst zawiera spojlery!

Jest rok 1897. Gdzieś w Pensylwanii znajduje się mała osada otoczona lasem Covington, gdzie spokojnie żyją sobie ludzie pod wodzą Edwarda Walkera. Ale w tej okolicy obowiązują zasady, na skutek paktu między mieszkańcami a mieszkającymi w okolicy potworami. Nie można używać koloru czerwonego, nie można przekraczać granicy lasu, by nie wystraszyć stworów. Jednak pewien mieszkaniec imieniem Lucius Hunt łamie ten pakt, sprowadzając nieszczęście na całą wioskę.

osada1

Wiele osób po obejrzeniu zwiastuna dało się nabrać, gdyż M. Night Shyamalan znowu wszystkich wpuścił w pole. Poniższy opis zapowiadałby horror w strojach z epoki, ale tak naprawdę jest to melodramat z elementami mroku i strachu. Poza naszym wycofanym Luciusem istotną postacią jest córka burmistrza, niewidoma Ivy oraz podkochujący się w niej upośledzony umysłowo Noah. Bardzo powoli i stopniowo odkrywamy karty dotyczące tego paktu oraz tajemnicy związanej z założeniem tytułowej osady. Shyamalan skupia się bardziej na tej miłości – tłumionej, niewypowiadanej, sygnalizowanej spojrzeniami, niedopowiedzeniem. Również sama obecność tajemniczych bestii – przez sporą część widzimy tylko drobne fragmenty, skąpane w mroku i noszące czerwone płaszcze. Ich obecność (zdarte ze skóry zwierzęta, późniejsze znaki na drzwiach) oraz ciągłe fotografowany las budują aurę niepokoju, tajemnicy. Także dźwięk buduje strach jak w scenie czekania Ivy przed drzwiami na Luciusa i ucieczka do piwnicy czy ucieczka przed monstrum w lesie. „Osada” ma fantastyczne zdjęcia (zwłaszcza nocą) oraz kapitalną, liryczną muzykę.

osada2

I wszystko byłoby świetne, gdyby nie wyjaśnienie całej tajemnicy, czyli ostatnie 30 minut. Osada założona przez starszych kontroluje mieszkańców, wszystkie stwory to mistyfikacja, mająca na celu odstraszyć ludzi do opuszczenia. Dlaczego? Miasto jest siedliskiem zła i krzywdy, o czym opowiadają mieszkańcy. Ale zarówno otwarcie tajemniczych pudełek ze zdjęciem oraz spotkanie ze… strażnikiem chroniącym rezerwatu samochodem, wprawiło mnie w totalną konsternację zakończoną głęboką myślą: że co, kurwa? Że wewnątrz rezerwatu założono XIX-wieczną osadę, by się ukryć przed cywilizacją? Pomysł karkołomny, by stworzyć własną utopię nie jest niczym nowym i to nawet daje radę. Dla wielu osób to rozwiązanie może wydawać się idiotyczne, bo jak to mogło się udać zrobić to niezauważonym? Nie wiem, ale mindfuck gwarantowany.

osada3

Na szczęście ten finał jest zgrabnie maskowany świetnym aktorstwem, ze szczególnym wskazaniem na młodych aktorów. Film kradnie prześliczna debiutantka, czyli Bryce Dallas Howard jako Ivy. Niewidoma, ale bardzo wrażliwa, czarująca i inteligentna kobieta. Ona trzyma ten film na barkach i nie można oderwać od niej oczu. Wycofany Joaquin Phoenix jest świetny w roli ciekawego świata Luciusa – to jest ten typ aktora, który samą obecnością jest w stanie zbudować postać, a najbardziej pamięta się scenę wyznania wobec Ivy. Również Adrien Brody jako upośledzony Noah potrafi skraść film swoim dziwnym zachowaniem, nie popadając w parodię czy przerysowanie. Ze starszej gwardii najlepiej wypada William Hurt, czyli burmistrz Walker. Zawsze spokojny, opanowany i starający się trzymać całe otoczenie, nie pozbawiony jednak wrażliwości.

osada4

„Osada” to film dość nieoczywisty, bardzo stylowy, kapitalnie wygląda audio-wizualnie. Romantyczny horror, wodzący za nos i z obowiązkowym twistem made by Shyamalan. Jeśli ktoś spodziewa się klasycznego horroru, będzie rozczarowany, ale ta mieszanka działa skutecznie, z czym bywało różnie. Hindus z klasą w dobrej formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski