Aż dziwne, że w tak rozpędzonych, pełnych bodźców oraz szybkich cięć montażowych powstał dla platform streamingowych taki film jak „Sny o pociągach”. Dzieło jakby nakręcone w latach 60. czy 70., które dopiero teraz zostało wygrzebane z czyjegoś strychu. Może wynika to z faktu, że jest to historia osadzona w pierwszej połowie XX wieku. Czyli czasach o wiele wolniejszych niż dzisiaj.

A bohaterem jest Robert Grainer (Joel Edgerton) – facet w zasadzie pozbawiony przeszłości (rodzice nie żyją, dlaczego? – nie wiadomo), idący przed siebie nie mając żadnego celu, planów i przyszłości. Pracuje jako drwal podczas wyrębu lasu, więc jest w stanie się utrzymać. Ale jego życie zmienia się w momencie, kiedy poznaje Gladys (Felicity Jones). Bierze z nią ślub, stawia dom, oboje mają córkę i jak zawsze wyrusza do pracy. Strasznie daleko od domu, więc nie zawsze ma czas być z rodziną. Zwłaszcza kiedy trwa I wojna światowa i zapotrzebowanie na drewno jest spore.

Dla reżysera Clinta Bentleya adaptacja powieści Denisa Johnsona to opowieść jednocześnie kameralna i monumentalna. Kameralna, bo skupia się na losach jednego człowieka. Monumentalna, bo rozgrywa się na przestrzeni 60 lat. Głównie w lasach, z ogromnymi drzewami starszymi niż ktokolwiek z żyjących ludzi. Nie brzmi jak coś ekscytującego, ale to tylko pozory. W tych chwilach wyciszenia reżyser skupia się na człowieku w otoczeniu wielkiej i silnej przyrody, która potrafi być bezwzględna. Zwłaszcza mieszkając blisko niej, ale w pewnym momencie film zaczyna budzić skojarzenia z… „Manchester by the Sea” Kennetha Lonergana. Skąd to skojarzenie? Z powodu udręki, jaka spotyka naszego bohatera po poważnej tragedii i poczucia bycia ukaranym przez los. Wszystkiemu towarzyszy narracja z offu w wykonaniu Willa Pattona, gdyż nasz bohater nie należy do zbyt rozmownych osobników, przez co ciężko wejść do jego głowy. Zazwyczaj coś takiego wydaje się drogą na łatwiznę, jednak tutaj się tu uzupełnia.

Całość okraszona jest wręcz pięknymi zdjęciami oraz delikatną muzyką, która pomaga w budowaniu bardzo melancholijnej atmosfery. Takie kontemplacyjne wręcz spojrzenie na ludzkie życie, gdzie drobiazgi zaczynają nabierać większego ciężaru. Szczególnie widać to w sennych montażach. Swoje dopełnia też oszczędna scenografia i kostiumy, świetne dialogi oraz galeria postaci drugoplanowych: od cytującego Biblię Apostoła Franka (Paul Schneider) przez doświadczonego Arna (kradnący ekran William H. Macy) i sklepikarza Ignatiusa Jacka (dobry Nathaniel Arcand) aż po strażniczkę lasu Claire (urocza Kerry Condon). Ale tak naprawdę liczy się tu bardzo wycofany i skupiony Joel Edgerton, będący mieszanką opanowania, niepewności oraz lęku. Im dalej podążamy za nim, tym bardziej widać jego zagubienie, smutek i ból, tłumiony, duszony, w kontrze do cudownej i czarującej Felicity Jones, będącej tą ciepłą przystanią, do której chce się wracać.

Chyba nikt się nie spodziewał takiej drobnej perełki od Netflixa. Piękny, bardzo wyciszony i jednocześnie bardzo uderzający emocjonalnie dramat o człowieku zderzonym ze światem. Niby to nic niezwykłego, ale jak już się wejdzie do tego świata, zostanie po seansie dłużej niż się wydaje.
8/10
Radosław Ostrowski
