Król Artur – wersja reżyserska

Było już tyle wersji opowieści o królu Arturze, że można się w tym pogubić. Ostatnio mieliśmy króla od Guya Ritchie, gdzie był on ulicznym cwaniaczkiem i alfonsem. Ale była wcześniej w tym samym wieku inna próba opowiedzenia „prawdziwej historii” mitycznego władcy Brytanii. Czy jednak reżyser Antoine Fuqua, opromieniony sukcesem „Dnia próby” podołał zadaniu.

krol artur1

Akcja filmu z 2004 roku toczy się w połowie V wieku n.e. Artur jest dowódcą oddziału wojskowego, składającego się z potomków dzielnych Sarmatów. Ci dzielny wojownicy służą Imperium Rzymskiemu na 15 lat i po wykonaniu swoich zadań wracają do domów. Tym razem ekipa pod wodzą Artura, gdzie mamy m.in. Lancelota, Tristana i Galahada dostaje swoje ostatnie zadanie. Muszą przywieźć z północy kraju (poza Murem Hadriana) rzymską rodzinę, której syn jest ulubieńcem samego papieża. Problemem jednak jest to, że jest to teren Piktów, zaś od morza zbliżają się niebezpieczni Saksowie. Więc nie wszyscy mogą przeżyć całą wyprawę.

krol artur4

Sama historia brzmi bardzo znajomo i zawiera pewne elementy klasycznych mitów. Jednak są one bardzo zmodyfikowane, przez co nie ma silnego deja vu. Merlin jest tutaj władcą Piktów, Ginewra pojawiająca się w połowie też pochodzi z tego plemienia, wojownicy Artura są nazywani Rycerzami, a wszystko toczy się pod koniec istnienia Imperium Romanum. A i sama historia Artura jest mocno zmodyfikowana i to nawet nieźle wypada. Więc nie można tego filmu nazwać w żadnym wypadku prawdziwą historią. O samym Arturze w historycznych źródłach nie ma zbyt wiele, więc elementy fikcji muszą się pojawić. I nie mam z tym problemów, ale to nie jest najgorsze.

krol artur2

Sama historia jest zwyczajnie nudna oraz przewidywalna. Mamy tu masę znajomych wątków jak nieliczna grupa walcząca z przeważającymi siłami wroga, wojowniczka zakochana w osobie uwalniającej ją, silna więź między członkami grupy i zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością. Dodatkowo mamy wplecione zderzenie chrześcijaństwa z pogaństwem oraz pokazanie do czego są zdolni ludzie w imię Boga. Tylko, że to kompletnie mnie nie angażowało, zaś dialogi dotyczące wolności, wolnej woli i tego typu rzeczy jeszcze bardziej drażniły moje uszy.

krol artur3

Może realizacyjnie jest lepiej? No nie do końca. Same sceny batalistyczne są zmontowane z szybkimi cięciami, przez co wydają się bardzo chaotyczne. Wyjątkiem od tej reguły jest świetnie trzymająca w napięciu potyczka na zamrożonym jeziorze. Mogą się podobać zdjęcia oraz realistyczne (ale tylko w wersji reżyserskiej) momenty akcji z brudem i sporą ilością krwi. Ten element realizmu może być pewną zaletą, jednak nie podnosi poziomu filmu wysoko.

A i aktorzy nie mają tutaj zbyt wiele do zagrania, przez co w większości wydają się nudnym tłem. Taki jest choćby Clive Owen jako Artur, będący esencją nijakości oraz braku własnego charakteru. Z tego grona najbardziej wybija się zadziorny Ray Winstone (Borg), będący antagonistą Stellan Skarsgard jako Cedryk oraz Keira Knightley, pokazująca tutaj spory potencjał na heroinę kina akcji. Reszta znanych dziś twarzy jak Joel Edgerton, Hugh Dancy czy Mads Mikkelsen nie zostaje w całości wykorzystana.

Ta niby realistyczna wersja opowieści o królu Arturze to przeciętne kino przygodowo-historyczne, które chciałoby być drugim „Braveheart” sklejonym z elementami fantasy. Pozbawione własnego charakteru i za bardzo czerpiące ze znajomych schematów, przez co zwyczajnie nudzi. I nawet realizacja nie jest w stanie tego ukryć.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Loving

Kolejna opowieść dziejąca się w czasach, kiedy małżeństwa między rasowe były uważane za największą zbrodnię w historii ludzkości. Takie rzeczy mogli wymyślić tylko Amerykanie. O jednym z takich małżeństw, które stało się jednym z symboli walki o prawa obywatelskie stali się państwo Loving. On (Richard) jest białym pracownikiem budowlanym, ona (Mildred) jest czarnoskórą dziewczyną, która pracuje na plantacji. Postanowili wziąć ślub i zamieszkać razem, zwłaszcza że ona jest w ciąży. Tylko, że jest to rok 1958 i stan Wirginia, gdzie takie relacje nie są mile widziane.

loving1

Rasizm był już tyle razy mielony przez amerykańskich twórców, że postawiłem sobie jedno pytanie: czy w ogóle jest sens tworzenia takich filmów? Ale podjął się tego bardzo zdolny reżyser Jeff Nichols. Reżyser znany jest z tego, że przełamuje pewne szablony oraz schematy kina gatunkowego wszelkiej maści. Problem w tym, iż „Loving” jest kompletnym zaprzeczeniem dokonań tego twórcy. Sama historia jest bardzo szablonowa, poprowadzona wręcz od linijki. Choć muszę przyznać, że reżyser unika wielkich słów i bardzo kameralnie odnosi się do kwestii rasizmu, nietolerancji, bez korzystania z szantażu emocjonalnego. Tylko, że w tym przypadku jest to broń obosieczna, ponieważ obniża emocjonalną temperaturę filmu. Doceniam wyciszenie, spokojne tempo, ale brakowało mi wejścia głębiej w naszych bohaterów – tego, jak oni obserwują całą sytuację, jak do tego się odnoszą. Sprawiają wrażenie pionków sterowanych przez innych na szachownicy, pozbawiona charakteru, niemal godząca się na wszystko. Ale jednocześnie czuć (na początku) atmosferę zaszczucia, niepokoju, że w każdej chwili to szczęście może zostać zabrane.

loving2

Trudno mi cokolwiek złego powiedzieć o aspektach technicznych. Nie brakuje ładnych plenerów, odpowiednio budującej nastrój muzyki czy odtworzeniu (scenograficznym) realiów lat 50. oraz 60. Pod tym względem jest naprawdę solidnie, chociaż brakuje jakiegoś błysku. To samo mógłbym powiedzieć w kwestii aktorskiej. Nie jestem w stanie złego powiedzieć o Joelu Edgertonie czy Ruth Nigga, bo oboje radzą sobie dobrze i czuć chemię między nimi. On troszkę szorstki, mówiący niewyraźnie i jak cudnie gra oczami. Ona wydaje się ciekawsza i sprawia wrażenie silniejszej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Drugi plan też wydaje się porządny, choć najbardziej wybija się Marton Csokas (szeryf) oraz epizod Michaela Shannona (w końcu film Jeffa Nicholsa bez tego aktora byłby po prostu niekompletny) jako fotografa „Life”.

loving3

Niestety, „Loving” to najsłabszy film Nicholsa, który parę razy potrafił mnie zaskoczyć czy to fantastycznym „Uciekinierem” czy okraszonym elementami SF „MIdnight Special”. „Loving” to klasyczna biografia, zrobiona według wszelkich panujących reguł tego gatunku, przez co – poza tematem – nie wyróżnia się z tłumu. A szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Niepokonana Jane

Znowu wyruszamy na Dziki Zachód, chociaż większość akcji toczy się w farmie gdzieś na uboczu. To tutaj przyszło mieszkać niejakiej Jane razem z mężem i córeczką. Problem w tym, że mąż kobiety kiedyś należał do niebezpiecznego gangu, zostawiając po sobie ogromne spustoszenie. Pewnego dnia wraca na koniu z kilkoma ranami postrzałowymi oraz ostrzeżeniem, że Tom Bishop i jego chłopaki się zbliżają. Kobieta prosi o pomoc swojego dawnego partnera, który – dość niechętnie – zgadza się.

niepokonana_jane1

Film ten powstawał w bólach, mimo iż trafił na tzw. Czarną Listę – spis najlepszych scenariuszy czekających na realizację. I kiedy wydawało się, ze wszystko ruszy z kopyta, producenci wyrzucili przed rozpoczęciem zdjęć reżyserkę Lynne Ramsey, a wraz z nią odeszli autor zdjęć Darius Khondji oraz mający zagrać główne role Karen Gillan i Jude Law. Po wielu perturbacjach ostatecznie przed kamerą stanął Gavin O’Connor, zaś w tytułową Jane wcieliła się Natalie Portman. Sam film nie jest stricte westernem, tylko dramatem (nawet melodramatem) z tajemnicą w tle. Reżyser miesza teraźniejszość z retrospekcjami, pokazującymi losy kobiety oraz związanych z nią (w różnym czasie) dwóch mężczyzn. Jeden został jej mężem, drugi był narzeczonym na wojnie i długo jej szukał. Relacje, pełne żalu, pretensji oraz kilku bardzo brudnych ran to najmocniejszy punkt tego kameralnego filmu. Szkoda tylko, że nie zostało to bardziej rozbudowane, z bardziej iskrzącymi momentami.

niepokonana_jane2

Dla mnie sporym problemem była akcja, a właściwie wszystko, co miało w założeniu, nakręcić całą intrygę. Nie brakuje tutaj strzelanin, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że reżysera realizacja tych scen albo nie interesuje (finałowe oblężenie z paroma wybuchami, które nie zostają pokazane), albo są zrobione w dość klasyczny sposób. Przez co adrenalina miejscami zwyczajnie siada, mimo budującej klimat minimalistycznej muzyki oraz ładnie wyglądającymi zdjęciami. Chociaż sama realizacja wydaje się tylko solidnym rzemiosłem.

niepokonana_jane3

Jedyne, co wypada najbardziej przekonująco to aktorstwo. Początkowo można odnieść wrażenie, że Natalie Portman i western to dziwaczna kombinacja, jednak aktorka bardzo przekonująco pokazuje determinację Jane, jej upór oraz walkę do upadłego, a akcent jest tylko przyjemnym dodatkiem. Troszkę w tle przewija się Noah Emmerich, tworzący dość niejasną postać bandyty, zmieniającego się pod wpływem kobiety. Dla mnie jednak najbardziej interesujący jest Joel Edgerton (także współautor scenariusza), czyli Dan Frost. Bardzo szorstki, skryty, mający wiele pretensji, a jednocześnie jego motywacja wydaje się co najmniej zagadkowa, zaś relacja od wrogości do współczucia pokazana jest bez fałszu. Tylko, ze czarnymi charakterami jest troszkę słabo, bo albo znikają dość szybko (Rodrigo Santoro i Boyd Holbrook), albo są dość przerysowani jak Ewan McGregor, który zakosił wąsy od Toma Sellecka.

Mimo, ze Jane na ekranie w ogóle jest dość niepokonana, sam film jest dość zachowawczy. To całkiem niezłe kino, nie wykorzystujący swojego potencjału. Gdyby bardziej się skupić na tym trójkącie, lekko podrasować sceny akcji, „Niepokonana Jane” mogłaby mieć swój wyrazisty charakter, który dałaby Lynne Ramsey (mimo, iż nie jestem jej wielkim fanem). Kobiece kino zmasakrowane przez producenta-mężczyznę.

6/10 

Radosław Ostrowski

Czerwona jaskółka

Czym są Jaskółki? To szkolone przez wywiad kobiety, mające za zadanie zdobyć informacje za pomocą uwodzenia oraz manipulowania mężczyznami. Przygotowywane są w specjalnych szkołach wywiadów nazywanych Szkołami Jaskółek i Kruków, znajdujących się na terenie każdego kraju. Do tej szkoły w Rosji trafia Dominika Jegorowa – młoda baletnica, siostrzenica zastępcy szefa rosyjskiego wywiadu. Jej kariera tancerki zostaje przerwana z powodu wypadku, więc wujek werbuje ją. Jej zadaniem miało być sprawdzenie pewnego ważnego polityka, jednak jest to pułapka. Dominika nie ma wyjścia i musi podjąć współpracę z wywiadem, a jej zadaniem jest wyciągniecie informacji o krecie pracującym dla Amerykanów z ręki Nate’a Nasha – oficera CIA.

czerwona_jaskolka1

Kino szpiegowskie może mieć bardzo różne oblicza: od dynamicznych akcyjniaków pokroju Jamesa Bonda czy Jasona Bourne’a poprzez bardziej psychologiczne dramaty i powolniejszą narrację w stylu Johna le Carre. Wydaje się, że w tym kierunku próbowała pójść „Czerwona jaskółka” – adaptacja bestsellerowego debiutu byłego agenta CIA, Jasona Matthewsa. Jest to bardzo powolna historia kobiety, której losy przestają być od niej zależne, a sama intryga jest pełna klasycznych „szpiegowskich” sztuczek: podchody, brak zaufania, wodzenie za nos wszystkich oraz ciągła gra. Jednocześnie przenosimy się z miejsca na miejsce (Moskwa, Wiedeń, Budapeszt, Londyn), próbując nadgonić za całością. Dla mnie najciekawsze i największe wrażenie robiły sceny związane ze szkoleniem. Tutaj reżyser pokazuje jak bardzo system zmusza do współpracy za pomocą upodlenia, szantażu oraz złamania charakteru. Tylko, że im dalej w las, tym bardziej to wszystko wydaje się naciągane.

czerwona_jaskolka2

Sama intryga nie tylko toczy się dość powoli, ale zwyczajnie zaczyna przynudzać. Brakuje tutaj suspensu, bo pojawia się on bardzo krótko. Czy to w scenie wymiany z asystentką senatora USA, czy podczas brutalnych przesłuchań, czuć zagrożenie oraz niepokój. Jednak reżyser Francis Lawrence kompletnie zaczyna się gubić. Mamy tu zbyt wiele scen zbędnych jak te z matką Dominiki (rozumiem, że to miało pokazać motywację, ale pojawiają się za często), relacja między naszą agentką a Nashem przebiega zbyt szybko, zaś samo starcie między USA (strażnikami wolności i tak prawymi ludźmi, że nawet agenci nie brudzą sobie rączek) a Rosją (grającą ostro, brutalnie i bezwzględnie) wygląda tak naiwnie, że aż trudno w to uwierzyć. Za mało jest tutaj odcieni szarości, jak na film szpiegowski, a za mało napięcia i akcji.

czerwona_jaskolka3

A jak sobie radzą tutaj aktorzy? Robią, co mogą i nawet dają sobie radę, jednak brakuje tutaj odcieni szarości. Wyjątkiem jest tutaj Jennifer Lawrence, która dość przekonująco pokazuje kobietę lawirującej między służbą i byciem „niewolnicą” wywiadu, a próbą osiągnięcia częściowej kontroli nad samą sobą. Nieźle sobie też radzi Joel Edgerton (Nash), jednak nie byłem w stanie uwierzyć w tą relację (poza dość niejednoznacznym początkiem) w dalszym przebiegu wydarzeń. Dla mnie film kradnie Matthias Schoenaerts jako Wania Jegorow, wyglądający niczym klon Władimira Putina, który jest bardzo śliski, mimo pozorów dobroci. To bardzo diaboliczna postać, dodająca pewnego kolorytu, tak jak bardzo chłodna Charlotte Rampling (dyrektorka szkoły Jaskółek).

„Czerwona jaskółka” to bardzo pokraczny film, próbujący złapać kilka srok za ogon. Niby pokazuje kolejny etap wywiadowczych rozgrywek między USA a Rosją oraz ich bezwzględność, jednak brakuje tutaj napięcia, zaangażowania oraz emocji. Dlaczego tego filmu nie zrobił David Fincher? To pozostanie największą tajemnicą.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Midnight Special

Jesteśmy rzuceni w sam środek historii, gdzie dwóch mężczyzn ukrywa się w motelowym pokoju. Do tego z nimi jest chłopiec, noszący… gogle na twarzy. O co tu chodzi? Kim są ci ludzie i przed kim się ukrywają? Reżyser Jeff Nichols bardzo szczątkowo przekazuje informacje, dopiero z czasem tworząc pewien obraz wydarzeń, dlatego nie będę streszczał fabuły, bo im mniej się wie, tym lepiej dla widza. Powiem tylko tyle, że naszymi uciekinierami interesuje się pewna sekta, policja, FBI, a nawet NSA. Twórca bardzo konsekwentnie buduje aurę tajemnicy, do której możemy się przebić słuchając dialogów czy informacji z radia lub telewizji. Żadnej dokładnej ekspozycji, szczegółów, ale będą się dziać rzeczy nie z tego świata, pozbawione racjonalnego wytłumaczenia.

midnight_special1

To wyjaśnia dlaczego większość scen toczy się nocą, a im bardziej próbujemy rozgryźć przyczynę, tym bardziej to wszystko zaczyna wciągać, bo kim jest ten chłopak? Nowym Mejsaszem (jak chce sekta), bronią (jak uważa rząd) czy może kimś zupełnie innym. Nichols jednocześnie prowadzi historię w sposób oszczędny, kameralny, przez co nie ma tu zbyt widowiskowych scen. Ale to wszystko pozostaje intrygujące, tajemnicze oraz opowiedziane pewną ręką. Choć pozornie zawiera pewne dziury oraz niedopowiedzenia, to jednak nie czułem się zdezorientowany, zagubiony. Jedyne, co mocno psuło mi efekt to zakończenie, które wywołuje we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony wygląda piorunująco, z drugiej może wydać się zbyt łopatologiczny, pokazując troszkę więcej niż – być może powinna.

midnight_special2

Choć postacie są bardzo zarysowane i nie wiemy zbyt wiele, zagrane są co najmniej bardzo dobrze. Zarówno Michael Shannon (Roy), jak i Joel Edgerton (Lucas) są świetni w roli duetu przyjaciół, łączących siły w sprawie chłopca, a wszelkie emocje prezentują wręcz całym sobą. Tak samo przyciąga Jaeden Lieberher (Alton), magnetyzujący swoim specyficznym wyglądem oraz tajemniczymi umiejętnościami. Odrobinkę humoru udaje się przemycić Adamowi Driverowi, który jako wycofany, małomówny analityk NSA Paul Sevier, wypada dość zaskakująco.

midnight_special3

„Midnight Special” wydaje się być hołdem Nicholsa dla filmów spod znaku Kina Nowej Przygody, ale nie podejmuje gry na nostalgii czy bycia zbiorem cytatów. To mroczna tajemnica, która skupia uwagę, mimo pewnej szczątkowości fabuły oraz małej dawce informacji o bohaterach czy świecie przedstawionym. Bardzo intrygujące, pociągające i nieoczywiste kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bright

Pomysł na ten film był po prostu kozacki, bo połączyć film sensacyjno-policyjny z elementami fantasy, dziejący się współcześnie. Coś takiego postanowił skleić Netflix, a dokładniej David Ayer, opromieniony „sukcesem” głośnego „Legionu samobójców”.

Bohaterami tej wariackiej historii jest para policjantów. Daryl Ward jest już niemłodym, czarnoskórym facetem z żoną, córką oraz długami. Nick Jacoby jest orkiem nie czystej krwi, który zawsze chciał być gliniarzem. Panowie delikatnie mówiąc, nie przepadając za sobą, ale są skazani na siebie, zwłaszcza że z Wardem nikt nie chce pracować, odkąd został postrzelony. Ale obaj panowie pakują się w kompletną kabałę z powodu pewnego cacka – Magicznej Różdżki oraz pilnującej jej elfki. Każdy, kto ją zdobędzie, będzie mógł spełnić swoje życzenia. Tylko jest jeden mały szkopuł: dotknąć jej mogą tylko nieliczni zwani Świetlistymi, bo inaczej może się to skończyć śmiercią. Cacuszka chcą wszyscy, dosłownie wszyscy – gliniarze, gangsterzy, orkowie oraz elficka wersja Iluminatich, która chce sprowadzić Władcę Ciemności i doprowadzić do potężnej rozpierduchy.

bright1

Sam początek jest typowy dla policyjnych filmów Ayera, czyli mamy widok na ulice, graffiti, orkowe gangusy w dresach z łańcuchami oraz bandanami. Są jeszcze elfy – piękne, inteligentne, bogate oraz rządzące światem. No i w tym wszystkim jeszcze ludzie ze swoimi rasistowskimi problemami. I ten tygiel żyje, dodając sporo kolorytu oraz świeżości w tym dziwacznym miksie. Nawet te graffiti oraz wyciągane z dialogów dawne wydarzenia pomagają zbudować tło. Aż chciałoby się głębiej wejść w ten świat. Po drodze strzelaniny, ucieczki, knajpa ze striptizem, gangsterów, orków – dzieje się, oj dzieje. Choć wszystko kręcone jest w dość statyczny sposób, to kilka scen jest pomysłowo wykonanych jak strzelanina w slow-motion czy podczas każdego wejścia antagonistów, którzy akrobatykę oraz kung-fu mają w małym paluszku.

bright2

Problemem dla mnie jest w wielu miejscach obecny patos, szczególnie w scenach, gdy nasi protagoniści zaczynają mówić o sobie, swoich problemach oraz trudnej przeszłości. Wtedy robi się lekko nudnawo, zaś przewidywalne zakończenie (mimo spektakularnych popisów gości od efektów specjalnych) troszkę osłabia siłę. Za to należy pochwalić zarówno charakteryzację orków, dobrą muzykę oraz trzymającą fason pracę kamery. Czuć rozmach, ale czułem ogromny niedosyt – chciałoby się lepiej poznać tą wizję świata, który jest ledwo liźnięty (może to poprawi część druga, zamówiona przez Netflixa).

bright3

Aktorsko jest dość nierówno, chociaż jest kilka mocnych punktów. Takim atutem jest zdecydowanie Will Smith, wnoszący sporo luzu, dystansu i humoru, co zawsze jest największą frajdę. Ale to wszystko nie było tak mocno zgrane, gdyby nie partner. Tutaj jest Joel Edgerton w roli orka Jakoby’ego, który jest świetny – bardzo stanowczy, uparty, konsekwentnie dążący do celu gliniarz. Powoli zaczyna się tworzyć chemia między tym duetem oraz respekt między sobą nawzajem. Dla mnie słabym punktem jest Noomi Rapace w roli antagonistki, której rola jest ograniczona do groźnych min, mówienia nieprzyjemnych słów oraz siania spustoszenia. Brakuje charakteru oraz charyzmy, a to jest błąd niewybaczalny, co boli.

bright4

„Bright” ma ogromny potencjał na bardzo bogate uniwersum oraz ogromny potencjał, który by się sprawdził w formie serialu. Bo dwie godziny to troszkę mało, by wejść głębiej w ten pokręcony świat, gdzie ludzie, orkowie i elfy żyją ze sobą obok siebie. To brzmiało superfajnie, ale nie wszystko tutaj zagrało.

6,5/10

Radosław Ostrowski

To przychodzi po zmroku

Głównymi bohaterami tego filmu jest rodzina mieszkająca gdzieś w leśnej chacie. Mąż z żoną (Paul i Sarah) oraz 17-letnim synem (Travis), psem i teściem zarażonym paskudną, roznoszącą się chorobą. Gdy ich poznajemy starszy pan zaczyna coraz mniej przypominać siebie, więc musi umrzeć. Ale spokojną egzystencję familii zmienia obecność mężczyzny, szukającego jedzenia dla rodziny. Paul decyduje się sprowadzić resztę rodziny Willa do siebie.

po_zmroku1

Nie brzmi to zbyt ciekawe jak na fabułę horroru. Ale reżyser Trey Edward Shults postanowił zrobić film kompletnie niepasujący do konwencji kina grozy. Bardziej jest to psychologiczny thriller, skupiającym się na lękach świata w stanie rozpadu. Jakaś postapokalipsa znana choćby z gry „The Last of Us”, gdzie najbardziej boimy się nie tylko tego, czego nie widać, ale całego otoczenia. Zawsze trzeba było być przygotowanym, uzbrojonym w broń, nie zostawiać nigdy otwartych drzwi. Poczucie paranoi, każdy obcy jest traktowany jako zagrożenie, udaje się zbudować za pomocą ciasnych korytarzy, niemal kompletnego mroku, oszczędnego oświetlenia. A żeby było jeszcze ciekawiej, historię poznajemy z perspektywy Travisa. Dla niego powinien to być czas, w którym poznaje dziewuchy, kończy collage i spędza więcej czasu z rówieśnikami, ale zamiast tego, musi pilnować bezpieczeństwa, nosić maskę na zewnątrz i rękawiczki, by się nie zarazić. By jeszcze bardziej namieszać we łbie, chłopak ma niepokojące koszmary. I to mocno miesza w głowie.

po_zmroku2

Reżyser pamięta o tym, by podkręcić napięcie (pojawienie się intruza, strzelanina, zaginiecie psa), ale jednocześnie bardzo wolne tempo działa osłabiająco. Do tego jeszcze majaki Travisa wywołują totalną dezorientację, mając na celu tylko dokonania finałowej wolty. Sama historia nie jest tutaj najważniejsza i parę razy było mi wszystko jedno, co się działo na ekranie. Wnioski o przekraczaniu granic oraz tego, do czego można dopuścić, by chronić najbliższych są bardzo oczywiste i to ogromny minus.

po_zmroku3

Mimo, że realizacja jest pierwszorzędna (bardzo mroczne zdjęcia, nerwowa muzyka), a do aktorów ze świetnym Joelem Edgertonem na czele nie można mieć żadnych zastrzeżeń, to film był dla mnie zbyt hermetyczny i nie dałem się wciągnąć w tą tajemnicę. Troszkę żałuję, bo punkt wyjścia dawał ogromne pole do popisu i mogło wyjść z tego mocne kino.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pakt z diabłem

Amerykanie kochają swoich gangsterów, którzy są otoczeni niemal kultem, a filmy o nich zawsze są interesujące dla filmowców. „Chłopcy z ferajny”, „Ojciec chrzestny”, „Dawno temu w Ameryce” czy ostatni „Legend” to potwierdzenie tego nurtu. Do tego próbuje też wejść „Pakt z diabłem” powoli rozkręcającego się reżysera Scotta Coopera.

pakt_z_diabem1

Pomysł jest diablo intrygujący: James „Whitey” Bulgar to drobna płotka, będąca właścicielem nocnego klubu w latach 70. w Bostonie. Gdy go poznajemy pomaga młodemu wykidajle, dostającemu w łeb od dawnych kumpli. Ale Jimmy chce coraz więcej, coraz bardziej, jednak przeszkadzają mu w tym konkurenci z włoskimi korzeniami. I nawet mimo posiadania wpływowego brata-senatora. Wtedy do Bostonu wraca dawny znajomy Jimmy’ego, obecnie agent FBI, John Connolly. Mężczyzna proponuje gangsterowi deal: zostanie informatorem FBI w zamian za nietykalność. Bulgar idzie na to, wykorzystując swoje koneksje do eliminacji konkurencji.

pakt_z_diabem2

Wydaje się to brzmieć jak interesujący film gangsterski? Bulger był pierwowzorem Franka Costello z „Infiltracji”, co pokazuje ogromny potencjał tej postaci. Problem w tym, że reżyser nie do końca wykorzystuje potencjał w tym układzie: gangster-agent-polityk. Pierwszy wykorzystuje swoje konotacje do bezkarnej eliminacji swoich wrogów oraz poszerzanie swojego terytorium, drugi w zamian chce zdobyć haki na mafię oraz coraz bardziej zafascynowany swoimi nowymi przyjaciółmi, zaczyna szastać forsą, trzeci udaje z kolei, że o niczym nie wie i przymyka oko. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, ze twórcy bardziej skupiają się na pokazywaniu kolejnych scen eliminacji wrogów Bulgera, pokazaniu mrocznej strony jego charakteru, porąbanego psychopaty, zmierzając do oczywistego i przewidywalnego finału: od bycia nikim, wejściu na szczyt po spektakularny upadek. Jak w dokumencie, a najciekawsze momenty, próbujące pokazać bardziej prywatne oblicze gangstera, zostają potraktowane po macoszemu (ciężka choroba syna, która go złamała i żona, która po tym wydarzeniu nigdy się nie pojawia, brak informacji o kochankach).

pakt_z_diabem3

Same sceny gangsterskie są całkiem niezłe, chociaż tempo jest bardzo spokojne, wręcz usypiające. Zaułki, speluny, ukryte domy – to tworzy klimat, podobnie jak stylizacja i odtworzenie realiów lat 70. i 80. Problem jednak w tym, że ten film kompletnie nie angażuje, a w rękach sprawniejszego reżysera byłby po prostu kozacki. Sytuację próbuje ratować Johnny Depp i daje radę, ale jest jeden problem – koszmarny make-up, przez który bardziej wygląda na wampira niż mafioza. W scenach, gdy nie zabija i nikomu nie grozi robi większe wrażenie, zaskakując swoim bardziej ludzkim obliczem. Drugim ważnym graczem jest agent Connelly w wykonaniu Joela Edgertona – skromny, wyciszony i bezgranicznie lojalny wobec gangstera, z czasem szpanuje hajsem, stając się zbyt pewnym siebie gnojkiem. Reszta obsady jest solidna, mimo zaangażowania takich aktorów jak Benedict Cumberbatch (Billy Bulgar), Kevin Bacon (agent Charles McGuire), Corey Stoll (Fred Wyshak) czy Peter Saarsgaard (Brian Holloran).

pakt_z_diabem4

Dla mnie „Pakt z diabłem” to strasznie zmarnowany potencjał, dodatkowo spłaszczający postać Bulgara jako kolejnego gangstera-psychopatę, jakich było wielu. Przeciętna biografia, która mimo solidności, zwyczajnie nie porywa, nudzi i nie przedstawia niczego nowego w mafijnej tematyce. Coś tu mocno nie zagrało.

5/10

Radosław Ostrowski

Dar

Zaczyna się dość spokojnie – do miasta wprowadza się młode małżeństwo. On, Simon pracuje w dużej firmie sprzedającej zabezpieczenia, ona Robyn jest dekoratorką i mają tylko pieska. Młodzi, piękni i szczęśliwi, prawda? Wtedy niespodziewanie odwiedza ich mężczyzna – Gordo, starego i dawno niewidzianego znajomego Simona. Zaczyna się od niewinnych prezentów i odwiedzin w domu pary, ale w końcu Gordo zostaje uznany za natręta i znika. Następnego dnia jednak pod ich drzwi trafia prezent z dołączonym listem.

dar3

Kolejny film wyreżyserowany przez – tym razem zadania podjął się Australijczyk Joel Edgerton, dla którego jest to trzeci (!!!) projekt jego autorstwa, ale jestem pewny, iż „Dar” najbardziej się przebije. Niby jest to thriller, ale bardziej skupiony na psychice bohaterów. To tłumaczy dość wolne tempo i spokojne budowanie napięcia, gwałtownie atakującego i doprowadzającego do przyspieszonego bicia serca. Problem jednak polega na tym, że nie mogę zbyt wiele opowiedzieć, gdyż na twistach i odkrywaniu tajemnicy z przeszłości skupia się cała fabuła. Ale trzeba pochwalić Edgertona za konsekwentne jej prowadzenie, zaskoczenia oraz brak jednoznacznych odpowiedzi, zmuszając do ciągłej weryfikacji tego co wiemy. Do tego pojawia się poczucie (silne w drugiej połowie filmu) poczucie zagrożenia oraz paranoi, rozbrajane w kompletnie nieoczywisty sposób, brutalnie przypominając o tym, że przeszłość w końcu nas dopadnie i nie ma przebacz.

dar1

Całość do tego jest świetnie zagrana. Kompletnie zaskakuje Jason Bateman, pozornie wcielający się w typowego faceta z komedii – sympatycznego, uśmiechniętego i miłego kolesia. Tak naprawdę jednak to bardzo nieprzyjemny typek, rozstawiający ludzi po kątach i brutalnie rozprawiającego się z wrogami. Równie wyborna jest Rebecca Hall, tworząca bardzo zniuansowany portret pozornie szczęśliwej i radosnej kobiety. I trzeci wierzchołek trójkąta, czyli dość zagadkowy i dziwaczny Gordo, zagrany przez samego reżysera, którego motywy działania pozostają przez spora część filmu zagadką.

dar2

„Dar” okazał się dla mnie jedną z niespodzianek tego roku, która wystrzeliła jak petarda. Mroczny, niepokojący, niejednoznaczny. Kino na poziomie i zrealizowane z fasonem.

8/10

Radosław Ostrowski

Wielki Gatsby

Nowy Jork, lata 20. Do miasta przybywa Nick Carroway, który zaczyna pracę jako makler giełdowy. Jednak jego dość spokojne i monotonne życie, nabiera kolorów, gdy poznaje swojego sąsiada – niejakiego Gatsby’ego, strasznie dzianego faceta. Mężczyzna chce odzyskać swoją dawną miłość – kuzynkę Nicka, Daisy. Jednak ta już jest mężatką, ale dla niego nie jest to problem.

gatsby1

Powieść Francisa Scotta Fitzgeralda była przenoszona na ekran wielokrotnie. Teraz tego zadania podjął się Baz Luhrmann – facet, który robi filmy pełne przepychu i powalają warstwą wizualną. I tak też jest tutaj – zdjęcia, scenografia i kostiumy wręcz powalają. Nowy Jork pokazany jest tutaj jako miasto pełne bogactwa, chciwości i czegoś, co nazwałbym moralnym zepsuciem. A całość jest miejscami zmontowana jak teledysk i okraszona bardzo współczesnymi brzmieniami (pop, rap, elektronika), co o dziwo nie gryzie się ze sobą, zgrabnie tworząc specyficzną mieszankę. Jednak sama historia była mało wciągająca i angażująca. Miałem wrażenie sztuczności, aktorzy owszem świetnie wyglądają i  grają całkiem nieźle, ale tu coś nie pasowało. Za dużo kalkulacji, skupienia się na wyglądzie, a za mało emocji. Czułem się jakbym oglądał marionetki chodzące po ekranie niż ludzi z krwi i kości. A tak mogła wyjść z tego historia o próbie (nieudanej, jak każda tego typu) wrócenia do przeszłości i odzyskania utraconej miłości.

gatsby2

Cała historię poznajemy z perspektywy Carrowaya (niezły Tobey „Spider-Man” Maguire) – młodego, naiwnego faceta, który zostaje jedynym prawdziwym przyjacielem Gatsby’ego (porywający DiCaprio). Jego narracja z offu może trochę drażnić łopatologią, ale chyba inaczej nie dało rady. Panie wyglądają pięknie i sprawiają wrażenie wręcz posągów (Carey Mulligan i Isla Fisher), ale trudno uwierzyć w ten świat – lekko kiczowaty, przekoloryzowany, plastikowy.

gatsby3

Obejrzeć można, ale tak naprawdę to piękna wydmuszka, która nie angażuje. Trochę szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski