Zielony Rycerz

Kino fantasy kojarzy się – dzięki „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona – z wystawnym, wysokobudżetowym widowiskiem, pełnym magii w postaci efektów specjalnych, epickich scen batalistycznych oraz walki dobra ze złem. Ale nie zawsze takie produkcje, czasem inspirowane mitami i legendami takie były. Do takiej wręcz minimalistycznej koncepcji sięgnął amerykański reżyser David Lowery, inspirując się rycerskim eposem.

„Zielony Rycerz” skupia się na młodym chłopaku o imieniu Gawain. Jest synem wiedźmy oraz siostrzeńcem samego króla Artura. Zamiast dokonywać czynów godnych opowiadania, ugania się za dziewuchą w burdelu, lubi wypić wino oraz bardziej imprezować. Podczas uczty na zamku w Wigilię, zasiada na miejscu obok króla. Wtedy pojawia się tajemniczy Zielony Rycerz, wyglądający niczym ruchowy drzewiec, z toporem w dłoni. I stawia on wyzwanie rycerzom, które jest dość nietypowe: chodzi o zadanie mu ciosu. Nic skomplikowanego, prawda? Jest jeden myk: za rok wojownik ma pojawić się w Zielonej Kaplicy, by otrzymać ten sam cios od rycerza. Trudno liczyć na to, że pojawi się jakiś śmiałek, bo a) musiałby być skończonym idiotą, b) nie znającym konsekwencji dzieciakiem. Gawain staje się tym drugi i ścina Rycerzowi głowę.

Lowery wybiera konwencję kina drogi, by opowiedzieć poniekąd wiele razy słyszaną historię człowieka walczącego ze swoim przeznaczeniem. Ale „Zielony Rycerz” wygląda i operuje zupełnie innym językiem niż obecnie nam znane produkcje fantasy. Akcja jako taka toczy się bardzo powoli, pełna jest elementów magii oraz symboliki, wszystko pozbawione jest wielkiego przepychu. Poniekąd całość to próby jakimi wystawiony jest młodzieniec w konfrontacji do obcego świata. Świata znanego z legend i innych opowieści – łatwo nie będzie. Gdzie wiele może się zdarzyć, a nasz heros ciągle będzie poddawany różnym próbom i wiele wydarzeń nie zawsze będzie miało swój sens. Czasami dwie postacie mają tą samą twarz, czas wydaje się naginać i zmieniać (chwila po związaniu bohatera przez bandytów).

To bardzo wolne, miejscami kontemplacyjne tempo może dla wielu okazać się barierą nie do przebicia. Nawet pomimo zachwycających swoją kompozycją oraz plastycznością zdjęć, a także klimatycznej, mieszającej średniowieczny styl z odrobiną elektroniki muzyką. Jednocześnie przez swoją symbolikę jest otwarty na wiele możliwych ścieżek interpretacji, co dla fanów rozgryzania da spore pole do popisu. Jest wiele niezapomnianych momentów, które zostaną w głowie jak pojawienie się Zielonego Rycerza, przejście przez zamglone góry pełne gigantów, przeprawa przez rzeczkę w zalanym żółcią krajobrazem czy ostateczne spotkanie w kaplicy. Jest jeszcze trafiający do mnie finał, gdzie mamy wizję niczym z „Ostatniego kuszenia Chrystusa”.

Ale dla mnie „Zielony rycerz” był zbyt mętny i niejasny, przez co „wyłączałem się” podczas seansu. Lowery miał ambitny koncept dekonstrukcji mitu arturiańskiego, lecz – moim skromnym zdaniem – przestrzelił. Za dużo niejasności, tajemnic oraz symboliki, za czym nie przepadam.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s