Lata 70. stanowiły renesans czarnego kryminału i kina noir. Zarówno tego osadzonego w złotym okresie gatunku („Chinatown” Polańskiego), jak i bliżej współczesności („Długie pożegnanie” Altmana). Do tej drugiej grupy wpisuje się jeden z napomnianych tytułów nurtu neo-noir, czyli pochodzący z 1975 roku „W mroku nocy” w reżyserii Arthura Penna.
Głównym bohaterem jest Harry Moseby (Gene Hackman) – prywatny detektyw z Miasta Aniołów, gdzie tych kompletnie nie widać. Proste zlecenia polegające na rozwodach dają pewną satysfakcję, jednak cierpi na tym jego małżeństwo. I teraz dostaje kolejne zlecenie, które nie wydaje się skomplikowana: otóż podstarzała gwiazda kina Arlene Iverson (Janet Ward) prosi o pomoc. Chodzi o znalezienie córki, która uciekła z domu. Nie robi tego jednak bezinteresownie, bo po śmierci męża kobieta została wydziedziczona i cały majątek dał na fundusz powierniczy córki, Delly (debiut Melanie Griffith).
Penn niby bawi się w kryminał, ale tak naprawdę klei tu dwa gatunki w jednym: noirową opowieść detektywistyczną i dramat psychologiczny w jednym. Sama intryga w zasadzie płynie gdzieś w tle (co mi skojarzyło się z „Rozmową” Coppoli), jednak w samym centrum znajduje się nasz detektyw. Facet sprawia wrażenie inteligentnego, niepozbawionego ciętych ripost (jak choćby podsumowanie kina Erica Rohmera) i potrafiącego dość szybko łączyć kropki. Tempo jest bardzo powolne, pozwalając bardziej skupić się na atmosferze. Bardzo nerwowej, zdominowanej przez ciągły mrok nocy, za którą coś może się ukrywać.
Po drodze trafiamy do świata kaskaderów, szołbiznesu i aż do Florydy. Jest tu sporo świetnych dialogów, rzadko pojawiająca się elegancka muzyka jazzowa buduje klimat, a także bardzo charyzmatyczny Hackman w roli zdeterminowanego śledczego. Facet za wszelką cenę chce dotrzeć do prawdy i – jak wielu przed nim i po nim – może za tą cenę zapłacić. Szczególnie, gdy – tak jak Philipowi Marlowe w „Długich pożegnaniach” – wszyscy go okłamują i nawet ja nie wiedziałem, kto mówi prawdę. Oraz jakie są za tym wszystkim ukryte motywy. Drugi plan nie rozczarowuje: od debiutującej, lekko wyzwolonej Melanie Griffth przez bardzo enigmatyczną Jennifer Warren (Paula) i wyrazistą Janet Ward po mocnego Jamesa Woodsa (mechanik Quentin) oraz Susan Clark (żona Moseby’ego). Każdy zapada mocno w pamięć, a i tak nie wspomniałem wszystkich.
Pozornie noirowy kryminał, który idzie w zupełnie innym kierunku niż się można było spodziewać, lecz dzieło Penna oddaje ducha epoki (lata 70. już po aferze Watergate). Gdzie każdy oszukuje i kręci, a dojście do prawdy nie daje satysfakcji. Sam detektyw wydaje się być jeszcze bardziej nieporadny i zagubiony niż przedtem, co dobitnie pokazuje ostatnia scena. Pozornie nudne, lecz gęste kino.
8/10
Radosław Ostrowski
