Wichrowe wzgórza

Przenoszenie na ekran klasyki literatury jest w zasadzie sprawdzonym sposobem na zarobienie kupę kasy. Nawet po kilkanaście razy – od nieśmiertelnej Biblii po dokonania Mary Shelley. Nie inaczej jest z „Wichrowymi wzgórzami” Emily Bronte, przenoszonej już 13 razy na duży i mały ekran. Żadnej ekranizacji nie widziałem, a książki też nie czytałem, ale chyba reżyserka Emerald Fennell też nie czytała.

Akcja dzieje się gdzieś na przełomie XVIII i XIX wieku na wrzosowiskach Yorkshire, w którym znajduje się tytułowy majątek Wichrowe Wzgórza. Właścicielem jest podupadający lord Earnshaw (Martin Clunes), co lubi ostro chlać i grać w karty. Także samodzielnie wychowuje córkę Catherine. Pewnego dnia mężczyzna przyjmuje pod swój dach przybłędę, którego córka nazywa Heathcliffem. Chłopak zostaje parobkiem, a także zaczyna przyjaźnić się – przynajmniej na początku – z dziewczyną. I tak to trwa przez kilkanaście lat, aż oboje dorastają, co wzmacnia iskry. Wszystko zmienia się, kiedy w okolicy pojawiają się nowi sąsiedzi – pan Lipton (Shazad Latif) ze swoją siostrą, Isabellą (Alison Oliver). A że Earnshawowie potrzebują pieniędzy, Catherine (Margot Robbie) zapoznaje się z sąsiadami i… decyduje się poślubić Liptona. Reakcji Heathcliffa można się domyślić.

Reżyserka ewidentnie chce nam pokazać „Wichrowe wzgórza” jako gotycką historię niespełnionej miłości wskutek okoliczności, przy okazji pokazując jedną z najbardziej toksycznych par od czasu „50 twarzy Greya”. W efekcie powstał dziwny twór. Z jednej strony wizualnie wręcz olśniewający – od przepięknych krajobrazów (Linus Sandgren nie zawodzi jako autor zdjęć) po pełne mocnych kolorów kostiumy i scenografię. Szczególnie druga połowa filmu (dom Liptona) imponuje kompozycjami kadrów, które chciałoby się przerobić na tapetę. Ale z drugiej coś tu się nie zgadza w tej historii. Oboje wychowywani w izolacji, z mocno podpitym i przemocowym patriarchą stają się naznaczeni: Heathcliff fizycznie (rany od bicza), zaś Catherine psychicznie. Bliskość przez traumę? To daje pewne możliwości do prowadzenia historii.

Jednak im dalej w las, tym bardziej oboje zaczynają działać mocno irytująco. Podejrzewam, że to ma pokazać obsesyjne oblicze przywiązania do drugiej osoby, ale czuć tu mocno fałsz. Catherine niby wydaje się rozdarta między sercem a potrzebą utrzymania się (poznać to można po łzach z jej twarzy oraz nieobecnym, pustym, wręcz apatycznym wyrazie twarzy), ale potrafi być bardzo narcystyczną, wywyższającą się oraz uważającą się za lepszą pindą – powiedziałbym mocniej, ale to byłoby obrazą dla pind. Ale nasz Heathcliff wcale nie jest lepszy: nie dość, że cierpi w milczeniu i jest niedouczony (z własnej woli), to potem znika odmieniony oraz nadziany – niczym hrabia Monte Christo. Tutaj nagle robi się mroczniej i potencjalnie mogło skręcić w kierunku zemsty (uwiedzenie Izabeli oraz upokarzanie jej), jednak Fennell wycofuje się jakby bała się przekroczyć pewnej granicy. Niby całość próbuje być bardziej „pieprzna”, nęci potencjalnie seksualnym napięciem, tylko że nie jest ani porno, ani duszno. Za to jest bardzo infantylnie, kiczowato oraz… durnie, jak ze słabego harlekina.

Jeszcze bardziej nie pomaga fakt, że Margot Robbie i Jacob Elordi w swoich rolach wypadają słabo, wręcz karykaturalnie oraz nieprzekonująco. Do tego nie ma między nimi ŻADNEJ chemii (więcej chemii widziałem w chińskiej zupce w proszku) ani napięcia, oboje stają się bardzo nieznośni, irytujący, odpychający. Ich rzekoma miłość jest tylko deklaracją bez pokrycia oraz kompletnie irracjonalna, przez co totalnie niewiarygodna. Aktorzy nie bardzo mają tutaj, co grać i dlatego nie zapadają w pamięć. Wyjątkiem od tej reguły jest bardzo opanowana Hong Chau (służąca Nelly), zaskakujący Martin Clunes (pan Earnshaw) oraz intrygująca Alison Oliver (Isabella).

Ku mojemu rozczarowaniu „Wichrowe wzgórza” od Emerald Fennell są pięknie wyglądającym pustakiem, który najlepiej by się sprawdził jako niemy film albo krótka rolka pod social media (tak jest zmontowany). Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak często ziewałem w kinie, wyczekując napisów końcowych niczym zbawienia i ulgi, że już mam to za sobą.

4/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz