Do ostatniej kości

Kino inicjacyjne i Luca Guadagnino – takie połączenie samo w sobie jest elektryzujące, co pokazały „Tamte dni, tamte noce”. Włoski reżyser wraca do tej konwencji, ale przyprawia ją w mroczniejsze tony. „Do ostatniej kości” jest pierwszą produkcją kręconą w USA, jednak nadal czuć rękę twórcy.

do ostatniej kosci1

Bohaterką jest Maren (Taylor Russell) – młoda dziewczyna mieszkająca z ojcem gdzieś w małym miasteczku. Jesteśmy w latach 80., jednak to mało istotny detal. O matce nic nie wie i nie ma kontaktu. Pewnego wieczora wymyka się z domu, by nocować u koleżanki. W trakcie dochodzi do poważnego incydentu, co zmusza Maren i jej ojca do ucieczki. Dlaczego? Dziewczyna okazuje się być kanibalem. Być może to powoduje, że pewnego dnia w nowym domu Maren odkrywa, że… została sama. Ojciec wyparował, zostawiając po sobie taśmę, pieniądze oraz… akt urodzenia. W końcu decyduje się odnaleźć swoją matkę, by poznać ją wreszcie. Po drodze trafi na innych swojego rodzaju zwanych tu Zjadaczami – zarówno tych bardziej niepokojących jak Sully (Mark Rylance) oraz troszkę starszego od niej Lee (Timothee Chalamet).

do ostatniej kosci2

Kanibalizm, dojrzewanie oraz miłość – coś tu nie pasuje, prawda? Jeśli spodziewacie się makabreski nie dostaniecie jej zbyt wiele. Jasne, jest krwawo oraz scen zjadania ludzkich ciał nie brakuje, jednak więcej jest tu opisywanych sytuacji albo unika się pokazywania tego wprost. Ale dla wielu nawet sama sugestia może być bardzo szokująca i wywołująca dyskomfort. Ale reżyser pokazuje naszą parkę jako zagubionych, samotnych, naznaczonych niewygodną przeszłością. Ona pierwszy raz jest zdana na siebie i powoli odkrywa kim jest. Przypomina sobie pewne fakty, nawiedzają ją koszmary oraz zaczyna wyostrzać swój węch. Ale czy miłość będzie w stanie przezwyciężyć wpisane w ich naturę ludożerstwo? Jak pozostać sobą? A poznani Zjadacze są różni – od niepokojącego Sully’ego (niezapomniany Mark Rylance jako bardzo stary i bardzo samotny osobnik) po pokręcony duet kanibala i „zwykłego” człowieka (mroczny Michael Stuhlberg wspierany przez Davida Gordona Greena).

do ostatniej kosci4

Ale to wszystko może wydawać się mocnym impulsem, że swojej natury nie da się oszukać. Można się łudzić, że jeszcze ma się to pod kontrolą, ale to jest jak narkotyk – raz zaczniesz i już nie zerwiesz. Guadagnino skupia się na naszej młodej parce, gdzie on początkowo staje się jej przewodnikiem po tym świecie. Ona zaczyna się otwierać, poznawać i iskrzy między nimi. Reżyser pewnie, z dużym wyczuciem buduje atmosferę, bardzo płynnie zmieniając go niczym w kalejdoskopie: od lirycznych momentów płynnie przechodzi w horror (scena odwiedzin matki – bardzo mocna). Wszystko przepięknie sfotografowane z szerokimi krajobrazami (z szybkimi cięciami połączonymi ze zbliżeniami, pokazującymi sposób działania „węchu”) i choć bywa czasem przestylizowany, nigdy nie staje się tapetą. Poczucie lęku jeszcze podkreśla mieszająca elektronikę z akustyczną gitarą muzyka duetu Reznor/Ross.

do ostatniej kosci3

To wszystko działa dzięki duetowi Russell/Chalamet. Oboje razem są magnetyzujący – ona niepewna, pierwszy raz poznająca świat, on bardzo pewny siebie, ale skrywający pewną tajemnicę. Czuć tą chemię między nimi, powolne odkrywanie się, ale też ich lęki, obawy, niepokoje. Byłem w stanie się z nimi identyfikować, wierzyłem im do ostatniej sceny. Całość kradnie rzadko się pojawiający Mark Rylance – jego Sully wzbudza lęk i wywołuje dyskomfort, choć jego słowa nie są takie. Ale pod tą maską skrywa się osoba szukająca towarzystwa, zrozumienia, jednak bywa w tym dość nieprzyjemny. Jakby od zbyt długiej samotności „zdziczał”. Równie mroczny jest Michael Stuhlbarg opowiadający o punkcie, po którym już jest się kanibalem na zawsze czy w drobnym epizodzie Chloe Sevigny.

„Do ostatniej kości” to – jak na razie – najlepszy film Guadagnino jaki widziałem. Bardzo nastrojowy, tajemniczy, czuły i szokujący. Mieszający nastrój niczym u wytrawnego iluzjonisty, który prostą sztuczkę czyni niezwykłym wydarzeniem. Niezapomniane dzieło i jedna z największych niespodzianek tego roku.

8/10

Radosław Ostrowski

Trzy tysiące lat tęsknoty

Baśnie, mity, legendy – opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenia przez różne kontynenty i kultury. Wykorzystywane są nawet do tej pory, mielone przez popkulturę. O ich wpływie (pośrednio) opowiada nowy, absolutnie wariacki film George’a Millera. Przyjrzyjmy się jak reżyser wziął na warsztat opowiadanie A.S. Byatt.

Bohaterką filmu jest Alithea Binnie (Tilda Swinton) – doktor specjalizująca się w narratologii, która jest też narratorką całej historii. Kiedy ją poznajemy jest drodze na konferencję naukową do Stambułu. Wydaje się być szczęśliwą osobą, choć samotniczką. Podczas wizyty na rynku kupuje staro wyglądający flakonik, a czyszcząc go w swoim pokoju dzieje się coś dziwnego. Wyłazi z niej bardzo duży, niemal zajmujący cały pokój czarnoskóry mężczyzna. Okazuje się, że jest on Dżinem (Idris Elba) uwięzionym w tym flakoniku. I jak to Dżin obiecuje, że spełni trzy życzenia, po czym będzie mógł wrócić do Królestwa Dżinów – takiego jakby raju. Brzmi znajomo? Myślicie, że znacie ciąg dalszy? Tylko jest jeden mały szkopuł: nasza Alithea nie ma… żadnych życzeń, żadnych pragnień. Przerąbane, nie? Jak się później okaże, Dżin miał strasznego pecha z ludźmi.

Film mocno czerpie z baśni oraz dawnych podań, stanowiąc pewien rodzaj intelektualnej zabawy, mieszając fikcję z historycznymi postaciami jak choćby Sulejman Wspaniały. Poznajemy trzy historie z życia Dżina, jak trafił do „lampy” oraz trzech sytuacjach, gdzie trafił do naszego świata. I te historie wciągają: od króla Salomona i królowej Saby (kuzynki Dżina) przez zakochaną w synu sułtana niewolnicy aż po pragnącą chłonąć wiedzę żonę bogatego kupca. Trzy historie, trzy różne okresy historyczne oraz ludzie tak różni, a jednocześnie tacy znajomi. Ich pragnienia mogą przynieść zarówno odrobinę radości, jak też doprowadzić do zguby. To wszystko oglądałem z otwartymi oczami, zdumiony skalą i przepychem. Scenografia i kostiumy wyglądają imponująco (zwłaszcza w drugiej historii, osadzonej w Imperium Osmańskim), zaś efekty specjalne ładnie się komponują z resztą wizualiów.

Jak każda opowieść, „Trzy tysiące lat…” można odczytywać zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Dla mnie to kolejne zderzenie dwóch światów, reprezentowanych przez naszą parkę bohaterów. Dr Binnie jest bardzo wycofana, kochająca opowieści. Ale podchodzi do nich w bardzo naukowy sposób, racjonalny, choć jej narracja tworzona jest językiem baśni (np. o samolocie mówi „latające skrzydła”). Dżin to reprezentant czasów, kiedy jeszcze ludzkość nie tworzyła tych nowych cudów technologii. Mimo sporego doświadczenia ludzie ciągle go intrygują, wprawiając jednocześnie w zachwyt i rozczarowanie. Wydaje się, że zna wszystkie możliwe zachcianki oraz pragnienia. Co może powstać z tego miksu? Zarówno Tilda Swinton, jak i Idris Elba są absolutnie rewelacyjni w swoich rolach, tworząc bardzo złożone, pełnokrwiste postacie. Zwłaszcza Elba jako Dżin, pakujący się w kolejne ludzkie dramaty, swoim głosem przekazuje tyle emocji, że aż trudno to opisać.

Miller z jednej strony popisuje się niemal nieposkromioną wyobraźnią, czarując kolejnymi kadrami. Ale pod koniec opowieści dochodzi do pewnej przewrotnej wolty, która prowadzi tą historię w zupełnie inne tory. Dopiero pod koniec wszystko wydaje się zmierzać do wyjaśnienia. ALE to może być jedna warstwa tej całej historii. Czy jedyna? To zależy od was, co wyciągniecie z tego. Bo jak w każdej baśni wszystko ma więcej niż jedną warstwę. Pod warunkiem, że się uważnie ogląda i myśli w trakcie. Ja jestem kompletnie oczarowany.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gdzie śpiewają raki

Ile razy zdarzało się, że marketing przedstawiał film jako jedno, a ostatecznie dostaje się zupełnie coś innego. Takie lekko surrealistyczne doświadczenie miałem w przypadku „Gdzie śpiewają raki” w reżyserii Olivii Newman. Sprzedawany jako thriller/dramat sądowy w rzeczywistości był melodramatem z mroczną tajemnicą w tle. Czy to źle?

Akcja toczy się w małym miasteczku w Karolinie Północnej roku 1969. Niejako poza nim mieszka Kya (Daisy Edgar-Jones) w samotni na mokradłach, bez rodziny. Nie dlatego, że nie żyją, ale spięć między ojcem a matką powoli zaczęli odchodzić najpierw matka, rodzeństwo, wreszcie ojciec. Tak została sama. I to właśnie ona staje się podejrzaną w sprawie morderstwa byłego chłopaka, Chase’a Crawforda (Harris Dickinson). Niby wyglądało to na wypadek, bo facet spadł z wieży, gdzie nie jest bezpiecznie, zaś twardych dowodów nie ma. Jej obrony podejmuje się emerytowany prawnik, Tom Milton (David Strathairn), zaś mieszkańcy są wrogo do niej nastawieni. Bo czemu mieliby nie być?

Całość jest przeplatanką retrospekcji ze scenami sądowymi (plus minus kilka wyjątków). To w połączeniu z dziewczyną, traktowaną jako odludek i odrzucaną przez mieszkańców brzmiało jak coś potencjalnie mocnego, poruszającego oraz angażującego. Innymi słowy: piękna okładka tej książki niczym przyrodnicze rysunki dziewczyny. Ale to tylko zmyłka, bo ten gatunkowy miks nie działa tak bardzo jak mógłby. Reżyserka za bardzo skupia się na tym melodramatycznym wątku, gdzie mamy coś jakby trójkąt. A w zasadzie taka sytuacja, gdzie najpierw pojawia się jeden chłopak – Tate, który uczy ją czytać i pisać, ewidentnie jest nią zafascynowany. Ale i on ją zostawia, bo studia się zbliżają, praca itp. Obiecuje jednak, że wróci, jednak na obietnicy się kończy. Lata mijają i pojawia się nowy gość, czyli przyszły nieboszczyk. Finał znamy, a reżyserka rzuca cień podejrzenia na dziewczynę.

Jednak ten wątek rozwadnia całą – potencjalnie interesującą – resztę rzeczy. Bo zarówno niechęć mieszkańców do Dziewczyny z Bagien (jak jest nazywana bohaterka), jak i wsparcie nielicznych (właściciel sklepu Skoczek, prawnik Milton) tak naprawdę jest naszkicowane. Pojawiają się te sceny zbyt rzadko, by zaangażować emocjonalnie, tak samo jak Kya radzi sobie sama w domu na odludziu. Bardzo słabo zarysowane tło, gdzie więcej się o tym mówi niż pokazuje. W książce może to działa, na ekranie absolutnie nie. Przebitki sądowe też tak naprawdę wydają się wrzucone znikąd, co wybijało mnie z rytmu.

Co zatem działa, poza punktem wyjścia i mocnym początkiem? Po pierwsze: absolutnie piękne zdjęcia przyrody. Może nie jest to aż tak imponujące jak w produkcjach National Geographic czy innego Discovery, jednak mokradła mają swój urok, skrywający pewien mrok. Po drugie, finałowy twist dotyczący kwestii kto zabił, który naprawdę mnie zaskoczył. Po trzecie, Daisy Edgar-Jones w roli głównej jest zwyczajnie zachwycająca. Mieszanka pełna sprzecznych emocji (silna-słaba, wycofana-pewna siebie), najlepiej czująca się w otoczeniu przyrody przykuwa wzrok od samego początku do końca (młodszą wersję gra równie przekonująca Jojo Regina) i trzyma ten film na swoich barkach. Reszta obsady prezentuje się najwyżej solidnie (zarówno Harris Dickinson, jak i Tyler John Smith jako partnerzy dziewczyny), choć z tego grona wybija się niezawodny David Strathairn jako prawnik Milton.

To mógł być dużo lepszy film, co boli bardzo. Piękne wizualia i charyzmatyczna protagonistka to jednak za mało, by wybrać się na seans do kina. Kolejny brutalny przykład adaptacji, gdzie po drodze czegoś zabrakło i ostatecznie zabrakło mocniejszego ładunku emocjonalnego.

5/10

Radosław Ostrowski

Spragnieni miłości

Są takie filmy, które potrafią zaskoczyć. Gdy wydaje się, że zna się reguły niemal każdego gatunku, trudno wymyślić cokolwiek nieoczywistego, zaskakującego, idącego pod prąd. Taki jest przypadek „Spragnionych miłości” Wong Kar-Waia. Film z 2000 znowu trafił do kin po cyfrowej rekonstrukcji. Dlaczego to nietypowy film? Już mówię.

Jest rok 1962 i jesteśmy w Hongkongu, gdzie wprowadzają się – do dwóch różnych pokoi – dwie pary z Singapuru, gdzie sytuacja jest bardzo napięta. Jak wielu uchodźców ucieka w poszukiwaniu lepszego jutra oraz kąta do zamieszkania. Nieważne jak dużego i za ile. Jak wspomniałem, pojawiają się dwie pary, mieszkając obok siebie: redaktor gazety (pan Chow) razem z żoną oraz sekretarka (pani Chan) z mężem. Małżonkowie naszych bohaterów ciągle gdzieś – służbowo lub nie – wyjeżdżają za granicę i oboje czują się samotni. To właśnie powoduje, że zaczynają (jak zawsze przypadkiem) spędzać ze sobą czas wieczorami. Sytuacja zaczyna się rozwijać, gdy oboje odkrywają, że ich małżonkowie mają romans ze sobą.

Dlaczego jest to historia nietypowa? Na pierwszy rzut oka nie brzmi jak coś, czego nie słyszeliśmy lub nie znaliśmy. Ale Wong Kar-Wai idzie zupełnie inną drogą, albowiem sama narracja skupia się na budowaniu atmosfery, nastroju. Dlatego czasem sceny nagle się urywają, następuje cięcie, przeskok – jakby wszystko było poza czasem. Przestrzeń (pokazywana przez kamerę) wydaje się ciasna, niemal duszna. I to paradoksalnie pozwala zbudować więź naszym bohaterom. Łączy ich ból, poczucie niespełnienia oraz te bardzo rzadkie spojrzenia. Towarzyszy im wtedy slow-motion oraz bardzo melancholijna muzyka w tle. Płynie to wszystko, a słowa – pozornie banalne i proste – skrywają coś jeszcze. Co jest niewypowiedziane, czego żadna ze stron nie chce (nie może?) ubrać w słowa. Czy chodzi o przekroczenie granicy, od której nie ma już odwrotu? A może chodzi o to, że oni nie chcą być tacy wiarołomni jak ich partnerzy?

Wszystko to jest absolutnie zachwycające wizualnie. Zarówno zdjęcia, jak i scenografia oraz kostiumy z jednej strony odtwarzają realia epoki. Z drugiej zaś ta wizualna otoczka działa na zmysły swoimi kolorami, zwłaszcza mocno obecną na początku żółcią (co wywołuje we mnie skojarzenia ze starymi zdjęciami). Ta repetycja niektórych scen (pani Chan chodząca po kluski czy wspólna jazda taksówką) pokazuje rutynę naszej pary-nie pary (elektryzujący duet Tony Leung/Maggie Chung) oraz powolne docieranie się. Ale jeśli spodziewacie się deklaracji zawierających dwa często nadużywane słowa, będziecie rozczarowani.

„Spragnieni miłości” niby są melodramatem, jednak bez wchodzenia w znajome klisze gatunku. Wszystko zawieszone w powietrzu, niby tu i teraz, ale jednocześnie poza czasem i przestrzenią. Wiele obrazów zostanie w głowie na długo, zwłaszcza nieoczywisty finał. Jeśli macie okazję zobaczyć w kinie, idźcie bez wahania. Albo poczekajcie aż ta odrestaurowana wersja trafi na nośniki lub VOD.

8/10

Radosław Ostrowski

Annette

Hasło musical dla wielu narzuca jednoznaczne skojarzenia – śpiew oraz taniec, wykonany w taki sposób, by pieściło oczy i uszy. Jeśli jest to zrobione z regułami tego gatunku. Chyba, że przyjdzie Leos Carax i dokona kompletnej destrukcji, demolki, wręcz rozróby. Taka jest „Annette”, która spełnia założenia reżysera lubiącego sztuczność, eksperyment i brak reguł.

Historia stworzona przez duet muzyczny Sparks skupia się na parze ludzi z dwóch światów. Ona (Anna) jest operową diwą, on (Henry) bardzo kontrowersyjnym stand-uperem. Większego przykładu, że miłość jest ślepa nie da się znaleźć. Wydaje się, że to uczucie będzie mocne i podnoszące mocno. W końcu pojawia się w ich życiu córka Annette, która okazuje się mieć niezwykłe umiejętności. Ale dla obojga rodziców życie zawodowe zmienia się ogromnie. Ona odnosi coraz większe sukcesy, wielką widownię, prestiż i kasę, a on wręcz przeciwnie. Dla widowni staje się nieśmieszny, wulgarny, chory i odpychający. Coś wisi w powietrzu, ale czy to miłość?

Już sam początek pokazuje, że to nie będzie konwencjonalny film. Skoro w pierwszej scenie śpiewa zespół Sparks w towarzystwie aktorów oraz ekipy filmowej z kamerą pokazującą ich z przodu. Zaskoczeni? To jak zareagujecie na fakt, że dziecko naszej pary bohaterów jest… kukiełką? Sztuczność oraz rozbuchanie uderzają mocno w głowę, wszystkie (prawie) dialogi są śpiewane, zaś numery Sparks – pozornie proste i mniej rozbuchane – potrafią złapać za ucho. Fabuła wydaje się być prosta, ale czy warta trwania ponad dwie i pół godziny?

Początkowo akcja wydaje się chaotyczna, bez konkretnego kierunku. Wszystko zmienia się w momencie pojawienia się Annette, gdzie skupia się na tej parze. Ich ambicjach, frustracjach, poczuciu niespełnienia, toksycznej relacji, zazdrości oraz sławie. Pozornie wydaje się, że wszystko gra, co słychać. Ale obrazek i zachowanie sugeruje coś zupełnie przeciwnego. Czy to jest satyra na szoł-biznes? Po części – pole do interpretacji jest spore, a realizacyjnie Carax uderza swoim neobarokowym stylem. Czy to podczas tańca na statku podczas burzy (w tle obraz jest pokazany na projektorze), czy jak dyrygent prowadzi orkiestrę i odzywa się bezpośrednio do obracającej się wokół niego kamery. To jest oszałamiające wizualnie doświadczenie, zaś sam śpiew balansuje między melorecytacją a naturalnym fałszowaniem. Więc nie wszystkim się to spodoba.

To wszystko jednak w ryzach trzyma rewelacyjny duet w rolach głównych. Marion Cotillard jako Anna zachwyca swoim głosem oraz kostiumami noszącymi podczas spektakli operowych. Ale prawdziwym szołmenem jest tutaj Adam Driver i to, co on wyprawia przechodzi ludzkie pojęcie. Nieważne, czy występuje jako stand-uper, czy jest sfrustrowanym, niespełnionym „artystą”. We wszystkich tych twarzach jest bezbłędny, zarówno w bardziej ekspresyjnych, jak i tych oszczędniejszych emocjonalnie momentach. A jeszcze gdzieś nad nim skrywa się pewien nieopisany mrok, co tylko czyni go jeszcze bardziej magnetyzującym.

„Annette” to film polaryzujący wszystkich. Jedni będą zachwyceni i oczarowani, drudzy skonsternowani, zmęczeni oraz wkurzeni, że obejrzeli to dziwadło. Bez wątpienia to bardzo interesujący eksperyment dla ludzi odważnych, nie bojących się ryzyka. Ostrożnie, ale polecam.

7/10

Radosław Ostrowski

Malcolm i Marie

Nasza parka mieszka sobie gdzieś za miastem. On jest obiecującym reżyserem, ona aktorką i byłą ćpunką. Żyją ze sobą pięć lat i właśnie wracają z premiery debiutu Malcolma. Wydaje się, że są ze sobą razem, potrafią się dogadać. Wiele przeżyli, a teraz czekają na pierwsze recenzje. I być może byłaby to spokojna noc, gdyby nie jedna drobna sprawa.

Tego filmu początkowo miało nie być, tylko zacząć zdjęcia do drugiego sezonu „Euforii”. Ale wszyscy wiemy co się stało: koronawirus. Więc reżyser Sam Levinson postanowił na szybko zrealizować kameralną psychodramę. Klimat kina niezależnego jest wręcz namacalny od początku. Nie tylko dzięki czarno-białym zdjęciom czy wplecionej „czarnej” muzie w tle. Artystyczne środowisko wydaje się nie mieć aż tak wielkiego znaczenia. Wszystko ogranicza się do dwóch perspektyw: mężczyzny i kobiety. Ona po przejściach i chcąca pewnej wdzięczności, on bardziej skupiony na sobie, szorstki. Jakim cudem ta dwójka w ogóle się spotkała? Powoli zaczynamy odkrywać skrywane przez nich demony, lęki, pretensje, poczucie bycia tym gorszym. Każda rozmowa zaczyna coraz bardziej przypominać walkę bokserską z przerwami na chwilę oddechu. Choć rozmowa to czasem za duże słowo.

To przeplatane monologi każdej z postaci z reakcjami drugiej strony. Choć muszę przyznać, że czasem można odnieść wrażenie pretensjonalności. Ale w końcu to środowisko artystyczne, więc ta odrobina pretensji wydaje się być uzasadniona. Przy okazji obrywa się krytykom oraz ich bardzo ograniczonej percepcji („biała laska z LA”), ale też ile artysta może wykorzystać z życia bliskiej osoby do tworzenia swojego dzieła. To jest pewien naddatek, podnoszący troszkę całość na wyższy poziom, lecz nie jest niezbędny. Kilkukrotnie Levinson potrafi utrzymać w napięciu, co nie jest takie łatwe, zaś finał daje pewną nadzieję dla tej pary. Szansę na bliższe poznanie się oraz dalsze budowanie tego związku.

A wszystko trzyma na sobie tylko dwójka aktorów: Zendaya oraz John David Washington. Oboje są rewelacyjny, grając wręcz koncertowo. Zarówno razem, jak i każdej scenie osobno nie można oderwać od nich oczu, zaś chemia dosłownie rozsadza ekran. Dla tej dwójki absolutnie warto zapoznać się z nowym filmem Levinsona. Pozwoli to przeczekać na kolejny sezon „Euforii”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu

Pojawiają się czasem takie filmy, po obejrzeniu których ciężko wyrazić swoje emocje. Przypomina to takie objawienie w stylu: „zobaczyłem coś, ale… no właśnie, co?”. Wtedy w mojej głowie pojawia się dezorientacja, zdziwienie, a czasem nawet odrzucenie czy zmieszanie. I teraz pojawił się film, który od dawna wywołał we mnie takie odczucia.

„O dziewczynie, która…” to debiut brytyjskiej reżyserki z irańskimi korzeniami, Any Lily Amirpour. I to bardzo tajemnicze kino, w zasadzie mające (chyba) być czymś w rodzaju przypowieści. Znajdujemy się w jakimś mieście, które wydaje się opuszczone. Niby są w tle jakieś fabryki, jednak jedyni ludzie obecni to prostytutki, diler, nastolatka, młody chłopak i jego ojciec-narkoman. Reszta ludzi leży martwa gdzieś przy rzece, ale ich jest strasznie dużo. Skąd tyle trupów? Wszystko przez pewną niepozorną dziewuchę, noszącą czador, bo ona sama jest… wampirem. A wtedy w jej życiu pojawia się Arash – chłopak ubierający się jak James Dean i jeżdżący bardzo stylowym autem. Jak to się może skończyć ta znajomość?

Wszystko w tym filmie wydaje się próbować iść w zupełnie innym kierunku niż trzymać się wiernie rzeczywistości. Wszystko jest filmowane czarno-białą taśmą, postaci jest zaledwie kilka, a najważniejsze wydaje się tutaj zbudowanie nastroju. Takiego bardziej romantycznego, trochę niepokojącego, ale też bardziej melancholijnego. Na pewno pomaga w tym świetnie dobrana muzyka oraz zdjęcia, co pozwala zapomnieć o bardzo minimalistycznych dialogach oraz w zasadzie braku scenariusza. Bo jako takiej fabuły tu brak, co troszkę przypomina mi kino Jima Jarmuscha. Nic się nie dzieje specjalnie na ekranie (co wydaje się ma być celowym zabiegiem), jednak tutaj wywołuje on obojętność. Żaden z bohaterów nie był dla mnie na tyle interesujący, żeby ich los mnie obchodził, co jest dla mnie błędem kardynalnym.

Właśnie dlatego debiut Amirpour dla mnie jest tak naprawdę piękną audio-wizualnie wydmuszką pozbawioną treści. Widzę potencjał w tej reżyserce, bo film ma parę momentów, których nie da się zapomnieć (pierwsza scena czy moment poznania się naszych bohaterów). Ale potrzebny jest jeden warunek: lepszy scenariusz.

5/10

Radosław Ostrowski

Pożegnanie z Marią

Warszawa okupowana przez Niemców. Wszystko toczy się wokół wesela, gdzie przebywają przyjaciele. Jednym z gości weselnych jest poeta Tadeusz razem ze swoją dziewczyną Marią. On pracuje u kierownika magazynu, gdzie handluje się cementem oraz innymi materiałami budowlanymi. Cały spokój zostaje zburzony, kiedy na wesele przybywa ukrywająca się Żydówka Sara oraz granatowy policjant.

pozegnanie z maria1

Przeniesienie na ekran opowiadań Tadeusza Borowskiego nie należy do łatwych. Akcji jako takiej nie było, za to dużo obserwacji ludzkich zachowań. Taka oszczędna forma wymaga troszkę innego podejścia, co postanowił zrobić w 1993 roku debiutant. Patrząc na ostatnie filmy Filipa Zylbera jakoś trudno poznać tego twórcę i porównać ostatnie chały. „Pożegnanie z Marią” jest bardzo kameralnym dramatem, gdzie wojna początkowo jest gdzieś tam daleko. Czysty surrealizm. Z jednej strony radość i impreza, z drugiej gdzieś w tle Niemcy, łapanki oraz getto. Ukrywanie Żydów, handel na lewo z Niemcami, młodzi ludzie, granatowy policjant i starsza pani, czekająca na córkę oraz zięcia. Wszystko takie pozornie spokojne, z refleksyjnymi dialogami oraz sugestywnie opowiedzianym życiem po drugiej stronie muru. No i ze sporą ilością slow-motion, mającym dodać chyba takiego bardziej poetyckiego klimatu. Tego ostatniego akurat się nie spodziewałem.

pozegnanie z maria2

Co jeszcze bardziej zaskakuje, to bogato zarysowane postacie. Nawet drobne epizody sklepikarza pośredniczącego w kupnie mieszkań dla Żydów czy woźnicy produkującego bimber mają więcej niż parę linijek dialogu stając się wyrazistymi osobami. A wszystko pokazane w kontraście między wojną a weselem. Radość miesza się z brutalnym, okrutnym światem, gdzie normalnością jest śmierć, łapanki, Niemcy. W tle gdzieś pojawia się nienawiść do Żydów, a nawet wypowiadana radość, że po ich zniknięciu będzie porządek. I jak w tej nienormalności żyć, kochać, być? Te pytania padają między wierszami, prowadząc do dramatycznego finału.

I jeszcze jedna rzecz rzuciła mi się w oczy (bo w uszach pięknie grała muzyka Tomasza Stańki, a i dźwięk jest wyraźny, przez co dialogi słychać bez problemu): kilka razy się zdarzyło, że pokazywano to samo ujęcie dwa lub trzy razy, ale z innej perspektywy. Wydawało mi się to dezorientujące, a nawet zbędne. Nie wiem, czemu to miało służyć, tak samo jak slow-motion.

pozegnanie z maria3

Muszę jednak za to przyznać, że jest to fantastycznie zagrany film. Ile tu jest młodych, wówczas zapowiadających się aktorów jak Marek Bukowski (Tadek), Agnieszka Wagner (Maria) czy Katarzyna Jamróz (Sara). Każde z nich wykonuje swoją robotę fenomenalnie, nawet nie mówiąc nic. Warto jeszcze z tej młodej ekipy wyróżnić Rafała Królikowskiego jako skrzypka. A drugi plan tutaj kradną dla siebie Sławomir Orzechowski (granatowy policjant Cieślik) oraz Danuta Szaflarska (doktorowa), tworząc bardzo zniuansowane, choć pozornie wycofane. Dla mnie mistrzostwo świata.

Aż jestem zdumiony, że po tym debiucie Filip Zylber kolejnymi filmami nie zbliżył się do tego poziomu. Blisko był „Egzekutorem” z 1999 roku, ale potem to już były albo produkcje serialowe, albo tzw. komedie romantyczne. A ten poetycki, bardzo skromny film o życiu podczas wojny przepadł zapomniany. Moim zdaniem, niesłusznie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Małe kobietki

Powieść Louisy May Alcott o siostrach March i ich wchodzeniu w dorosłe przenoszono na ekran tyle razy, że ja nie wiem, co jeszcze można wymyślić w tym temacie. Bo mamy cztery siostry, uzdolnione artystyczne, wychowywane głównie przez matkę. Wszystko poznajemy z perspektywy średniej siostry Jo, która ma predyspozycje do pisania. No i te same dylematy: wierność własnym zasadom czy dopasowanie się do społeczeństwa, gdzie traktowana jest jako ta gorsza i nie mająca zbyt wiele szans na karierę czy samodzielność. Więc co nowego ma do zaoferowania reżyserka Greta Gerwig?

male kobietki 2019-1

Niby wydaje się, że opowiada tą samą, znaną nam opowieść. Ale reżyserka postanowiła całość pokazać za pomocą dwóch linii czasowych: współczesnej, czyli lata 70. XIX wieku oraz 7 lat wstecz, gdy ojciec rodziny ruszył walczyć na wojnie secesyjnej. Zderzenie przeszłości (okresu pomiędzy dzieciństwem a dorosłością) z teraźniejszością, gdzie niemal każda z sióstr wyfrunęła ze swojego domu i zaczyna podejmować ważne decyzje. Nie ważne, czy jest to nieujarzmiony, wolny duch Jo, dostosowująca się do panujących reguł Amy, rozważnej i opanowanej Meg lub empatycznej Beth. Każda z pań niejako zostaje zmuszona do zweryfikowania swojej postawy, zaś łamana chronologia jest tutaj bronią obosieczną.

male kobietki 2019-2

Z jednej strony pozwala pokazać pewne głębiej każdą z bohaterek (nawet najbardziej znienawidzoną przez fanów książki Amy) i poznać jej racje. Z drugiej strony wywołuje to na początku chaos i zagubienie. Zwłaszcza kiedy chcemy ustalić co dzieje się kiedy. Dopiero po kilkudziesięciu minutach można odkryć różnicę (zwróćcie uwagę na kolory i ich nasycenie) i wejść w całą opowieść. Pełną ciepła (przepięknie wygląda ten film wizualnie), wzruszeń i humoru, z postaciami nie dającymi się nie lubić. Nawet jeśli zdarza im się podjąć decyzje pod wpływem negatywnych emocji (spalenie powieści Jo przez Amy) czy zbyt pochopnie, podcinając sobie skrzydła.

male kobietki 2019-4

Żeby jednak nie było, film ma drobne wady. Poza chaotyczną narracją (przynajmniej na początku) troszkę film zepsuło mi zakończenie. I nie chodzi mi tutaj o wydruk powieści, ale raczej tą sielankową wręcz atmosferę, gdzie robi się – przynajmniej dla mnie – już za słodko. No i jest jedna kreacja, która mnie troszkę rozczarowała, czyli Laurie. Sąsiad Marchów w wykonaniu Timthy’ego Chalamette’a jest całkiem ok, ale po tym aktorze liczyłem na coś więcej.

male kobietki 2019-3

Poza tym aktorsko byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Oczarowała mnie – w co nie wierzyłem do końca – Saorise Ronan jako najbardziej niezależna z całego rodzeństwa Jo, choć wydaje się niepozorna. Jak ją na początku zobaczyłem, miałem wątpliwości, ale kupiła mnie swoją energią, oczami i temperamentem, nawet jak puszczały jej nerwy, wylewając cała złość. Film kradnie świetna Florence Pugh, czyli Amy – najbardziej kapryśna z całej czwórki. Nie jest jednak w żaden sposób demonizowana czy budząca antypatię, zaś jej racje wygłasza w dość mocnym monologu. Przez tą scenę zacząłem inaczej patrzeć na tą postać. Reszta rodzeństwa wydaje się być tłem (Emma Watson i Eliza Scanlen), ale ma swoje bardziej poruszające momenty. To dotyczy najmłodszej, chorowitej Beth, której wątek dodaje sporo dramaturgii. Ale drugi plan jest bardzo bogaty, a z niego najbardziej wybija się Laura Dern jako matka, która – przez większość czasu – sama zajmuje się domem i wydaje się być niemal ideałem. Mimo przeciwności losu, jest niemal twardym monolitem i wsparciem dla rodziny, zaś jej rozmowy z Jo pokazują jak wiele mądrości ma ta kobieta. No i jest jeszcze drobny epizod Meryl Street, czyli bogatej ciotki March, która zapada w pamięć.

Mój sceptycyzm wobec tej wersji w trakcie seansu bardzo osłabł, ale Gerwig uwiodła mnie swoją wizją. Jest to ciepła, piękna plastycznie opowieść o kobiecości i wchodzeniu w dorosłe życie, pełna nieopisanej pasji. Chyba jestem pani Gerwig winien przeprosiny, czekając na kolejny film.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nie ma drugiej takiej

Umieranie jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, z jaką człowiek nie potrafi się pogodzić. Zwłaszcza, jeśli dotyczy ona osoby nam najbliższej. Taki jest przypadek Abbie oraz Sama. On jest nauczycielem fizyki, ona wydaje książki dla dzieci i organizuje spotkania z autorami. Są narzeczonymi i powoli przygotowują się do ślubu. Ale wtedy u niej pojawia się Pan Rak i to najgorszy z możliwych, bo w ostatnim stadium. Obojgu ciężko jest się z tym pogodzić, lecz kobieta próbuje znaleźć swojemu mężczyźnie… partnerkę.

nie ma drugiej takiej1

O tym filmie Netflixa mało kto mówił, nawet kiedy wyszedł. Ale muszę przyznać, że punkt wyjścia dzieła Stephanie Laing dawał troszkę inne spojrzenie na powolne przygotowanie się do opuszczenia świata. Reżyserka (dość sprawnie) balansuje między momentami dramatycznymi a jednocześnie wpuszcza troszkę komediowego powietrza. W efekcie powstaje film bardzo naznaczony melancholijnym klimatem, zdominowanym przez smutek. Nie żal, depresję, lecz smutek. I nawet momenty pozornie poważne (wizyty w grupie wsparcia, gdzie jego członkowie… szydełkują czy chemioterapii) są rozładowywane humorem oraz barwnymi postaciami. Nawet jeśli nie są one zbyt wyraziście zarysowane i mają po kilka minut do dyspozycji. I mimo poczucia absurdalności całej sytuacji, byłem w stanie zrozumieć kobietę oraz jej decyzje.  Dlaczego szuka mu dziewczyny na Tinderze, kupuje pierścionek, a nawet umawia na randkę. Tylko, że to nie może zakończyć się sukcesem. Nie tylko dlatego, że on ją bardzo kocha i chce ją wspierać w walce do końca. Lecz także dlatego, iż jakakolwiek forma kontroli nad rzeczami, na które nie mamy wpływu jest z góry skazana na przegraną.

nie ma drugiej takiej2

I powoli zaczynamy obserwować moment, kiedy Abbie (cudowna Gugu Mbatha-Raw) powoli zaczyna dochodzi do tych wniosków. Po części pomaga jej w tym relacja z poznanym na grupie wsparcia Myron (zaskakująco ciepły Christopher Walken). Ten starszy pan towarzyszy kobiecie przy jej wariackich eskapadach, mimo bardzo sceptycznego stosunku do tych akcji. Jednak mimo choroby stara się cieszyć drobnymi przyjemnościami do samego końca. I to ta relacja była dla mnie o wiele ciekawsza niż między kobietą a Samem (solidny Michael Huisman), pełną tarć, prób ponownego złapania języka oraz odnalezienia się na nowo. Tutaj było dla mnie troszkę przewidywalne i nie byłem w stanie wejść.

nie ma drugiej takiej3

To jest naprawdę niezły kawałek kina niezależnego, pokazujący inne oblicze na dość ograny temat. Nawet jeśli nie angażuje tak bardzo jak mógłby, ma w sobie wiele ciepła i serca, by nie przejść obojętnie wobec niego.

6,5/10

Radosław Ostrowski