Rozważna i romantyczna

Wydaje się, że nie da się zrobić złej adaptacji książki Jane Austin. Jej skromny dorobek (6 opublikowanych za życia powieści i 3 pośmiertnie) co jakiś czas wraca – dzięki brytyjskiej telewizji i filmowcom – na duży oraz mały ekranie, czyniąc ją ciągle żywą. Więc nie powinno być niespodzianką, że dostajemy „Rozważną i romantyczną” od młodej reżyserki Georgii Oakley.

Sama historia – choćby znana z ekranizacji Anga Lee z 1995 roku – skupia się wokół rodziny Dashwood. Po śmierci głowy rodziny, jego żona (Caitriona Balfe) oraz trzy siostry: Elinor (Daisy Edgar-Jones), Marianne (Esme Creed-Miles) i Margaret (Bohdi Rae Breathnatch) nie są w stanie same żyć, o utrzymaniu sporego dworu nie mówiąc. Wprowadza się tam brat zmarłego ze swoją jędzowatą żoną Fioną (Stacy Martin), która ewidentnie nie jest zadowolona z towarzystwa. Kobiety decydują się – za namową dalekiej krewnej, pani Jennings (Fiona Shaw) – przenieść się do Devonshire, które może i jest mniejsze, ale za to własne. Po drodze dwie starsze siostry trafiają na potencjalnych partnerów: bardzo nieśmiałego brata Fanny, Edwarda Ferrarsa (George MacKay), czarującego i pełnego wdzięku pana Willoughby (Frank Dillane) oraz tajemniczego, bardzo wycofanego pułkownika Brandona (Herbert Nordrum). A to wywoła spore zawirowania, komplikacje i burze.

Reżyserka niby trzyma się książkowego pierwowzoru, ale inaczej kładzie akcenty. Nadal jest to melodramat, jednak większy jest tutaj nacisk na relację dwójki sióstr, będących niejako awersem i rewersem tej samej monety. Elinor jest bardziej wyciszona, wiele swoich emocji tłumi w sobie, czyniąc ją pozornie przezroczystą postacią, zaś Marianne jest bardziej pełna pasji i namiętności. Ich dynamika oraz wspólne sceny są bijącym sercem i najlepszymi momentami filmu. Co nie oznacza, że wątki romansowe są kompletnie do wyrzucenia oraz pozbawione ciężaru – wręcz przeciwnie. Oakley przedstawia te relacja w bardzo delikatny sposób, jednocześnie pokazując wszystko w bardzo przyziemny, wręcz realistyczną formą. Nie oznacza to, że nie ma tu pięknych krajobrazów, ale nie wyglądają „pocztówkowo”, lecz bardziej w formie obrazów impresjonistycznych. I to dotyczy także dwóch scen balów (w tym jeden dziejący się w Londynie), ze sporą ilością statystów oraz cudnymi scenami tańca. Jednak nie brakuje tu momentów humorystycznych, dodających odrobinkę lekkości dla zbalansowania tonu. A wszystko brzmi bardzo przyjemnie dla ucha. I nie chodzi tylko o dialogi, mieszające humor, elegancję oraz sznyt, gdzie między wierszami pojawiają się kwestie obowiązków, miłości, relacji i szczęścia. Swoje też robi równie piękna muzyka, utrzymana w tradycji brytyjskich filmów kostiumowych (jak przypomnę te solówki skrzypiec – mniam!!!).

Ale jak wiele jeszcze robi tutaj obsada, o której nie jestem w stanie powiedzieć złego słowa. Nawet jakbym chciał, a nie chcę. W centrum znajdują się absolutnie fenomenalne Daisy Edgar-Jones oraz Esme Creed-Miles. Pierwsza jako Elinor pozornie wydaje się najmniej interesująca, niejako w cieniu bardziej wyrazistych i barwnych postaci, niemniej nie byłem w stanie oderwać od niej oczu. Gdzie każde (nie)wypowiedziane słowo i spojrzenie ma ciężar opadającego kamienia (w tych oczach chce się zanurzyć oraz zatonąć), ale też ma świetną chemię zarówno z Creed-Miles, jak też świetnym Georgem MacKayem. Sceny z tym drugim są pełne krępującej ciszy, nuty niezręczności, ale też elektryzującego napięcia. Aż chce się im kibicować. Z kolei Marianne jest tą bardziej żywiołową i przekonaną, że miłość musi być pełna pasji oraz energii. Dziewczyna jest trochę naiwna, ale też bardzo szczera w swoich przekonaniach, za co może zapłacić cenę (trzeci akt jest wręcz zdominowany przez nią). Ale pozostali też mają tutaj co robić: Frank Dillane jest odpowiedni czarujący, ale też bardzo śliski w roli Willoughby’ego, Herbert Nordrum w roli Brandona miesza społeczne wycofanie, honoru (scena pojedynku z Willoughbym) oraz mroczną tajemnicę, zaś pewne humorystyczne akcenty dają Fiona Shaw, Stacy Martin i pewna optymizmu Caitriona Balfe (pani Dashwood).

Nie będę aż tak odważny w twierdzeniu, że „Rozważna i romantyczna” AD 2026 jest lepsza czy gorsza od uważanej za klasykę wersję z 1995 (tą widziałem dawno i nie odświeżałem jej). Niemniej muszę powiedzieć, że ta mieszanka romantyzmu w realistycznej estetyce nadal jest pełna uroku i serca, czyniąc historię ponadczasową oraz ciągle żywotną. Dla mnie to jedna z największych niespodzianek tego roku.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Lalka (2026)

Dawno nie było takiej sytuacji na naszym podwórku od czasu kiedy blisko siebie pojawiły się dwie produkcje o Dywizjonie 303. Jeden był brytyjsko-polski z Iwanem Rheonem i Marcinem Dorocińskim („303. Bitwa o Anglię”), a drugi – dla odmiany – polsko-brytyjski z Maciejem Zakościelnym oraz Piotrem Adamczykiem („Dywizjon 303. Historia prawdziwa”). By je rozróżnić na plakatach był żółty pasek z napisem „Nie pomyl filmu.” Teraz mamy tą samą sytuację z „Lalką” – netflixowym serialem, fabularnym filmem (obydwa oparte na powieści Bolesława Prusa) oraz… amerykańskim horrorem pod tym samym tytułem. I nie, nie skupię się na tym ostatnim.

Sama historia jest raczej powszechnie znana, czyli o niejakim Stanisławie Wokulskim (Marcin Dorociński) i jego zauroczeniu młodą kobietą Izabelą Łęcką (Kamila Urzędowska). On – bardzo obrotny, zamożny mieszczanin, prowadzący działalność handlową, ona – niby arystokratka, ale coraz bardziej ubożejąca. Co może nie brzmi jak poważny problem, chyba że w Warszawie roku 1878. To oznacza sporą barierę społeczną, różnice klasowe (nie do pogodzenia dla otoczenia). Ale wtedy pojawia się specjalizująca się w swataniu pani Meliton (kradnąca ekran Agata Kulesza), która decyduje się wesprzeć mężczyźnie w zdobyciu serca swojej wybranki.

Tym razem z klasykiem literatury zmierzył się Maciej Kawalski, który parę lat temu zadebiutował zaskakująco udanymi „Niebezpiecznymi dżentelmenami” – komedią kryminalną w realiach Zakopanego przed I wojną światową. Teraz zmierzył się z materiałem cięższego kalibru, ogromnym budżetem (jak podają źródła: 80 milionów złociszy!!!) oraz tak imponującą znanymi nazwiskami obsadą jakby to miał być polski blockbuster jakiego nie widzieliśmy. Już pierwsza scena w Bułgarii, gdzie nasz bohater prowadzi interesy podczas wojny z Turcją, zakończona atakiem muzułmanów robi wrażenie. I sugeruje, że choć będzie blisko pierwowzoru, to jednak nie będzie go przenosił jeden do jednego. Zgadzają się ogólne wydarzenia jak kupienie konia przed wyścigiem, zakup kamienicy Łęckich, wyjazd do Paryża czy zakładanie spółki handlowej z arystokracji. Niemniej wiele zostało dopisanych dialogów, w których przebija się choćby darwinowska teoria ewolucji, emancypacja (a właściwie jej niemożliwość) czy kwestia małżeństwa jako formy przetrwania.

Jasnym jest, że wiele rzeczy musiało wylecieć albo zostać mocno skrócone (i w paru wątkach to – niestety – czuć jak choćby baronostwo Krzeszowscy, subiekci w sklepie), bo nie wszystko by się w filmie upchnie. Niemniej reżyser sprawie panuje nad materią, co bardzo mnie zaskoczyło. Równie imponująca jest warstwa techniczna – krótko mówiąc, czuć tu piniądz. XIX-wieczna Warszawa jest tu żywa, scenografia pełna detali i rekwizytów wręcz oszałamia, tak samo jak kostiumy. Ale nie tylko stolica wygląda okazale, bo jeszcze jesteśmy w Paryżu (a nawet mamy lot balonem) czy w Zasławiu.

Jednak w centrum ciągle znajduje się Wokulski, którego gra fantastycznie Marcin Dorociński, próbujący wejść do grupy ludzi traktującej go z wrogością. Oślepiony miłością do wyidealizowanego obrazu kobiety miota się: od pewnego siebie w interesach przez zagubionego w regułach gry społeczeństwa po absolutnie nieśmiałego. I te skrajności pokazuje on świetnie, niejako niosąc całość na swoich barkach. Po drugiej stronie jest Łęcka grana przez przepiękną Kamilę Urzędowską, która oszałamia wyglądem oraz strojami. Ewidentnie reżyser próbuje pokazać jako trzymaną w kloszu, pozbawioną jakiejkolwiek kontroli nad sobą i swoim życiem. Niby to widać oraz słuchać w dialogach, ALE czegoś mi w tym występie zabrakło. Sytuację za to ratuje bardzo barwny drugi plan, od którego można dostać bólu głowy. Dawno nie widziany Marek Kondrat w roli Rzeckiego pokazuje, że nic nie stracił z talentu i świetnie się uzupełnia z Dorocińskim. Jednak najmocniej zapadły mi w pamięci panie: wspomniana wcześniej Kulesza, bardziej refleksyjna Maja Komorowska (prezesowa Zasławska) oraz najlepsza z całej obsady i najbardziej wyrazista Maria Dębska (ekscentryczna hrabina Wąsowska). Co nie znaczy, że reszta jest słaba czy nijaka, żebyśmy się zrozumieli.

Nie widziałem jeszcze wersji netflixowej od Pawła Maślony, więc nie będę się bawił w porównania. Niemniej muszę powiedzieć, że Kawalski wyszedł z tego zadania obronną ręką, tworząc jeden z lepszych blockbusterów w naszym kraju od lat. W starym stylu i klasyczny, ale nie pachnący naftaliną. Bliżej oryginalnego tekstu, lecz nie trzymający się go do ostatniej kropki, co nie jest łatwym zadaniem.

8/10

Radosław Ostrowski

Lato miłości

Byłem całkowicie przekonany, że nic z Pawła Pawlikowskiego do mnie nie przemówi. Jego ostatnie, czarno-białe i zdobywające wszelkie wyróżnienia „Ida”, „Zimna wojna” oraz najnowsza „Ojczyzna” oczarowywały swoją audio-wizualną oprawą, ale na poziomie emocjonalnym były mi obojętne, wręcz – nomen omen – zimne. Dlatego ze sporą ostrożnością podchodziłem do powstałego w 2004 roku „Lata miłości”. Jak się okazało, niepotrzebnie.

Tym razem trafiamy do małej wioski gdzieś w Yorkshire, gdzie mieszka Mona (Natalie Press) razem z bratem Paulem (Paddy Considine). Ona spotyka się ze starszym facetem, co ma rodzinę, on – niczym prezydent USA George W. Bush – odnalazł Jezusa i zamienia pub w centrum modlitw. Trwa lato, więc w zasadzie za bardzo zbyt wiele do roboty. Wtedy w życiu dziewczyny pojawia się Tamsin (Emily Blunt) – także nastolatka, która chodzi do szkoły z internatem, a do wioski przybywa tylko na wakacje. W mocno zarośniętym pałacu, razem z rodzicami.

Pawlikowski mieszkający wówczas w Wielkiej Brytanii niby jest taki, jakiego znamy. Czyli bardzo oszczędny w dialogach, skupiony na budowaniu atmosfery oraz masy niedopowiedzeń. W zasadzie jest to inicjacyjna historia pierwszej miłości, pokazana z perspektywy Mony. Dziewczyna z jednej strony wydaje się pozbawiona złudzeń, nie potrafiąca dogadać się ze swoim „nawróconym” bratem, a z drugiej ma w sobie sporą dawkę naiwności oraz niewinności. I to zauroczenie czuć od pierwszego spotkania z Tamsin, zaś wszystkie momenty mają w sobie coś magicznego. To poczucie znalezienia drugiej połówki, będącą całkowitym przeciwieństwem – pewną siebie, inteligentną, ewidentnie z wyższych sfer. Czy coś takiego ma prawo zadziałać? W połączeniu z pięknymi krajobrazami oraz bardzo delikatną muzyką duetu Goldfrapp tworzy się z tego mocna mieszanka, przypominająca zarówno „Piknik pod Wiszącą Skałą” jak i „Niebiańskie istoty” czy – z nowszych tytułów – „Tamte dni, tamte noce”. Choćby podczas schadzki przy jeziorze, nocnym ognisku czy po zażyciu „grzybków” – tego nie da się wymazać z głowy. Dlatego tak mocno uderza zakończenie, które zmienia wszystko do góry nogami.

Jeszcze bardziej zdziwiła mnie forma „Lata miłości”. I nie chodzi o to, że jest to film w kolorze, ale jak dużo jest tutaj kręcenia z ręki czy zbliżeń. Co tworzy mieszankę pięknych krajobrazów z bardzo dokumentalną formą. Jak silny jest kontrast między tym a ostatnimi, bardziej wyrafinowanymi wizualnie dziełami Polaka. Jednak najmocniejszym punktem jest fantastyczna obsada, składająca się wówczas z mniej znanych twarzy. Na pierwszy ogień wchodzą magnetyzujące Emily Blunt oraz Natalie Press, czyli bardziej dominująca Tamsin i o wiele bardziej delikatna Mona. Chemia między nimi jest bardzo silna, nie pozwalając oderwać oczu od nich, zarówno podczas scen dialogowych jak też chwilach wyciszenia, pokazując bardziej złożone postacie niż mogłoby się wydawać. Jest też jeszcze mocny Paddy Considine w roli nawróconego Paula, który wydaje się mocno wierzyć. Jednak czy ta wiara jest naprawdę mocna, czy tylko kolejną maską dla zagubionego mężczyzny? Na to sami odpowiedzcie.

Chyba nie będzie zaskoczeniem, ale „Lato miłości” jest dla mnie – na razie – najlepszym filmem w dorobku Pawlikowskiego. Pełnym nieopisanego uroku oraz magii, która może wydarzyć się tylko latem i tylko w wieku nastoletnim. Duża niespodzianka w dorobku Polaka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Valmont

Popularność powieści epistolarnej Pierre’a Choderlosa de Laclosa jest wręcz zdumiewająca, o czym świadczy masa adaptacji: filmowych, teatralnych czy ostatnio jako serial. Sława była tak mocna, że w 1988 roku aż dwóch reżyserów planowało przenieść tą opowieść na ekran: Stephen Frears oraz Miloś Forman. Ten pierwszy opierając się bardziej na teatralnej adaptacji Christophera Hamptona stworzył film szybciej, zdobywając większą uwagę, popularność i splendor. Drugi, który trafił do kin rok później, popadając w zapomnienie oraz zostaje chłodno odebrany przez krytykę i publiczność. Czy naprawdę „Valmont” był aż tak słaby, czy może miał zwyczajnie pecha?

Historia jest znana i osadzona jest w XVIII-wiecznej Francji przed rewolucją, a skupia się wokół młodej dziewczyny Cecile (Fairuza Balk). Opuszcza ona klasztor i ma niedługo zostać żoną, co jak na 15-latkę jest sporym przeżyciem. Ceceile trafia pod opiekę przyjaciółki mamy, markizy de Merteuil (Annette Bening). Wdowa odkrywa, że przyszłym mężem młódki jest jej kochanek, de Gercourt (Jeffrey Jones), który postanowił ją porzucić. Więc z zemsty decyduje się poprosić jednego ze swoich adoratorów, hrabiego Valmonta (Colin Firth) w celu uwiedzenia dziewczyny. Jednak młody arystokrata, specjalizujący się w łamaniu kobiecych serc, sam wpadł ofiarą strzały Amora. Ale czy aby na pewno?

Trudno nie uniknąć porównań z filmową wersją Stephena Frearsa. Ponieważ jednak filmu z 1988 roku nie widziałem od dawna, więc nie będę bawił się w analizowanie dzieła. Co mnie bardzo zaskoczyło tutaj to fakt, że Forman podchodzi do tego z zadziwiającą lekkością oraz frywolnością. I nie chodzi mi tylko o humor (choć ten pojawia się w najmniej spodziewanych momentach), ale – jakby to nazwać – nastawienia reżysera. Widać, że postacie nie działają tylko i wyłącznie z wyrachowania, ale jest tam coś więcej. Że za działaniami stoi namiętność, pożądanie i… znudzenie. Obawiałem się, że to podejście pozbawi emocjonalnego ciężaru tej historii, ale „Valmont” mnie zaskoczył. Szczególnie w drugiej połowie, gdzie jeden z doświadczonych graczy zaczyna się w tym gubić i to zmienia jego działanie.

Wizualnie czuć, jakbym znowu trafił do świata „Amadeusza” – nie tylko z powodu oświetlenia opartego na świecach czy występu operowego – gdzie scenografia oraz kostiumy wyglądają imponująco. Stylizowana na epokę muzyka sprawdza się, a wszystko płynnie bez zbędnego postoju. Problem miałem z paroma scenami slapstickowego humoru oraz powoli rozkręcającym się początkiem, ale im dalej w las, tym lepiej.

Swoje także dorzuca nietypowa obsada. Zadziwiającym wyborem do roli Valmonta był Colin Firth, który ma w sobie sporu uroku i jest mniej jednoznaczną postacią. Szczególnie w scenach z Meg Tilly (madame de Tourvel) pokazuje bardziej ludzkie oblicze, jednak z tyłu głowy cały czas były wątpliwości. Czy to prawdziwe uczucia, czy to tylko gra – on sam zaczyna się w tym gubić. Ale prawdziwą petardą jest dla mnie Annette Bening w roli de Merteuil. Niby służąca wsparciem, non stop z uśmiechem na twarzy, ale w każdej chwili może wbić nóż w plecy i jest bardziej podstępna i sprytna. W zależności od tego z kim rozmawia zmienia oblicze. Bardzo elektryzująca oraz najciekawsza postać. Obok mamy eteryczną Meg Tilly i odkrywającą arkana miłosne naiwną Fairuzę Balk, dopełniające obrazu.

„Valmont” pokazuje, że głośne „Niebezpieczne związki” można interpretować na różne sposoby. Milos Forman tworzy o wiele lżejszą pod względem klimatu opowieść o pożądaniu i namiętnościach, których nie da się sterować bez zapłacenia ceny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wichrowe wzgórza

Przenoszenie na ekran klasyki literatury jest w zasadzie sprawdzonym sposobem na zarobienie kupę kasy. Nawet po kilkanaście razy – od nieśmiertelnej Biblii po dokonania Mary Shelley. Nie inaczej jest z „Wichrowymi wzgórzami” Emily Bronte, przenoszonej już 13 razy na duży i mały ekran. Żadnej ekranizacji nie widziałem, a książki też nie czytałem, ale chyba reżyserka Emerald Fennell też nie czytała.

Akcja dzieje się gdzieś na przełomie XVIII i XIX wieku na wrzosowiskach Yorkshire, w którym znajduje się tytułowy majątek Wichrowe Wzgórza. Właścicielem jest podupadający lord Earnshaw (Martin Clunes), co lubi ostro chlać i grać w karty. Także samodzielnie wychowuje córkę Catherine. Pewnego dnia mężczyzna przyjmuje pod swój dach przybłędę, którego córka nazywa Heathcliffem. Chłopak zostaje parobkiem, a także zaczyna przyjaźnić się – przynajmniej na początku – z dziewczyną. I tak to trwa przez kilkanaście lat, aż oboje dorastają, co wzmacnia iskry. Wszystko zmienia się, kiedy w okolicy pojawiają się nowi sąsiedzi – pan Lipton (Shazad Latif) ze swoją siostrą, Isabellą (Alison Oliver). A że Earnshawowie potrzebują pieniędzy, Catherine (Margot Robbie) zapoznaje się z sąsiadami i… decyduje się poślubić Liptona. Reakcji Heathcliffa można się domyślić.

Reżyserka ewidentnie chce nam pokazać „Wichrowe wzgórza” jako gotycką historię niespełnionej miłości wskutek okoliczności, przy okazji pokazując jedną z najbardziej toksycznych par od czasu „50 twarzy Greya”. W efekcie powstał dziwny twór. Z jednej strony wizualnie wręcz olśniewający – od przepięknych krajobrazów (Linus Sandgren nie zawodzi jako autor zdjęć) po pełne mocnych kolorów kostiumy i scenografię. Szczególnie druga połowa filmu (dom Liptona) imponuje kompozycjami kadrów, które chciałoby się przerobić na tapetę. Ale z drugiej coś tu się nie zgadza w tej historii. Oboje wychowywani w izolacji, z mocno podpitym i przemocowym patriarchą stają się naznaczeni: Heathcliff fizycznie (rany od bicza), zaś Catherine psychicznie. Bliskość przez traumę? To daje pewne możliwości do prowadzenia historii.

Jednak im dalej w las, tym bardziej oboje zaczynają działać mocno irytująco. Podejrzewam, że to ma pokazać obsesyjne oblicze przywiązania do drugiej osoby, ale czuć tu mocno fałsz. Catherine niby wydaje się rozdarta między sercem a potrzebą utrzymania się (poznać to można po łzach z jej twarzy oraz nieobecnym, pustym, wręcz apatycznym wyrazie twarzy), ale potrafi być bardzo narcystyczną, wywyższającą się oraz uważającą się za lepszą pindą – powiedziałbym mocniej, ale to byłoby obrazą dla pind. Ale nasz Heathcliff wcale nie jest lepszy: nie dość, że cierpi w milczeniu i jest niedouczony (z własnej woli), to potem znika odmieniony oraz nadziany – niczym hrabia Monte Christo. Tutaj nagle robi się mroczniej i potencjalnie mogło skręcić w kierunku zemsty (uwiedzenie Izabeli oraz upokarzanie jej), jednak Fennell wycofuje się jakby bała się przekroczyć pewnej granicy. Niby całość próbuje być bardziej „pieprzna”, nęci potencjalnie seksualnym napięciem, tylko że nie jest ani porno, ani duszno. Za to jest bardzo infantylnie, kiczowato oraz… durnie, jak ze słabego harlekina.

Jeszcze bardziej nie pomaga fakt, że Margot Robbie i Jacob Elordi w swoich rolach wypadają słabo, wręcz karykaturalnie oraz nieprzekonująco. Do tego nie ma między nimi ŻADNEJ chemii (więcej chemii widziałem w chińskiej zupce w proszku) ani napięcia, oboje stają się bardzo nieznośni, irytujący, odpychający. Ich rzekoma miłość jest tylko deklaracją bez pokrycia oraz kompletnie irracjonalna, przez co totalnie niewiarygodna. Aktorzy nie bardzo mają tutaj, co grać i dlatego nie zapadają w pamięć. Wyjątkiem od tej reguły jest bardzo opanowana Hong Chau (służąca Nelly), zaskakujący Martin Clunes (pan Earnshaw) oraz intrygująca Alison Oliver (Isabella).

Ku mojemu rozczarowaniu „Wichrowe wzgórza” od Emerald Fennell są pięknie wyglądającym pustakiem, który najlepiej by się sprawdził jako niemy film albo krótka rolka pod social media (tak jest zmontowany). Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak często ziewałem w kinie, wyczekując napisów końcowych niczym zbawienia i ulgi, że już mam to za sobą.

4/10

Radosław Ostrowski

Dreams

Meksykański reżyser Michel Franco jest jednym z tych, który lubi prowokować do myślenia i wsadzać kij w mrowisko. Tak się czułem w przypadku psychologicznego dramatu „Sundown”, a teraz twórca wraca z „Dreams” – trochę dramat, trochę romans o zabarwieniu erotycznym, trochę kino społeczne, a pod koniec wręcz thriller. Pokręcona mieszanka, ale co z tego wyszło?

Sam początek jest bardzo niepokojący – widzimy samą ciężarówkę stojącą gdzieś na drodze. W nocy słychać z niej odgłosy walenia oraz ludzkie krzyki. Tak, to nielegalni imigranci przekroczyli granicę amerykańsko-meksykańską, zaś wśród wybiega niejaki Fernando (Isaac Fernandez). Po paru dniach trafia do San Francisco, gdzie wchodzi do czyjegoś domu (wcześniej znajdując klucz). A kiedy pojawia się w nocy właścicielka Jennifer (Jessica Chastain), widać, że się znają. I to bardzo dobrze. Problem w tym, że ona jest współzałożycielką fundacji pomagającej Meksykanom (oraz jest strasznie dziana), a on uzdolnionym tancerzem baletowym. I dużo młodszym gołodupcem.

Franco wiele tutaj rzeczy nie mówi wprost, w zasadzie nie zdradzając zbyt wiele. Dialogów jest tu niewiele i rzadko pełnią rolę ekspozycji, nie bawiąc się w tłumaczenie czegokolwiek. Wszystko toczy się wolnym rytmem, z długimi oraz statycznymi kadrami, gdzie na pierwszy rzut oka nic się nie dzieje. Ale to zależy od tego, co się samemu wyciągnie pomiędzy tymi ujęciami. Samo „Dreams” przypominało mi „Babygirl”, gdzie też była skomplikowana relacja miłosno-erotyczna między starszą kobietą a młodszym mężczyzną. I tam też ciągle było takie lawirowanie między pożądaniem, miłością i… kontrolą, manipulacją, toksycznością. Jakby bariera społeczno-materialna była zbyt wielka, a większe znaczenie mają pozory. Wszystko wydaje się bardziej rozmyte, by w połowie wywrócić wszystko do góry nogami. Robi się bardziej nerwowo, niepokojąco, zaś finał to nagłe uderzenie – brutalne, zimne, bezwzględne.

A to wszystko działa dzięki pierwszoplanowemu duetowi. Jessica Chastain potwierdza klasę i jest świetna w roli Jennifer. Pozornie delikatna, cicha i spokojna, lecz po tym wszystko skrywa się samotność, niepewność, wręcz melancholia. Chodząca sprzeczność – niby być chce być ze swoim facetem, ale najlepiej kiedy nikt ze znajomych albo rodziny ich nie widzi. A jeszcze lepiej gdzieś poza San Francisco. W kontrze do niej jest debiutujący Isaac Fernandez (zawodowy tancerz baletowy) w roli Fernando. Błyszczy nie tylko w scenach baletowych (a tych nie brakuje), ale pokazuje on człowieka podążającego za marzeniami o karierze zawodowej, lepszym życiu i niezależności. Ich wspólne sceny, spojrzenia i gesty napędzają ten film, gdzie wiele rzeczy pulsuje pod powierzchnią luksusowego życia bogaczy.

Dla mnie „Dreams” to kolejny mocny strzał meksykańskiego reżysera w społeczeństwo. Franco może rozkręca się powoli i oszczędnie dawkuje, ale bardzo brutalnie przypomina o tym, że kiedy przetrwanie jest najważniejsze, człowieczeństwo składa się w ofierze. Gorzkie, nawet szokujące kino dla dorosłych.

7/10

Radosław Ostrowski

Lalka (1968)

Dla Wojciecha Jerzego Hasa „Lalka” była bardzo wyjątkową produkcją. Po pierwsze, był to pierwszy film reżysera w kolorze. Po drugie, był to ostatni film stworzony w Zespole Filmowym „Kamera”, z którym współpracował od samego początku swojej drogi artystycznej. No i skala (ponad 300 aktorów, 10 tysięcy statystów, przygotowane tysiące kostiumów) realizacji była ogromna. Czy po latach ta produkcja broni się?

Historia jest raczej powszechnie znana (zwłaszcza, gdy czytało się książkę jako lekturę szkolną – tak jak ja) i skupia się na Stanisławie Wokulskim (Mariusz Dmochowski). Jak go poznajemy pracuje jako kelner w winiarni u Hopfera oraz uzdolniony wynalazca. Ale po kilkunastu latach stał się bardzo energicznym i zamożnym kupcem, prowadzącym sklep z galanterią. Kiedy prowadzi różne interesy za granicą, ten lokalny zostaje pod nadzorem przyjaciela oraz subiekta, Ignacego Rzeckiego (Tadeusz Fijewski). Wokulski na swoje nieszczęście zakochuje się w Izabeli Łęckiej (Beata Tyszkiewicz), młodej hrabinie, której rodzina coraz bardziej ubożeje. Mężczyzna próbuje coraz bardziej wkraść się w łaski jej rodziny.

„Lalka” już od samego początku zwraca uwagę warstwą wizualną, pokazując bardzo szeroki wycinek miasta Warszawa: od pełnych przepychu salonów arystokratycznych przez sklepy z masą towarów aż po bardziej wyniszczone dzielnice biedoty. Ilość szczegółów w warstwie scenograficzno-kostiumowej jest imponująca, pozwalając w zbudowaniu bardzo żywego świata. Wiele ze źródłowego materiału zostało powycinane (wspomnienia Rzeckiego z „Pamiętnika starego subiekta”, wątki dotyczące mieszkańców kamienicy Krzeszowskiej czy zmienione zakończenie) – wiadomo, bo to spory tekst. Ale jeśli ktoś spodziewałby się melodramatu, to Has trochę inaczej kładzie akcenty. Reżyser bardziej skupia się nie tyle na romansie i wątkiem melodramatycznym, lecz na pewnym zderzeniu dwóch światów: bardzo zamożnej i żyjącej bardzo jałowo wyższych sferach z bardziej energicznym mieszczaninem, próbującym się do niej dopasować.

Może jałowo to za mocne określenie, ale ich egzystencja ogranicza się do wydawania gotówki ponad stan, długów, prowadzenie nierentownych interesów. Brakuje im jakiegoś powodu do działania, kierują się pozorami oraz konwenansami. Dużo jest tutaj plotek, spekulowania, działań prowadzonych niejako z ukrycie, gdzie w zasadzie wszystko (także godność) może być na sprzedaż. I to właśnie ten portret świata oraz psychologiczna wędrówka Wokulskiego, która kończy się… sporym rozczarowaniem. Nie brakuje tu bardzo ciekawych dialogów (te stworzył Kazimierz Brandys), bez popadania w walenie ekspozycją czy szeleszczeniem papieru. Technicznie trudno się tu do czegoś przyczepić. O scenografii i kostiumach już mówiłem, prezentują się imponująco, tworząc cudną warstwę plastyczną. Razem ze sporymi ilościami masterszotów oraz oszczędną muzyką Kilara nie można oderwać oczu.

A wszystko jest bardzo elegancko zagrane przez masę rozpoznawalnych i świetnych aktorów. Jednak liczy się tutaj trójka: Mariusz Dmochowski (Wokulski), Tadeusz Fijewski (Rzecki) i Beata Tyszkiewicz (Łęcka). Na pierwszy rzut oka Dmochowski może wydawać się dziwnym wyborem – potężnie zbudowany, z dość surową urodą, zaś sporo w jego graniu obserwowania otoczenia oraz milczenia. Jakby jego postać zastanawiała się i planowania kolejne działanie czy słowo, co tworzy pełną aurę tajemnicy. Intrygująca postać, mieszająca stoicki lub melancholijny spokój z chwilami nagłego ożywienia. Tyszkiewicz jest zwyczajnie zjawiskowa i tylko pozornie sprawiająca wrażenie naiwnej, nie orientującej się w swoim położeniu kobiety. W kontrze do nich jest tutaj poczciwy Rzecki w wykonaniu Fijewskiego, który jest reprezentantem powoli odchodzącego pokolenia ery romantyzmu. Jego wspólne sceny z Dmochowskim mają dodatkowego kopa.

Choć ekranizacja Hasa została potem zapomniana przez powstały lata później mini-serial z 1977 roku (a jakby tego mało szykują się nowe dwie adaptacje powieści Prusa), to jednak „Lalka” pozostaje bardzo autorskim spojrzeniem na klasykę polskiej literatury. Może bywa czasem bardzo teatralny w prezentacji i zaskakująco kameralny, jednak pozostaje bardzo wciągającym oraz pociągającym kawałkiem kina kostiumowego w eleganckim stylu.

8/10

Radosław Ostrowski

Jak być kochaną

Po niezbyt udanym „Złocie” Has znów sięgnął po literaturę, by zbudować kolejny psychologiczny portret. Tym razem padło na opowiadanie Kazimierza Brandysa, który także napisał scenariusz i reżyser zdecydowanie złapał wiatr w żagle.

„Jak być kochaną” skupia się na Felicji (Barbara Krafftówna) – aktorce, której dość burzliwą przeszłość poznajemy w retrospekcjach oraz wewnętrznych monologach. Wszystko podczas lotu do Paryża. Historia zaczyna się w Krakowie tuż przed wybuchem wojny, gdy kobieta zaczynała swoją drogę artystyczną. Rzeczywistość miała inne plany i zamiast tego zaczęła pracę kelnerki w restauracji. Na swoje nieszczęście zakochuje się w doświadczonym koledze, Wiktorze Rawiczu (Zbigniew Cybulski). Więc kiedy musi się ukrywać z powodu podejrzenia o zabójstwo kolegi-kolaboranta, Felicja bez wahania decyduje się go przechować. Jednak zamiast w wyznaczonym miejscu, kobieta bierze go do swojego lokum. I tu się tak naprawdę zaczyna dramat.

Reżyser niby robi kolejną historię wojenną oraz tego, jak mocno to się odbiło na życiu. Jesteśmy jednocześnie we współczesności i przeszłości, w tle przebija się narracja z offu, dopełniająca obrazu. Niby jest to historia osadzona w realiach wojennych, jednak nie należy spodziewać się heroicznych czynów. Has pokazuje grozę wojny głównie zza okna albo bez pokazywania wprost grozy (gwałt na Felicji w jej mieszkaniu). Ale przede wszystkim jest to historia miłości niespełnionej, gdzie ona trafiła z uczuciami pod niewłaściwy adres. Bo on okazał się strasznym egotycznym mitomanem, potrzebującym widowni i uzależniony od atencji. Oraz pragnącym sławy, bez względu na cenę (dobitnie to pokazuje scena w restauracji po wojnie). Pozornie całość wydaje się płynąc spokojnym rytmem, jednak to pod tymi subtelnymi i cichymi scenami kryją się rzeczy z o wiele większym ciężarem. Trudno mi się tu przyczepić do warstwy audio-wizualnej, choć sama muzyka (pianistyczna wariacja „Jeziora łabędziego” Czajkowskiego) pojawia się dziwnie rzadko.

Wszystko na swoich barkach trzyma rewelacyjny duet Barbara Krafftówna/Zbigniew Cybulski. Pierwsza w roli Felicji jest mieszanką niewinności i ciepła, która z czasem staje się coraz bardziej cyniczna, zdystansowana i niejako unikająca ludzi. Jak każda osoba, która „sparzyła się” po nieudanej relacji. Te przeskoki między tymi nastrojami są pokazane bezbłędnie. Za to Cybulski jest w zupełnej kontrze – zapatrzony w sobie narcyz, nie potrafiący odnaleźć się w nowej rzeczywistości, próbujący potem zbudować wokół siebie heroiczny mit. Bardzo intrygująca mieszanka, mimo posiadania niezbyt wielu wspólnych scen. Z drugiego planu najbardziej wybijali się tutaj Artur Młodnicki (Tomasz, bardziej doświadczony kolega, być może nawet nieobojętny wobec Felicji) oraz Wieńczysław Gliński (bakteriolog lecący obok kobiety w samolocie).

„Jak być kochaną” nie jest filmowym poradnikiem czy komedią romantyczną. Kolejne mroczne, melancholijne dzieło Hasa o destrukcyjną siłą miłości. Przerażająco poruszający, z mocnymi scenami oraz dialogami, a także niezapomnianym duetem na pierwszym planie. Niezapomniane doświadczenie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Rozstanie

Na pierwszy rzut oka „Rozstanie” wydaje się jeszcze bardziej oszczędnym i kameralnym filmem w dorobku Wojciecha Jerzego Hasa. Oraz dziwnie przypominającym „Pożegnania”, gdzie też mamy odchodzenie dawnego świata, chociaż nie do końca. Podtytuł „Komedia sentymentalna” wywołuje pewną konsternację.

Tym razem film oparty na opowiadaniu Jadwigi Żylińskiej toczy się w małym miasteczku, gdzie życie idzie swoim rytmem. Tutaj przecinają się losy dwojga ludzi: młodego chłopaka (Władysław Kowalski) oraz troszkę starszej aktorki, Magdaleny (Lidia Wysocka). On przyjechał na wakacje, ona na pogrzeb swojego dziadka – weterana I wojny światowej oraz bardzo szanowaną personę. Kobieta dziedziczy po nim dom, tylko co z nim zrobić? Znajomi i przyjaciele chcą, by się wprowadziła na stałe. Jednak z powodu swojego zawodu nie bardzo jest to możliwe.

Sam film jest zaskakująco krótki (niecałe 80 minut), zaś samej fabuły jest jeszcze mniej. Has bardziej się skupia na budowaniu atmosfery odchodzenia dawnego świata. Świata wysokich sfer, dawnych tradycji, dla których czas stanął w miejscu i nie są w stanie odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Stąd to podobieństwo do „Pożegnań”, jednak wszystko rozgrywa się tu na przestrzeni paru dni niż lat. A zderzenie tradycji (pogrzeb z trumną w konnym orszaku, bardzo elegancka rezydencja) z nowoczesnością potrafi parę razy rozbawić. Jednak nie jest to komedia, tylko konfrontacja wspomnień z rzeczywistością. Nie brakuje tu typowych dla reżysera długich ujęć (scena w restauracji „Pod Różą”), scenografia jest imponująca, zaś w tle gra bardzo elegancka muzyka w tle.

Ale dla mnie najciekawsze były wspólne momenty między Magdaleną a młodym chłopakiem. Tutaj czuć sporo iskier, odrobinę lekkości oraz odrobina erotyzmu (szczególnie pod koniec, gdy młodzian zakrada się do domu niczym agent 007 – co tam się dzieje). To przede wszystkim zasługa naprawdę dobrze grających Lidii Wysockiej i (w szczególności) Władysława Kowalskiego, gdzie każda wymiana zdań, spojrzenie działały bardzo ożywiająco. Jeszcze mamy tu bardzo barwny drugi plan (najbardziej wybija się rozmarzony Gustaw Holoubek z wąsem, niezawodny Adam Pawlikowski czy energiczna Irena Netto w roli kucharki oraz zaskakujące cameo) oraz bardzo zgrabne dialogi.

„Rozstania” są uważane za jeden ze słabszych filmów w dorobku Hasa, ale dajcie mnie takich „słabizn” więcej. Delikatna, zaskakująco urocza i niepozbawiona sentymentalizmu (bez popadania w tandetę) opowiastka z przemijaniem w tle.

7/10

Radosław Ostrowski

Wielki Gatsby

Najsłynniejsza powieść Francisa Scotta Fitzgeralda nie ma zbyt wielkiego szczęścia do filmowych adaptacji. Widziałem tą bardzo efekciarską ekranizacje Baza Luhrmanna z boskim Leonardo DiCaprio, jednak dopiero teraz zmierzyłem się z poprzednią adaptacją. Stworzoną w roku 1974 przez reżysera Jacka Claytona i scenarzystę Francisa Forda Coppolę.

Sama historia jest znana, nawet jeśli się nie miało styczności z książkowym pierwowzorem. Wszystko opowiada młody makler giełdowy Nick Carraway (debiutujący Sam Waterston) z Wielkiego Miasta. Przybywa odwiedzić swoją kuzynkę, Daisy Buchanan (Mia Farrow) oraz jej męża (Bruce Dern) w ich posiadłości na prowincji. Pozornie para wydaje się szczęśliwa, jednak to wszystko fasada. Nick wynajmuje mały dom naprzeciwko wielkiej rezydencji, której właścicielem jest tajemniczy Jay Gatsby (Robert Redford). I zawsze w nocy trwają imprezy na ogromną skalę. Na jedną z takich imprez zostaje zaproszony Nick oraz poznaje osobiście samego Gatsby’ego. Następnego dnia zaprasza go na lunch, lecz pod tym wszystkim kryje się poważny plan.

Reżyser bardzo powoli buduje całą narrację, pozwalając wejść w atmosferę epoki. Już czołówka, podczas której widzimy opustoszała siedzibę Gatsby’ego wygląda imponująco. Aż ciężko oderwać oczy od scenografii oraz kostiumów, pozwalającym wejść w klimat lat 20.. Czas dekadencji, oszałamiającego bogactwa, niemal nieskrępowanej rozpusty i niemal ciągłego rozluźnienia. Niby mamy tu historię miłosną, gdzie mamy zderzenie dawnych kochanków. On odrzucony z powodu statusu społecznego, ona zbyt przyzwyczajona do wygody i bogactwa. I to potrafi zaangażować, choć dla mnie problemem jest zbyt wolne tempo oraz pewien dystans.

To, co dla mnie działa to absolutnie fantastyczny Robert Redford w roli Gatsby’ego. Pełen uroku, optymizmu, ale jednocześnie bardzo skryty i próbujący niejako cofnąć czas. Magnetyzująca, pełna charyzmy postać, a równie zaskakująca jest tutaj Mia Farrow. Jej Daisy jest z jednej strony naładowana pasją, energiczną kobietą, ale z drugiej jest kompletnie pustą laleczką, nie będącą w stanie podejmować poważnej decyzji. Jakby chciała być w stanie ciągłej zabawy, unikając jasnych deklaracji. Reszta postaci wypada solidnie, choć najbardziej wybija się żywiołowa Karen Black jako Myrtle Wilson oraz Bruce Dern w roli lekko prostackiego Toma.

Czy jest to lepsza adaptacja od filmu Luhrmanna? Dla mnie jest mniej spektakularna, mająca o wiele więcej przestrzeni na oddech oraz zapoznanie się z postaciami. Przyznaję, że miewa momenty znużenia i nie zawsze angażuje, ale Clayton w większości czasu trzyma wszystko w sprawnych rękach. Nawet zakończenie jest zdumiewająco poruszające, co nie jest takie częste.

7/10

Radosław Ostrowski