O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu

Pojawiają się czasem takie filmy, po obejrzeniu których ciężko wyrazić swoje emocje. Przypomina to takie objawienie w stylu: „zobaczyłem coś, ale… no właśnie, co?”. Wtedy w mojej głowie pojawia się dezorientacja, zdziwienie, a czasem nawet odrzucenie czy zmieszanie. I teraz pojawił się film, który od dawna wywołał we mnie takie odczucia.

„O dziewczynie, która…” to debiut brytyjskiej reżyserki z irańskimi korzeniami, Any Lily Amirpour. I to bardzo tajemnicze kino, w zasadzie mające (chyba) być czymś w rodzaju przypowieści. Znajdujemy się w jakimś mieście, które wydaje się opuszczone. Niby są w tle jakieś fabryki, jednak jedyni ludzie obecni to prostytutki, diler, nastolatka, młody chłopak i jego ojciec-narkoman. Reszta ludzi leży martwa gdzieś przy rzece, ale ich jest strasznie dużo. Skąd tyle trupów? Wszystko przez pewną niepozorną dziewuchę, noszącą czador, bo ona sama jest… wampirem. A wtedy w jej życiu pojawia się Arash – chłopak ubierający się jak James Dean i jeżdżący bardzo stylowym autem. Jak to się może skończyć ta znajomość?

Wszystko w tym filmie wydaje się próbować iść w zupełnie innym kierunku niż trzymać się wiernie rzeczywistości. Wszystko jest filmowane czarno-białą taśmą, postaci jest zaledwie kilka, a najważniejsze wydaje się tutaj zbudowanie nastroju. Takiego bardziej romantycznego, trochę niepokojącego, ale też bardziej melancholijnego. Na pewno pomaga w tym świetnie dobrana muzyka oraz zdjęcia, co pozwala zapomnieć o bardzo minimalistycznych dialogach oraz w zasadzie braku scenariusza. Bo jako takiej fabuły tu brak, co troszkę przypomina mi kino Jima Jarmuscha. Nic się nie dzieje specjalnie na ekranie (co wydaje się ma być celowym zabiegiem), jednak tutaj wywołuje on obojętność. Żaden z bohaterów nie był dla mnie na tyle interesujący, żeby ich los mnie obchodził, co jest dla mnie błędem kardynalnym.

Właśnie dlatego debiut Amirpour dla mnie jest tak naprawdę piękną audio-wizualnie wydmuszką pozbawioną treści. Widzę potencjał w tej reżyserce, bo film ma parę momentów, których nie da się zapomnieć (pierwsza scena czy moment poznania się naszych bohaterów). Ale potrzebny jest jeden warunek: lepszy scenariusz.

5/10

Radosław Ostrowski

Pożegnanie z Marią

Warszawa okupowana przez Niemców. Wszystko toczy się wokół wesela, gdzie przebywają przyjaciele. Jednym z gości weselnych jest poeta Tadeusz razem ze swoją dziewczyną Marią. On pracuje u kierownika magazynu, gdzie handluje się cementem oraz innymi materiałami budowlanymi. Cały spokój zostaje zburzony, kiedy na wesele przybywa ukrywająca się Żydówka Sara oraz granatowy policjant.

pozegnanie z maria1

Przeniesienie na ekran opowiadań Tadeusza Borowskiego nie należy do łatwych. Akcji jako takiej nie było, za to dużo obserwacji ludzkich zachowań. Taka oszczędna forma wymaga troszkę innego podejścia, co postanowił zrobić w 1993 roku debiutant. Patrząc na ostatnie filmy Filipa Zylbera jakoś trudno poznać tego twórcę i porównać ostatnie chały. „Pożegnanie z Marią” jest bardzo kameralnym dramatem, gdzie wojna początkowo jest gdzieś tam daleko. Czysty surrealizm. Z jednej strony radość i impreza, z drugiej gdzieś w tle Niemcy, łapanki oraz getto. Ukrywanie Żydów, handel na lewo z Niemcami, młodzi ludzie, granatowy policjant i starsza pani, czekająca na córkę oraz zięcia. Wszystko takie pozornie spokojne, z refleksyjnymi dialogami oraz sugestywnie opowiedzianym życiem po drugiej stronie muru. No i ze sporą ilością slow-motion, mającym dodać chyba takiego bardziej poetyckiego klimatu. Tego ostatniego akurat się nie spodziewałem.

pozegnanie z maria2

Co jeszcze bardziej zaskakuje, to bogato zarysowane postacie. Nawet drobne epizody sklepikarza pośredniczącego w kupnie mieszkań dla Żydów czy woźnicy produkującego bimber mają więcej niż parę linijek dialogu stając się wyrazistymi osobami. A wszystko pokazane w kontraście między wojną a weselem. Radość miesza się z brutalnym, okrutnym światem, gdzie normalnością jest śmierć, łapanki, Niemcy. W tle gdzieś pojawia się nienawiść do Żydów, a nawet wypowiadana radość, że po ich zniknięciu będzie porządek. I jak w tej nienormalności żyć, kochać, być? Te pytania padają między wierszami, prowadząc do dramatycznego finału.

I jeszcze jedna rzecz rzuciła mi się w oczy (bo w uszach pięknie grała muzyka Tomasza Stańki, a i dźwięk jest wyraźny, przez co dialogi słychać bez problemu): kilka razy się zdarzyło, że pokazywano to samo ujęcie dwa lub trzy razy, ale z innej perspektywy. Wydawało mi się to dezorientujące, a nawet zbędne. Nie wiem, czemu to miało służyć, tak samo jak slow-motion.

pozegnanie z maria3

Muszę jednak za to przyznać, że jest to fantastycznie zagrany film. Ile tu jest młodych, wówczas zapowiadających się aktorów jak Marek Bukowski (Tadek), Agnieszka Wagner (Maria) czy Katarzyna Jamróz (Sara). Każde z nich wykonuje swoją robotę fenomenalnie, nawet nie mówiąc nic. Warto jeszcze z tej młodej ekipy wyróżnić Rafała Królikowskiego jako skrzypka. A drugi plan tutaj kradną dla siebie Sławomir Orzechowski (granatowy policjant Cieślik) oraz Danuta Szaflarska (doktorowa), tworząc bardzo zniuansowane, choć pozornie wycofane. Dla mnie mistrzostwo świata.

Aż jestem zdumiony, że po tym debiucie Filip Zylber kolejnymi filmami nie zbliżył się do tego poziomu. Blisko był „Egzekutorem” z 1999 roku, ale potem to już były albo produkcje serialowe, albo tzw. komedie romantyczne. A ten poetycki, bardzo skromny film o życiu podczas wojny przepadł zapomniany. Moim zdaniem, niesłusznie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Małe kobietki

Powieść Louisy May Alcott o siostrach March i ich wchodzeniu w dorosłe przenoszono na ekran tyle razy, że ja nie wiem, co jeszcze można wymyślić w tym temacie. Bo mamy cztery siostry, uzdolnione artystyczne, wychowywane głównie przez matkę. Wszystko poznajemy z perspektywy średniej siostry Jo, która ma predyspozycje do pisania. No i te same dylematy: wierność własnym zasadom czy dopasowanie się do społeczeństwa, gdzie traktowana jest jako ta gorsza i nie mająca zbyt wiele szans na karierę czy samodzielność. Więc co nowego ma do zaoferowania reżyserka Greta Gerwig?

male kobietki 2019-1

Niby wydaje się, że opowiada tą samą, znaną nam opowieść. Ale reżyserka postanowiła całość pokazać za pomocą dwóch linii czasowych: współczesnej, czyli lata 70. XIX wieku oraz 7 lat wstecz, gdy ojciec rodziny ruszył walczyć na wojnie secesyjnej. Zderzenie przeszłości (okresu pomiędzy dzieciństwem a dorosłością) z teraźniejszością, gdzie niemal każda z sióstr wyfrunęła ze swojego domu i zaczyna podejmować ważne decyzje. Nie ważne, czy jest to nieujarzmiony, wolny duch Jo, dostosowująca się do panujących reguł Amy, rozważnej i opanowanej Meg lub empatycznej Beth. Każda z pań niejako zostaje zmuszona do zweryfikowania swojej postawy, zaś łamana chronologia jest tutaj bronią obosieczną.

male kobietki 2019-2

Z jednej strony pozwala pokazać pewne głębiej każdą z bohaterek (nawet najbardziej znienawidzoną przez fanów książki Amy) i poznać jej racje. Z drugiej strony wywołuje to na początku chaos i zagubienie. Zwłaszcza kiedy chcemy ustalić co dzieje się kiedy. Dopiero po kilkudziesięciu minutach można odkryć różnicę (zwróćcie uwagę na kolory i ich nasycenie) i wejść w całą opowieść. Pełną ciepła (przepięknie wygląda ten film wizualnie), wzruszeń i humoru, z postaciami nie dającymi się nie lubić. Nawet jeśli zdarza im się podjąć decyzje pod wpływem negatywnych emocji (spalenie powieści Jo przez Amy) czy zbyt pochopnie, podcinając sobie skrzydła.

male kobietki 2019-4

Żeby jednak nie było, film ma drobne wady. Poza chaotyczną narracją (przynajmniej na początku) troszkę film zepsuło mi zakończenie. I nie chodzi mi tutaj o wydruk powieści, ale raczej tą sielankową wręcz atmosferę, gdzie robi się – przynajmniej dla mnie – już za słodko. No i jest jedna kreacja, która mnie troszkę rozczarowała, czyli Laurie. Sąsiad Marchów w wykonaniu Timthy’ego Chalamette’a jest całkiem ok, ale po tym aktorze liczyłem na coś więcej.

male kobietki 2019-3

Poza tym aktorsko byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Oczarowała mnie – w co nie wierzyłem do końca – Saorise Ronan jako najbardziej niezależna z całego rodzeństwa Jo, choć wydaje się niepozorna. Jak ją na początku zobaczyłem, miałem wątpliwości, ale kupiła mnie swoją energią, oczami i temperamentem, nawet jak puszczały jej nerwy, wylewając cała złość. Film kradnie świetna Florence Pugh, czyli Amy – najbardziej kapryśna z całej czwórki. Nie jest jednak w żaden sposób demonizowana czy budząca antypatię, zaś jej racje wygłasza w dość mocnym monologu. Przez tą scenę zacząłem inaczej patrzeć na tą postać. Reszta rodzeństwa wydaje się być tłem (Emma Watson i Eliza Scanlen), ale ma swoje bardziej poruszające momenty. To dotyczy najmłodszej, chorowitej Beth, której wątek dodaje sporo dramaturgii. Ale drugi plan jest bardzo bogaty, a z niego najbardziej wybija się Laura Dern jako matka, która – przez większość czasu – sama zajmuje się domem i wydaje się być niemal ideałem. Mimo przeciwności losu, jest niemal twardym monolitem i wsparciem dla rodziny, zaś jej rozmowy z Jo pokazują jak wiele mądrości ma ta kobieta. No i jest jeszcze drobny epizod Meryl Street, czyli bogatej ciotki March, która zapada w pamięć.

Mój sceptycyzm wobec tej wersji w trakcie seansu bardzo osłabł, ale Gerwig uwiodła mnie swoją wizją. Jest to ciepła, piękna plastycznie opowieść o kobiecości i wchodzeniu w dorosłe życie, pełna nieopisanej pasji. Chyba jestem pani Gerwig winien przeprosiny, czekając na kolejny film.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nie ma drugiej takiej

Umieranie jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, z jaką człowiek nie potrafi się pogodzić. Zwłaszcza, jeśli dotyczy ona osoby nam najbliższej. Taki jest przypadek Abbie oraz Sama. On jest nauczycielem fizyki, ona wydaje książki dla dzieci i organizuje spotkania z autorami. Są narzeczonymi i powoli przygotowują się do ślubu. Ale wtedy u niej pojawia się Pan Rak i to najgorszy z możliwych, bo w ostatnim stadium. Obojgu ciężko jest się z tym pogodzić, lecz kobieta próbuje znaleźć swojemu mężczyźnie… partnerkę.

nie ma drugiej takiej1

O tym filmie Netflixa mało kto mówił, nawet kiedy wyszedł. Ale muszę przyznać, że punkt wyjścia dzieła Stephanie Laing dawał troszkę inne spojrzenie na powolne przygotowanie się do opuszczenia świata. Reżyserka (dość sprawnie) balansuje między momentami dramatycznymi a jednocześnie wpuszcza troszkę komediowego powietrza. W efekcie powstaje film bardzo naznaczony melancholijnym klimatem, zdominowanym przez smutek. Nie żal, depresję, lecz smutek. I nawet momenty pozornie poważne (wizyty w grupie wsparcia, gdzie jego członkowie… szydełkują czy chemioterapii) są rozładowywane humorem oraz barwnymi postaciami. Nawet jeśli nie są one zbyt wyraziście zarysowane i mają po kilka minut do dyspozycji. I mimo poczucia absurdalności całej sytuacji, byłem w stanie zrozumieć kobietę oraz jej decyzje.  Dlaczego szuka mu dziewczyny na Tinderze, kupuje pierścionek, a nawet umawia na randkę. Tylko, że to nie może zakończyć się sukcesem. Nie tylko dlatego, że on ją bardzo kocha i chce ją wspierać w walce do końca. Lecz także dlatego, iż jakakolwiek forma kontroli nad rzeczami, na które nie mamy wpływu jest z góry skazana na przegraną.

nie ma drugiej takiej2

I powoli zaczynamy obserwować moment, kiedy Abbie (cudowna Gugu Mbatha-Raw) powoli zaczyna dochodzi do tych wniosków. Po części pomaga jej w tym relacja z poznanym na grupie wsparcia Myron (zaskakująco ciepły Christopher Walken). Ten starszy pan towarzyszy kobiecie przy jej wariackich eskapadach, mimo bardzo sceptycznego stosunku do tych akcji. Jednak mimo choroby stara się cieszyć drobnymi przyjemnościami do samego końca. I to ta relacja była dla mnie o wiele ciekawsza niż między kobietą a Samem (solidny Michael Huisman), pełną tarć, prób ponownego złapania języka oraz odnalezienia się na nowo. Tutaj było dla mnie troszkę przewidywalne i nie byłem w stanie wejść.

nie ma drugiej takiej3

To jest naprawdę niezły kawałek kina niezależnego, pokazujący inne oblicze na dość ograny temat. Nawet jeśli nie angażuje tak bardzo jak mógłby, ma w sobie wiele ciepła i serca, by nie przejść obojętnie wobec niego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Do wszystkich chłopców, których kochałam

Z Netflixem to bywa różnie, bo ich biblioteka jest niczym pudełko czekoladek. Nigdy nie wiadomo, na co można trafić. Przynajmniej tak twierdził pewien klasyk. I choć ten streamingowy gigant działa od kilku lat, pojawiło się parę wartych uwagi tytułów (głównie seriale) oraz kilka filmów mający potencjał zapisać się złotymi zgłoskami. Jest też taki młodzieżowy romans, który wśród swoich odbiorców wywołał ogromny ferment.

do wszystkich chlopakow1-1

Sam punkt filmu opartego na powieści Jenny Han wydaje się bardzo prosty. Bohaterką (i narratorką) jest 16-letnia Lara Jean Covey, która – no cóż – to taka klasyczna szara myszka, żyjąca w swoim świecie. Jest średnią siostrą z rodzeństwa, bo starsza wyrusza na studia, a młodsza jeszcze chodzi do podstawówki, zaś całym rodzeństwem zajmuje się ojciec-ginekolog. Nastolatka ma pewien problem z wyrażaniem swoich uczuć i emocji, zwłaszcza dla przedstawicieli płci brzydszej. By sobie z tym poradzić, nasza romantyczka pisze do nich listy, nie wysyłając ich. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, iż ta ukryta korespondencja… znika bez śladu. I to wywołuje poważne komplikacje, doprowadzając do perturbacji w życiu uczuciowym. Żeby uniknąć potencjalnych ataków, dziewczyna decyduje się na oszustwo w postaci udawania bycia w związku. Wspólnikiem w zbrodni staje się bardzo popularny sportowiec Peter Kavinsky, którego rzuciła dziewczyna i w ten sposób widzi szansę na odzyskanie jej. Plany jednak mają to do siebie, że lubią się komplikować.

do wszystkich chlopakow1-2

„Do wszystkich chłopców…” idzie torami oraz schematami bardzo znajomymi. Już sam początek wydaje się kiczowaty jak z jakiegoś romansidła, jednak zostaje to przełamane (okazuje się, że nasza bohaterka czytała książkę i zostało to zwizualizowane). Udaje się reżyserce bardzo balansować między poważnymi „dramatami” wieku nastoletniego i przełamuje to humorystycznym akcentem. Zaskoczeń nie ma, bo i przeszkody są znajome (była dziewczyna o imieniu Gen, trzymanie wszystkiego w tajemnicy, chłopak siostry – jeden z adresatów), jak i przebieg historii jest dość oczywisty.

do wszystkich chlopakow1-3

Więc jak wzbudzić sympatię podczas seansu? Nakreślić bohaterów, których da się polubić i zbudować wiarygodne relacje między nimi. Widać tutaj silną więź Lary z siostrami, choć ta najstarsza znika dość szybko. Taki jest też ojciec, który próbuje sobie radzić z wychowaniem córek i czasem potrafi strzelić gafę (scena rozmowy z Larą w samochodzie przed wyjazdem). Dla mnie jednak film kradła najmłodsza siostra, zdolna do złośliwego komentarza. Także sama relacja między wycofaną Larą a pewnym siebie Peterem ma w sobie wiele uroku, zaś zderzenie tych charakterów daje kilka zabawnych dialogów. I wizualnie wygląda to po prostu ładnie, z ciepłymi, lekko pastelowymi kolorami jest bardzo przyjemne dla oka.

Zagrane jest to porządnie, bez poczucia żenady i irytacji, a mało znani aktorzy mają szansę na wykazanie się. Trudno tu kogokolwiek wyróżnić, a każda z postaci ma swoje pięć minut. A jak sam film? To niezłe kino, które będzie idealnie pasować do swoich adresatów. Choć okres nastolatkiem mam już dawno za sobą, to całkiem przyjemnie spędziłem czas przy tym tytule.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Upalne święta

Kate kiedyś studiowała weterynarię, ale od lat zajmuje się domem, zaś mąż pracuje w branży ekonomicznej. Małżeństwo jednak nie układa się zbyt dobrze, zaś kiedy ich syn idzie na studia, mężczyzna decyduje się zakończyć związek. Tuż przed wyruszeniem w nową podróż poślubną do Afryki. No cóż, bilet się zmarnuje, więc kobieta wyrusza sama. Na miejscu poznaje niejakiego Dereka, który pracuje w ośrodku chroniącym słonie. I ta zmiana otoczenia zaczyna mieć wpływ na jej życie.

upalne swieta2

Romansidło od Netflixa – brzmi bardzo groźnie? Nie jest to jednak aż taka katastrofa, jakiej można się było spodziewać. film Erniego Barbarasha to klasyczny, ograny do bólu melodramat, gdzie od razu wiadomo jaki jest finał opowieści. Nawet jeśli pojawią się problemy (groźba braku finansowania czy syn pragnący rzucić studia), zostają one rozwiązane szybciej niż lot samolotem z jednego miasta do drugiego. Wszyscy tutaj wydają się być albo sympatycznym tłem, albo są tak drobnymi postaciami, że nie zwraca się na nich uwagi. A żeby jeszcze fajniej się oglądało w tle mamy niemal pocztówkowe obrazy Afryki, które – nie ma innej opcji – zwyczajnie się podobają.

upalne swieta1

Bardziej jednak od tego romansu interesował mnie wątek opieki nad słoniami, które padają ofiarą kłusowników. Albo chciwych ludzi, co pragną ich kłów. To, jak funkcjonuje całe to miejsce było dla mnie bardzo ciekawą odskocznią od wątku romantycznego. Strasznie żałuję, że twórcy nie skupiają się na tym aspekcie. Wiem, że wtedy byłby to zupełnie inny film, a nie świąteczny melodramat. Jednak mnie to strasznie boli i mogłoby przy okazji skupić się do zaprezentowania poważnego problemu. A tak zostaje on spłycony i pozbawiony silnego znaczenia, co jest ogromnym błędem. Niemniej ten ciepły klimat („Silent Night” śpiewane z afrykańskim akcentem – cudne!) czyni ten film zjadliwym.

upalne swieta3

Aktorko to wyższe stany średnie, czyli wstydu nie ma, ale pochwalić też nie za bardzo jest kogo. Kristin Davis (Kate) oraz Rob Lowe wypadają na tyle w porządku i jest nawet odrobina chemii, by skupić na siebie uwagę. Ale reszta postaci to w zasadzie tło, pozbawione charakteru i zwyczajnie rzadko pojawiające się na ekranie.

„Upalne świata” to kolejny netflixowy średniak, będący ckliwym romansem w nietypowym tle. Ogląda się go bezboleśnie, jest nieźle zagrany, jednak tuż po seansie wychodzi z głowy. Dla poprawienia nastroju można włączyć, ale nic ponad to.

5/10

Radosław Ostrowski

Małe kobietki

Zawsze pojawiają się takie filmy, które wydają się bardzo kameralne, spokojnie, gdzie praktycznie nic się nie dzieje. Ale tak naprawdę dzieje się wszystko, choć nie zawsze można to zauważyć od razu. Takie były dla mnie „Małe kobietki” według powieści Louisy May Alcott. Zanim jednak rzucę się na nową wersję, którą przygotowała Greta Gerwig, przypomnę adaptację dokonaną przez Gillian Armstrong w Roku Pańskim 1994.

male kobietki (1994)1

Sama historia osadzona jest w latach 60. XIX wieku i skupia się na rodzinie Marchów ze stanu Massachusetts. Nadal trwa wojna secesyjna, przez co w domostwie znajdują się same kobiety: matka z czterema córkami. Każda z nich powoli zaczyna wchodzić w dorosłe życie, przeżywać pierwsze miłości i zacząć znajdować swoje miejsce na ziemi. Matka wydaje się być – jak na tamte czasy – bardzo nowoczesna, ucząca swoje córki niezależności i wolności, ale każda z córek jest różna od siebie jak pory roku. Najstarsza Meg ma przekonania bardzo konserwatywne, Jo zaś posiada talenty artystyczne (pisanie, teatr) i ani myśli o ożenku, Beth skupia się na pomaganiu innym ludziom, zaś najmłodsza z grona Amy to niepoprawna romantyczka. Lecz mimo tych różnić, więź między nimi jest bardzo silna.

Można w zasadzie odnieść wrażenie, że historia tutaj po prostu płynie, skupiając się na uchwyceniu drobnych zdarzeń oraz losów tytułowych kobietek. A wszystko w czasach, gdy przedstawicielki płci pięknej nie mogły głosować, ich naukę w szkole traktowano za niepotrzebną (chyba że uczysz się samemu), zaś one same nie mogły do końca o sobie decydować. Reżyserce, mimo pozornie luźnej konstrukcji, udaje się zbalansować między bardziej dramatycznymi momentami (wątek Beth oraz jej choroby) a tymi lżejszymi, pełnymi ciepła (wspólne „spektakle” i zabawy).

male kobietki (1994)2

I to wszystko tworzy taki bardzo wyjątkowy klimat, mieszając powagę z radością życia, wręcz pozytywną energią. Mimo bardzo dramatycznych wydarzeń, poczucia samotności, smutki i zagubienia. O takich filmach ciężko się mówi, bo powinno się je zwyczajnie obejrzeć. Ta magia, atmosfera oraz powoli jest nie do opisania. Wrażenie robi absolutnie przepiękna muzyka Thomasa Newmana, wiernie odtworzone kostiumy z epoki oraz cudna scenografia, podnosząc całość na wyższy poziom.

male kobietki (1994)3

I jest jeszcze coś, czyli absolutnie fantastyczne aktorstwo. Film absolutnie kradnie i czyni swoim kapitalna Winona Ryder w roli Josephine. Jak sama się określa jest „dzikusem”, który sam chce być sobie statkiem, żaglem i okrętem. Wydaje się twardo dążyć do jasno określonego celu, a jednocześnie jest bardzo delikatna, zagubiona. Sprzeczności te są pokazane przez aktorkę bezbłędnie. Z panów największe wrażenie robi Christian Bale, czyli sąsiad Laurie. Pełen empatii, początkowo traktujący nasze bohaterki jak siostry i czuć chemię między nim a Jo oraz resztą rodziny. Swoje pięć minut ma także debiutująca Claire Danes (Beth), bardzo subtelna Trini Alverado (Meg) oraz wcielające się w postać Amy Kirsten Dunst i Samantha Mathis. Chemia między siostrami dosłownie kipi z ekranu i można nią obdzielić kilka filmów. Jest też Susan Sarandon, czyli matka – bardzo stonowana, spokojna, sprawiająca wrażenie niezłomnego monolitu.

male kobietki (1994)4

„Małe kobietki” to jest ten typ kina, który idealnie się sprawdza, kiedy ma się chandrę albo ogólnie jest się w dołku. Krzepi i poprawia samopoczucie, ale nie jest pustym poprawiaczem nastroju, po obejrzeniu którego wymazujemy go z pamięci. To poruszający, bardzo ciepły film o rodzinnych więziach, które są silniejsze niż cokolwiek innego i pozwalają przeżyć najtrudniejsze chwile.

8/10

Radosław Ostrowski

Serce jak lód

Punkt wyjścia wydaje się dość prosty. Mamy dwóch przyjaciół, którzy prowadzą wspólny interes: są lutnikami. Zajmują się skrzypcami, naprawiają ją i/lub sprzedają. Kontaktami z muzyka zajmuje się bardziej energiczny Maxime, zaś samymi skrzypcami zajmuje się mający doskonały słuch Stephane. Ale w ich spokojne życie wkracza Camille – piękna skrzypaczka, która przygotowuje się do nagrań. W niej się zakochuje Maxime, chociaż bardziej fascynuje ją wycofany Stephane.

serce jak lod1

Reżyser Claude Sautet pozornie nakręcił prosty film o miłosnym trójkącie, tylko że nie do końca. Mamy tutaj trójkę postaci, ale w większości skupiamy się na Stephene. Człowiek, który kocha muzykę, zaś w relacjach międzyludzkich jest bardzo wycofany, jakby skrywający pewną tajemnicę. Niby nic się tu dzieje, jednak emocje wylewające się ze spojrzeń, niewypowiedzianych słów wręcz wylewają się z tych postaci. Mimo, że to wszystko oparte na dialogach, całość nie była dla mnie nudna. W tle gra muzyka Maurice’a Ravela, co jeszcze bardziej pomaga w budowaniu wręcz intymnego klimatu. Nawet jeśli wydaje nam się, że pójdzie to w kierunku oczywistym (ten wycofany zacznie pod wpływem miłości się zmieniać), nie macie racji. Reżyser wydaje się bardziej przyglądać życiu i pokazuje, że takie proste schematy sprawdzają się tylko w dziełach kultury. Bo w życiu skruszenie człowieka z „sercem jak lód” czasami jest niemożliwe, jeśli sam nie czuje takie potrzeby. A o tym czasami zapominamy, wierząc w swoje możliwości oraz talenty. Wszystko zamyka bardzo otwarte (chyba) zakończenie, gdzie wiele można sobie dopowiedzieć.

serce jak lod2

Cała ta historia jest też kapitalnie zagrane. Zjawiskowa jest Emmanuelle Beart w roli magnetyzującej Camille, zwłaszcza w scenach grania na skrzypcach. Wtedy potrafi pokazać swoją pasję i zaangażowanie. Świetny jest Andre Dussollier w roli Maxime’a, pełnego energii oraz balansującego między pracą a miłością. Jednak tak naprawdę film kradnie Daniel Auteuil w rolie Stephane’a, tworząc bardzo trudną do polubienia postać. Z jednej strony to pasjonata muzyki, przywiązany do swojej pracy, ale z drugiej jest bardzo wycofany, zdystansowany wobec innych ludzi samotnikiem z bardzo melancholijnym wyrazem twarzy. Czasami można z niej wyczytać wszystko, a czasem sprawia wrażenie enigmy.

serce jak lod3

„Serce jak lód” jest przykładem francuskiego dramatu psychologicznego z bardzo wysokiej półki. Odpowiednio stonowany, spokojny, jednak pełen emocji oraz angażujący do samego końca.

8/10

Radosław Ostrowski

Pod ciemnymi gwiazdami

Jesteśmy gdzieś na wyspie w Wielkiej Brytanii, która jest oddzielona troszkę od świata. To właśnie tutaj żyje Moll – niby dorosła kobieta, ale ciągle mieszka z rodzicami (ojciec ma Alzheimera). Pracuje jako przewodniczka wycieczek, śpiewa w chórze prowadzonym przez matkę, jednak troszkę to życie staje się dla niej męczące. I wtedy pewnego ranka na jej drodze pojawia się łobuziak o imieniu Pascal. Mieszka sam, poluje (nielegalnie), nie dba o siebie, ale ją pociąga. Niby nic niezwykłego, ale w okolicy grasuje osobnik, co zabija młode dziewczyny.

beast1

Debiutujący reżyser Michael Pearce tutaj skleja elementy pozornie do siebie niepasujące. Bo jest tu dreszczowiec, kryminalna zagadka, romans, nawet baśń, psychologiczny horror i to wszystko zmieszane, poszatkowane oraz sprawdzone według przepisu Romana Polańskiego. Cały czas miałem pewne skojarzenia (bardzo luźne) ze „Wstrętem” czy „Dzieckiem Rosemary” w krajobrazie znanym z „Tess” (tylko współcześnie). Reżyser wydaje się nie być zainteresowany śledztwem, a ważniejszy jest tutaj nastrój tajemnicy oraz naznaczona mrokiem relacja dwójki bohaterów. Postaci, które mają swoje tajemnice, demony i wiele niedopowiedzeń. Nad nią znęcano się w szkole (skończyło się atakiem nożyczkami), on siedział w więzieniu i nielegalnie poluje. Cała ta sprawa mordercy wydaje się być tylko tłem, które co jakiś czas wypływa i robi poważny ferment. A jednocześnie cały czas obecny jest tutaj mrok, choć scen nocnych jest bardzo niewiele. Mrok odczuwalny w duszy każdej postaci, zarówno rudowłosej dziewczyny, jej apodyktycznej matki, tajemniczego chłopaka, a wszelkie tropy i poszlaki wywołują jedynie dezorientację, by w finale ostatecznie nie dać jednoznacznej odpowiedzi. Po prostu mamy rozrzucone puzzle, a ty widzu sam układaj i spróbuj rozgryźć to wszystko.

beast2

Ewidentnie Pearce wie, jak podsycić poczucie niepewności oraz próbuje wejść do bardzo zwichrowanego umysłu (i to budzi we mnie skojarzenia z Polańskim). Jest parę momentów zmuszających nas do zastanowienia się, kim tak naprawdę są nasi kochankowie. Próbujący zerwać z konserwatywną społecznością, tłumiącą budzą się seksualność i potrzebę usamodzielnienia się od rodzinnego gniazda. W tle przygrywa bardzo niepokojąca muzyka, niemal idąca ku horrorowi, pojawiają się oniryczne wstawki. A jednak nie czuć znużenia czy irytacji, czego troszkę się obawiałem, zaś zakończenie… potrafi walnąć oraz wywrócić wszystko do góry nogami.

beast3

Ale najmocniejszym punktem jest tutaj magnetyzujący duet Jessie Buckley/Johnny Flynn. Ona wygląda zjawiskowo, przyciąga uwagę i ma w sobie pewien romantyzm, z kolei on to taki łobuz żyjący po swojemu, przyciągający swoim stylem życia, izolacją od reszty oraz tajemnicą. Kiedy są razem, dosłownie iskrzy, zaś reszta postaci zwyczajnie nie istnieje.

„Beast”, choć jest dziełem debiutanta, nie sprawia takiego wrażenia i parę razy zaskakuje. Potrafi oczarować swoją aurą godną romantycznych horrorów, tylko dziejąca się tu i teraz. A jednocześnie pokazuje jak można w człowieku obudzić tytułową bestię.

7/10

Radosław Ostrowski

Odwet – wersja reżyserska

Kiedy zaczyna się cała opowieść, Michael Cochran odbywa swój ostatni lot w służbie armii. W dniu przejścia do cywila dostaje zabytkową broń oraz zaproszenie od przyjaciela: meksykańskiego biznesmena Tiburona Mendeza. Przyjaciel przyjmuje go z otwartymi ramionami, proponuje wspólne polowania czy grę w tenisa. Tylko jest jeden mały szkopuł: młoda, piękna i pociągająca żona biznesmena. Do romansu jest strasznie blisko, a tutaj kwestie zdrady są rozwiązywane w sposób bardzo bezwzględny.

Adaptacja powieści Jima Harrisona planowana była od momentu wydania, czyli od 1979 roku. zainteresowany był sam John Huston wspierany przez producenta Raya Starka. Mimo zaangażowania do napisania scenariusza Waltera Hilla oraz obsadzeniu w rolach głównych Jacka Nicholsona i Orsona Wellesa, „Odwet” utknął w martwym punkcie. Sytuację zmienił zainteresowany projektem Kevin Costner, który po sukcesie „Nietykalnych” oraz „Byków z Durham” zebrał wystarczająco duży kasy, by zostać producentem wykonawczym, zagrać główną rolę, a także zatrudnić reżysera Tony’ego Scotta. W dniu premiery film został bardzo chłodno potraktowany przez krytykę oraz widownię, jednak po latach zaczęto cieplej myśleć o tym dziele. Niemniej w 2007 roku na DVD wyszła reżyserska wersja filmu, skrócona o ok. 30 minut i to ta wersja jest oceniana.

odwet1

Szczerze mówiąc byłem dość mocno zaskoczony faktem, że reżyser kojarzony z kinem akcji idzie w stronę romansu zmieszanego z kinem zemsty. I nie byłem przekonany czy młodszy z braci Scott będzie w stanie przekonująco pokazać relacje między trójką postaci. Miłość od pierwszego wejrzenia, żądza krwi, zemsta (i to z obydwu stron), przemoc. Zaskakuje tutaj bardzo spokojne tempo oraz bardzo naznaczona melancholią muzyka. Scott spokojnie buduje napięcie, mimo pewnej przewidywalności. Przynajmniej na początku, bo historia dzieli się na dwie części i każda wydaje się kończyć odwetem. Niby stawka jest tutaj kobieta, zaś los wobec niej nie jest zbyt łaskawy, ale tu chodzi o coś więcej: honor, godność, respekt.

odwet2

Klimat przypomina powieści lub filmy spod znaku czystej pulpy, co czuć mocno w dialogach. Krótkich, treściwych, bez zbędnych ekspozycji i tego typu dupereli. A że jest to romans, to nie mogło zabraknąć scen kipiących erotyzmem, bo sam związek wydawał mi się mocno naciągany i nie do końca mnie kupił. Bardziej interesowała mnie relacja kumpli oraz motyw wzajemnej zemsty, gdzie tak naprawdę nikt nie wygrywa, co jest dość nieoczywistym rozwiązaniem. Podobnie jak brak jednoznacznego podziału na dobro i zło. Niby na początku sprawa wydaje się jasna, lecz z każdą minutą pojawia się więcej odcieni szarości, przez co trudno kibicować bohaterom. Drugą niespodzianką były dla mnie zdjęcia, mocno przesiąknięte jeszcze stylem z lat 80. – światło przebijające się przez okna, mocna kolorystyka, skupienie na spojrzeniach. To nadal działa, podobnie jak dość oszczędnie użyte sceny przemocy: krótkie, ale intensywne.

odwet3

Muszę przyznać, że Scottowi udało się zebrać dobrych aktorów, który wykorzystują swój czas oraz pole do popisu. Troszkę zaskoczył mnie Kevin Costner, początkowo wyglądający jak starszy brat Toma Cruise’a z „Top Gun”. Niby przystojniak i troszkę sztywny, jednak w drugiej połowie zmienia się, nabiera mroku oraz żądzy zemsty. Fason trzyma Anthony Quinn, wcielając się w biznesmena prowadzącego nie do końca legalne interesy. Władczy, pełen majestatu godnego „Ojca chrzestnego”, ale na swój sposób lojalnego i trzymającego się zasad. No i najbardziej pociągająca z całej trójki Madeleine Stowe, od której nie można oderwać oczu.

„Odwet” to mniej znany i mniej oczywisty film w dorobku Tony’ego Scotta, który nie skupia się na dynamicznej akcji czy efekciarskiej rozwałce. Być może dlatego z czasem nabrał większego szacunku oraz uznania widzów. Mimo zahaczania o kicz, pozostaje strawnym oraz mniej oczywistym spojrzeniem na kino zemsty.

7/10

Radosław Ostrowski