Trzy tysiące lat tęsknoty

Baśnie, mity, legendy – opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenia przez różne kontynenty i kultury. Wykorzystywane są nawet do tej pory, mielone przez popkulturę. O ich wpływie (pośrednio) opowiada nowy, absolutnie wariacki film George’a Millera. Przyjrzyjmy się jak reżyser wziął na warsztat opowiadanie A.S. Byatt.

Bohaterką filmu jest Alithea Binnie (Tilda Swinton) – doktor specjalizująca się w narratologii, która jest też narratorką całej historii. Kiedy ją poznajemy jest drodze na konferencję naukową do Stambułu. Wydaje się być szczęśliwą osobą, choć samotniczką. Podczas wizyty na rynku kupuje staro wyglądający flakonik, a czyszcząc go w swoim pokoju dzieje się coś dziwnego. Wyłazi z niej bardzo duży, niemal zajmujący cały pokój czarnoskóry mężczyzna. Okazuje się, że jest on Dżinem (Idris Elba) uwięzionym w tym flakoniku. I jak to Dżin obiecuje, że spełni trzy życzenia, po czym będzie mógł wrócić do Królestwa Dżinów – takiego jakby raju. Brzmi znajomo? Myślicie, że znacie ciąg dalszy? Tylko jest jeden mały szkopuł: nasza Alithea nie ma… żadnych życzeń, żadnych pragnień. Przerąbane, nie? Jak się później okaże, Dżin miał strasznego pecha z ludźmi.

Film mocno czerpie z baśni oraz dawnych podań, stanowiąc pewien rodzaj intelektualnej zabawy, mieszając fikcję z historycznymi postaciami jak choćby Sulejman Wspaniały. Poznajemy trzy historie z życia Dżina, jak trafił do „lampy” oraz trzech sytuacjach, gdzie trafił do naszego świata. I te historie wciągają: od króla Salomona i królowej Saby (kuzynki Dżina) przez zakochaną w synu sułtana niewolnicy aż po pragnącą chłonąć wiedzę żonę bogatego kupca. Trzy historie, trzy różne okresy historyczne oraz ludzie tak różni, a jednocześnie tacy znajomi. Ich pragnienia mogą przynieść zarówno odrobinę radości, jak też doprowadzić do zguby. To wszystko oglądałem z otwartymi oczami, zdumiony skalą i przepychem. Scenografia i kostiumy wyglądają imponująco (zwłaszcza w drugiej historii, osadzonej w Imperium Osmańskim), zaś efekty specjalne ładnie się komponują z resztą wizualiów.

Jak każda opowieść, „Trzy tysiące lat…” można odczytywać zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Dla mnie to kolejne zderzenie dwóch światów, reprezentowanych przez naszą parkę bohaterów. Dr Binnie jest bardzo wycofana, kochająca opowieści. Ale podchodzi do nich w bardzo naukowy sposób, racjonalny, choć jej narracja tworzona jest językiem baśni (np. o samolocie mówi „latające skrzydła”). Dżin to reprezentant czasów, kiedy jeszcze ludzkość nie tworzyła tych nowych cudów technologii. Mimo sporego doświadczenia ludzie ciągle go intrygują, wprawiając jednocześnie w zachwyt i rozczarowanie. Wydaje się, że zna wszystkie możliwe zachcianki oraz pragnienia. Co może powstać z tego miksu? Zarówno Tilda Swinton, jak i Idris Elba są absolutnie rewelacyjni w swoich rolach, tworząc bardzo złożone, pełnokrwiste postacie. Zwłaszcza Elba jako Dżin, pakujący się w kolejne ludzkie dramaty, swoim głosem przekazuje tyle emocji, że aż trudno to opisać.

Miller z jednej strony popisuje się niemal nieposkromioną wyobraźnią, czarując kolejnymi kadrami. Ale pod koniec opowieści dochodzi do pewnej przewrotnej wolty, która prowadzi tą historię w zupełnie inne tory. Dopiero pod koniec wszystko wydaje się zmierzać do wyjaśnienia. ALE to może być jedna warstwa tej całej historii. Czy jedyna? To zależy od was, co wyciągniecie z tego. Bo jak w każdej baśni wszystko ma więcej niż jedną warstwę. Pod warunkiem, że się uważnie ogląda i myśli w trakcie. Ja jestem kompletnie oczarowany.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s