Bestia

Monster movie wydaje się prostym w założeniu podgatunkiem horroru. Potrzebna jest grupka ludzi (lub jeden człowiek), jedno paskudne i wściekłe zwierzę (albo stado) oraz zamknięta przestrzeń. Brzmi jak coś łatwego, wręcz banalnego do zrobienia, prawda? Nowe dzieło islandzkiego reżysera Baltasara Kormakura ma wszystkie te elementy. Więc powinien z tego powstać dobry film, no nie?

W „Bestii” trafiamy do zamkniętego rezerwatu w RPA. Bohaterem jest lekarz (Idris Elba) samotnie wychowujący nastoletnie córki po śmierci matki. Relacje między nimi nie należą do zbyt dobrych. Przybywają na odpoczynek z dala od cywilizacji, gdzie kiedyś pracował ojciec. Tam przebywa przyjaciel Martin (Sharito Copley), który walczy z tamtejszymi kłusownikami. Podczas podróży dzieje się coś dziwnego: jeden z lwów dostał w nogę i nie pozwala podejść do siebie. Jadąc do pobliskiej wioski znajdują tylko zmasakrowane ciała. Na podstawie śladów nasuwa się jeden podejrzany: lew. Czwonoróg powoli zbliża się do samochodu i robi się nerwowo.

bestia1

Założenie jest proste i reżyser kompetentnie realizuje te założenia. Kamera cały czas jest skupiona na bohaterach, co tylko potęguje poczucie klaustrofobii i napięcia. Do tego chętnie korzysta się z mastershotów w bardzo efektywny sposób. A że większość czasu spędzamy w samochodzie, który nie chce odpalić, to zagrożenie jest odczuwalne. Nawet jeśli ten nasz lew jest komputerowy, bo dzisiaj nie wpuściliby na plan prawdziwego zwierza. Wiadomo, BHP i tego typu sprawy. Byłoby nawet lepiej, gdyby nie typowe dla tego gatunku głupawych zachowań postaci. Jednej: młodszej siostry Meredith (Iyana Halley), która jest wrzodem na dupie. Troszkę pyskata, z pretensjami do ojca i zachowująca się irracjonalnie. Po cichu liczyłem, że zostanie pożarta przez lewka (została tylko poraniona).

bestia2

Problem w zasadzie mam jeden, ale poważny: „Bestia” jest przewidywalna i idzie wszystko jak po sznurku. Brakuje jakiegoś zaskoczenia, chyba że za takie uznamy finałową konfrontację, gdzie postać Elby naparza się z lwem za pomocą noża. Tak, to się dzieje i nie brakuje krwi, ale to jest PG-13. Posunięte do granicy możliwości. Ten film aż się o R-kę prosi, jednak nie przeszkadza to za bardzo. Zagrane też jest porządnie (Elba i Copley trzymają fason), krajobrazy wyglądają pięknie i scenografia się sprawdza.

bestia3

„Bestia” to klasyczny w treści monster movie, który się broni przede wszystkim fachową ręką reżysera. Bo film mógł bardziej zaryzykować i pobawić się konwencją walki człowieka z krwiożerczym potworem. Fani gatunku będą usatysfakcjonowani.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Trzy tysiące lat tęsknoty

Baśnie, mity, legendy – opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenia przez różne kontynenty i kultury. Wykorzystywane są nawet do tej pory, mielone przez popkulturę. O ich wpływie (pośrednio) opowiada nowy, absolutnie wariacki film George’a Millera. Przyjrzyjmy się jak reżyser wziął na warsztat opowiadanie A.S. Byatt.

Bohaterką filmu jest Alithea Binnie (Tilda Swinton) – doktor specjalizująca się w narratologii, która jest też narratorką całej historii. Kiedy ją poznajemy jest drodze na konferencję naukową do Stambułu. Wydaje się być szczęśliwą osobą, choć samotniczką. Podczas wizyty na rynku kupuje staro wyglądający flakonik, a czyszcząc go w swoim pokoju dzieje się coś dziwnego. Wyłazi z niej bardzo duży, niemal zajmujący cały pokój czarnoskóry mężczyzna. Okazuje się, że jest on Dżinem (Idris Elba) uwięzionym w tym flakoniku. I jak to Dżin obiecuje, że spełni trzy życzenia, po czym będzie mógł wrócić do Królestwa Dżinów – takiego jakby raju. Brzmi znajomo? Myślicie, że znacie ciąg dalszy? Tylko jest jeden mały szkopuł: nasza Alithea nie ma… żadnych życzeń, żadnych pragnień. Przerąbane, nie? Jak się później okaże, Dżin miał strasznego pecha z ludźmi.

Film mocno czerpie z baśni oraz dawnych podań, stanowiąc pewien rodzaj intelektualnej zabawy, mieszając fikcję z historycznymi postaciami jak choćby Sulejman Wspaniały. Poznajemy trzy historie z życia Dżina, jak trafił do „lampy” oraz trzech sytuacjach, gdzie trafił do naszego świata. I te historie wciągają: od króla Salomona i królowej Saby (kuzynki Dżina) przez zakochaną w synu sułtana niewolnicy aż po pragnącą chłonąć wiedzę żonę bogatego kupca. Trzy historie, trzy różne okresy historyczne oraz ludzie tak różni, a jednocześnie tacy znajomi. Ich pragnienia mogą przynieść zarówno odrobinę radości, jak też doprowadzić do zguby. To wszystko oglądałem z otwartymi oczami, zdumiony skalą i przepychem. Scenografia i kostiumy wyglądają imponująco (zwłaszcza w drugiej historii, osadzonej w Imperium Osmańskim), zaś efekty specjalne ładnie się komponują z resztą wizualiów.

Jak każda opowieść, „Trzy tysiące lat…” można odczytywać zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Dla mnie to kolejne zderzenie dwóch światów, reprezentowanych przez naszą parkę bohaterów. Dr Binnie jest bardzo wycofana, kochająca opowieści. Ale podchodzi do nich w bardzo naukowy sposób, racjonalny, choć jej narracja tworzona jest językiem baśni (np. o samolocie mówi „latające skrzydła”). Dżin to reprezentant czasów, kiedy jeszcze ludzkość nie tworzyła tych nowych cudów technologii. Mimo sporego doświadczenia ludzie ciągle go intrygują, wprawiając jednocześnie w zachwyt i rozczarowanie. Wydaje się, że zna wszystkie możliwe zachcianki oraz pragnienia. Co może powstać z tego miksu? Zarówno Tilda Swinton, jak i Idris Elba są absolutnie rewelacyjni w swoich rolach, tworząc bardzo złożone, pełnokrwiste postacie. Zwłaszcza Elba jako Dżin, pakujący się w kolejne ludzkie dramaty, swoim głosem przekazuje tyle emocji, że aż trudno to opisać.

Miller z jednej strony popisuje się niemal nieposkromioną wyobraźnią, czarując kolejnymi kadrami. Ale pod koniec opowieści dochodzi do pewnej przewrotnej wolty, która prowadzi tą historię w zupełnie inne tory. Dopiero pod koniec wszystko wydaje się zmierzać do wyjaśnienia. ALE to może być jedna warstwa tej całej historii. Czy jedyna? To zależy od was, co wyciągniecie z tego. Bo jak w każdej baśni wszystko ma więcej niż jedną warstwę. Pod warunkiem, że się uważnie ogląda i myśli w trakcie. Ja jestem kompletnie oczarowany.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sonic: Szybki jak błyskawica 2

Pierwsza część “Sonica” okazała się zaskakującym kasowym hitem, choć filmem był takim sobie. Porządna, lecz bardzo schematyczna produkcja familijna z niezapomnianym jeżem, co szybki i wściekły jest. Bardziej niż Vin Diesel i jego ferajna oraz równie szalonym doktorem Robotnikiem, którego trzeba powstrzymać. Co mu się udaje. Ale jak wiadomo – zło jak bumerang musi wracać. Tak jak sequel.

Co robi nasz Jeżu? Nadal trzyma się z rodziną Wachowskich (nie, nie tych od Matrixa), którzy traktują go jak syna. Młody chce używać swoich mocy, by być superherosem i walczyć ze złem, co trochę mu nie wychodzi. Stara się jednak, choć ego potrafi mu uderzyć. Jego “rodzice” wyruszają na wesele kumpeli w Hawaje, więc Sonic imprezuje na maksa. Ale wtedy powraca z Planety Grzybów dr Robotnik. Teraz ma łysą pałę i zarąbiste wąsy, godne szlachty. Problem w tym, iż naszemu złolowi towarzyszy czerwony, przekokszony Knuckles. Chce dorwać naszego Jeża oraz znaleźć pewien potężny artefakt. Sonic na szczęście nie jest sam i pomaga mu lisek zwany Tails.

Więc w zasadzie “dwójka” bardziej przypomina grę komputerową z gatunku action/adventure w stylu… Indiany Jonesa. Przed wyruszeniem w drogę drużynę, wyrusz do punktu A, znajdź artefakt Mocy (nazwa przypadkowa), dotrzyj do punktu B, pokonaj bossa, game over. I w sumie taka konstrukcja jest użyta, ale jednocześnie nowy Sonic adresowany jest do młodego widza. Fabuła jest przewidywalna niczym kolejność dni tygodnia, postacie ludzkie (poza Robitnikiem) robią za tło, akcja miejscami pędzi na złamanie karku, jest sporo humoru. Nudę wyrzucono za okno i nie ma czasu na myślenie. Wrażenie robi porządna scenografia, w tle gra fajna muzyka, ale też jest kilka świetnych żartów (poza odniesieniami Sonica do popkultury) jak taneczny pojedynek w syberyjskim domku. Czy każde wejście Robotnika, gdzie Jim Carrey szaleje ze swoją ekspresją jak za swoich najlepszych czasów. Potrzebowałem takiej ułańskiej szarży z dodatkiem sucharków i to właśnie dostałem.

Z kolei nasze trio komputerowych postaci wypada bardzo porządnie: Sonic (głos Bena Schwartza) to nadal uroczy łobuz, który ma dobre serducho i nie odpuszcza. Wspierająca go Tails (Colleen O’Shaughnessey) korzysta z gadżetów, pierwszy raz działając w terenie, z kolei Knuckles (Idris Elba) to szorstki osiłek, brzmiący jakby z innej epoki oraz skupiony na zemście. Bardzo ostry i trudny zawodnik do pokonania. Czy aby jednak przeciwnik? Reszta aktorów (poza Carreyem) robi tu za tło i po prostu jest, ale mogłoby ich nie być. Dla mnie żadna różnica.

Drugi “Sonic” jest zbliżony poziomem do części pierwszej, ale jest dla mnie odrobinkę lepszy. W sensie, że dał mi więcej frajdy, więcej energii oraz więcej zabawy. Kino idealnie skrojone dla dzieci, a dorośli też coś dla siebie znajdą.

6/10

Radosław Ostrowski

Legion samobójców: The Suicide Squad

Jak wszyscy pamiętamy, pierwsze spotkanie z Legionem samobójców w 2016 roku nie należało do przyjemnych. Chaotyczna narracja, nijaka antagonistka, brak interakcji między członkami zespołu, przeładowanie ogranymi do bólu piosenkami, za dużo postaci. Innymi słowy, pomysł opowieści o antybohaterach, którzy w zamian za ratowanie świata/przywrócenie porządku mogą liczyć na skrócenie kary lub amnestię, został bezczelnie zmarnowany. Szanse na powrót wydawały się znikome. ALE zdarzył się Cud i nową opowieść o Legionie samobójców (oficjalna nazwa Task Force X) tym razem opowiada James Gunn.

Tym razem grupa kierowana przez prokurator Amandę Waller i pułkownika Ricka Flaga wyrusza na wyspę Corto Maltese. Tutaj doszło do przewrotu, gdzie obalono siłowo prezydenta. Ale celem jest tajemnicza baza w Jotunhaim, gdzie zbiegli naziści przeprowadzali bardzo niejasne eksperymenty. Teraz pojawia się nazwa Projekt Rozgwiazda, który może dotyczyć istoty pozaziemskiej. By dotrzeć do bazy i zinfiltrować ją, muszą porwać i zmusić do współpracy głównego naukowca, Thinkera. Zostają do tego wysłane dwie niezależne grupy: jedna pod wodzą Flaga (ostatecznie żywi z tego wychodzą Flag i Harley Quinn), druga Bloodsporta.

Od samego początku reżyser nie patyczkuje się i serwuje krwawą jatkę polaną bardzo czarnym humorem. Nie ma tutaj wyjaśniania, o co chodzi z Legionem i po co powstał, tylko jesteśmy rzuceni na głęboką wodę. Może fabuła i postacie wydają się znajomymi elementami (skojarzenia ze „Strażnikami Galaktyki” są nieuniknione), stanowiąc pretekst do bezpardonowej rozpierduchy (jak „Deadpool”), stawiając jednak nacisk na jedną istotną sprawę: postacie oraz relacje między nimi. Zwłaszcza, że umiejętności niektórych z nich są wręcz tak absurdalne (kontrolowanie szczurów przez Ratcatchera 2 czy Polka Dot Man strzelający… kropkami), iż mogłyby powstać w umysłach Monty Pythona. Każdy z członków zespołu ma swoją historię, ale nawet to nie pozwala przewidzieć, kto wyjdzie z tej konfrontacji żywy.

I jest to bardzo w duchu Gunna: sceny akcji są zrealizowane wręcz obłędnie (ucieczka Harley Quinn, bijatyka pokazana przez… odbicie hełmu) z bardzo dynamicznym montażem, w tle grają mniej znane piosenki lub gitarowo-perkusyjna muza Murphy’ego (daje ona adrenaliny). Tempo miejscami jedzie na złamanie karku, by potem zwolnić i dać troszkę czasu na złapanie oddechu, a także rzucenie żartem. Ale niejako przy okazji reżyser pokazuje tą ciemniejszą stronę działań rządu USA. nie chodzi tylko o zmuszanie współpracy przez szantaż. Chodzi o tuszowanie i zacieranie śladów wokół brudnych tajemnic za wszelką cenę. Nawet ludzkiego życia – tego raczej w kinie o gościach ze spandeksowymi strojami NIE dostajemy (chyba, że mówimy o serialu „The Boys”), jednak to tylko dodatek.

A w całym tym wariactwie świetnie się odnajdują aktorzy. Show kradnie znowu Margot Robbie, dodając element nieprzewidywalności oraz obłędu jako Harley, o wiele lepiej wypada Joel Kinneman (Rick Flag), pokazując nie tylko większą charyzmę, ale też mocny kręgosłup moralny, zaś Viola Davis nadal pozostaje diabelnie niebezpieczną Amandą Waller.

Jednak nowi bohaterowie też dodają sporo kolorytu, z czego najbardziej wybijają się Idris Elba oraz John Cena. Pierwszy jako Bloodsport jest cynicznym, szorstkim komandosem, trzymającym się na dystans wobec wszystkiego i wszystkich. Jednak z czasem pokazuje swoje bardziej wrażliwe oblicze oraz zadatki na lidera. Z kolei Cena w roli Peacemakera może się wydawać początkowo przerysowaną karykaturą Kapitana Ameryki (i najlepszym comic reliefem ze składu), jednak to on odpowiada za największą woltę w tej produkcji. No jeszcze nie wspomniałem o Ratcacherze II (dziecięco naiwna Daniela Melchior), naznaczonym silną traumą Polka Dot Manie (cudowny David Dastmalchian) oraz – będącym bardziej przypakowanym Grootem – King Sharku z głosem Sylvestra Stallone’a. Jedyną postacią, o której mogę powiedzieć, że nie do końca została wykorzystana jest Thinker w wykonaniu Petera Capaldiego, którego chciałoby się lepiej poznać.

Byłem więcej niż pewny, że nowy „Legion samobójców” będzie lepszy od produkcji Davida Ayera. Ale że różnica między nimi będzie aż tak WIELKA, zaskoczyło mnie całkowicie. Chyba od czasu „Deadpoola” nie bawiłem się tak dobrze na filmie superbohaterskim, a kategoria R nie jest tylko dodatkiem samym w sobie. Prawdziwa jazda po bandzie, która dostarcza wszystko, co obiecuje. To kiedy będzie sequel?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Star Trek: W nieznane

Miałem dość spora przerwę w oglądaniu nowych przygód załogi Enterprice. I nie wiem dlaczego to tyle czasu trwało. Czy to z powodu zmiany reżysera (J.J. Abramsa zastąpił szybki i wściekły Justin Lin), czy braku zainteresowania marką – nie potrafię odpowiedzieć. Ale w końcu sięgnąłem po nową część zrebootowanej serii, czyli „W nieznane”. Tym razem załoga kierowana przez kapitana Kirka uczestniczy w pięcioletniej misji. W połowie swojej drogi trafia na stację kosmiczną Yorktown, gdzie przebywa członkini zaginionego statku. Pojazd miał zostać zniszczony w znajdującej się w okolicy mgławicy asteroid, gdzie znajduje się planeta. Enterprise wyrusza na wyprawę i szybko zostaje zaatakowany przez nieznaną grupę przeciwników. Efektem konfrontacji jest kompletne zniszczenie statku oraz rozproszenie się załogi. Kto za tym stoi i jaki jest jego cel?

stwnieznane1

Zmiana reżysera troszkę odbiła się na warstwie wizualnej, ale nie aż tak, by nie rozpoznać serii. Nie mali tak mocno światłami żarówek, jest bardziej przejrzysty, zaś sceny akcji są bardzo pomysłowe i bardziej czytelne. „W nieznane” potrafi nadal oczarować swoją wyrazistą stroną wizualną oraz pięknymi plenerami nieznanej planety. Sama historia już tak nie porywa, mimo sprytnego rozbicia grupy na trzy (właściwie cztery) mniejsze grupy, początkowo pozbawione wsparcia. Wszystko skupione jest na antagoniście, który ma jeden cel: rozwalenia świata, zniszczenia ludzkości i zdobycia potrzebnej do tego broni, bla bla bla. Powoli odkrywana jest tajemnica wokół bohatera oraz pewnego pojazdu sprzed wielu wieków.

stwnieznane3

Problem w tym, że ta intryga zwyczajnie nie działa, a kilka twistów jest tak przewidywalnych jak zachowanie polityków podczas dyskusji. Także same postacie oraz ich wątki wydają się zredukowane na rzecz dynamicznego tempa oraz akcji z kilkoma świetnymi momentami (dywersja z Kirkiem jadącym na motorze czy ucieczka w zniszczonym Enterpirise), przez co nie czułem takiej więzi z bohaterami. Mimo tego, że są zagrani bardzo dobrze. Jedynymi pogłębionymi bohaterami są Kirk, który ma wątpliwości co do obranej ścieżki, Spock (choć jego relacja z Uhurą jest słabo zarysowana) oraz dołączająca do grupy Jaylah, próbująca się wydostać z planety. Więcej jest za to humoru, choć nie wszystkie żarty trafiają w punkt. Wrażenie robią nadal efekty specjalne oraz praca charakteryzatorów przy tworzeniu wyglądu antagonisty i jego sługusów. To jednak troszkę za mało, by wyjść poza niezłe kino przygodowe.

stwnieznane2

Z nowych postaci najciekawiej prezentuje się nierozpoznawalna Sofia Boutella jako Jaylah. Bardzo wycofana, działająca w ukryciu, zaś interakcja miedzy nią a Scottym działa naprawdę dobrze (lepiej tylko działa duet Spock/Bones). Niestety, ale blado prezentuje się Idris Elba w roli antagonisty. Pozbawiony charyzmy, z niezbyt ciekawie zarysowaną motywacją oraz niemal bardzo powoli mówiący. Innymi słowy, bardzo szablonowa postać, nie zapadająca mocno w pamięć.

Więc jak tu ocenić „W nieznane”? Z jednej strony nie powiem, że się źle bawiłem. Jest parę świetnie zrobionych scen akcji oraz odrobinka humoru, ale czegoś tutaj ewidentnie zabrakło. Historia mnie nie porwała, a postacie też nie przyciągnęły za bardzo mojej uwagi. Od tego czasu o serii zrobiło się cicho, więc chyba marka padła.

6/10

Radosław Ostrowski

Gra o wszystko

Pieniądze, pieniądze, pieniądze. To, że one rządzą światem jest oczywistą oczywistością, ale zdobyć je można na wiele sposobów. Jedną z metod jest organizowanie domu gry, gdzie osoby z najwyższych sfer (pełne dużych portfeli) grają w grach hazardowych o dużą kasę. Taką osobą była Molly Bloom, nazywana Księżniczką Pokera. Ta niedoszła sportsmenka została jednak oskarżona, m.in. o pobieranie prowizji (co jest nielegalne) oraz za współpracę z mafią, gdyż wśród jej graczy byli gangsterzy. Ale jak było naprawdę?

gra_o_wszystko1

Chyba każdy kinoman słyszał o Aaronie Sorkinie, jednym z nielicznych scenarzystów filmowych, którzy posiadają swój własny, niepodrabialny styl. Wystarczy zobaczyć takie filmy jak „Ludzie honoru”, „Wojna Charliego Wilsona”, „The Social Network” czy „Steve Jobs” (nie wspominając o serialach „Newsroom” i „Prezydencki poker”). Innymi słowy jest dużo gadaniny (dialogi lecą z prędkością karabinu maszynowego), w niemal teatralnych dekoracjach, lecz by zachować tempo, bohaterowie wypowiadają je zazwyczaj w ruchu. Tzw walk & talk. Tym jednak jednak Sorkin postanowił sam przenieść na ekran swój scenariusz, co z jednej strony powinno mnie cieszyć, ale z drugiej budzi wątpliwości. Napisanie scenariusza wydaje się być prostsze od fuchy reżysera, który musi zadbać o więcej rzeczy niż zapodanie dialogów w dobrym stylu.

gra_o_wszystko2

Ale Sorkin już od samego początku wie jak skupić uwagę, mimo dużej ilości słowotoku, co jest zasługą bardzo bajeranckiego montażu a’la Martin Scorsese. Pierwszy monolog, gdzie pada pytanie o największą porażkę dla sportowca przeplata się z pierwszym przełomem panny Bloom (upadkiem podczas zjazdu narciarskiego) oraz zaczynamy obserwować jej karierę w hazardzie. Najpierw praca jako sekretarka, potem licząca kasę u swojego szefa (także przy pokerze), wreszcie prowadzenie własnego, eleganckiego domu gry. Innymi słowy, wejście do męskiego świata. Przy okazji, dostajemy masę anegdot, krótkie zasady gry w pokera, spojrzenie na świat high-life’u oraz – niczym w klasycznym filmie gangsterskim – wzlot i upadek naszej bohaterki, która próbuje grać czysto w niezbyt uczciwym świecie. Świecie, gdzie za jeden błąd można zapłacić utratą wszystkiego: pieniędzy, reputacji oraz życia.

gra_o_wszystko3

By jeszcze bardziej zwrócić naszą uwagę, narracja jest dwutorowa. Mamy retrospekcje, pełne narracji z offu od samej Molly i to się przeplata z przygotowaniami do procesu oraz dialogami z obrońcą, Charliem Jaffeyem. A jednak, mimo przeskoków, cała akcja wydaje się klarowna i przejrzysta. Niemniej nie mogłem pozbyć wrażenia, że Sorkin zwyczajnie się popisuje. Że potrafi pisać zajebiste dialogi, pełne błysku, inteligentnych ripost, trafnych obserwacji, przypominając szybkie odbijanie piłeczek pingpongowych. I to, po pewnym czasie (dokładnie, gdzieś w 2/3 filmu) zaczyna robić się męczące. Jeszcze bardziej rozczarowuje mnie motywacja głównej bohaterki oraz wątek dotyczący jej relacji z ojcem, bo wydało mi się troszkę banalne.

Ale tak naprawdę ten film ma jednego mocnego asa w tej talii, czyli zjawiskową (nie tylko w kwestii ciuchów) Jessicę Chastain. Może i Molly Bloom sprawia wrażenie kalki kreacji z filmu „Miss Sloane”, czyli błyskotliwej kobiety, co nie daje sobie w kaszę dmuchać konsekwentnie dąży do swojego celu. I tak jak tam, nie można od aktorki kompletnie oderwać oczu, ona tutaj rozdaje karty i można odnieść wrażenie, że czasami ma więcej szczęścia niż ktokolwiek z jej graczy. Reszta obsady jest tutaj tylko solidnym tłem (jak Idris Elba w roli Jaffreya czy powoli wracający do gry Kevin Costner jako ojciec Molly), choć największą niespodziankę robi tutaj Michael Cena w roli tajemniczego Gracza X, który pod maską chłopięcej twarzy skrywa bardzo bezwzględnego gracza.

„Gra o wszystko” to zaskakująco udany debiut Sorkina jako reżysera, chociaż jego styl scenariuszowy może już powoli wywoływać zmęczenie materiału. Niemniej utrzymuje przez sporą część tempo, błyszczy montażowo i aktorstwo, zaś sporo dialogów to prawdziwe perły. Czysta sorkinoza.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Pomiędzy nami góry

Historia pozornie prościutka niczym konstrukcja cepa. Oboje muszą pilnie polecieć, lecz burza śnieżna spowodowała, iż ich loty zostały odwołane. Ona jest fotografem pracującym dla gazety i spieszy się na… swój ślub. On jest lekarzem, wracającym z konferencji i musi wracać do swojego szpitala. Kobieta wpada na prosty pomysł, by prywatną awionetką wyruszyć. Co może pójść nie tak? Jeśli pilot dostaje udaru, samolot rozbija się w górach, to wszystko.

pomiedzy_nami_gory1

Wydaje się, że zrobienie kina z gatunku survival a’la Bear Grylls nie może być jakoś super skomplikowanym zadaniem. Rozbity samolot, duże góry, a jak góry, to od groma śniegu, brak zasięgu, brak ludzi, brak cywilizacji. Dodajmy jeszcze bardzo skromne zasoby żywności, drobne urazy (chyba, że mówimy o złamaniu nogi) oraz kompletnym – przynajmniej na początku – braku zaufania tej pary. Czy udaje się reżyserowi zbudować klimat zagrożenia oraz walki o przetrwanie? Na początku tak i już sama scena zderzenia zrobiona w jednym ujęciu z perspektywy pasażerów robi mocne wrażenie. Dwie różne postawy, które doprowadzają do spięć, wreszcie przyroda wyglądają wręcz monumentalnie (ale piękne te góry, las też bardzo ładny, a śnieg to w ogóle jest bielszy niż zęby z reklam). Problem w tym, że im dalej w las, tym poczucie zagrożenia staje się coraz słabsze. Jasne, wynika to z faktu coraz lepszego radzenia sobie z tym wszystkim, ale upływającego czasu od katastrofy zwyczajnie nie czuć (jedynie pada to w dialogach). I troszkę bohaterowie mają sporo szczęścia.

pomiedzy_nami_gory2

Z jakiegoś nie do końca zrozumiałego powodu, reżyser doszedł do wniosku, że będzie świetnie poprowadzić bohaterów ku romansowi. Bo jak wiadomo, przeciwieństwa przyciągają i nic tak nie łączy ludzi, jak wspólna walka o przetrwanie. Tylko, że ten romans nie jest w żaden sposób przekonujący, działając troszkę na zasadzie wciśnięcia guziczka i bach – już się zakochują (dzięki czemu przetrwają – to już naprawdę bolą uszy) i ta przemiana jest pozbawiona podstaw. Być może takie okoliczności mogłyby doprowadzić do takiej głębszej relacji, zaś ostatnie 20 minut – ciężko się to ogląda i niszczy kompletnie całość.

Sytuację próbują ratować Idris Elba oraz Kate Winslet, którzy może nie wznoszą się na wyżyny swoich możliwości, ale wypadają naprawdę przyzwoicie. Szczególnie Elba, tworząc postać naznaczoną pewną tajemnicą, determinacją oraz bardziej opanowanego. Problem w tym, że między tą parą nie czuć kompletnie chemii, co kompletnie zgrzyta. Ale nawet oni nie są w stanie wznieść tego filmu powyżej stanu średniego, który ogląda się bezboleśnie, lecz nie angażuje za bardzo. Z taką obsadą powinno wręcz iskrzyć.

5/10

Radosław Ostrowski

Beasts of No Nation

Afryka to bardzo dziwny, intrygujący kontynent, gdzie dochodzi do wojen, głodu, biedy, nędzy, a jednocześnie bogactwa i splendoru. W tym paradoksie znajduje się Agu – młody chłopiec, wychowywany przez rodziców w kraju ogarniętym wojną domową. Dlatego nie chodzi do szkoły i przebywa w domu. Ale któregoś dnia wojna w jego życie, bez pytania, bez zgody. Matka z najmłodszym dzieckiem zostaje wywieziona, ojciec z bratem zamordowani, a chłopiec ucieka w busz. Tam trafia pod ręce partyzantów, kierowanych przez charyzmatycznego komendanta. Agu wkrótce zostaje żołnierzem.

bestie_bez_narodu1

„Beasts of No Nation”  to pierwszy film zrealizowany przez Netflixa, a realizujący dzieło Cary Fukunaga potwierdza nieprzeciętny talent. Pozornie takich brutalnych filmów inicjacyjnych było wiele, pokazujących zderzenie niewinności dziecka z okrucieństwem, zabijaniem oraz bezwzględnym posłuszeństwem. A jednak dzieło Fukunagi potrafi chwycić i parę razy wstrząsnąć. Nie tylko pierwszym zabójstwem, monologami kierowanymi do Boga, ale pokazującymi ogromną siłę indoktrynacji. Tego, jak bardzo łatwo można zmanipulować młodym, niewykształconym dzieciom, zmieniając je w posłuszne i bezwzględne maszyny do zabijania, wykorzystując też dziwaczne rytuały. Im dalej w las, tym bardziej ta pięknie sfilmowana przyroda zmienia się w cmentarz, doprowadzając czasem wszystkich na skraj wyczerpania. Aby przetrwać, trzeba pozbyć się wrażliwości oraz traktować widziane trupy, tańczącą dookoła śmierć za coś normalnego, tylko co dalej? Ile jeszcze można zabijać? I czy po wojnie można dalej funkcjonować?

bestie_bez_narodu2

Podobnie pytania i wnioski krążyły w mojej głowie po seansie „Wiedźmy wojny” – opowiadającego podobną historię filmu z perspektywy młodej dziewczyny. I tak samo tutaj widzimy chory świat pełen nienawiści, zabijania, niekończącej się wojny, w której by przetrwać, musisz obudzić w sobie bestię. Nie wiemy jaki to kraj w Afryce, ale to nie ma znaczenia. Tak samo nie poznajemy przyczyn tego okrucieństwa oraz tygla, a jedynie same skutki tych działań. Jak można powstrzymać tą sytuację? Na to trzeba samemu znaleźć odpowiedź.

bestie_bez_narodu3

Całość dźwigają aktorzy, w sporej części naturszczycy i debiutanci jak Abraham Attah jako Agu. Ten młody chłopak skromnymi środkami buduje postać pogubionego, manipulowanego chłopca wchodzącego w krwawą i brutalną dorosłość. Jednak największą uwagę skupia na siebie charyzmatyczny Idris Elba. Jego komendant to pozornie szablonowa postać wojskowego, co nie zna litości i wymaga posłuszeństwa. Jednocześnie próbuje być jak ojciec dla tych dzieciaków, co pokazuje w dość nieoczywisty sposób, ale to sami zobaczycie.

bestie_bez_narodu4

W pewnych okolicznościach, budzi się w człowieku bestia, nad którą nie można panować – niby brzmi to jak banał, ale „Beasts of No Nation” bardzo brutalnie o tym przypominają. Niby finał daje pewną nadzieję na wyjście i pogodzenie się ze sobą, ale demony wojny długo nie dadzą o sobie zapomnieć. Bardzo poruszające oraz przygnębiające kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Dzień Bastylii

Jak wszyscy wiemy, dzień Bastylii to narodowe święto Francuzów, obchodzące w rocznicę zburzenia Bastylii. Dzień ten rozpoczął Wielką Rewolucję Francuską, ale nie o tym jest ten film. Bohaterów jest dwóch – różnych jak noc i dzień. Łączy ich to, że obydwaj są przedstawicielami najdzielniejszego oraz najmądrzejszego narodu świata, co potwierdzają ostatnie wyniki wyborów prezydenckich.

dzie_bastylii1

Michael Mason jest drobnym złodziejaszkiem, co widać już na samym początku filmu, gdy jego wspólniczka w stroju Adama przechadza się po ulicy, a on zaczyna podwędzać telefony, portfele i paszporty. Ale pewnego wieczoru kradnie nie o jedną torebkę za dużo. Gdy ją wyrzuca gdzieś na koszu, dochodzi do eksplozji, a Mason zostaje oskarżony o zamach terrorystyczny. Ściga go policja, prawdziwi sprawcy zamachu oraz… agent CIA, Sean Briar. Jednak zamiast go zwyczajnie zgarnąć i wyciągnąć informacje, agent szybko odkrywa, że nie jest sprawcą, proponując mu układ.

dzie_bastylii3

Wiem, że fabuła brzmi jak z setek innych filmów sensacyjnych, bo mamy dość oczywiste kalki i szablony. Ale James Watkins trafił idealnie w czas i nie chodzi tylko o zagrożenie terroryzmem, ale jak wykorzystywać potęgę Internetu, by całe społeczeństwa poddać psychozie strachu za pomocą manipulacji oraz haseł wykorzystywanych przez obydwie strony sceny politycznej. Choć jest to tylko niewykorzystany wątek, to dodaje smaczku oraz kolorytu. Reżyser ciągle zachowuje tempo i robi wszystko, by przykuć uwagę. Mamy pieszy pościg na dachu, kilka strzelanin (włącznie z finałową), kilka złośliwych docinków, skorumpowanych gliniarzy, pomysłowo inscenizowane sceny akcji (bijatyka w więźniarce – rewelacja). Mimo pewnych szablonów i przewidywalności ogląda się to z dużą frajdą, a nawet jest to dość logiczne. Jedyną taką poważną wadą jest dość chaotyczny montaż w scenach akcji, który wprowadza dezorientację (na szczęście, nie zdarza się zbyt często) oraz mało zaskakujący finał.

dzie_bastylii2

Ale „Dzień Bastylii” ma jednego mocna asa w tej talii kart i jest to Idris Elba. Briar w jego wykonaniu to prawdziwy twardziel, którego nic i nikt nie jest w stanie powstrzymać przed realizacją celu. Szorstki, samotny wilk, co szybko układa elementy układanki, ma gdzieś przełożonych (w końcu słuszność jest po jego stronie), tworząc odpowiednią mieszankę skuteczności i brawury. Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy Brytyjczyk pasowałby do roli agenta 007, „Dzień Bastylii” powinien rozwiać obawy. Partneruje mu Richard Madden i całkiem nieźle sobie radzi w roli drobnego cwaniaczka z ulicy, zmuszonego do współpracy z CIA. Poza tym zgrabnym duetem, warto wyróżnić wyglądającego niczym Robert Downey Jr. Jose Garcię (komendant policji Victor Gamieux) oraz Thierry’ego Godarda (szef gangu Rafi Bertrand).

dzie_bastylii4

„Dzień Bastylii” może nie będzie klasykiem w swoim gatunku jak „48 godzin”, „Zabójcza broń” czy „Nice Guys”, ale daje wiele frajdy podczas seansu. I nie miałbym nic przeciwko, gdyby agent Briar jeszcze powrócił na ekranie, bo zawsze na Elbę patrzy się przyjemnie, a sama historia zrobiona jest z głową.

7/10

Radosław Ostrowski

Księga dżungli

Disney dostał dziwnej choroby zwanej remake’owaniem klasycznych animacji, zastępując je filmami z żywymi aktorami. Najpierw był „Kopciuszek” zrealizowany przez Kennetha Branagha, a teraz postanowiono wskrzesić „Księgę dżungli” – nieśmiertelną pozycję Rudyarda Kiplinga, wielokrotnie przenoszoną na ekran. Ale czy w ogóle jest sens (poza zgarnięcie kasy) opowiadania jeszcze raz tej samej historii? Jak najbardziej i zaraz powiem wam dlaczego.

ksiega_dzungli1

Tak jak pamiętamy, bohaterem jest mały chłopiec imieniem Mowgli. Wychowany jest przez wilki i opiekuje się nim pantera Baghera, ucząc go praw rządzącymi dżunglą. Chłopiec powoli zaczyna integrować się z resztą otoczenia, gdy pojawia się tygrys Shere Khan – osobnik nienawidzący ludzi z dużą szramą na twarzy, żądający wydania chłopca w zamian za ocalenie reszty zwierząt. Dlatego Mowgli decyduje się opuścić stado, ale tak naprawdę dopiero zaczynają się prawdziwe problemy.

ksiega_dzungli2

Favreau nie próbuje dokonywać rewizji i nowej interpretacji dzieła Kiplinga, ale i tak film ogląda się znakomicie. Sama historia Mowgliego trzyma za gardło i jest napięcie, że naprawdę kibicowałem temu chłopcu, mieszkającemu w nie do końca swoim świecie. Reżyser nie boi się pokazać mroczniejszych scen (zabicie Akeli – przywódcy stada wilków, finałowa konfrontacja w płonącym lesie), jednak nie epatuje on brutalnością, a nawet sięga po niemal chwyty z kina grozy (konfrontacja z hipnotyzującym wężem Kaa czy spotkanie z królem Louie w jego świątyni powitej mrokiem). Nie mogło zabraknąć pościgów i scen akcji (ucieczka przed tygrysem i chłopiec otoczony przez stado bawołów – troszkę to przypominało „Króla Lwa”), które imponują rozmachem oraz świetnymi zdjęciami. Przyroda wygląda imponująco (zawalenie się wzgórza wskutek deszczu) i pokazuje swoją siłę, a dżungla z jednej strony jest bardzo przyjazna, ale też skrywająca swoją nieufność w różnych gęstwinach, zaplątanych drzewach. Każdy z bohaterów kieruje się innymi motywacjami, a Mowgli powoli zaczyna dojrzewać do roli istoty próbującej żyć w zgodzie z prawami dżungli (innymi słowy: w grupie raźniej i się zawsze wspieramy), ale z drugiej strony człowiek jest tu pokazany jako istota destrukcyjna, niszcząca przyrodę „Czerwonym Kwiatem” (ogień). I musi on dokonać na końcu wyboru: gdzie zostać?

ksiega_dzungli3

Same zwierzęta (w całości wygenerowane komputerowo) wyglądają niesamowicie, jak prawdziwe stwory. Ich animacja i ruch wydaje się tak naturalny, jakby to były prawdziwe zwierzęta. Nie wychwyciłem różnicy (poza tym, że mówiły ludzkim głosem), ale to w połączeniu z ich głosami w pełni oddawało ich charakter. Powolny, ale zabawny Baloo, agresywny Shere Khan, potężny król Louis – wielki orangutan to wszystko żyje i oddycha.

ksiega_dzungli4

Favreau świetnie realizuje poszczególne sceny, chociaż na planie miał tylko jednego aktora – Neela Sethi. Jako Mowgli był po prostu bardzo dobry i przekonująco pokazał jego emocje – gniew, naiwność, bezradność czy radość. Ale znacznie ciekawsze były zwierzęta, a dokładniej ich głosy. Niezawodny Bill Murray (jowialny i dowcipny Baloo), świetny Ben Kingley (opanowany mentor Baghera), wreszcie genialny Idris Elba (twardy, straszny Shere Khan), uwodzicielska Scarlett Johansson (Kaa – wąż-modliszka) i pozornie serdeczny Christopher Walken (podstępny i chciwy małpi król) wywiązują się ze swoich zadań koncertowo, a słuchanie ich było największą frajdą, jaką mogłem otrzymać.

„Księga dżungli” to niegłupia historia, która powinna spodobać się dzieciom (bardzo fajny morał), ale też miłośnicy kina przygodowego znajdą coś dla siebie. Patrząc na realizację scen akcji nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to film w stylu wczesnego Stevena Spielberga – niepozbawiony humoru, pazura, serca, ale i mroku. Wszystko jest tu odpowiednio wyważone i bardzo przyjemne dla oka.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Pojawiły się wieści, ze Favreau zrobi w tym samym stylu remake „Króla Lwa”. Zabrzmi to dziwnie, ale nie mogę się doczekać.