LARP. Miłość, trolle i inne questy

LARP (Live Action Role-Playing) – forma gry fabularnej, w której uczestnicy wcielają się w konkretne postacie, odgrywają swoje role, improwizując dialogi i akcje, tworząc wspólnie opowieść. Podobnie do improwizowanego teatru, LARP polega na fizycznym uczestnictwie w stworzeniu historii, często przy użyciu kostiumów i rekwizytów.

Źródło: Wikipedia

Może to nadal jest to niszowa (oraz dość droga) forma zabawy, o której tylko do tej pory słyszałem. LARP głównie dotyczy świata fantasy pokroju „Lochów i smoków”, choć nie zawsze. I to środowisko nerdów stanowi tło do nowej polskiej komedii. Bo czym innym może być kinowy debiut współreżysera „1670”?

„LARP. Miłość, trolle i inne questy” skupia się wokół Sergiusza (Filip Zaręba) – młodego ucznia technikum, który jest absolutnym fanem fantastyki oraz gra elfiego łucznika. Waleczny, pewny siebie wojownik, wspierany przez swoją paczkę: „Damona” (Maciej Bisiorek), „Kostkę” (Agnieszka Rajda) oraz małomównego „Goliata” (Mikołaj Chilimończyk). Problem w tym, że w „prawdziwym świecie” chłopak jest zupełnym przeciwieństwem – cichy, bardzo nieśmiały oraz dostający łomot od szkolnego rozrabiaki, co ma dzianego ojca. W domu też nie za wesoło, bo matka nie żyje, ojciec (Andrzej Konopka) jest bardziej skupiony na pracy – jest komendantem policji, zaś starszy brat (Michał Balicki) jest pewnym siebie pakerem. Sergiusz ma przerąbane. A żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawy w klasie pojawia się nowa koleżanka, Helena (Martyna Byczkowska).

Reżyser Kordian Kądziela w swoim debiucie podpiera się swoją etiudą studencką sprzed 11 lat. Zakładam, że mocno zaktualizował całość w typie inicjacyjnej komedii młodzieżowej niczym z wzorców Johna Hughesa, tylko przeszczepione na nasze podwórko. Co widać mocno, bo nasz bohater jest często obrzucany jedzeniem, zaś nastolatków grają już aktorzy przed 30-tką (niektórych). Już od samego początku dostajemy bardzo kreatywną czołówkę (ekipa realizująca i obsada pojawia się na okładkach książek) aż po ładnie nakręconą cenę bitwy niczym z „Władcy Pierścieni”. Sama historia jest bardzo znajoma i idzie niemal o sznurku, bo to o akceptacji i dojrzewaniu do walki o swoje. Sztampa? Ale nawet to można ciekawie opowiedzieć i Kądziela podrzuca wiele żartów oraz gagów na poziomie wizualnym. Od scen, kiedy nasz heros jest zamyślony oraz ma zwidy (pierwsze spojrzenie na Helenę jakby była Wenus z obrazu Botticelliego, rozmawia z rybkami albo – mój ulubiony moment – widzi zapiekanki grające „Marsz żałobny” Chopina) czy jest kompletnie przybity („nie mogę” wypowiadane w różnych okolicznościach) aż po… wymianę korespondencyjną. I to naprawdę działa, idąc czasem w absurdalne rewiry. Może i bywa zbyt „amerykańsko” czasami (bitwa na żarcie w finale, przerysowany antagonista), ale nadal jednak czuć swojski klimat.

Całość także wygląda naprawdę dobrze. Szczególnie pod względem scenografii oraz (najistotniejsze) kostiumów. Bo te w scenach „fantasy” musiały zarówno dobrze wyglądać, a jednocześnie sprawiać wrażenie zrobionych przed pasjonatów i amatorów. Gdzieś czuć tutaj vibe filmów Grupy Filmowej Darwin niż skeczy kabaretowych, a jest dużo w tym uroku, lekkości oraz pasji. Jest świetnie zmontowany, ma bardzo przyjemną muzykę (mieszanka orkiestrowych brzmień i francuskich piosenek), olśniewa wizualnie i chce się tam być.

Do tego jeszcze „LARP” jest bardzo dobrze zagrany. Porządny jest tutaj Filip Zaręba w roli nieśmiałego Sergiusza, intuicyjnie budzącego sympatię nerda. Dla mnie całość skradła (znowu) Martyna Byczkowska i jest cudowna w roli Heleny. Niby wydaje się sympatyczna, ale zdarza się wbić chłopakowi nóż w plecy. Więcej niż raz, lecz czuć chemię między tą dwójką. Najciekawiej jest na drugim planie, gdzie błyszczy trio Bisiorek/Rajda/Chilimończyk (ze szczególnym wskazaniem na dziewuchę) jako „drużyna” i grupa wsparcia, bardzo poruszający jest Andrzej Konopka w roli ojca, zaś Bartłomiej Topa w roli pisarza Lacroix robi najlepszą wariację Stevena Seagala, czego kompletnie się nie spodziewałem.

Jeśli spodobało wam się „1670”, to debiutancki „LARP” wejdzie wam jak masełko. Nie umiem jeszcze powiedzieć, czy jest to przebudzenie polskiej komedii, ale dawno na polskiej produkcji się nie uśmiałem. I szkoda tylko, że na sali kinowej poza mną była tylko… jedna osoba. Co za potwarz!

7,5/10

Radosław Ostrowski

Na rozkaz serca

Wiele było kryminałów osadzonych w zamkniętej przestrzeni, będącej czymś w rodzaju getta i trafia tam przybysz z zewnątrz. A dziejące się wydarzenia zaczynają mieć spory wpływ na śledczego. Taki tez jest punkt wyjścia „Na rozkaz serca” – jednego z najciekawszych i najbardziej zapomnianych kryminałów/thrillerów lat 90.

Bohaterem jest agent FBI Ray Levoi (Val Kilmer) – uzdolniony, młody idealista. Zostaje przydzielony do rezerwatu Indian w Dakocie Południowej, gdzie doszło do kilku morderstw. Stróż prawa ma parę dni na wyjaśnienie sprawy, w czym pomaga mu doświadczony Frank Coutelle (Sam Shepard). Jego atutem ma być fakt, że Ray ma w sobie indiańską krew (plemienia Siuksów), która ma pomóc ułatwiać rozmowę z lokalsami. Problem w tym, że śledczy kompletnie odciął się od pochodzenia i wręcz traktuje „pobratymców” z wrogością. Niby sprawa wydaje się prosta, bo część mieszkańców rezerwatu atakuje tych prorządowych. Jest podejrzany, tylko trzeba go znaleźć.

Reżyser Michael Apted inspiruje się prawdziwymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w indiańskich rezerwatach w latach 70. Na pierwszy rzut oka jest to rasowy kryminał, jednak twórcy wykorzystują intrygę do przedstawienia życia w tych rezerwatach. A jest ono mieszanką kontrastową: przepiękne krajobrazy kontrastują z rdzewiejącymi samochodami, prymitywnymi domami oraz obrazem nędzy i rozpaczy. Prawie jak wieś po Jeszcze mamy grupę zbrojnych, którzy niby pilnują porządku, lecz to wszystko zasłona dymna. Rdzenni mieszkańcy są traktowani z wrogością, pogardą oraz nieukrywaną niechęcią. A im bardziej prowadzone jest śledztwo, tym bardziej Levoi zaczyna wyczuwać, że coś tu jest nie tak.

Jednocześnie sprawa zaczyna odkrywać siebie i swoje „indiańskie” pochodzenie. Istotną rolę w tej kwestii odgrywają zarówno starszy plemienia Sam Reachers (fenomenalny wódz Ted Thin Elk), plemienny policjant Walter Kruczy Koń (cudowny Graham Greene) – facet o wiele lepiej wykonuje swoją robotę niż agenci – oraz nauczycielka Maggie (świetna Sheila Tousey) – aktywistka społeczna, wspierająca lokalsów. Ich działania, a także pojawiające się „wizje” zaczynają na niego wpływać. I w tych momentach „Na rozkaz serca” błyszczy najmocniej. Nie brakuje tu bardziej stonowanych strzelanin czy fantastycznej, finałowej sekwencji pościgu. Jednak prawdziwym sercem filmu pozostaje Kilmer – bardzo oszczędny, wiarygodny i przekonujący w roli agenta, który działa zgodnie z regulaminem. Przynajmniej na początku, bo z czasem dostrzegać pewne patologię systemu.

Wciągająca oraz trzymająca w napięciu mieszanka kryminału, dramatu społecznego i metafizyki. Michael Apted bardzo pewnie reżyseruje, całość jest świetnie napisana, nakręcona oraz zagrana historia wrogości wobec pierwotnych mieszkańców. Jednocześnie to opowieść o odkrywaniu siebie i akceptacji swojego pochodzenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Spartan

Jest wielu scenarzystów, którzy maja bardzo charakterystyczny styl pisania, zwracający swoją uwagę od pierwszych linijek. Tacy są Quentin Tarantino, Aaron Sorkin, ale dzisiaj będziemy mówić o Davidzie Mamecie. Facet zaczynał od pisania sztuk teatralnych jak „Glengarry Glen Ross”, by przerzucić się na pisanie scenariuszy i reżyserii. Jednym z jego mniej docenionych produkcji w jego reżyserskim dorobku jest thriller „Spartan” z 2004 roku.

Bohaterem jest Robert Scott (Val Kilmer) – były żołnierz marines (starszy sierżant artylerii), obserwujący rekrutów aspirujących do bycia członkiem Delta Force. Tam poznaje rekruta Curtisa (Derek Luke) oraz specjalistkę od walki nożem, sierżant Black (Tia Texada). W tym czasie jednak zostaje szybko ściągnięty do Bostonu. Wszystko z powodu zniknięcia Laury Newton – młodej studentki, której nie dopilnowało Secret Service. Ale czemu jakąś studentką interesowałoby się tego typu służby? Bo (co nie jest w filmie wspomniane ani razu wprost) dziewczyna jest córką prezydenta USA. Wszystko wskazuje, że trafiła do domu publicznego i… padła ofiarą handlarzy żywym towarem oraz wywieziona za granicą. I że porywacze nie mają pojęcia kogo wzięli, więc sobie wyobraźcie co zrobią, jak poznają tożsamość.

„Spartan” jest typowym filmem spod znaku Davida Mameta. To znaczy: ma bardzo rytmiczne, cięte i niepozbawione powtórzeń dialogi, wiele zakrętów oraz niespodzianek, które odkrywamy razem z bohaterem, a także złożone portrety psychologiczne. Dobra, to ostatnie może nie w takiej skali jak poprzednio, bo skupiamy się głównie na postaci Scotta. I jak wszystko jest w oparach szarości, gdzie nie wszystko jest tym, co się wydaje. Pierwsza połowa pełna jest tajemnic, gdzie pojawiają się potencjalne tropy (chłopak dziewczyny włamujący się do jej skrzynki, Arab zamieszany w przerzut ludzi). Jednak w połowie dochodzi do mocnej wolty.

Wtedy film Mameta bardziej skręca w rejony kina sensacyjnego. W zasadzie nasz bohater jest zdany na siebie, tajne służby tuszują brudne tajemnice, zaś w terenie działają bezwzględni zawodowcy. Niby jest tu napięcie, jednak dzieją się rzeczy na granicy prawdopodobieństwa. Scott w zasadzie nie je i nie śpi, niemal non stop będąc na nogach („a co on k***a RoboCop?”), zachowując opanowanie oraz świadomość. Do tego przyczyna zniknięcia i porwania dziewczyny ma coś wspólnego ze skandalem obyczajowym, przesłuchanie podejrzanego zawiera obowiązkowe grożenie oraz walenie w ryj, a moment próby porwania dziewczyny z lotniska przez doradcę prezydenta jest – przypadkowo! – filmowany przez szwedzką telewizję. Paradoksalnie, mimo tych absurdów „Spartan” potrafi trzymać w napięciu.

To przede wszystkim zasługa reżyserskiej ręki Mameta, przypominającego swoim działaniami doświadczonego iluzjonistę. Nawet pozornie statyczne ujęcia pełne są niemal ciągle ruchomej kamery, w tle gra bardzo pulsująca oraz zdominowana przez perkusję muzyka. A aktorsko na swoich barkach trzyma Val Kilmer, który tworzy jedną z lepszych ról. Jest on bardzo wyciszony, niemal enigmatyczny i bardzo skupionym na celu służbistą, zmuszonym do działania. Ma w pełni wsparcie zadziwiająco dobrych ról drugoplanowych z zaskakująco poważnym Edem O’Neillem (agent Burch), bardzo wyciszonym Williamem H. Macym (doradca prezydenta Stubbord) czy zaczynającym Derekiem Luke (Curtis).

„Spartan” uważany jest raczej za pierwsze duże potknięcie w reżyserskiej karierze Davida Mameta. Choć ma swoje problemy z intrygą oraz postaciami na granicy przerysowania, to jednak ta opowieść angażuje. Nawet jeśli nie do końca wybrzmiewa pokazanie hipokryzji Ameryki oraz manipulacje działań tajnych służb.

7/10

Radosław Ostrowski

Lalka (1968)

Dla Wojciecha Jerzego Hasa „Lalka” była bardzo wyjątkową produkcją. Po pierwsze, był to pierwszy film reżysera w kolorze. Po drugie, był to ostatni film stworzony w Zespole Filmowym „Kamera”, z którym współpracował od samego początku swojej drogi artystycznej. No i skala (ponad 300 aktorów, 10 tysięcy statystów, przygotowane tysiące kostiumów) realizacji była ogromna. Czy po latach ta produkcja broni się?

Historia jest raczej powszechnie znana (zwłaszcza, gdy czytało się książkę jako lekturę szkolną – tak jak ja) i skupia się na Stanisławie Wokulskim (Mariusz Dmochowski). Jak go poznajemy pracuje jako kelner w winiarni u Hopfera oraz uzdolniony wynalazca. Ale po kilkunastu latach stał się bardzo energicznym i zamożnym kupcem, prowadzącym sklep z galanterią. Kiedy prowadzi różne interesy za granicą, ten lokalny zostaje pod nadzorem przyjaciela oraz subiekta, Ignacego Rzeckiego (Tadeusz Fijewski). Wokulski na swoje nieszczęście zakochuje się w Izabeli Łęckiej (Beata Tyszkiewicz), młodej hrabinie, której rodzina coraz bardziej ubożeje. Mężczyzna próbuje coraz bardziej wkraść się w łaski jej rodziny.

„Lalka” już od samego początku zwraca uwagę warstwą wizualną, pokazując bardzo szeroki wycinek miasta Warszawa: od pełnych przepychu salonów arystokratycznych przez sklepy z masą towarów aż po bardziej wyniszczone dzielnice biedoty. Ilość szczegółów w warstwie scenograficzno-kostiumowej jest imponująca, pozwalając w zbudowaniu bardzo żywego świata. Wiele ze źródłowego materiału zostało powycinane (wspomnienia Rzeckiego z „Pamiętnika starego subiekta”, wątki dotyczące mieszkańców kamienicy Krzeszowskiej czy zmienione zakończenie) – wiadomo, bo to spory tekst. Ale jeśli ktoś spodziewałby się melodramatu, to Has trochę inaczej kładzie akcenty. Reżyser bardziej skupia się nie tyle na romansie i wątkiem melodramatycznym, lecz na pewnym zderzeniu dwóch światów: bardzo zamożnej i żyjącej bardzo jałowo wyższych sferach z bardziej energicznym mieszczaninem, próbującym się do niej dopasować.

Może jałowo to za mocne określenie, ale ich egzystencja ogranicza się do wydawania gotówki ponad stan, długów, prowadzenie nierentownych interesów. Brakuje im jakiegoś powodu do działania, kierują się pozorami oraz konwenansami. Dużo jest tutaj plotek, spekulowania, działań prowadzonych niejako z ukrycie, gdzie w zasadzie wszystko (także godność) może być na sprzedaż. I to właśnie ten portret świata oraz psychologiczna wędrówka Wokulskiego, która kończy się… sporym rozczarowaniem. Nie brakuje tu bardzo ciekawych dialogów (te stworzył Kazimierz Brandys), bez popadania w walenie ekspozycją czy szeleszczeniem papieru. Technicznie trudno się tu do czegoś przyczepić. O scenografii i kostiumach już mówiłem, prezentują się imponująco, tworząc cudną warstwę plastyczną. Razem ze sporymi ilościami masterszotów oraz oszczędną muzyką Kilara nie można oderwać oczu.

A wszystko jest bardzo elegancko zagrane przez masę rozpoznawalnych i świetnych aktorów. Jednak liczy się tutaj trójka: Mariusz Dmochowski (Wokulski), Tadeusz Fijewski (Rzecki) i Beata Tyszkiewicz (Łęcka). Na pierwszy rzut oka Dmochowski może wydawać się dziwnym wyborem – potężnie zbudowany, z dość surową urodą, zaś sporo w jego graniu obserwowania otoczenia oraz milczenia. Jakby jego postać zastanawiała się i planowania kolejne działanie czy słowo, co tworzy pełną aurę tajemnicy. Intrygująca postać, mieszająca stoicki lub melancholijny spokój z chwilami nagłego ożywienia. Tyszkiewicz jest zwyczajnie zjawiskowa i tylko pozornie sprawiająca wrażenie naiwnej, nie orientującej się w swoim położeniu kobiety. W kontrze do nich jest tutaj poczciwy Rzecki w wykonaniu Fijewskiego, który jest reprezentantem powoli odchodzącego pokolenia ery romantyzmu. Jego wspólne sceny z Dmochowskim mają dodatkowego kopa.

Choć ekranizacja Hasa została potem zapomniana przez powstały lata później mini-serial z 1977 roku (a jakby tego mało szykują się nowe dwie adaptacje powieści Prusa), to jednak „Lalka” pozostaje bardzo autorskim spojrzeniem na klasykę polskiej literatury. Może bywa czasem bardzo teatralny w prezentacji i zaskakująco kameralny, jednak pozostaje bardzo wciągającym oraz pociągającym kawałkiem kina kostiumowego w eleganckim stylu.

8/10

Radosław Ostrowski

Smashing Machine

Czy was zaskakuje, że ze wszystkich filmów sportowych najczęściej na ekranie są pokazywane sporty kontaktowe? Boks, wrestling, MMA – bardzo dynamiczne, widowiskowe i efektowne. Ale czy jeszcze da się opowiedzieć coś interesującego w tej konwencji? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć biograficzny „Smashing Machine”.

Tytuł wziął się z pseudonimu Marka Kerra (Dwayne Johnson), jednego z pierwszych amerykańskich zawodników mieszanych sztuk walki. Problem w tym, że w Stanach taka dyscyplina była zakazana i takie zawody odbywały się głównie w Japonii. A to była końcówka lat 90., więc pieniądze nie są zbyt wielkie, tak samo jak wsparcie medyczne, trenerskie czy fanów. Jednocześnie zapaśnik ma dziewczynę Dawn (Emily Blunt), a ich relacja jest dość… wyboista, mówiąc delikatnie. By jeszcze bardziej skomplikować sprawę Kerr przegrywa swoją pierwszą walkę ze wściekłym Igorem Wowczanczynem (bokser Oleksander Usyk) i zaczyna się uzależniać od opioidów.

Safdie miesza tutaj motywy i tematy, przez co w efekcie dostajemy bardzo nietypowe kino sportowe. Nie brakuje tu walk, które są brutalne, lecz bardzo czytelnie zrealizowane i z dość zadziwiającą ilustracją muzyczną (jazzowa perkusja zmieszana z elektroniką). Reżyser bardziej próbuje pokazać skomplikowany portret człowieka pełnego pasji, walczącego z własnymi demonami, ego oraz toksyczną relacją z dziewczyną. Kerr jest zadziwiająco spokojny, mówiący niczym mistrz zen, rzadko pozwalający sobie na wyrażanie emocji. Ten dysonans oraz pokazana walka z uzależnieniem były dla mnie najmocniejszymi fragmentami tego filmu. Poza jedną sceną nie widzimy zażywania opiatu czy samego odwyku, lecz to, co potem. Jak pozostać trzeźwym i czystym, bez bycia nudziarzem oraz dalej funkcjonować. Jednak im dalej w relacji między Kerrem a jego panną, tym zaczyna się pojawiać więcej tarć, co niebezpiecznie skręca ku telenoweli. Do tego jeszcze mamy walkę ze swoim ego, treningi aż do ostatniej kropli potu oraz walki w Japonii. Można odnieść wrażenie, że Safdie próbuje złapać kilka srok za ogon i nie może się zdecydować w jakim kierunku pójść. Ale nawet w tym chaosie jest parę świetnych momentów – początek, przeplatający wywiad Kerra z wejściem na ring stylizowany na materiał telewizji; długie ujęcie Kerra idącego po przegranej walce do swojego pokoju i… płaczącego czy rozmowa z przyjacielem w szpitalu. Także same walki mają świetną choreografię, dynamiczny montaż i ogląda się to z dużym zaangażowaniem.

A wszystko to na swoich barkach dźwiga Dwayne „The Kamień” Johnson, który tutaj tworzy swoją najlepszą rolę w karierze. Kerr w jego wykonaniu jest zadziwiająco wyciszony, bardzo zniuansowany i subtelny. Taki wielki, ale bardzo wrażliwy misiek, choć niezbyt komunikatywny w intymnej relacji. Równie świetna jest Emily Blunt, choć jej postać nie jest zbyt łatwa do polubienia. Niemniej jest bardzo mocna chemia między nimi. Dla mnie jednak film skradł Ryan Bader w roli przyjaciela Marka Colemana. Ten zawodnik MMA jest bardzo naturalny w swojej roli, co w przypadku naturszczyków nie jest powszechne, ma swoje cudowne momenty (wspomniana scena w szpitalu), zaś w jego przyjacielską więź wierzy się bez zastrzeżeń. Tak samo w przypadku trenera Basa Ruttena, grającego samego siebie.

Dla mnie „Smashing Machine” to solidne kino, które może być początkiem nowego etapu w karierze Dwayne’a Johnsona jako aktora. Sam ten występ zostanie w bardzo głębokiej pamięci lata po premierze, nie mam co do tego wątpliwości i choćby dlatego warto zobaczyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Chopin, Chopin!

Fryderyk Chopin – jeden z najbardziej rozpoznawalnych Polaków na świecie oraz pianistów. Prędzej czy później musiał powstać o nim film. I powstało kilka: „Młodość Chopina” Aleksandra Forda (1952), „Błękitna nuta” Andrzeja Żuławskiego (1991) oraz – najbardziej znana – „Chopin. Pragnienie miłości” (2002) Jerzego Antczaka. Teraz ze swoją biografią zrobioną za kosmiczne (jak na nasze warunki) pieniądze wyruszył Michał Kwieciński. Ale czy ten wielki budżet pomógł stworzyć wielki film? Jakby to ująć…

Akcja „Chopin, Chopin!” dzieje się już w Paryżu, gdzie już od dłuższego czasu mieszka Chopin (Eryk Kulm). Ten 25-latek jest traktowany niczym celebryta, gra na dużych imprezach towarzyskich. Wielbią go wszyscy: ówczesne salony, arystokracja, a nawet sam król (Lambert Wilson) i gdziekolwiek się nie pojawia zwraca na siebie uwagę. Także pań jak hrabina Delfina Potocka (Karolina Gruszka), zaś wśród przyjaciół ma Franza Liszta (Victor Meutelet). Ale jednak los ma wobec niego zupełnie inne plany. Pojawia się w życiu Chopina tuberkuloza, czyli gruźlica. Wówczas nieuleczalne choróbsko, uważane za zaraźliwe (przez przesądny plebs) albo przypadłość genetyczną. Innymi słowy, Fryc musi zrobić sobie przerwę od tłumów, koncertów, udzielania korepetycji, a najlepiej niech opuści Paryż i przeniesie na prowincję. Oczywiście, że sobie nic z tego nie robi.

Film skupia się na Chopinie i jego ostatnich 12 latach życia – a to jest strasznie sporo czasu. I można wybrać dwie metody: albo skupić się na jednym, dwóch kluczowych wątkach i wokół nich budować całą konstrukcję, albo spróbować upchnąć WSZYSTKO, czyniąc całość kontrolowanym (lub nie) chaosem. Niestety, ale scenarzysta Bartosz Janiszewski wybrał ten drugi, brutalniejszy dla oglądania wariant. Od Chopina-lwa salonowego przez Chopina-niespełnionego w miłości i Chopina-korepetytora aż po Chopina-umierającego oraz próbującego oszukać śmierć. Po drodze jeszcze mamy jeszcze drobne epizody (wizyta u rodziców, spotkanie z Wodzińskimi, koncerty dla króla), a także długi związek z George Sand (Josephine de la Baume). Wszystko to zmieszane i wgniecione w bigos, nie zawsze nadający się do jedzenia.

Audio-wizualnie jest tu cholernie dobrze. Kamera niemal nie opuszcza Chopina, wręcz krąży wokół niego (początek, gdy wchodzi na koncertowy pojedynek pianistyczny czy podczas jego gry), próbując wejść do jego głowy. Jednak prawdziwą gwiazdą jest tu imponująca scenografia oraz kostiumy. Ilość szczegółów w strojach czy detali aż poraża, jest masa scen zbiorowych (wszelkiego rodzaju publiczne koncerty Polaka). Jesteśmy zarówno w Paryżu (początkowo w trakcie epidemii cholery), by wskoczyć na chwilę do rodziny we Szwajcarii, a także spędzić coś jakby miesiąc miodowy na Majorce. W tle jeszcze mamy muzyczną mieszankę utworów Chopina, będących łącznikami solówki wiolonczeli Hildur Guonadottir, a także pulsującą elektronikę Robot Kocha.

Choć mamy tutaj masę znajomych twarzy na drugim oraz trzecim planie, wszystko skupia się tutaj na jednej twarzy – Eryka Kulma. Ten jako Chopin jest najjaśniejszym punktem filmu, pokazując jego wielką sprzeczność. Z jednej bardzo towarzyski i wręcz łaknący komplementów, z drugiej samotny melancholik. Odnajdujący się w swoim żywiole, gdy jest podziwiany oraz ma swoją widownię, grający bardzo energetycznie na pianinie (co budziło we mnie skojarzenie z „Amadeuszem”). A także coraz bledszy, plujący krwią i osłabiony (w czym troszkę pomaga charakteryzacja). Bardzo złożona, wyrazista oraz energetyczna rola tego filmu.

Nie jestem jedynym, który miał ogromne oczekiwania wobec nowego filmu Michała Kwiecińskiego. Ale „Chopin, Chopin!” to spektakularna stypa i rozczarowanie, gdzie o samym artyście dowiaduję się mniej niż myślałem. Nie ma tej energii, kreatywności oraz odwagi jaką miał „Filip”, by odnieść międzynarodowy sukces. Ogromna szkoda.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Zbieg z Alcatraz

Jak można opowiedzieć prostą historię w nieoczywisty sposób? To postanowił spróbować zrobić w swoim drugim filmie brytyjski reżyser John Boorman, opierając się na powieści Donalda Westlake’a „The Hunter” (napisanej pod pseudonimem Richard Stark). To pierwsza książka z serii historii o niejakim Parkerze – złodzieju z zasadami (jednak autor nie zgadzał się, by w filmowych adaptacjach używano tego nazwiska).

Tutaj podążamy za Walkerem (Lee Marvin), próbującemu pomóc swojemu przyjacielowi. Mal Reese (John Vernon) ma sporo długów i by je spłacić planuje zrobić skok na grupę podczas wymiany w dawnym więzieniu Alcatraz. Jednak podczas podziału Walker zostaje zdradzony dwoma kulami przez wspólnika oraz własną żonę. Myślicie, że to go w jakikolwiek sposób zatrzyma? Gość jest twardszy niż więzienne kraty i ostry niczym cała dyskografia Slayera. Już planuje odzyskanie swojej doli (93 tysięcy dolców) oraz wytłuczenie wszystkich, którzy nie pozwolą mu tego celu osiągnąć.

I znowu na pierwszy rzut oka film Boormana jest prostym i oczywistym kinem zemsty w estetyce kina noir. Dialogi są krótkie, proste oraz cięte niczym napisane przez Waltera Hilla, intryga ma parę drobnych zaskoczeń, a wszystko wydaje się zadziwiająco kameralne. Tutaj nawet nasz rzekomy protagonista jest w zasadzie antybohaterem, pozbawionym emocji, wykalkulowanym cwaniakiem. W tle pojawia się Organizacja – syndykat zbrodni, przypominający zhierarchizowaną korporację niczym w drugim sezonie „Fargo”. Mającą swoje biura, będące jednocześnie apartamentami i znajdujące się pod ciągłą ochroną. Jednak nawet ich spryt nie jest gotowy na konfrontację z Walkerem, będącym równie sprytnym i zdeterminowanym. Klimatem jest tu blisko „Johna Wicka”, a początek i finał w Alcatraz nadal robi wrażenie.

Aktorsko wszystko na swoich barkach trzyma niezawodny Lee Marvin. Mówiący niemal monotonnym głosem, opanowany i chłodny niczym lód profesjonalista. Wydaje się być pozbawiony emocji, uparcie dążący do celu, bez chodzenia na jakiekolwiek kompromisy. Ale może to jest tylko fasad, skrywająca coś więcej? Debiutujący John Vernon w roli śliskiego Reese’a wypada bardzo przekonująco, tak jak bardzo elegancki Lloyd Bochner (szef Carter) czy oszałamiająca Angie Dickinson (szwagierka Chris). Jednak prawdziwą gwiazdą tego filmu jest… montaż. Boorman razem z Henrym Bermanem absolutnie miesza czas, przestrzeń, dialogi i dźwięk w tak płynny sposób, że początkowo może wywołać konsternację. Dialogi odbijają się niczym echo, w tle gra awangardowa muzyka, zaś w jednym momencie (Walker jeżdżący i wpadający do domu żony) obraz z dźwiękiem się rozjeżdża. Słychać tylko bardzo rytmiczne chód bohatera. Równie imponujący jest sam początek z napadem w Alcatraz oraz czołówka z użyciem fotografii jako tła. Bardzo mocno skojarzyło mi się z „Angolem” Stevena Soderbergha, który tak samo bawi się montażem.

Ten klasyk Boormana wybija się od innych filmów sensacyjnych z epoki dzięki bardzo niekonwencjonalnemu montażowi, czyniąc go o wiele bardziej żywotnym. Oprócz tego mamy wciągającą intrygę, ostre dialogi, pociągający świat przestępczy oraz Lee Marvina w wysokiej formie. Mimo wieku nie stracił wiele ze swojej mocy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Szyfry

Pozornie „Szyfry” wydają się opowieścią o wojnie i tym, jaki wpływ ona pozostawiła na jej świadkach. Jednak film Hasa jest zupełnie innym doświadczeniem ze względu na perspektywę przybysza z zewnątrz. Osoby nie znającej życia pod okupacją oraz jej niebezpieczeństw.

Oparty na opowiadaniu Andrzeja Kijowskiego film skupia się na Tadeuszu (Jan Kreczmar) – od wielu lat mieszkającym w Londynie imigrancie. Mężczyzna zostawił w kraju swoją żonę oraz dwójkę synów, z którymi niespecjalnie utrzymuje kontakt. Ale teraz wyrusza do Krakowa – wszystko przez list jego syna, Maćka (Zbigniew Cybulski), w którym wspomina o coraz bardziej pogarszającym się stanie fizycznym matki. Nie przyjmuje ona do wiadomości tego, co stało się z młodszym synem, Jędrkiem. Tadeusz próbuje ustalić co stało się z młodszym synem i kto go zabił. Jednak kolejne rozmowy ze świadkami jeszcze bardziej mącą obraz.

Has na pierwszy rzut oka robi film, w którym mamy tajemnicę do rozwiązania. Ale zagadkę rozwiązuje osoba z zewnątrz, dla której życie pod okupacją znane jest tylko z pośrednich źródeł. Dla niego wypowiadane relacje oraz zdania są niezrozumiałe, nieczytelne. Nasz bohater niczym ślepy i głuchy błąka się po niby znajomym, lecz kompletnie obcej rzeczywistości. Czy Jędrka aresztowali i rozstrzelali Niemcy? A może się ukrywa? Czy może zabili go swoi? Jednak dla mężczyzny ta podróż może wydawać się szansą na scalenie rodzinie już po rozpadzie. Ale czy aby na pewno? Wszystko tak naprawdę zależy od tego, co sami wyciągniemy z tych wszystkich wypowiedzi. Tych już nie żyjących przeszłością (antykwariusz), tych żyjących we własnym świecie (żona Tadeusza, stary leśniczy) albo skrywających pewne fakty (rozedrgany Maciek).

Jeszcze tutaj Has wbija mocne surrealistyczne sceny, które robią piorunujące wrażenie. I nie chodzi tylko o muzykę Krzysztofa Pendereckiego czy imponującą pracę kamery. Te dwie długie sekwencje dodają kolejne poszlaki do interpretacji. W obydwu nasz bohater pojawia się w mundurze z I wojny światowej (pierwsza z pociągiem pełnym manekinów – poza małym dzieckiem; druga zaś o wiele bardziej skomplikowana: z Jędrkiem w stroju komunijnym idącym ze świecą i przechodzący z kościoła aż po miejsce niemieckiej kaźni – wszystko w jednym ujęciu). Jakby reżyser serwował kolejny szyfr do odczytania, tak samo jak zakończenie. Nie, nie zamierzam go zdradzać, by nie psuć wszystkiego.

Bardzo enigmatyczne i jednocześnie gęste kino, pełne wciągających dialogów, świetnego aktorstwa oraz pięknych, czarno-białych zdjęć. Historia o niemożliwości rozwikłania tajemnic, których lepiej jest czasem zostawić i próbować żyć dalej. A wszystko bez martyrologii oraz patosu.

8/10

Radosław Ostrowski

Ostatni wiking

Anders Thomas Jensen to w zasadzie osobny gatunek filmowy oraz przykład, że Duńczycy mają o wiele mroczniejsze poczucie humoru niż ktokolwiek na świecie. Wystarczy wspomnieć „Jabłka Adama” czy „Jeźdźców sprawiedliwości”, by się o tym przekonać na własnej skórze. I jeśli ktoś myślał, że w swoim najnowszym filmie reżyser zwolni z gazu, pomylił się bardzo grubo.

Tym razem historia skupia się dwóch braciach. Anker (Nikolaj Lie Kaas) dokonał napadu na bank, zgarniając ponad 40 milionów koron łupu. Ale nie wszystko poszło zgodnie z planem i ma spędzić w więzieniu 15 lat. Jednak nim zgarnie go policja, daje kluczyk do skrytki z łupem swojemu bratu, Manfredowi (Mads Mikkelsen) w celu zakopania torby w okolicy domu ich matki. Jednak powrót dla Ankera okazuje się bardzo zimnym prysznicem. Okazuje się, że Manfred „odleciał” i reaguje tylko na imię… John. John Lennon, zaś jego dziwne zachowania (kradzieże psów, ignorowanie swojego imienia) coraz bardziej się nasilają. Przypadkowo poznany przez mężczyznę psychiatra Lothar (Lars Brygmann) proponuje dość niekonwencjonalną metodę pomocy dla Manfreda/Johna – znalezienie innych pacjentów, co uważają się za Bitelsów oraz… wspólne granie.

Już po tym opisie można spodziewać się kolejnej szalonej hybrydy gatunkowej, gdzie powaga miesza się z groteską i wręcz jazdą po bandzie. Będąca klamrą animacja o wikingach (ręcznie rysowana i prosta w formie) daje pewne wyobrażenie, z czym mamy do czynienia. Jensen znowu skupia się na skomplikowanych relacjach rodzinnych oraz naznaczających nas traumach, dziwactwach, które czynią nas czasami prawdziwym wrzodem na dupie. A także cały czas przeskakuje tonalnie z dramatu w komedię, kiedy się tego najmniej spodziewamy. Od galerii ekscentrycznych postaci (moim faworytem jest Hamdan, mający w sobie 40 osobowości jak Paul McCartney, George Harrison, Iron Man oraz… Heinrich Himmler) i czarny humor przez krwawe i brutalne sceny akcji po zaskakująco mroczne retrospekcje z życia Manfreda (nakręcone w zupełnie innej kolorystyce). I jak zawsze u tego reżysera te sprzeczności pięknie się uzupełniają zamiast się gryźć, o co byłoby bardzo łatwo.

Mimo kompletnego szaleństwa, cały czas w centrum są postacie, będące chodzącymi sprzecznościami i są równie zagubieni w tym świecie jak nasz Manfred. Jego sfrustrowany brat, nie radzący sobie z agresją; siostra Freja mieszkające w domu ich matki małżeństwo (ona – niedoszła modelka, obecnie trenująca boks; on – niespełniony pisarz i projektant), „uprzejmy” gangster (zawsze przeprasza po uderzeniu w twarz) czy lekarz Lothar (coś za mocno wspomina o Ikei). Kto tu tak naprawdę jest szalony, a kto normalny i co to tak naprawdę znaczy? – to jedno z pytań, jakie będzie na pewno krążyć po seansie.

Jednak Jensen nie bawi się w moralizowanie czy ocenianie kogokolwiek. Nie sugeruje, że przez chorobę ludzie ci są lepsi czy gorsi. Po prostu inaczej patrzą na pewne rzeczy i trzeba to przyjąć do wiadomości. A mimo poruszanych tematów oraz wątków, „Wiking” nie jest depresyjno-przygnębiający. Potrafi być zaskakująco rozrywkowy, nie tracąc nic ze swojego ciężaru emocjonalnego. To olbrzymia zasługa rewelacyjnego aktorstwa: od powściągliwego (jak zawsze) i znakomitego Madsa Mikkelsena przez niemal na granicy nerwicy Nikolaja Lie Kaasa po kradnących film Larsa Bryngmanna (Lothar) oraz Kardo Razzaziego (Hamdan).

Jensen znowu to zrobił – kolejny raz zrobił mocną mieszankę absurdalnej komedii z dramatem psychologicznym, która potrafi wzruszyć, poruszyć oraz skłonić do refleksji. Pełny pakiet emocji, jaki może dostarczyć tylko skandynawskie kino. Absolutnie warte zobaczenia, choć wielu może nie być na to gotowym.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Road House

Są takie filmy, którym remake jest tak potrzebny jak łysemu grzebień. Bo raczej nie da się przebić pewnego poziomu i pułapu, do którego sięgnął poprzednik. Albo są dziełami swoich czasów, które nie są możliwe do odtworzenia. Czy te obawy sprawdziły się w przypadku nowego „Wykidajły”, eeee, „Road House”?

Tym razem naszym herosem jest Elwood Dalton (Jake Gyllenhaal) – gość niepozorny i opanowany, który dorabia sobie w nielegalnych walkach. Jednak chyba nie idzie mu za dobrze, bo mieszka w samochodzie. Wtedy zgłasza się do niego Frankie (Jessica Williams) – właścicielka przydrożnego baru w miasteczku na Florydzie. Potrzebny bramkarz do opanowania bałaganu oraz rozrabiaków. Po awarii samochodu, decyduje się wyruszyć. Resztę znacie z oryginału, choć jest lekko zmodyfikowane. Czyli staje na odcisk lokalnego biznesmena (Billy Magnussen), który chce przejąć lokal dla własnego interesu.

Tym razem nową wersję „Road House” nakręcił Doug Liman, czyli specjalista od kina akcji („Tożsamość Bourne’a”, „Na skraju jutra”) i w teorii wydawał się odpowiednią osobą do tego zadania. Remake sprawia wrażenie filmu nie aż tak szalonego i przerysowanego jak poprzednik, zaś zmiana realiów (słoneczna Floryda) na pewno pomogła. Jest bardziej poważnie, pojawiają się krótkie retrospekcje z mrocznej przeszłości Daltona (bo protagonista bez mrocznej przeszłości jest nudny) – gdy jeszcze był zawodnikiem mieszanych sztuk walki. Nie oznacza to, że humor wyparował całkowicie – jest parę one-linerów i ciętych tekstów. Sama akcja jest o wiele bardziej dynamiczna, ze sporą ilością zbliżeń oraz szybkiej pracy kamery. Pierwsza bójka z plaskaczem czy finałowa konfrontacja ze zmianami perspektyw potrafią dać sporo frajdy.

Problem jednak w tym, że ta historia traci swój impet. Motocykliści, jedzący krokodyl, jachty, skorumpowany szeryf. O dziwo w pierwszej połowie jest zadziwiająco więcej muzyki niż się spodziewałem. Dialogi są niezłe, ładnie to wygląda, a w tle gra głównie gitarowa muzyka. Niemniej samo zakończenie lekko rozczarowuje, efekciarska akcja nie ekscytuje i jest przegięta (nawet mamy eksplozję i wjazd do baru… motorówką).

I wtedy w połowie filmu pojawia się Conor McGregor jako silnoręki Knox, który ma rozwiązać sprawę. Facet w zasadzie gra samego siebie, ze swoim irlandzkim akcentem, robiąc kompletną rozpierduchę. Dosłownie i w przenośni, bo grać on kompletnie nie umie, ale jak ma się naparzać, to się naparza. A jak sobie radzi z główną rolą Gyllenhaal? Jest cholernie dobry, ma sporo charyzmy i wiele razy prezentują swoją seksowną klatę, by panie miały na czym zawiesić oko. Absolutnie dobry casting. Reszta postaci w sumie jest (najbardziej wybija się B.K. Cannon jako córka właściciela księgarni oraz przerysowany Magnussen jako rzekomy czarny charakter), wypadając poprawnie.

Czy potrzebny był ten remake? W zasadzie nie, bo nie ma ani tego szaleństwa, brawury oraz potężnej dawki przerysowania. Niemniej potrafi dostarczyć odrobiny frajdy z seansu, głównie dzięki niezawodzącemu Gyllenhaalowi i pięknemu otoczeniu.

6/10

Radosław Ostrowski