Głos Hind Rajab

Pojawiają się co jakiś czas filmy, które nazwałbym interwencyjnymi, niejako dotyczące bardzo świeżego, palącego tematu. Zazwyczaj są to filmy dokumentalne jak „20 dni w Mariupolu”, ale są też fabularne dzieła jak „Chciwość” (początki kryzysu ekonomicznego z 2008 roku). Teraz do tego grona trafia francusko-tunezyjski „Głos Hind Rajab”, dotyczący bezustannej wojny między zbrodniczym państwem Izrael a Palestyną. I opartej na faktach.

Jednak nie zobaczymy wojny, będąc na polu bitwy czy oblężonym mieście. Tak naprawdę będziemy w siedzibie Czerwonego Półksiężyca na Zachodnim Brzegu, przyglądając się dyspozytorom-wolontariuszom. Jest 29 stycznia 2024 roku i w sumie dzień jak co dzień. Telefon goni telefon, pracownicy odbierają telefony i próbują jakoś pomóc. Właśnie wtedy pojawia się kolejne połączenie – tym razem dzwoni niejaka Hind Rajab. Dziewczynka, jadąca samochodem z wujostwem, lecz pojazd został ostrzelany przez wojsko w okupowanej Gazie. Przeżyła tylko ona, ma 6 lat i reszta rodziny nie żyje.

Tunezyjska reżyserka Kaouther Ben Hania opowiada historię niby o wojnie, jednak sama wojna jest gdzieś w tle. Jedynie słyszalna podczas rozmowy telefonicznej (użyte zostały prawdziwe nagrania, co zostaje podane na samym początku filmu i – także podczas seansu – widzimy w prawym, górnym rogu nazwę pliku) oraz pewne archiwalia na samym końcu. Ale do tego jeszcze dojdę. Cały czas jesteśmy w siedzibie organizacji, próbując ratować życie innym. Problem w tym, że wiele zależy nie tylko od nich. Sama skomplikowana procedura, w której wiele zależy od okupującego wojska i Czerwonego Krzyża z jednej strony ma sens w tej rzeczywistości, ale z drugiej wywołują frustrację, bezsilność oraz wściekłość.

Momenty rozmowy z coraz bardziej przerażoną Hinb od razu skojarzyły mi się z „Winnymi”. Kamera jest bardzo blisko zarówno dyspozytorów: Omara i Rany. Poza tą dwójką jest jeszcze ich szef Mahdi oraz psycholożka Nisreen. Coraz silniej czuć tą nerwową atmosferę, a także jak bardzo ta bezsilność, wręcz wściekłość wobec tej chorej, niedorzecznej sytuacji. Bezkarności wojska, które zabija wszystkich jak leci (ktoś pamięta, jak rozwalili konwój Polskiego Czerwonego Krzyża?) i dającego zielone światło wobec karetek oraz bezpiecznej drogi. Wszystko to się gotuje w bardzo brutalnym, mocnym zakończeniu. Tutaj reżyserka pokazuje bliżej rodzinę dziewczynki oraz odrobinę prywatnych materiałów, a także finał tej całej sytuacji.

Ciężko jest przejść obojętnie wobec całej tej sytuacji, mimo że jest prezentowana tylko za pomocą dźwięków. „Głos Hind Rajab” jest zdecydowanie filmem ważnym, powstałym pod wpływem gniewu i sprzeciwu wobec niesprawiedliwości, bezradności oraz zbrodni. Zostaje w głowie na bardzo długo.

8/10

Radosław Ostrowski

Hamnet

UWAGA!
Recenzja zawiera spojlery. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Są takie filmy, które odbierają widzowi mowę, bo słowa wydają się być takie pozbawione ciężaru i mocy. Jak wiadomo obraz (kadr) wyraża więcej niż tysiąc słów, jednak postaram się podjąć tego wyzwania. A wszystko dotyczy nowego dzieła Chloe Zhao, czyli adaptacji powieści Maggie O’Connell „Hamnet”. Jeśli wam ten tytuł podobnie jak jedno z największych dzieł niejakiego Williama Szekspira, to nie jesteście osamotnieni.

Bo historia skupia się wokół młodej, dość specyficznej pary z drugiej połowy XVI wieku. Agnes (Jessie Buckley) często spędza czas w lesie, posiada sporą wiedzę zielarską, ale miejscowi traktują ją jako „wiedźmę”. Dziś byśmy powiedzieli, że to outsiderka. Lecz to właśnie ona wpada w oko młodemu facetowi, niejakiemu Szekspirowi (Paul Mescal). Syn szewca z aspiracjami literackimi oraz pustymi kieszeniami, próbuje spłacić dług ojca jako nauczyciel łaciny. Jednak coś zaczyna iskrzyć między nimi i wbrew woli rodziców (obojga) biorą ślub. W końcu udaje mu się znaleźć pracę w Londynie, ale kobieta zostaje w Strafford razem z trójką dzieci. Kiedy William pracuje w teatrze londyńskim, wybucha epidemia, doprowadzając do choroby oraz śmierci jedynego syna.

Reżyserka Chloe Zhao prowadzi swoją narrację powoli, bo i czasy były wtedy dużo wolniejsze. Na pierwszy rzut oka wydaje się nic nie dziać, sporo jest długich oraz statycznych ujęć. A także bardzo wielu momentów ciszy i skupienia. W sumie Zhao przygląda się młodym ludziom oraz prowadzonemu przez nich spokojnemu życiu. Do czasu, bo musi stać się nieuniknione. I to powolne tempo potrafi dać się we znaki, tak jak bardzo delikatna reżyseria. Zdarzają się jednak momenty bardzo intensywne jak dwa porody Agnes (jeden w lesie, drugi w domu z powodu powodzi), próba teatralna, gdzie Szekspir nasłuchuje aktora i kamera niemal pokazuje twarz autora czy wręcz desperacka walka o życie dziecka. Te chwile trzymały mnie najmocniej, bardzo angażując. Ale „Hamnet” pokazuje, że żałoba oraz cierpienie niekoniecznie musi być głośna, pełna ekspresji, wielkich słów. I jak każdy przeżywa ją inaczej, także na swój sposób sobie z nią radząc.

Technicznie ten kameralny film prezentuje się bardzo dobrze. W szczególności przepiękne oraz przemyślane zdjęcia Łukasza Żala w połączeniu ze scenografią oraz kostiumami tworzą ucztę dla oka. Nawet jeśli praca kamery jest powolna czy statyczna, oszałamia. W tle jeszcze gra delikatna muzyka Maxa Richtera. I to uczyniłoby w zasadzie dobry film. Ale dopiero trzeci akt oraz finał z wystawieniem „Hamleta” daje emocjonalną bombę. Ona sprawiła, że film Zhao zyskał więcej w moich oczach.

A to wszystko jeszcze bardziej trzymała na swoich plecach rewelacyjna Jessie Buckley. Będąca w silnym związku z naturą, początkowo jest pełna życia, energii oraz pasji. Jednak tragedia zmienia ją w bardzo wyciszoną, zjadaną przez ból kobietę, nie potrafiącą się pogodzić z najgorszym. Wręcz przypomina żywego trupa. Ta rola jest prawdziwym sercem tego filmu, bez której nawet w tych spokojniejszych momentach by nie działała. Zaś w ostatnim akcie wypada kapitalnie i jest to kreacja godna wszystkich nagród. Towarzyszący jej Paul Mescal w roli Szekspira prezentuje się więcej niż dobrze. Wydaje się bardziej zagubiony, pełen marzeń, a jednocześnie bardzo wycofany, niezbyt towarzyski i mało komunikatywny. Jednak czuć silną chemię między nim a Buckley: od opowiedzenia w lesie historii Orfeusza przez krótkie chwile między podróżami do miast aż po ostatnią scenę pełną samych spojrzeń. Świetnie się oboje wygląda. Na drugim planie całość kradnie niezawodna Emily Watson (matka Williama, zmieniająca swoje nastawienie wobec synowej – jej monolog o tym, że niczego nie można brać za pewnik – kapitalny), świetny Joe Alwyn (brat Agnes) oraz aktorzy dziecięcy: Olivia Lynes (Judith) i Damien Jupe (Hamnet).

Po flircie z blockbusterowym kinem w postaci „Eternals”, Chloe Zhao ze swoim „Hamnetem” wraca do bardziej kameralnego, intymnego kina. Dla wielu ta delikatność i spokój może wywołać znużenie przez dwie trzecie filmu, wszystko jednak spina się w samym zakończeniu. Bardzo satysfakcjonującym, poruszającym i pokazującym oczyszczającą siłę sztuki. Zdecydowanie warto zabrać ze sobą chusteczki.

8/10

Radosław Ostrowski

 

 

Sny o pociągach

Aż dziwne, że w tak rozpędzonych, pełnych bodźców oraz szybkich cięć montażowych powstał dla platform streamingowych taki film jak „Sny o pociągach”. Dzieło jakby nakręcone w latach 60. czy 70., które dopiero teraz zostało wygrzebane z czyjegoś strychu. Może wynika to z faktu, że jest to historia osadzona w pierwszej połowie XX wieku. Czyli czasach o wiele wolniejszych niż dzisiaj.

A bohaterem jest Robert Grainer (Joel Edgerton) – facet w zasadzie pozbawiony przeszłości (rodzice nie żyją, dlaczego? – nie wiadomo), idący przed siebie nie mając żadnego celu, planów i przyszłości. Pracuje jako drwal podczas wyrębu lasu, więc jest w stanie się utrzymać. Ale jego życie zmienia się w momencie, kiedy poznaje Gladys (Felicity Jones). Bierze z nią ślub, stawia dom, oboje mają córkę i jak zawsze wyrusza do pracy. Strasznie daleko od domu, więc nie zawsze ma czas być z rodziną. Zwłaszcza kiedy trwa I wojna światowa i zapotrzebowanie na drewno jest spore.

Dla reżysera Clinta Bentleya adaptacja powieści Denisa Johnsona to opowieść jednocześnie kameralna i monumentalna. Kameralna, bo skupia się na losach jednego człowieka. Monumentalna, bo rozgrywa się na przestrzeni 60 lat. Głównie w lasach, z ogromnymi drzewami starszymi niż ktokolwiek z żyjących ludzi. Nie brzmi jak coś ekscytującego, ale to tylko pozory. W tych chwilach wyciszenia reżyser skupia się na człowieku w otoczeniu wielkiej i silnej przyrody, która potrafi być bezwzględna. Zwłaszcza mieszkając blisko niej, ale w pewnym momencie film zaczyna budzić skojarzenia z… „Manchester by the Sea” Kennetha Lonergana. Skąd to skojarzenie? Z powodu udręki, jaka spotyka naszego bohatera po poważnej tragedii i poczucia bycia ukaranym przez los. Wszystkiemu towarzyszy narracja z offu w wykonaniu Willa Pattona, gdyż nasz bohater nie należy do zbyt rozmownych osobników, przez co ciężko wejść do jego głowy. Zazwyczaj coś takiego wydaje się drogą na łatwiznę, jednak tutaj się tu uzupełnia.

Całość okraszona jest wręcz pięknymi zdjęciami oraz delikatną muzyką, która pomaga w budowaniu bardzo melancholijnej atmosfery. Takie kontemplacyjne wręcz spojrzenie na ludzkie życie, gdzie drobiazgi zaczynają nabierać większego ciężaru. Szczególnie widać to w sennych montażach. Swoje dopełnia też oszczędna scenografia i kostiumy, świetne dialogi oraz galeria postaci drugoplanowych: od cytującego Biblię Apostoła Franka (Paul Schneider) przez doświadczonego Arna (kradnący ekran William H. Macy) i sklepikarza Ignatiusa Jacka (dobry Nathaniel Arcand) aż po strażniczkę lasu Claire (urocza Kerry Condon). Ale tak naprawdę liczy się tu bardzo wycofany i skupiony Joel Edgerton, będący mieszanką opanowania, niepewności oraz lęku. Im dalej podążamy za nim, tym bardziej widać jego zagubienie, smutek i ból, tłumiony, duszony, w kontrze do cudownej i czarującej Felicity Jones, będącej tą ciepłą przystanią, do której chce się wracać.

Chyba nikt się nie spodziewał takiej drobnej perełki od Netflixa. Piękny, bardzo wyciszony i jednocześnie bardzo uderzający emocjonalnie dramat o człowieku zderzonym ze światem. Niby to nic niezwykłego, ale jak już się wejdzie do tego świata, zostanie po seansie dłużej niż się wydaje.

8/10

Radosław Ostrowski

Frankenstein

Wśród ikonicznych potworów w historii popkultury za pierwszego (obok Draculi i wilkołaka) uważany jest potwór Frankensteina. Pierwszy raz pojawił się na kartach powieści Mary Shelley „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” z 1818 – uważaną za pierwszą powieść science-fiction. Oraz jedną z pierwszych, opowiadających o tym, jak człowiek bawi się w Boga, co kończy się katastrofą. Ten motyw był potem wykorzystywany m. in. choćby w „Parku Jurajskim” Michaela Crichtona czy filmie „Obcy: Przymierze”. Samych adaptacji tej powieści powstało wiele, w których monstrum grali tacy aktorzy jak Boris Karloff czy Robert De Niro. Teraz swoje spojrzenie na tego klasyka przygotował specjalizujący się w filmach o potworach Guillermo del Toro, a całość sfinansował Netflix.

Historia zaczyna się na zamarzniętym Oceanie Arktycznym, gdzie utknął duński okręt z zadaniem dotarcia do bieguna północnego. Dowodzący kapitan Andersen (Lars Mikkelsen) znajduje ciężko rannego mężczyznę, ściągając go na okręt. W ślad za nim rusza tajemnicza istota, bardzo chcąca dorwać ocalonego, wołając „Victor”. Jak się okazuje uratowanym jest baron Victor Frankenstein (Oscar Isaac), który po odzyskaniu przytomności opowiada swoją historię. Oraz tego jak stworzył „żywego” człowieka ze zwłok zmarłych (Jacob Elordi).

„Frankenstein” to dwie historie pokazane z dwóch perspektyw: Frankensteina oraz jego kreacji. Pierwsza pokazuje Victora od dziecka i jego silnej relacji z matką (Mia Goth) aż po jej śmierć podczas porodu. I to wywołuje w nim bunt wobec śmierci, otoczenia naukowców, nawet swojego ojca. Podczas jednej z prezentacji akademickiego do barona zgłasza się przyjaciela brata, niejaki Henrich Harlander (Christoph Waltz). Ten proponuje naukowcowi nieskończone środki, lokację z dala od świata oraz zwłoki. Druga historia opowiadana przez monstrum to próba odnalezienia siebie w kompletnie obcym świecie, odrzuconym przez stwórcę i spotykającego się niemal z wrogością, antagonizmami oraz samotnością.

Niby nic, czego bym się nie spodziewał, ale jak to Del Toro jest bardzo plastycznie oraz wysmakowane na poziomie wizualnym. Trudno nie oderwać oczu od tej imponującej scenografii czy mocnych kolorystycznie kostiumów. I wielka szkoda, że ten film trafił na duży ekran, bo to byłoby ogromne doświadczenie. Ale czy ta historia angażuje? Nie jest ona stricte horrorem, choć początek na zamarzniętym oceanie potrafi budzić lęk. Jednocześnie reżyser mocno pokazuje jak dobrymi chęciami jest piekło brukowane, doprowadzając na skraj szaleństwa samego twórcę oraz jego tworzywo. Zupełnie jakby samo wykonanie celu było najważniejsze, bez odpowiedzi na pytanie: „co dalej?”. Szczególnie, że interakcje żywego trupa z Victorem ogranicza się w zasadzie do jednego słowa: „Victor!”. Jedynym rozumiejącą go osobą jest narzeczona brata barona, Elizabeth (niezawodna Mia Goth) – równie odosobniona i żyjąca we własnym świecie.

Dopiero w drugiej połowie, czyli z perspektywy Monstrum dla mnie film nabrał większej siły. Łatwo się zidentyfikować z osobą, która pierwszy raz – niczym dziecko – odkrywa świat, spotykając się z odrzuceniem, wrogością. Co gorsza, nie jest on w stanie umrzeć, zaś każda rana się regeneruje. Zupełnie jakby był proto-Wolverine’m czy innym superherosem. Ale ta postać zyskuje dzięki rewelacyjnej roli Jacoba Elordiego. Jego bardzo głęboki głos, charakteryzacja oraz sposób poruszania robią piorunujące wrażenie. Zarówno próby mówienia, interakcja z niewidomym czy narastający gniew zapadają bardzo mocno w pamięć. Równie świetny jest Oscar Isaac, nawet jeśli budzi on skojarzenia z podobną rolę w „Ex Machina”. To bardzo egotyczny, coraz bardziej pyszałkowaty, manipulujący i bezwzględnie dążący do celu. Nie zdając sobie sprawy z konsekwencji tego zjawiska, zaczynać czuć pogardę, brak cierpliwości oraz szorstkość. Bardzo mocna i wyrazista kreacja.

Na papierze „Frankenstein” wydaje się być skrojony pod wrażliwość oraz styl Guillermo del Toro. Imponujący audio-wizualnie, z dwiema wyrazistymi głównymi rolami. Aczkolwiek muszę przyznać, że bardziej mi się podobała druga połowa, zaś powolne tempo może wielu zniechęcić. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nosferatu

Ileż to było inkarnacji słynnego hrabiego Drakuli – nawet nie chce mi się liczyć, a i tak widziałem ledwie garstkę. Za najwierniejszą inkarnację najsłynniejszego krwiopijcy w historii literatury uznaje się „Nosferatu” z 1922 roku w reżyserii F.W. Murnau. To dzieło doczekało się remake’u w 1979 roku przez Wernera Herzoga, ale żadnej z tych inkarnacji nie widziałem. Teraz swoje spojrzenie na tego klasyka postanowił zaprezentować Robert Eggers.

Tym razem jesteśmy w małym miasteczku w Niemczech, gdzie mieszka świeżo poślubiona para: Thomas (Nicholas Hoult) i Ellen Hutter (Lily-Rose Depp). On zostaje zatrudniony w agencji nieruchomości pana Knocka (Simon McBurney), ona próbuje zająć się domem. Mężczyzna dostaje bardzo poważne zlecenie podpisania umowy dla hrabiego Orloka (Bill Skarsgard), by mógł nabyć podupadający zamek. Żona jednak stara się go zniechęcić do zlecenia, wyczuwając coś złego. Skąd ona to wie? No cóż, kobieta skrywa pewną tajemnicę, odpowiedzialną za jej pewne… stany emocjonalne.

W sumie „Nosferatu” opowiada historię tak znajomą, że nawet nie znając książkowego pierwowzoru (albo widząc przynajmniej jedną adaptację) można domyślić się przebiegu wydarzeń. Ogólny zarys się zgadza, ale diabeł – lub wampir w tym przypadku – tkwi w szczegółach. Osadzenie akcji w niemieckim nadmorskim miasteczku początku XIX wieku jest zdecydowanie odświeżającym, a także większe skupienie na Ellen. Modyfikacje są w zasadzie drobne, jednak wydają się zachowywać charakter oraz atmosferę grozy. Zderzenie dawnych wierzeń i rytuałów z nowoczesną nauką oraz wiedzą budziło we mnie skojarzenie z… „Egzorcystą” (także przez pewną jedną scenę, podobną do akcji księży), ale bardziej czuć tutaj ducha epoki romantyzmu. Świat nadnaturalny, widziany przez osobę widzącą więcej „mędrca szkiełko i oko” konfrontuje się z racjonalnym, logicznym myśleniem. W końcu to Ellen – niejako – sama na siebie sprowadziła to wszystko i niemal do końca próbuje oszukać przeznaczenie. Czy to się jej uda?

Eggers zawsze był twórcą silnym plastycznie i kolejny raz to potwierdza. Pięknie skomponowane ujęcia (szczególnie nocne, niemal wyglądające niczym czarno-biały film), z bardzo oszczędnymi ruchami kamery oraz niemal częstymi zbliżeniami na twarz. Do tego równie wyraziste kostiumy (szczególnie stroje kobiece) i scenografia, pozwalają wejść w świat XIX wieku – nieważne, czy jesteśmy w cygańskiej wiosce, cerkwi, zamku albo siedzibie profesora von Franza. Trudno oderwać wzrok od tego świata, zaś każdy kadr mógłby robić za tapetę na ekranie komputera lub plakat.

Jednak mam jeden bardzo poważny problem z tym filmem – jego tempo jest bardzo powolne, wręcz letargiczne. Reżyser chyba aż za bardzo skupia się na detalach i szczegółach (choć jest to imponujące), a budowana atmosfera potrafi nagle się rozpłynąć w powietrzu. Nie oznacza to, że nie ma tutaj napięcia czy momentów podskoczenia i niepokoju. Sceny w zamku Orloka, gdzie widzimy zaledwie sylwetkę wampira (bez szczegółów) albo epidemia szczurów działają w budowaniu poczucia niepokoju. No i jeszcze jest zakończenie, którego nie jestem w stanie wymazać z pamięci.

Do pieca dodają aktorzy, tworząc absolutnie fantastyczne role. Kompletnie nie do poznania Bill Skarsgard jako Orlok jest przerażający. To czyste, niepowstrzymane zło, wyglądające inaczej niż (stereo)typowe wampiry: żadnych spiczastych uszu, długich szponów. Ta postać wygląda niczym dawny magnat z epickimi wąsami oraz magnetyzującym głosem (ten akcent jest CUDOWNY!!!!), budzącym respekt. Równie wyraziści są Nicholas Hoult (pozornie poczciwy Thomas) oraz Aaron Taylor-Johnson (racjonalny Friedrich), a także kradnący ekran Simon McBurney (herr Knock, szef Thomasa). Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie rewelacyjna Lily-Rose Depp (muszę przyznać, że jest bardzo podobna do Keiry Knightley) w roli Ellen. Z jednej strony wydaje się bardzo delikatna, wycofana, jednak w chwilach „opętania” czy z Orlokiem jest wręcz nadekspresyjna niczym z filmów Andrzeja Żuławskiego. Wszystkie sceny z nią dla mnie były najlepszymi momentami tego filmu. Nie można też nie wspomnieć o Willemie Defoe w roli ekscentrycznego, lekko szalonego von Franza. Aktor absolutnie ma masę frajdy z grania i z jego obecnością „Nosferatu” zaczął nabierać mocniejszych barw.

Mogę zaryzykować i nie bez kozery stwierdzić, że „Nosferatu” to najlepszy film Eggersa. Nie jest to dzieło dla wszystkich, ale ciężko jest przejść obojętnie wobec wykreowanego świata oraz znakomitej warstwy wizualnej. Może nie zawsze przeraża i ma momenty przestoju, jednak jak już złapie, będzie trzymał do samego końca.

8/10

Radosław Ostrowski

Emilia Perez

Chyba żaden film spośród nominowanych do Oscara nie wywoływał aż tak ostrych reakcji jak „Emilia Perez”. Mieszanka musicalu, dramatu, sensacji i opery mydlanej nie jest oczywistym połączeniem, ale reżyser Jacques Audiard nie bał się robił nieoczywistych połączeń. Czy tym razem wyszedł zwycięsko?

Bohaterką filmu jest Rita Castro (Zoe Saldana) – prawniczka, działająca w poważnej kancelarii, choć w cieniu swojego szefa. Dostaje dość nietypową propozycję od niejakiego Manitasa – jednego z potężnych szefów kartelu narkotykowego. Mężczyzna chce… zmienić płeć. Od dziecka czuł się kobietą, do tego od dwóch lat bierze estrogen i nie może już dłużej ukrywać swojej natury. Mecenas ma znaleźć chirurga, który podjął by się tej operacji, zachowując tożsamość klienta w tajemnicy. W zamian ma dostać kilka milionos dolaros. W końcu udaje się znaleźć lekarza w Izraelu, który podejmuje się operacji, udaje się sfingować śmierć gangstera, zaś jego żona (Selena Gomez) i dwoje dzieci trafiają do Szwajcarii. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie? Mijają cztery lata, a Rita pracuje w Londynie i tam poznaje niejaką Emilię Perez (Karla Sofia Gascon), która okazuje się… Manitasem już po operacji. Mecenas jest przekonana, że ma zostać zlikwidowana jako osoba znająca przeszłość kobiety. Tylko, że… NIE. Emilia chce sprowadzić swoją rodzinę do Meksyku i zamieszkać z nimi jako… ciotka.

Sam opis fabuły pokazuje jak wiele się dzieje oraz ile tematów chce ten tytuł poruszyć. Transpłciowość, bezwzględność karteli, korupcja, przyjaźń itd. Meksyk jest tutaj pokazany jako kompletnie zdegenerowane państwo rządzone tak naprawdę przez kartele oraz skorumpowany wymiar sprawiedliwości. Bieda jest tu powszechna, prawo wydaje się być bezsilne, a w środku tego całego chaosu trzy kobiety szukające swojego miejsca. A wszystko polane sosem z jakiejś brazylijskiej telenoweli, próbującej wyglądać niczym film Almodovara (meksykański dom Emilii) oraz… musicalu. Niestety, cała ta hybryda zwyczajnie gryzie się ze sobą. Same piosenki (w większości to tak naprawdę bardziej recytowane fragmenty dialogi ze śladową ilością melodii) – poza bardzo energiczną „El Mar” w scenie podczas gali charytatywnej – nie zapadają kompletnie w pamięć, podobnie jest z choreografią (może poza początkiem na ulicy oraz w/w galą). A sama historia to pomieszanie z poplątaniem, w którym nie byłem się w stanie odnaleźć.

Ale chyba najgorsza jest dla mnie główna bohaterka i nie jest to wina grającej ją Karli Sofii Gascon, tylko jak bardzo niespójnie została napisana. Niby chce zerwać z przeszłością i zacząć nowe życie (nawet zakłada fundację, która pomaga znaleźć ofiary karteli), ale jednocześnie chce mieć blisko swoją rodzinę. Nie rozumiem tej sprzeczności, do tego kobieta sprawia wrażenie manipulantki, próbującej trzymać kontrolę nad najbliższymi (jej reakcja na wyprowadzkę Jessie z dziećmi i jej nowym facetem to sugeruje). Do tego na koniec – po śmierci – zostaje przez lokalnych mieszkańców traktowana jak święta, co we mnie wywołało tylko śmiech oraz niedowierzanie. Równie niebudząca sympatii jest Jessie, grana przez Selenę Gomez. Ciągle znudzona, niby próbująca się odnaleźć i przetrawić żałobę, ale kompletnie ma w dupie swoje dzieci oraz bardziej zależy na pieniądzach oraz swoim nowym gachu. Jedynie Zoe Saldana broni się z tej obsady i jako jedyna mnie interesowała, ale nawet ona nie mogła sama tego udźwignąć.

Technicznie wygląda to porządnie i nie brakuje paru kreatywnych ujęć, ale w ogólnym rozrachunku „Emilia Perez” jest ogromnym rozczarowaniem. Płytki, pełen rwanych wątków, nieprzekonujących postaci oraz stereotypowego przedstawienia Meksyku. Nieudolna kalka „Narcos” sklejona z „Panią Doubtfire” (dawno nie widziałem) w musicalowym sosie, która traktuje się zbyt poważnie. Jeśli chcecie szalonego i niekonwencjonalnego, lepiej sięgnijcie po „Annette”. Tam przynajmniej piosenki zapadają w pamięć.

3,5/10

Radosław Ostrowski

The Brutalist

Raz na jakiś czas pojawia się film, po którego seansie odbiera mi mowę. Słowa wydają się kompletnie drobne, słabe, nieoddające sprawiedliwości, ale spróbuję podzielić się wrażeniami z najnowszego filmu Brady’ego Corbeta „The Brutalist” (nazywany też przez niektórych „Brutalistą”, choć w kinach tytuł nie został przetłumaczony). 10 nominacji do Oscara i Srebrny Lew za najlepszą reżyserię na MFF w Wenecji zawiesiły poprzeczkę bardzo wysoko.

Cała historia skupia się wokół Laszlo Totha (Adrien Brody) – węgierskiego Żyda, który został rozdzielony ze swoją żoną i siostrzenicą. W roku 1947 emigruje do Stanów Zjednoczonych, by zacząć wszystko od nowa i znaleźć american dream. Udaje mu się zatrudnić u swojego kuzyna Attyli (Alessandro Nivola) w jego firmie meblarskiej. Ale w końcu naszemu Laszlo los wydaje się uśmiechać – do ich firmy przychodzi Harry Van Buren (Joe Alwyn) i daje im zlecenie na renowację domowej biblioteki. Ma to być niespodzianka, ale nagle pojawia się Harrison Lee Van Buren (Guy Pearce) i jest strasznie wkurzony widząc to miejsce. Ostatecznie kuzyni nie dostają zapłaty, co psuje relacje między nimi. Trzy lata później Toth pracuje jako robotnik w Filadelfii, gdzie znajduje go Van Buren. Przeprasza go za swoje zachowanie, wręcza mu zapłatę i składa mu propozycję: zbudować w Doylestown centrum społeczno-kulturalne ku czci swojej zmarłej matki.

Corbet już od samego początku robi film w starym stylu, czyli epickich produkcji z lat 50. i 60. Całość trwa trzy i pół godziny, z uwerturą na początku, 15-minutową przerwą (intermisją) w środku oraz epilogiem na końcu. Jest to opowieść jednocześnie bardzo kameralna i intymna, a jednocześnie w ogromnej skali i monumentalna. Ubrana w konwencję kina biograficznego opowieść, mająca w sobie więcej warstw niż cebula w „Shreku”. Z jednej strony jest to droga imigranta do amerykańskiego snu, który staje się koszmarem i źródłem frustracji (ikoniczny już kadr ze Statuą Wolności pokazaną do góry nogami), z drugiej o artyście wyrażającym się przez swoją sztukę, z trzeciej o trudnej relacji między artystą a bogatym mecenasem (zderzenie wizji artystycznej z kapitalizmem). A z czwartej to portret złamanego przez traumy człowieka i jego obsesji, doprowadzającej do destrukcji.

To jest bardzo ambitne oraz poważne przedsięwzięcie, ale Corbet wsysa nas do tego świata. Ameryki lat 40., 50. i 60., która może i ma piękne krajobrazy, masę możliwości, ale to wszystko tylko iluzja. Ludzie pozornie są do ciebie pozytywnie nastawieni, ale traktują cię z wyższością klasową, finansową. To się zaczyna na Tocie odbijać, doprowadzając do kolejnych traum, upokorzeń, frustracji, wreszcie nałogów, mogących doprowadzić do destrukcji. Nie ma tutaj miejsca na ani jedną fałszywą nutę, nawet w dialogach czy przebijających się serwisach informacyjnych, o symbolice nie rzucającej się mocno w oczy nie wspominam. Wizualnie jest to olśniewające doświadczenie: od bardzo długich mastershotów z kamerą bardzo blisko bohaterów (sam początek na statku, gdzie słyszymy list i jakieś dźwięki, a początkowo obraz jest niewyraźny) przez imponujące krajobrazy włoskich gór po monumentalne wnętrza budowanego dzieła. Równie imponująca jest także scenografia i kostiumy z epoki oraz bardzo płynny montaż z kilkoma perełkami (time lapse pokazujący przebieg budowy).

To wszystko by razem nie zadziało, gdyby nie absolutnie rewelacyjne aktorstwo. WSZYSTKICH. Od drobnych epizodów (włoski przyjaciel w wykonaniu Salvatore Sansone; Isaach de Bankole jako poznany w pracy Gordon) po kluczową trójkę bohaterów. Bardzo zaskoczyła mnie Felicity Jones jako Erszebeth Toth, która pojawia się dopiero w połowie filmu. Pozornie wydaje się słaba, obolała (porusza się na wózku), naznaczona wojennymi traumami, ale ona ma w sobie wewnętrzną siłę, znosząc z godnością wszelkie ataki. Niesamowity jest Guy Pearce w roli Harrisona Van Burena. Pozornie sprawia wrażenie eleganckiego, oczytanego dżentelmena, doceniającego kunszt i talent u innych. Jednak pod tą fasadą skrywa się człowiek o zmiennym charakterze, hipokryta oraz bigot, z którego wyłażą prostackie, wręcz chamskie wypowiedzi. Ale tak naprawdę liczy się absolutnie wybitny Adrien Brody w roli Totha. Już sama jego postura pokazuje człowieka zniszczonego przez wojenne traumy (wychudzony, zaniedbane włosy), pełnego bólu i nieszczęść. Jednak im dalej w las, tym więcej widzimy jego twarzy: bezkompromisowego artysty, zagubionego nałogowca, bardzo tęskniącego i szukającego akceptacji. O wiele bardziej złożona niż (dość zbliżona) rola Szpilamana z „Pianisty”.

Jakim cudem taki film jak „The Brutalist” powstał, jest zdumiewające. Tym bardziej, że film kosztował niecałe 10 milionów dolarów, osiągając o wiele więcej niż dużo droższy (i podobny tematycznie) „Megalopolis” Francisa Forda Coppoli. Pozornie prosty, ale bardzo skomplikowany, zdyscyplinowany, złożony oraz spektakularny. Dzieło, o którym będziemy mówić przez następne dekady – tego jestem pewny. Kino kompletne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Flow

W ostatnich czasach wśród nominowanych do Oscara filmów animowanych bardziej przebijają się produkcje spoza Stanów Zjednoczonych. I nie chodzi tylko o produkcje japońskie, ale także z dość egzotycznych – dla Amerykanina – krajów jak… Hiszpania czy Belgia. Teraz do tego grona trafia „Flow”, czyli koprodukcja łotewsko-francusko-belgijska od Gintsa Zilbalodisa, odpowiedzialnego za reżyserię, scenariusz, zdjęcia, scenografię, muzykę i montaż. Sporo roboty jak na jednego człowieka, ale czy wysiłek się opłacił?

Sama akcja toczy się w bliżej nieokreślonym czasie, gdzie kompletnie nie ma ludzi. Jest za to spory las i pusty dom, gdzie mieszka czarny kot. W sumie jego dzień jest bardzo powtarzalny: spacerek po okolica, ucieczka przed psami i bardzo długi sen. Rutyna zostaje przełamana przez inne czynniki, mianowicie zbliża się wielka woda – nie wiadomo skąd, jak ani dlaczego. Wszystkie zwierzęta zaczynają przed nią uciekać, byle by nie paść jej ofiarą. Nasz kocur, co fanem wody nie jest, ma szczęście – zauważa samotnie płynącą łódkę. Z czasem jednak do czworonoga dołącza dziwaczna mieszanka zwierząt: pies, lemur, kapibara (cały czas myślałem, że to bóbr, znany też w Polsce jako bober) i pewien dziki ptak. Jak ta mieszanka będzie razem działać? O ile się wcześniej nie pożrą?

Najbardziej rzucającą się rzeczą we „Flow” jest kompletny brak dialogów. Zwierzęta wyrażają się jedynie poprzez swoje odgłosy i zachowania, co nie jest takie łatwe do wyegzekwowania. A jednak ta opowieść angażuje, powoli budują się relacje między zwierząt za pomocą drobnych scen (dziki ptak wręcz kotu rybę czy stanie w jego obronie przed przywódcą swojego stada albo pies naśladujący zachowanie kota). Reżyser opowiada historię w sposób bardzo wizualny, a obraz jest zaprawdę imponujący. Tła i otoczenie wyglądają jakby były malowane farbami, zwierzęta są bardzo płynne i zaskakująco szczegółowe, zaś całości towarzyszy przepiękna muzyka. Jest parę kapitalnych kadrów oraz sytuacji: każde pojawienie się morskiej bestii, statek wpływający do zalanego miasta czy nasz kot otoczony przez masę rybek. To tylko parę niezapomnianych momentów, z kilkoma skrętami w bardziej oniryczne sytuacje.

„Flow” niczym „Pies i Robot” jest odświeżającą animacją z europejskiego podwórka, z potężną dawką uroku. To bardzo poruszająca i oszałamiająca opowieść o dojrzewaniu do odpowiedzialności oraz wychodzeniu poza strefę komfortu. Cudowna perełka, której nie należy przegapić.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kompletnie nieznany

Bob Dylan – jeden z najbardziej rozpoznawalnych muzyków XX wieku. Od folkowego grania na akustycznej gitarze z harmonijką przez rocka aż po zdobycie literackiej Nagrody Nobla. Jednak jego życie prywatne w zasadzie pozostaje tajemnicą, mimo sławy oraz rozpoznawalności. Pewną lukę w tej kwestii próbuje załatać reżyser James Mangold. Jednak o wiele bardziej skupia się na początku działalności.

kompletnie nieznany1

Wszystko zaczyna się w 1961 roku w Nowym Jorku, gdzie przebywa pewien 19-letni chłopak z gitarą (Timothee Chalamet). Młodzik jest wielkim fanem Woody’ego Guthrie (Scoot McNairy) – legendarnego muzyka folkowego, dotkniętego udarem i paraliżem. W końcu dzięki jego przyjacielowi, Pete’owi Seegerowi (Edward Norton) udaje się poznać muzyka oraz zaśpiewać mu utwór. Obaj są pod ogromnym wrażeniem, zaś Pete zaprasza Dylana do siebie, a ten zaczyna się aklimatyzować do Nowego Jorku tego okresu. A także zacząć tworzyć swoje utwory, co zaczyna być zauważane przez środowisko.

kompletnie nieznany2

Reżyser James Mangold idzie trochę inna drogą niż klasyczny biopic, bo o samym Dylanie i jego przeszłości wiemy bardzo niewiele. Bo i sam artysta nie mówi o niej zbyt wiele, zaś wypowiadane przez niego słowa są niejasne. Bardziej dostajemy wgląd na muzyka poprzez jego własne dzieła oraz jaki one wpływ mają na otoczenie (wykonanie „Master of War”). Jakby jego muzyka ma się sama bronić, zaś sam Dylan zostaje – jak tytuł mówi – „kompletnie nieznany”. Poprzez Dylana Mangold portretuje środowisko folkowe lat 60., pragnące się przebić do szerszej widowni, a jednocześnie mocno zakorzenione w przeszłości. Zamiast grać nowe utwory (jak Dylan – choć początkowo nie są nagrywane), więcej jest wydawanych coverów. A im bardziej sławny staje się nasz bohater, tym ciężej sobie z tym radzi. I nie, nie zaczyna brać narkotyków czy robić innych autodestrukcyjnych działań, ale próbuje grać wszystkim na nosie. Dlatego przerywa koncert, bo zamiast grać największe hity, chce pokazać nowe utwory; dlatego w studiu zaczyna brać innych muzyków; wreszcie w 1965 roku podczas Newpork Folk Festival gra na gitarze elektrycznej.

kompletnie nieznany3

Jeszcze to wszystko jest świetnie zagrane. Początkowo ciężko można było sobie wyobrazić Timothee Chalameta w roli głównej, ale jako Dylan wypada o wiele lepiej niż się spodziewano. Imituje głos artysty, także sam śpiewa i gra (jak wszyscy aktorzy), jednak nigdy nie popada w przerysowanie ani parodię. Bywa czasem antypatyczny i zbyt skupiony na sobie, lecz nie można ulec jego urokowi i aurze tajemnicy. Nominacja do Oscara wydaje się być pewna. Równie bogaty jest tutaj drugi plan: od zawsze solidnego Edwarda Nortona (uroczy Pete Seeger) przez wyraziste panie Elle Fanning (aktywistka Sylvie Russo) i Monicę Barbero (Joan Baez) aż po zaskakującego Boyda Holbrooka (kompletnie nie do poznania jako Johnny Cash).

kompletnie nieznany4

Choć początek bywa chaotyczny i nie do końca wiadomo, gdzie to zmierza, to „Kompletnie nieznany” pozostaje wciągającą biografią. Zamiast faktografii i sztampy, Mangold bardziej wsłuchuje się w muzykę Dylana, pokazując jej siłę oraz wpływ na całe społeczeństwo. Niemal impresyjny portret artysty z czasów młodości.

8/10

Radosław Ostrowski

Anora

Mówi się, że miłość potrafi pojawić się w najmniej spodziewanej sytuacji i miejscu. Na pewno takim miejscem można by nazwać klub ze striptizem. Tutaj raczej nikt nie udaje, że to jest tylko transakcja, chociaż może tym razem będzie inaczej. O takiej nietypowej sytuacji opowiada Sean Baker w swoim nowym filmie „Anora”.

Tytułowa Anora (Mikey Madison) nie przepada za swoim imieniem i raczej używa zdrobnienia Ani. Jest właśnie taką dziewczyną, co tańczy na rurze (i nie tylko) w jednym z klubów na Brooklynie. 23-letnia imigrantka wydaje się być dobra w swoim zawodzie, choć wielkich profitów z tego nie ma. Aż pewnego dnia jej szef przedstawia ją jednemu z klientów, Iwanowi Zacharawowi (Mark Eydelshteyn), gdyż ten chce być „obsłużony” przez dziewczynę płynnie mówiącą po rosyjsku. Chłopak niby jest studentem, ale tak naprawdę większość czasu spędza na imprezowaniu i graniu w gry. W koniu proponuje Ani 15 tysięcy dolarów za spędzenie tygodnia u niego na chacie. Potem zabiera ją do Las Vegas, gdzie… oświadcza się jej, a ona – nie bez wątpliwości – się zgadza. „A potem żyli długo i szczęśliwie”? No, niekoniecznie.

Już sam początek „Anory” elektryzuje. Ale skoro widzimy dziewczyny tańczące przy dzianych facetach w remixie Robina Schultza, nie może być inaczej. Całość jest bardzo przyziemna, pokazująca życie tych z dołów społecznych, próbujących przeżyć. A potem nagle całość wydaje się skręcać w kierunku komedii romantycznej i kolejnej wariacji bajki o Kopciuszku. Jednak w głowie cały czas leżało pytanie: czy to naprawdę była miłość czy bardziej interes, dający szansę na nowe, lepsze życie?

Jednak reżyser cały czas podpuszcza i potrafi zmienić ton w najmniej spodziewanym momencie. Wszystko się zmienia, gdy przyszli teściowie dowiadują się o tym, co zrobił ich synalek. Wtedy pojawia się jego chrześniak, para silnorękich, zaś Anora nie ma w zasadzie nic tutaj do gadania. Ślub ma być unieważniony, ona dostaje za to rekompensatę, ale na więcej nie ma co liczyć. Choć nieporadność osiłków może początkowo wydawać się śmieszna, to nie ma tu miejsca na żarty. Zamiast tego jest walka o swoją godność z o wiele potężniejszymi (także finansowo) siłami. Walka z góry skazana na przegraną, choć niemal do końca liczyłem na inny rozwój wypadków.

To wszystko by nie zadziałało, gdyby nie absolutnie żywiołowa Mikey Madison. Jej Ani to ten typ postaci, które nazywam „silna-słaba”. Sprawia wrażenie bardzo pewnej siebie i o wiele dojrzalszej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Bywa naiwna, ale jednocześnie walczy jak lwica. Nie odpuszcza, niemal do samego końca znaleźć dla siebie najlepsze wyjście. Zostaje jednak zderzona z brutalnym światem, gdzie jej „mąż” (świetny Eydelshteyn) jest mniej dojrzałym, nieodpowiedzialnym gówniarzem, zaś Ruscy magnaci (nie bójmy się tego słowa) nie przejmują się życiem innych. Absolutnie niezapomniany występ, o którym już się mówi w kontekście nagród. Poza nią wyróżnia się fantastyczny Karras Karragulian jako próbujący ogarnąć sytuację Toros (czy tylko mi z twarzy aktor przypominał Jana Peszka?) oraz Yura Borisow w roli jednego z silnorękich, Igora (niekoniecznie taki brutal jak się wydaje).

Po „Florida Project” Sean Baker znowu to zrobił. Pełna empatii i sympatii historia walki o lepsze życie, ale beż żadnego upiększania, słodzenia i lukrowania. Ale jednocześnie dość brutalnie przypomina, że bajki w stylu „Pretty Woman” zdarzają się tylko w kinie i pewnych barier społecznych przeskoczyć się nie da. Smutne, ale bardzo prawdziwe.

8/10

Radosław Ostrowski