Ukryta sieć

Raz na jakiś czas na naszym podwórku powstaje interesujące kino gatunkowe. Takie naprawdę na poziomie światowym, nie tylko pod względem technicznym. Ostatnimi czasy jednak chyba coś ruszyło i tych lepszych filmów z rodzaju kryminałów, thrillerów, horrorów itp. Dlatego tak bardzo czekałem na „Ukrytą sieć”, którego marketing przykuł moją uwagę.

Film oparty jest na pierwszej części trylogii Jakuba Szamałka i skupia się na postaci dziennikarki Julity Wójcickiej (Magdalena Koleśnik). Dziewczyna pracuje w brukowcu, a te zawsze gonią za sensacją, kliknięciami i nakładem. Dlatego być może relacje Julity z ojcem (Andrzej Seweryn) – szanowanym dziennikarzem-emerytem są tak chłodne. Plus jeszcze nieprzepracowana trauma po śmierci matki. Kobieta zaczyna interesować się bieżącą tragedią, czyli wypadkiem samochodowym, co skończył się śmiercią kierowcy. Co w tym niezwykłego? Ofiarą był Gustaw Miller (Mariusz Czajka) – prezenter programów dla dzieci. Wygląda na to, że wpadł w poślizg, rozbił się o barierkę i wypadł z mostu. Ale zeznanie jednego ze świadków sugeruje, iż mogło to być coś innego. Wtedy dziewczyna popełnia głupi błąd, co mocno odbija się na jej prywatności.

Reżyser Piotr Adamski ewidentnie tutaj wzoruje się na Davidzie Fincherze, ze szczególnym wskazaniem na „Dziewczynę z tatuażem”. Sami historia jest pozornie prostym dziennikarskim śledztwem, gdzie trafiamy na kolejne dziwne zdarzenia i ktoś próbuje zastraszyć Julitę. Ale kto? Czy to naprawdę był wypadek, a jeśli nie, komu na tym zależało. Kolejne odkrywane tajemnice zaczynają prowadzić do króliczej nory. I mocno jest tu pokazany wpływ Internetu oraz jak łatwo – trochę przez swoją głupotę – można stracić swoją prywatność, wpuszczając do swojego telefonu czy laptopa hakera. Oraz wiele rzeczy w sieci nie jest tym, co na pierwszy rzut oka się wydaje.

Technicznie trudno się do czegoś przyczepić, a nawet trzeba pochwalić. Dawno nie widziałem w polskim kinie tak gęstej czerni. Jest tak czarno, że z niepokojem czekałem co lub kto się z niej wyłoni, a jednocześnie wszystko jest czytelne i klarowne. Szczególnie jak w paru nocnych ujęciach gra się oświetleniem i kolorem (czerwień dominuje!). Jeszcze bardziej mnie zaskoczyło jak wiele scen jest tu świetnie wyreżyserowanych – zarówno te typowe dla gatunku momenty (pozbycie się ochroniarza, by zdobyć nagrania z monitoringu i ucieczka przed nim czy szybki powrót do domu z powodu hałasów elektronicznej niani), jak te bardziej wyciszone sceny dialogowe.

Niestety, zdarzają się (drobne) skazy w tym obrazku. Adamskiemu zdarza się parę scen niepotrzebnie rozciągać, gdzie kamera skupiona jest na jednym miejscu lub postaci za długo. To niby tylko parę sekund, jednak jest to wkurzające. Z kolei im bliżej końca, tym bardziej napięcie było nierówne. ALE muszę przyznać, że reżyserowi udaje się pod koniec finału strzelić w pysk tak mocno, iż jestem w stanie ten drobiazg przełknąć. Za to bardzo podoba mi się otwarte zakończenie i daje mi nadzieję na kontynuację. Pod warunkiem, że pójdzie na to sporo narodu. Na moim seansie poza mną była tylko jedna osoba, to jednak zwalam na dość wczesną godzinę.

No i aktorsko jest po prostu pysznie. Kolejny raz błyszczy Magdalena Koleśnik, która potwierdza jak cholernie uzdolnioną jest aktorką i warto ją obserwować. Jej Julita to ten typ, który jest opisywany jako silno-słaby. Z jednej strony potrafi być twarda, silna i zadziorna, by w bardzo rzadkich momentach pozwolić sobie na chwilę słabości. Tyle emocji potrafi wyrazić wyłącznie samym spojrzeniem, że nie da się być obojętnym i nie kibicować tej postaci. Świetnie ją uzupełnia debiutujący Błażej Dąbrowski w roli Janka – speca od komputerów pochodzenia polsko-wietnamskiego, który jest też kimś więcej (nie zdradzę kim) oraz jak zawsze trzymający poziom Andrzej Seweryn (Henryk Wójcicki) czy solidna Wiktoria Gorodeckaja (Magda, siostra Julity). Nie mogę nie wspomnieć też o Piotrze Trojanie, choć jego rola jest zaskakująco niewielka. Niemniej bardzo mocno zapada w pamięć i coś czuję, że ten bohater może wrócić.

Piotr Adamski rozwija się jako reżyser i po surrealistycznym „Easternie” tym razem robi gatunkowe kino, ale po swojemu. Bardzo gęste, z ciągłym poczuciem zagrożenia i paranoi, które tak łatwo – dzięki technologii – można zbudować oraz doprowadzić do zaszczucia. Jeszcze nigdy Warszawa nie wyglądała tak niebezpiecznie i wrogo. Pozostaje mi mieć nadzieję, że cała trylogia Szamałka zostanie zekranizowana. I to już wkrótce.

8/10

Radosław Ostrowski

Operacja: Soulcatcher

Polski oddział Netflixa próbuje robić wszystko, by ubarwić trochę poziom kina gatunkowego na naszym podwórku. W większości przypadków z marnym skutkiem i raczej kolejne premiery nie wywołują zbyt wielkiego szumu. Takie są też produkcje Daniela Markowicza – producenta filmowego, który próbuje sił jako reżyser. W raczej nieudanych filmach pokroju „Bartkowiaka” i „Planu lekcji”, ale jak to się mówi: do trzech razy sztuka.

soulcatcher1

„Operacja: Soulcatcher” opowiada o byłym żołnierzu, a obecnie najemniku Kle (Piotr Witkowski). Zostaje wysłany z grupą sprawdzonych wojaków do Czeczenii z tajną misją. Plan jest prosty: zdobyć materiały i wyciągnąć niejaką Elizę Mazur (Michalina Olszańska), ale od początku wszystko idzie nie tak. Najpierw zostaje zabity przewodnik, a następnie grupa wpada w zasadzkę. Jakby tego było mało, podczas akcji ginie paru członków grupy oraz pojawia się tajemnicze urządzenie. Jak się okazuje po powrocie jest to Soulcatcher – cacko, co miało wyleczyć ludzi z raka, a zamienia ich we wściekłych zombie-wojaków. A posiadanie takiego cacka może stworzyć armię większą niż wojska III Rzeszy i Armii Czerwonej razem wzięte. To nie może się stać, więc Kieł tym razem – z poręczenia rządu – wyrusza na tajną akcję.

soulcatcher4

Fabuła jest tak prosta jak konstrukcja cepa, ale w takich filmach to sprawa drugorzędna. Wszystko tutaj zależy od realizacji, a ta ewidentnie celuje w rejony kina klasy B. Postacie są szczątkowo zarysowane, jednowymiarowe niczym komiks i jest to tak schematyczne, że bardziej się nie da. Mamy milczącego twardziela z wyrzutami (Kieł), śmieszka (pilot Krzysiek), klona Jasona Momoy (Byk), eks-twardzielkę, co wraca do gry (Burzę). Mało wam? Jest też nowy członek zespołu, co w kluczowym momencie okazuje się zdrajcą (Damian) – oczywiście, że tak; zmuszonego do współpracy dobrego naukowca (zmarnowany Jacek Poniedziałek) czy absolutnie przejaskrawionego złego generała (Mariusz Bonaszewski powinien mieć zakaz mówienia po angielsku – CHRYSTE PANIE, CO TU SIĘ ODJANIEPAWLIŁO).

soulcatcher2

Na te bzdury i przewidywalność jeszcze można byłoby przymknąć oko, ALE… same sceny akcji są troszkę słabiutkie. Nawet mordobicie w „Planie lekcji” czy walki w „Dniu matki” wyglądały bardziej ekscytująco. Same zdjęcia są tutaj całkiem niezłe, jednak brakuje tutaj adrenaliny, kreatywności i finezji w formie. Przy „Tylerze Rake’u” to prezentuje się zwyczajnie blado, szczególnie przy strzelaninach ze sporym użyciem MOCNO widocznych efektów komputerowych. Nieliczne sceny mordobicia po prostu… są i tyle mogę o nich powiedzieć. Nie jest to chaotyczne czy nieczytelne, ale pozbawione oryginalności, przez co staje się dość szybko nudny.

soulcatcher3

„Operacja: Soulcatcher” jest, niestety jednym z największych zawodów tego roku. Nie oczekiwałem wiele, ale dostałem jeszcze mniej. W zasadzie nie ma tutaj zbyt wiele zalet i wydać bardzo słabą rękę Markowicza jako reżysera. Jeśli będzie chciał sięgnąć za kamerę, niech to poważnie i głęboko przemyśli, bo kolejna wpadka może być końcem kariery.

3/10

Radosław Ostrowski

Pan Wypadek: Wakacje zabójcy

Pamiętacie Mike’a o ksywie Pan Wypadek. Ten wyszkolony zabójca po wydarzeniach z poprzedniej części został zmuszony do opuszczenia Londynu. I wydawało się, że zostanie kimś w rodzaju ulicznego mściciela, ale nie. Przeniósł się na Maltę, wypoczywa w bogatej chacie oraz ćwiczy w towarzystwie poznanej Siu-Lin. Czy jednak zrezygnował z wykonywania zleceń? Absolutnie nie. Podczas jednej z akcji trafia na Freda – specjalistę od niekonwencjonalnych wynalazków.

pan wypadek2-1

Sprawy się jednak komplikują do tego stopnia, że Fred zostaje porwany. Dlaczego? Bo ktoś próbował zabić syna szefowej lokalnej mafii. Problem w tym, że zabójca próbował zrobić tak, by wyglądało to na wypadek. Jak nasz stary kumpel Mike, tylko że on odrzucił to zlecenie. Matka chłopaka o imieniu Dante zmusza naszego protagonistę, by powstrzymał zabójców albo Fred zginie. Niewesoło. Zwłaszcza, że wśród chętnych na zlecenie jest pewien stary znajomy.

pan wypadek2-2

„Wakacje zabójcy” nadal trzymają poziom solidnego kina klasy B, choć tym razem za kamerą stanęli bracia Kirby. Niemniej zachowany zostaje klimat oryginału, czyli prostej naparzanki w pulpowym sosie. Parę razy widać niezbyt duży budżet, głównie przy efektach specjalnych jak dym z wystrzeliwanej broni czy krew w CGI. Ale same sceny walki są zrobione naprawdę przyzwoicie, gdzie kamera głównie krąży dookoła walczących. Nie ma tu szybkich cięć, trzęsącej się kamery czy nie nadążania za ruchami postaci. Jest trochę slow-motion, ale bez przesady. Za to nadal jest dużo humoru, niezłej choreografii, galerii ekscentrycznych cyngli: od ninja do klauna (oczywiście).

pan wypadek2-3

Sama fabuła nie jest skomplikowana, a wszystko jest przerysowane. Do granic przesady, ale zabawy jest tu sporo. Adkins trzyma poziom i walczy jak trzeba, reszta składu odnajduje się w tej konwencji. Krwawej i brutalnej, a jednocześnie bardzo jaskrawej i komediowej. Zawsze można gorzej zmarnować półtorej godziny swojego życia.

6/10

Radosław Ostrowski

Pan „Wypadek”

Jak się wraca z pracy albo pora jest dość upalna, to najchętniej by się chciało obejrzeć coś nieskomplikowanego, prostego i nie wymagającego myślenia. A nic się tak nie sprawdza w tym celu jak kino akcji – nie koniecznie za dużą kasę oraz wielkimi gwiazdami. Wystarczą pomysłowe walki, charyzmatyczny protagonista oraz porządny reżyser za kamerą. I tak dostajemy czystą pulpę w postaci „Pana Wypadka”.

Sam film oparty jest na komiksie Pata Millsa i Tony’ego Skinnera, którego akcja osadzona jest w Londynie. A dokładniej krąży wokół pubu Oaza – niby zwykłej knajpy, ale tylko dla zabójców, kierowanej przez emerytowanego cyngla, Wielkiego Raya (Ray Stevenson). I tutaj jest dość ekscentryczna galeria killerów, z których najlepszy jest Mike Fallon (Scott Adkins) znany jako Pan Wypadek. Skąd ta ksywa? Bo swoje zabójstwa robi tak, by wyglądały na wypadek. I jest w tym cholernie dobry, wszystko bez zadawania pytań kto, dlaczego oraz od kogo. To jest zasługą zbierającego zlecenia Amerykanina Miltona (David Paymer). Ale jeden telefon wywraca życie Fallona do góry nogami – jego była dziewczyna Beth, co rzuciła go dla… innej zostaje znaleziona martwa. Według policji kobieta została zaatakowana przez dwóch ćpunów, co po wszystkim… przedawkowali. Cóż za zbieg okoliczności!!! Sprawa się o tyle komplikuje, że nieboszczka była w ciąży. Zgadnijcie z kim.

Prościej fabuły filmu Jesse’ego V. Johnsona streścić się nie da. Czuć taki klimat pulpowych powieści, w czym pomaga narracja z offu głównego bohatera. Jest to kino zrobione za małą kasę, ale ze sporą pasją. Intryga jest z rodzaju łatwych do przewidzenia, gdzie nasz Pan Wypadek próbuje odkryć grubszy spisek, spuszczając łomot każdemu napotkanemu delikwentowi. Dla mnie najbardziej działał tu (czasem trochę prostacki) humor i niezłe one-linery oraz galeria dość ekscentrycznych kumpli naszego bohatera: brutalnego rzeźnika z siekierą, duet komandosów, małomówny truciciel, mistrzyni miecza samurajskiego czy Fred. Ten ostatni próbuje mniej konwencjonalnych metod zabijania i wydaje się najbardziej oderwany od rzeczywistości.

Zaś sama akcja? To głównie bohater Adkinsa walący po mordzie i/lub z buta, czyli pozornie prosta rzecz. Ale sama choreografia jest naprawdę niezła i sprawnie sfilmowana – bez szybkiego montażu, rozedrganej kamery, by ukryć jak bardzo sobie ludzie nie radzą ze scenami akcji. Ale Adkins sprawia, że nawet proste mordobicie potrafi wyglądać lepiej niż w większości produkcji skierowanych od razu do DVD i/lub VOD. Jest nawet cudna walka na ulicy z azjatyckim napastnikiem, gdzie jest parę mastershotów czy konfrontacja z parą komandosów na sali, granych przez Michaela Jai White’a oraz Raya Parka. To wygląda bardzo porządnie i chciałoby się takich scen więcej.

W ogólnym rozrachunku „Pan Wypadek” to kawał przyzwoitego kina klasy B, które jest nieźle zrobione. Adkins robi swoje i nawet gra nie najgorzej, reszta obsady też ma swoje momenty (szczególnie „Wielki Ray” Stevenson), zaś walki dostarczają frajdy. Czego więcej chcieć w przypadku filmu do oglądania po pracy, z kumplami przy piwku?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gran Turismo

Znowu adaptacja gry komputerowej, ale czy jest w stanie osiągnąć taki sukces (przynajmniej komercyjny) jak „Super Mario Bros.”? Tym razem jednak mamy do czynienia nie z grą platformową, ale symulatorem wyścigów, z pełnym wsparciem Sony oraz Playstation. Do tego jest to historia oparta na faktach. ŻE CO??? Brzmi jak coś szalonego, ale uporządkujmy wszystko.

Jesteśmy w Glasgow, gdzie mieszka Jann Mardenborough (Archie Madekwe) – młody chłopak, który nadal mieszka z rodzicami i całymi dniami… gra w gry. Ale nie w Tomb Rajdera, tylko w serię Gran Turismo. Bo marzy o karierze zawodowego kierowcy wyścigowego, czego nikt nie traktuje poważnie. Wszystko zmienia pewien PR-owiec firmy Nissan, Danny Moore (Orlando Bloom). Mężczyzna wpada na szalony pomysł stworzenia Akademii Gran Turismo, gdzie najlepsi gracze z całego świata dostaną szansę jedną na milion – wykorzystania swoich doświadczeń  z grania na prawdziwym torze i wyłonieniu potencjalnego rajdowca. Po przejściu treningu oraz specjalnym wyścigu najlepszy dołączy do teamu Nissana oraz startu w wyścigach, rywalizując z zawodowcami. By osiągnąć ten cel Moore sięga po byłego kierowcę, obecnie mechanika Jacka Saltera (David Harbour), który traktuje swoich podopiecznych bardzo ostro.

gran turismo4

Najdziwniejsze w tym wszystkim, że za kamerą stanął Neill Blomkamp – uzdolniony reżyser, którego debiutancki „Dystrykt 9” był prawdziwą petardą. Od tamtego czasu żaden kolejny film nie zbliżył się do tego poziomu – czy dlatego, że poprzeczka była zbyt wysoko zawieszona i nie do przeskoczenia, czy reżyserowi zabrakło ambicji/talentu/umiejętności (niepotrzebne skreślić). Wydawało się, że twórca z RPA zostanie reżyserem jednego, wartego uwagi tytułu. Aż do teraz.

gran turismo3

Sama historia jest taka jaką w wielu sportowych filmach widzieliście – młody, zdolny zawodnik z szansą równie dużą jak wygrana w totolotka; zgryźliwy i zgorzkniały mentor; ostry i wyczerpujący trening; wreszcie chrzest bojowy oraz zderzenie z rzeczywistością. Oczywiście, że po drodze dojdzie do dramatycznego wypadku, przez który poczuje ciężar odpowiedzialności oraz pęknięte poczucie pewności siebie, by w finałowej konfrontacji pokazać pełnię swojego potencjału. Jakby ten film powstał w latach 80., to główną rolę dostałby Tom Cruise (pewnie dlatego „Gran Turismo” tak przypominał mi… „Top Gun”). Skoro znany drogę jaką ma Jann do przejścia, to co miałoby mnie zaangażować w tą opowiastkę?

gran turismo1

Przede wszystkim z powodu absolutnie świetnej realizacji. Blomkamp przy pomocy zdjęć oraz montażu tworzy tak pulsujące, dynamiczne sceny rajdowe jakby żywcem wzięte z gry. A nawet z transmisji telewizyjnych, ale jednocześnie wykorzystuje pewne elementy wizualne gry. Najbardziej widocznym jest (poza oznaczeniem miejsca akcji) podczas wyścigów oznaczenie naszego bohatera i jego lokaty, obecna w rogu lista zawodników czy sceny jak Jann jadąc w swoim pokoju materializuje to, co widzi na ekranie monitora. Albo jak widzimy cały wyścig z jego perspektywy. Takiej dawki adrenaliny podczas jazdy nie miałem od czasu „Le Mans 66”.

gran turismo2

Wszystko wyreżyserowane bardzo pewną ręką oraz świetnie zagrane. Archie Madekwe w roli Janna wypada na tyle dobrze, że chce się iść za nim. Równie solidny jest Orlando Bloom jako złotousty marketingowiec i pasjonata. Ale powiedzmy sobie to wprost – sercem tego filmu dla mnie był David Harbour. Jack Salter to postać raczej znajoma z tego typu kina, czyli szorstki mentor z dużym doświadczeniem i złamaną karierą, który wydaje się bardzo daleki od entuzjazmu w kwestii akademii GT. Z czasem jednak zaczyna nabierać wigoru i dostrzega potencjał w Jannie, tworząc więź niemal ojcowsko-synowską. Ta dynamika oraz interakcje dają ten ludzki pierwiastek, jaki w tego typu kinie jest potrzebny.

gran turismo5

Czy są jakieś wady? Ano są, choć dla mnie nie przeszkadzały aż tak, jednak muszę o nich wspomnieć. Po pierwsze, początek filmu to spory product placement Plajstacji, Sony oraz samej gry. Ze względu na temat jest to uzasadnione, lecz parę razy wymyka się to spod kontroli. Po drugie, kompletnie zbędny jest wątek romantyczny między chłopakiem a poznaną dziewczyną Audrey. Jest to poprowadzone bardzo nagle, dość skokowo, zaś sama jej obecność nie ma w zasadzie żadnego wpływu na wydarzenia. Wycięcie jej nie zaszkodziłoby.

„Gran Turismo” – niczym główny bohater – nie miał prawa się udać i nie brzmiał jak coś potencjalnie ekscytującego. Jednak kino to nie nauki ścisłe, co pozwala doprowadzić do rzeczy teoretycznie niewykonalnych i zaskakujących. To zaś czyni nasz świat o wiele bardziej zadziwiającym oraz kolorowym niż nasza codzienność. I właśnie dla takich zaskoczeń chodzę do kina.

8/10

Radosław Ostrowski

Reality

Na pierwszy rzut oka takie minimalistyczne, trochę „teatralne” kino z ograniczoną przestrzenią, niewielką ilością aktorów wydaje się proste do zrobienia. Dlatego po tą formę chętnie sięgają debiutanci, co pokazały takie filmy jak „Dwunastu gniewnych ludzi”, „Nóż w wodzie” czy „Ojciec”. Do tego grona aspiruje kolejny debiut, czyli „Reality”. Jak się dowiedziałem z napisów końcowych, film oparto na sztuce teatralnej, jednak jej treść nie jest fikcją.

reality1

Dla reżyserki Tiny Satter podstawą tej historii była transkrypcja z przesłuchania przez agentów FBI Reality Winner (Sydney Sweeney) – młodej dziewczyny pracującej jako tłumaczka dla Agencji Bezpieczeństwa Narodowego. Posługująca się trzema lokalnymi językami arabskimi, trenująca CrossFit i jogę, była żołnierz sił powietrznych, obecnie przygotowująca się do misji zagranicznej, opiekująca się psem oraz kotem. Do tego blond włosa chudzina, mieszkająca sama. No i pewnego dnia pojawia się w jej domu dwóch agentów FBI. Z nakazem przeszukania domu, samochodu i jej. Dlaczego? Za co? Ile wiedzą naprawdę? A może to pomyłka?

reality2

W tym momencie o fabule nie powiem, bo im mniej się wie, tym bardziej „Reality” jest w stanie uderzyć, porazić i wstrząsnąć. Zdradzę jedynie, że cała ta historia miała miejsce w czerwcu 2017 roku już po tym, jak prezydent Donald Trump odwołał ze stanowiska dyrektora FBI Jamesa Comeya. A także, że film toczy się w tzw. czasie rzeczywistym. Co to oznacza? Że „Reality” trwa tyle, ile naprawdę trwało całe przesłuchanie, niemal co do zdania z transkrypcji. Oprócz miejsc, gdzie ingerowała cenzura, co zostaje pokazane w formie… zniknięcia osoby wypowiadającej te słowa. A że samo przesłuchanie toczy się w bardzo obskurnym, pozbawionym mebli pokoju. To tylko potęgowało poczucie izolacji, osaczenia, chociaż nic złego się nie dzieje.

reality3

Do tego jeszcze zmontowane mamy fragmenty transkrypcji w formie pisanego tekstu, fotki z social mediów, a nawet materiały telewizyjne. Rossen świetnie buduje napięcie operując dźwiękiem, niezręczną ciszą i zbliżeniami. Na twarze, na detale w rodzaju psa na samochodzie-zabawce, fotografowanych przedmiotach czy ślimaku przy oknie. To jeszcze bardziej wywoływało namacalne poczucie tej sytuacji, jakbym obserwował to gdzieś obok. A wszystko trzymała na swoich barkach Sydney Sweeney. Znałem tą aktorkę dzięki serialowi „Biały Lotus” oraz „Everything Sucks”, ale w „Reality” przechodzi samą siebie. Niby gra jedną twarzą, jednak pod nią skrywa się masa sprzecznych emocji: od śmiechu przez niezaradność aż do milczenia. Jej dynamika z przesłuchującymi agentami (szczególnie świetnym Joshem Hamiltonem) przypominała walkę bokserską, która może zaczyna się na spokojnie i w miarę fair play, a potem zaczyna się ostra jazda. O dziwo, nie ma tu krzyków, wrzasków, przekleństw, wszystko jest takie spokojne, oszczędne. To jednak tylko fasada, za którą kryje się… no właśnie, co?

„Reality” w swojej kameralności podrzuca bardzo trudne i ważkie pytania dotyczące tajemnic, działań służb oraz jak kreuje się rzeczywistość. Gdyby nie to, że pokazana historia wydarzyła się naprawdę, można byłoby uznać za absurd, pokaz paranoi. Niepozorny, wyciszony thriller z brudną polityką w tle, lecz bez osądzania oraz jednoznacznego wskazywania czegokolwiek. Sami musimy wyciągnąć wnioski.

8/10

Radosław Ostrowski

W trójkącie

Ulubieniec festiwali Ruben Ostlund po zdobyciu Złotej Palmy za „The Square” powrócił z nowym filmem. Kolejne dzieło nagrodzone Złotą Palmą o wiele bardziej spolaryzowało widzów. Bo co nowego można opowiedzieć w kwestii szyderczego spojrzenia na najbogatszą elitę świata. W ostatnim czasie stało się to jednym z popularniejszych trendów kina i telewizji.

Historia „Trójkąta smutku” (część twarzy znajdująca się między brwiami a nasadą nosa, gdzie wstrzykuje się botoks) skupia się wokół młodej pary – Carla (Harris Dickinson) i Yayi (Charlbi Dean). On jest początkującym modelem, ona to influencerka i modelka z wyrobioną reputacją. Kiedy ich razem poznajemy, on bierze udział w castingu, a ona nadal jest na wznoszącej fali. A jeszcze lepiej zaczynamy ich poznawać przy ekskluzywnej kolacji, gdzie dochodzi do kłótni o to, kto ma zapłacić. Już tutaj Ostlund potrafi pokazać swoje szydercze pazury (dla mnie świetna jest scena wywiadu z modelami) i próbuje ściąć parę kwestii: pustactwo social mediów, brak komunikacji między płciami, coś o rolach społecznych też.

Ale potem nasza para trafia na elegancki rejs dla najbogatszych dzięki sponsorom. Co mają robić? Słit fotki, zachwalać i #byćfajni. Za to towarzystwo jest dość ekscentryczne: bardzo nieśmiały szef firmy tworzącej aplikacje komputerowe, starsze brytyjskie małżeństwo produkujące… granaty, rosyjski oligarcha, co zbił majątek na… gównie. Zaś sama załoga to tacy współcześni niewolnicy, którzy mają spełniać WSZYSTKIE zachcianki gości. I być może w ten sposób dostaną DUUUUUUUUUUUUŻY napiwek. Więc co można zrobić, jeśli wyfiołkowana pinda chce, by cała załoga się… wykąpała w morzu? Ta decyzja będzie miała bardzo katastrofalne, co pokaże kulminacyjna scena kapitańskiej kolacji. Absolutnie szalony moment, gdzie osoby o słabszych żołądkach mogą tego nie przetrwać. Z jednej strony kumulacja wymiocin w wydaniu ekstremalnym, z drugiej szalejące morze, a z trzeciej kapitan (Woody Harrelson) razem z rosyjskim oligarchą przerzucają się cytatami i zderzają kapitalizm z komunizmem. A wszystko kończy się połączeniem „Robinsona Crusoe” z „Władcą much”, gdzie dochodzi do odwrócenia sytuacji.

Ale mam pewien bardzo poważny z problem z tym filmem. Bo mimo paru mocnych, wręcz dosadnych momentów Ostlund tak naprawdę gra znaczonymi kartami. Nie odkrywa tutaj nic, czego nie widziałem w „Sukcesji” czy „Białym Lotosie”, przez co ta przerysowana satyra na najbogatszych trafia w oczywiste punkty. Znudzenie swoim bogactwem, pustymi ludźmi uzależnionymi od sławy na social mediach, wykorzystującymi swoją pozycję dla własnej przyjemności i kompletnie oderwani od rzeczywistości. Czyli bardzo stereotypową elitę elit, którą już wiele razy widziałem. Zbyt wiele.

Choć jest kilka mocnych scen, dobrych ról oraz bardzo urwane/otwarte zakończenie, „W trójkącie” jest bardzo wtórnym filmem i w sporej części pozbawionym pazura. Ta słodko-gorzka piguła zamiast uderzyć czy dać jakiegoś kopa, działa bardziej jak placebo. Średnio angażujące kino, które udaje ostrą satyrę, lecz uderza w oczywiste strzały.

5,5/10

Radosław Ostrowski

65

Podobno najlepsze są najprostsze rozwiązania i to się sprawdza (czasami) w kinie. Gdzie czasem nieskomplikowana i prosta koncepcja może dać satysfakcjonujący, przyjemny film. Taki się w teorii wydawał film „65”, gdzie Adam Driver z karabinem strzelał do dinożarłów. Znaczy, dinozaurów. Ale od początku.

Bohaterem „65” jest kosmiczny pilot Mills (Adam Driver), wysyłany w przestrzeń z jednym zadaniem: eksploracją i kolonizacją planet. Dostaje kolejne zadanie, które ma trwać dwa lata. Po co? By zdobyć pieniądze na leczenie chorującej córce. Niby kolejna, rutynowa misja, ale coś idzie nie tak. Najpierw statek wpada w łańcuch asteroid, co doprowadza do poważnych uszkodzeń. Przez co pojazd rozbija się na nieznanej planecie i przeżył tylko pilot. Przynajmniej tak to na początku wygląda, bo udaje się znaleźć jedną ocaloną: 9-letnią dziewczynkę o imieniu Koa (Arina Greenblatt). Ona jednak mówi w innym języku niż angielski, więc dość trudno się porozumieć. Na miejscu okazuje się, że nasi bohaterowie wylądowali na… Ziemi sprzed 65 milionów lat. Czyli pojawiają się dwa zagrożenia: dinozaury oraz zbliżający się do planety meteor.

Jak widać w tym opisie fabuły, koncepcja na „65” jest bardzo prosta. Mamy samotnego (tylko przez chwilę) rozbitka na nieznanym terenie, gdzie niebezpieczeństwo może pojawić się z każdej strony. Reżyserski dzieło duetu Scott Beck/Bryan Woods, którzy znani byli jako scenarzyści „Cichego miejsca” jest bardzo kameralnym, skromnym kinem SF. Koncept mógł być ekscytującym, angażującym kinem akcji, jednak twórcy popełnili zbyt wiele błędów. Po pierwsze, za dużo mamy retrospekcji z córką pilota. Rozumiem, że miały one pokazać dlaczego tak bardzo Millsowi zależy na ocalałej Koi, ale było ich za dużo i spowalniały tempo. Tempo, które było dość ospałe, niespieszne. Po drugie, kompletnie nie uwierzyłem w więź między Millsem a Koą. Nawet problemem nie jest tu brak komunikacji z powodu braku języka, zaś sama dziewczynka jest trochę balastem i źródłem problemów. I po trzecie, ten film traktuje się zbyt poważnie, nie dając zbyt wiele w zamian. A i same sceny akcji są po prostu ok. I po czwarte, najważniejsze: nie czułem aż tak silnego poczucia zagrożenia czy uciekającego czasu. Przez co oglądałem ze znużeniem.

To, co mi się zdecydowanie podobało to krajobrazy. Same plenery, pełne gór, bagien i lasów wyglądają naprawdę ładnie, co pomaga w zbudowaniu klimatu niepokoju. Same dinozaury oraz stwory zrobione komputerowo wyglądają bardzo dobrze. Sam Driver wypada całkiem przyzwoicie, chociaż za bardzo wprost.

„65” to bardzo niewykorzystany potencjał, gdzie można było bardziej podkręcić akcję czy pójść w bardziej kampowy charakter. Zbyt prosta i zbyt znajoma fabuła nie pozwoliła mi za bardzo się zaangażować, wciągnąć w całą tą opowieść. Nie dali tutaj twórcy zbyt wiele od siebie, by wyróżnić się z tłumu innych tego typu produkcji.

4/10

Radosław Ostrowski

Wojownicze Żółnie Ninja: Zmutowany chaos

Leonardo, Raphaelo, Donatello i Michelangelo – to imię najsłynniejszych i najwybitniejszych artystów epoki renesansu. Takie też imiona noszą słynne Wojownicze (Nastoletnie) Żólwie Ninja, czyli komiksowi bohaterowie stworzeni przez Kevina Eastmana oraz Petera Lairda. Marka ta mimo prawie 40 lat trzyma się dobrze z masą komiksów, seriali animowanych, gier komputerowych czy filmów. Teraz Nickelodeon przygotowało animację, przy której palce (jako producent i scenarzysta) maczał Seth Rogen z Evanem Goldbergiem.

„Zmutowany chaos” jest niejako origin story (w dość szybkim tempie) oraz pierwszą poważna akcją naszych bohaterów. Jak pamiętamy, nasze żółwiki jak były w wieku niemowlęcym zostały skażone śluzem. Ciecz ta została stworzona przez ekscentrycznego naukowca, Baxtera Stockmana, który zbiegł przed korporacją TCRI i wychowywał (jak dzieci) zwierzęta. Ale został namierzony przez dawnych szefów oraz zginął w potężnej eksplozji. 15 lat później nasze żółwie wychowywane przez szczura Splintera trzymają się z dala od ludzkich oczu w kanałach. Jednak nastoletnie żółwiki nie bardzo chcą spędzać czas tylko pod ziemią. Bo ciągle te same twarze, nuda oraz rutyna, więc w trakcie wypadów na zakupy pozwalają sobie na różne pierdoły. Podczas jednej z eskapad zostają zauważeni przez nastoletnią uczennicę, April O’Neil. Zdobywają jej sympatię po tym jak obijają oprychów kradnących jej skuter.

I żółwie razem z nią wpadają na prosty (wydawałoby się) plan na zdobycie uznania i akceptacji przez ludzi. Muszą dokonać bohaterskiego czynu i najlepiej by został przez kogoś nagrany, pokazany przez Internet albo inne media. W ten sposób ludzie przekonają się do mutantów, zdobywając respekt i szacun na dzielni. Nadarza się okazja przez działania tajemniczej SuperMuchy. Kradnie jakieś dziwne bajery, nikt nie wie jak wygląda, ani jak go znaleźć. Jednak nasi czterej skorupiaści jeźdźcy apokalipsy nie traktują tego jako problemu, lecz jako wyzwanie.

Musze się do czegoś przyznać: nigdy nie miałem styczności z Żółwiami Ninja. Ani z komiksami, filmowymi inkarnacjami, grami czy kreskówką z lat 80-tych (poza chwytliwym temat z czołówki, ale nie pamiętam okoliczności). Miałem świadomość, że istnieje coś takiego, kojarzyłem imiona, mistrza Splintera oraz Schreddera, ale to w zasadzie cała moja wiedza. Więc na „Zmutowany chaos” szedłem trochę w ciemno i… byłem bardzo pozytywnie zaskoczony.

Sama historia może jest oparta na znajomych elementach oraz schematach, czyli grupa outsiderów ratuje świat. Niemniej jest ona pełna uroku, nawet jeśli skręca w oczywiste i obowiązkowe elementy w rodzaju finałowej konfrontacji z rozpierduchą w mieście, złej korporacji mającej za cel stworzenie superżołnierzy z mutantów czy drodze naszej czwórki do działania jako drużyna. Dla mnie najmocniejszym punktem fabularnym była relacja między naszymi ninja a „ojcem”, bo tak można nazwać Splintera oraz z April – pierwszym człowiekiem, który ich nie atakuje ani reaguje agresją. Pierwszy jak wspomniałem jest kimś na kształt ojca, co kocha swoje dzieci i obroni przed niebezpieczeństwem, ale chce je chronić przez izolację od świata zewnętrznego. Nie jest to paranoja czy próba kontrolowania, lecz bardzo nieprzyjemne doświadczenia z przeszłości. Dla April początkowo nowi znajomi są tylko interesującym newsem oraz szansą na karierę dziennikarką, która nie radzi sobie z tremą ani występami przed kamerą. Z czasem staje się sojusznikiem naszych chłopaków i pomaga wydostać się z tarapatów.

To, co najbardziej wyróżnia „Zmutowany chaos” z grona innych animacji to styl wizualny. I nawet nie chodzi o podobieństwo do „Spider-Manów” od Sony, ale nietypową kreskę. Bardzo przypominającą rysunki nastolatka z jego zeszytu, zrobione ołówkiem i potem pomalowane farbą. Niby dość oszczędne, z drobnymi efektami świetlnymi, nawet można odnieść wrażenie jakby to była animacja poklatkowa z użyciem plasteliny. Nie wiem jak to oni zrobili, ale wygląda to absolutnie unikatowo. Szczególnie kapitalnie zmontowana scena akcji, gdy żółwie walczą z szefami czterech gangów (przejścia tak płynne jakby to była jedna walka) czy finałowa konfrontacja z SuperMuchą. Tak samo jak świetnie dobra muzyka, głównie klasyczny rap, ale tak bardzo eksperymentalne wariactwo duetu Trent Reznor/Atticus Ross. Całkiem dobrze się na ekranie sprawdza ten miks.

Na koniec zostawiłem jedną kwestię: w naszym kraju film jest pokazywany TYLKO z polskim dubbingiem. Ja w przypadku animacji jestem bardziej tolerancyjny w przypadku jeśli chodzi o dubbing. I tutaj wyszło naprawdę nieźle, co jest zasługą przyzwoitego tłumaczenia Zuzanny Chojeckiej oraz solidnej reżyserii Katarzyny Ciecierskiej. Same żółwie brzmią naprawdę dobrze i czuć, że są grani przez młodych aktorów (Mateusz Ceran, Kosma Press, Filip Rogowski oraz Jan Szydłowski), wypadają bardzo naturalnie, wierzyłem w ich więź oraz interakcję. Także Julia Chatys, czyli April O’Neil wypada solidnie. Ale najjaśniejszym punktem byli dla mnie świetni Ryszard Olesiński w roli Splintera oraz Marcin Przybylski jako Supermucha. Ten pierwszy jest odpowiednio ciepły, opiekuńczy do przesady, ale jak trzeba skopać zad to skopie; ten drugi potrafi bardzo łatwo przejść z wyluzowanego spoko gościa po groźną bestię.

„Wojownicze Żółwie Ninja: Zmutowany chaos” jest dla mnie kolejną niespodzianką tego letniego sezonu. Unikatowa kreska, dużo dobrego humoru, świetnie zrobiona akcja oraz przesympatyczni protagoniści – to najmocniejsze karty w talii. Do tego krótki czas trwania (ponad 90 minut) nie pozwala na nudę, a dla mnie – osoby nie znającej i nie będącej fanem marki – to może być początek nowej znajomości. Może nawet zapoznam się z poprzednimi adaptacjami, kto wie.

8/10

Radosław Ostrowski

Przymierze

UWAGA!!!
Tekst zawiera pewne spojlery, więc jeśli nie widziałeś/aś filmu, czytasz na własne ryzyko.

Są tacy reżyserzy, po których nazwisku wiadomo czego mniej więcej się można spodziewać. W przypadku Guya Ritchie można być pewnych kilku rzeczy: gangsterskie kino z teledyskowym montażem, na jakim się wzorował Edgar Wright, Jason Statham na pierwszym planie oraz błyskotliwe, szybkie dialogi. Ostatnimi czasy jednak reżyser zaczął wyrywać się ze swojego stylu, co pokazał w poważnym kryminale „Jeden gniewny człowiek” czy szpiegowskiej „Grze fortuny”. Ale tym razem Brytyjczyk skręcił w najmniej oczywistym kierunku – dramatem wojennym.

przymierze1

„Przymierze” zabiera nas do Afganistanu roku 2018, gdzie jeszcze stacjonowali Amerykanie. Naszym bohaterem jest chorąży John Kinley (Jake Gyllenhaal) – dowódca oddziału szukającego składów ładunków wybuchowych. Podczas jednej z akcji ginie jeden z żołnierzy oraz tłumacz, co wprowadza do zmiany składu. Do grupy dołączy nowy tłumacz, niejaki Ahmed Abdullah (Dar Salim). Mężczyzna okazuje się być cennym nabytkiem, który – dzięki wrodzonej intuicji – udaje się uratować oddział przed śmiercią. Choć robi to troszkę nie podporządkowując się swojemu dowódcy, ale powoli zaczyna budzić respekt. Jeszcze bardziej podtrzymuje tą więź akcja wysadzenia jednego z obiektów. Na nieszczęście, ginie niemal cały oddział, oprócz Kinleya i Ahmeda, których ścigają wrogowie.

przymierze2

Więcej wam nie zdradzę, ale „Przymierze” to zupełnie inny Ritchie. Nie bawiący się montażem, repetycjami dialogów czy humorem. To zaskakująco poważny, choć dość skromny w skali film, pokazujący Afganistan z zupełnie innej perspektywy. Dla amerykańskich to obcy teren, dlatego korzystają z pomocy informatorów, współpracowników czy – jak w tym przypadku – tłumaczy. Taka kolaboracja przez talibów jest uważana za zdradę, a kara może być tylko jedna: śmierć kolaboranta oraz całej rodziny.

przymierze3

Dlatego tak duży nacisk jest stawiany na budowaną więź dwójki obcych ludzi: pewnego siebie i twardego Kinleya oraz wycofanego, spokojnego Ahmeda. Wszystko bez używania (przez większość czasu) dużych słów, lecz gestów oraz reakcji. Najmocniej widać to w momentach ucieczki dwójki bohaterów przed ścigającymi ich talibami. Panowie mogliby się rozdzielić czy pójść na łatwiznę, zostawiając drugiego na pewną śmierć. Tylko czy łatwiejszy wybór jest tym słusznym? Dlatego Ahmed ratuje rannego Kinleya, by odesłać go do bazy. I dlatego Kinley po powrocie do kraju decyduje się ratować Ahmeda oraz jego rodzinę, która stała się wrogiem publicznym numer jeden. Choć można zarzucić reżyserowi poruszanie politycznego i niewygodnego tematu, Ritchie nie robi agitki ani manifestu.

przymierze4

Nie brakuje tu scen akcji czy strzelanin, ale zrobione są naprawdę przyzwoicie. Niemniej, jak już mam się czepiać, widać tu ograniczenia budżetowe. Czasem efekty specjalne są niespecjalne (głównie tzw. błysk wylotowy, czyli to widoczne po odstrzeleniu kuli, także niektóre wybuchy), przestrzeń jest dość mała, ale krajobrazy są cudne. Jest parę ciekawych ujęć (m. in. z góry), a w tle gra niepokojąca muzyka. To wszystko by jednak nie zaangażowało emocjonalnie, gdyby nie rewelacyjne główne role, czyli Jake Gyllenhaal i Dar Salim. Pierwszy sprawdza się jako pewny siebie dowódca, z czasem walczący o przetrwanie, przechodzący załamanie nerwowe z powodu wyrzutów sumienia aż do wycofanego, milczącego wojownika. Z kolei Salim jest wycofany, małomówny, pełen agresji, ale jednocześnie bardzo empatyczny. Ta dynamika zrobiła dla mnie o wiele większe wrażenie niż wszystkie sceny akcji razem wzięte.

„Przymierze” jest kolejnym nieoczywistym, zaskakującym filmem w dorobku Guya Ritchie. Nie jest napakowanym akcyjniakiem z łopoczącą amerykańską flagą w tle, tonami patosu oraz czarno-białej wizji świata. To dramat o szorstkiej męskiej przyjaźni hartowanej w bojach i długach do spłacenia, która jest w stanie zaangażować emocjonalnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski