Bob Marley: One Love

Nie trzeba być wielkim fanem reggae, by znać nazwisko Boba Marleya. To ten człowiek spopularyzował ten gatunek muzyczny, gdzie śpiewało się o miłości, wolności i pokoju. Dlatego jego fani byli mocno podekscytowani powstaniem filmu biograficznego o tym artyście. Ale czy warto było czekać?

one love2

„Bob Marley: One Love” zaczyna się w roku 1977 na Jamajce, gdzie sytuacja jest napięta. Kraj od niedawna wyzwolił się spod panowania Wielkiej Brytanii, ale spokój i stabilność wydają się coraz bardziej odległy. Konflikty polityków powiązanych z gangami, strzelaniny, wojskowe punkty kontrolne – wyspa bardziej przypominała beczkę z prochem, który w każdym momencie może eksplodować. I właśnie wtedy Marley (Kingsley Ben-Adir) postanowił zagrać koncert, mający jeden główny cel: zjednoczenie całego kraju. Dzień przed tym wydarzeniem dom muzyka zostaje zaatakowany przez bandytów, zaś Marley, jego żona i chórzystka zespołu Rita (Laswana Lynch) oraz menadżer Don Taylor (Anthony Welsh) postrzeleni. Niemniej koncert się odbywa, lecz Bob wyjeżdża do Londynu. Po co? By nagrać nową płytę, co dotrze do szerszej widowni. Tak powstaje „Exodus”.

one love4

Brzmi to bardzo zachęcająco, prawda? Dodajmy jeszcze fakt, że za film odpowiada reżyser Reinaldo Marcus Green, scenariusz pisały cztery osoby, z których najbardziej znany to Terrence Winter („Zakazane imperium”, „Wilk z Wall Street”), zaś producentami są m. in. wdowa po Marleyu, Rita i kilku członków rodziny. Co mogło pójść nie tak? Ku zaskoczeniu (chyba wielu) sporo rzeczy. Reżyser wybiera dwa lata z życia Marleya, gdzie pozornie dzieje się dużo. Tworzenie piosenek, nagrywanie ich w studiu, trasa koncertowa, werbunek nowego gitarzysty, menadżer robiący na lewo. Jakby tego było mało, jeszcze drobne retrospekcje z czasów młodości, gdzie poznał swoją przyszłą żonę, odkrył nauki rastafarian i oniryczne – jak na nieco ponad półtorej godziny jest gęściej niż w ludzkim mózgu po wielokrotnym odsłuchu „Doskozzy” Stachurskiego. Masa potencjalnych wątków (rak skóry, niewierność Boba) albo jest ledwo liźnięta/wspomniana, albo w ogóle się nie pojawia.

one love3

W efekcie tego scenariuszowego burdelu dostajemy film… mdły, strasznie nudny i płytki niczym basen po spuszczeniu wody. Marley pokazany jest w tym filmie jako postać zbyt bierna, naiwna, wręcz głupia (brak decyzji w kwestii leczenia – nie rozumiem tego!!!). To jest w zasadzie laurka, omijająca w zasadzie najpoważniejsze kwestie, gdzie w zasadzie jedyne, bardziej angażujące momenty są raptem dwa. Kiedy w tle grają piosenki Marleya albo podczas rozmów Boba ze swoją żoną. Co z tego, że Kingsley Ben-Adir oraz Lysalla Lynch dają z siebie wszystko, by zaangażować w tą całą opowieść, skoro scenariusz podcina im skrzydła. A reżyser kompletnie nie jest w stanie wykrzesać z siebie jakiejkolwiek energii.

one love1

Dawno, ale to naprawdę dawno nie widziałem filmu tak bezczelnie marnującego swój potencjał. „Bob Marley: One Love” jest nudny, nie ma na siebie żadnego pomysłu, płytki, w zasadzie pozbawiony duszy. Jeśli chcecie lepiej poznać Boba Marleya, polecam absolutnie świetny dokument Kevina Macdonalda z 2012 roku „Marley”. Odradzam nawet jeśli jesteście zatwardziałymi fanami reggae.

4/10

Radosław Ostrowski

Priscilla

Nie znam obecnie reżyserki, która ma tak silny zmysł estetyczny jak Sofia Coppola. Większość jej filmów można określić jako wizualną ucztę dla oka, jednak nie zawsze mnie angażowały emocjonalnie. W zasadzie wyjątkiem od tej reguły było „Między słowami”. Czy „Priscilla” zmieni ten stan rzeczy?

Film jest oparty na pamiętniku Priscilli Presley (nagrodzona na MFF w Wenecji Cailee Spaeny) z domu Beaulieu oraz jej związku z gościem o pospolitym imieniu Elvis. Wszystko zaczęło się w połowie lat 50., gdy muzyk pełnił służbę wojskową w Niemczech. Ona miała niecałe 15 lat, kiedy się poznali w Wiesbaden. Wszystko dzięki przyjacielowi Króla oraz rozmowie z jej ojczymem. Od tej pory zahukana dziewczyna jest kompletnie zauroczona, nie jest w stanie o niczym innym myśleć. Początkowo rodzice są bardzo sceptyczni wobec tej znajomości. Dziwicie się? W końcu to Elvis (Jacob Elordi) – facet, za którym laski podążają wzrokiem niczym opętane i mógł mieć praktycznie każdą. Jednak to ONA zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Do tego stopnia, że zabiera ją (za zgodą rodziców i pod presją Priscilli) do Graceland. Tam też ma ukończyć naukę w szkole katolickiej, a potem… dzieją się rzeczy.

Brzmi jak bajka o księżniczce, co trafiła na swojego rycerza na białym koniu i trafiła do zamku. Tam niby wszyscy traktują ją z życzliwością (szczególnie babcia Elvisa), pomagają jej się zaadaptować, ALE… Pod tą całą fasadą pięknych obrazków, niemal pastelowych kolorów, pojawia się mniej sympatyczny obrazek. To wszystko tak naprawdę złota klatka, gdzie młoda i wchodząca w dorosłość kobieta nie ma dla siebie miejsca. Niemal cały czas reżyserka pokazuje nudną monotonię tego życia. Nawet w szkole wydaje się bardzo wycofana i znudzona. Tak samo jak kiedy Elvis wyrusza w trasę koncertową (dosłownie pokazane są migawki) czy kręci filmy, a same wiadomości docierały tylko z gazet. Nawet jeśli pojawiają się wspólne chwile naszej parki, daleko jest do sielanki. W tych momentach „Priscilla” potrafi uderzyć, ale reżyserka nie bawi się w osądzanie.

Niemniej to powolne tempo i pokazywanie nudy dnia codziennego jest bronią obosieczną. Bo w którymś momencie cała ta historia zaczyna nużyć, co może być dość zadziwiające. Coppola między słowami próbuje pokazać całą tą dziwną, niemal toksyczną relację dwojga ludzi, którzy – przynajmniej takie odniosłem wrażenie – nie byli na to przygotowani. Ona o wiele za młoda i niezbyt dobrze znająca życie, on ciągle w trasie, otoczony swoją ekipą, bardzo zdystansowany. Niby uduchowiony, ale cały czas nieobecny. Dlatego zakończenie nie jest żadną niespodzianką.

To, co mnie najmocniej trzymało to świetne główne role. Absolutnie cudowna jest Cailen Spaeny jako nastoletnia Priscilla – odpowiednio miesza niewinność, naiwność z samotnością oraz coraz większym poczuciem bezsilności. Im dalej w las, tym bardziej można odnieść wrażenie, że coraz bardziej zaczyna się czuć przytłoczona i zmęczona. Wszystko jednak pokazane w bardzo stonowany, subtelny sposób. Jacob Elordi pokazuje zupełnie innego Elvisa niż znanego ze sceny. Jest czarujący i przystojny, ALE jednocześnie bywa egoistyczny, faszeruje się lekami. Ale podczas rozmów telefonicznych z Priscillą wydaje się najbardziej niejednoznaczny. Czy naprawdę chce ją chronić przed medialnym tajfunem wokół niego, czy może jednak coś ukrywa? Ta niejasność pozostaje do samego końca.

Ciężko mi jednoznacznie polecić nowe dzieło Sofii Coppoli. „Priscilla” bardzo urzeka warstwą audio-wizualną (o dziwo, nie ma żadnych piosenek Elvisa) oraz aktorstwem. Jednak próba pokazania całej tej dziwnej relacji idola z fanką może wywołać znużenie swoim monotonnym rytmem. Muszę jednak przyznać, że mnie ten film frapował i ma parę mocnych scen, by dać mu szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Argylle – tajny szpieg

Parodie i wszelkiego rodzaju pastisze filmów szpiegowskich są równie stare jak filmy szpiegowskie. W ostatnim czasie takim specem od tego gatunku stał się Matthew Vaughn, dzięki serii filmów „Kingsman”. Reżyser bardzo efekciarskiego, intensywnego i kreatywnego (w formie) kina rozrywkowego wraca z kolejną historią o szpiegach. Tylko, że troszkę inaczej opowiedzianej.

Początek idzie bardzo w stylówę a’la James Bond, który tym razem nazywa się agent Aubrey Argylle (Henry Cavill z „kwadratową” fryzurą). Podczas misji w Grecji ma schwytać niejaką LaGrange (Dua Lipa) i znaleźć główny klucz. Sprawy się komplikują, bo a) Argylle zostaje zdekonspirowany, b) LaGrange ucieka i trzeba ją dopaść. Ale od czego jest sprawdzony kumpel, Wyatt (John Cena). Po krótkim przesłuchaniu okazuje się, że kobieta pracowała dla… dyrektora organizacji, dla której pracuje Argylle. By znaleźć dowody tej zdrady, panowie ruszają do Londynu, by znaleźć hakera i „główny klucz”.

Wciągnęło was? To muszę was rozczarować, bo cała ta historia to… finał czwartego tomu cyklu powieści o Argylle’u autorstwa Elly Conway (Bryce Dallas Howard). Kobieta pracuje już nad piątym tomem, jednak brakuje zakończenia. Chcąc przełamać blokadę twórczą pisarka wyrusza do matki (Catherine O’Hara), by razem popracować nad rozwiązaniem. W pociągu poznaje niejakiego Aidena (Sam Rockwell), który przysiada się obok i… okazuje się być szpiegiem. Choć prawdę mówiąc z długim zarostem i włosami wygląda jak ostatni menel. Do tego wszyscy (prawie) pasażerowie chcą ją zabić. Czy ma to coś wspólnego z książką?

Jak widać „Argylle” ma fabułę tak prostą do zrozumienia jak ustawy sejmowe. I tu nawet nie chodzi o przeplatanie się fikcji literackiej z rzeczywistością czy pastiszowy ton całości. Vaughn – jak na niego przystało – robi efekciarskie, szalone opowieści, gdzie realizm robi sobie wolne. Bardzo dynamicznie sfilmowanie i zmontowane sceny akcji podkręcają adrenalinę (szczególnie jak Aiden zmienia się w Argylle’a), wszystko pędzi na złamanie karku, mieszając brutalną jatkę (choć film ma kategorię PG-13) z humorem, mocno polanym absurdem. Po drodze odkrywamy kolejne twisty i zakręty, których jest sporo. Być może nawet za dużo, przez co gdzieś bliżej końca stawały się łatwe do przewidzenia. Aż już trzeci akt i finałowa konfrontacja to jest czyste szaleństwo, w którym główną rolę odgrywają ropa, granaty dymne, podczerwień i noże jako… łyżwy. Więcej nie powiem, bo to trzeba zobaczyć na własne oczy. Wielu może zmęczyć ten przesyt fajerwerków, jednak ja bawiłem się naprawdę dobrze. Może nie tak jak w serii „Kingsman”, ale Brytyjczyk nie ma się czego wstydzić.

Sytuację wspierają świetni aktorzy. Bardzo pozytywnie zaskakują Bryce Dallas Howard i Sam Rockwell. Ta pierwsza jako pisarka wrzucona w sam środek szpiegowskiej intrygi jest bardzo przekonująca. Szczególnie korzystając z inteligencji i sprytu, unikając siłowej konfrontacji. Im jednak dalej, okazuje się mieć o wiele więcej umiejętności niż się można spodziewać. Z kolei Rockwell nie miał roli tak wymagającej fizycznie jak Aiden. Brutalny, bardziej stąpający po ziemi i miejscami sarkastyczno-zblazowany. Intrygujące duo. Na drugim (oraz trzecim) planie mamy zbieraninę wyrazistych ról: od szorstkiego Bryana Cranstona (dyrektor Ritter, czyli główny antagonista) przez zaskakującą Catherine O’Harę (matka Elly) po drobne epizody Samuela L. Jacksona (Alfie) czy pojawiających się we „fragmentach książek” Henry’ego Cavilla i Johna Cenę.

Zdaję sobie sprawę, że będę raczej w mniejszości, ale… podobał mi się ten „Argylle – Tajny szpieg”. Może nie jest aż tak zaskakująca i szalona jak osadzona w podobnym klimacie seria „Kingsman”, jednak Vaughn jakimś cudem potrafi cały czas wykrzesać swoją szaloną wyobraźnię. Efekciarskie, celowo tandetne i bardzo kreatywne kino akcji z humorkiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Chłopiec i czapla

Nawet osoba niezbyt zainteresowania japońskimi animacjami przynajmniej słyszała o studiu Ghibli. Najbardziej znany z tego studia reżyser Hayao Miyazaki wraca z emerytury (znowu), by znów oczarować świat swoją wyobraźnią. Od razu się przyznam, że nie jest zbyt mocno zaznajomiony z dorobkiem Japończyka, więc wchodzę na głęboką wodę.

Akcja zaczyna się podczas II wojny światowej w Tokio i skupia się na młodym chłopcu imieniu Mahito. Jego matka ginie podczas bombardowania w szpitalu, gdzie pracowała. Razem z ojcem wyjeżdżają poza miasto do dawno niewidzianej ciotki (siostry bliźniaczki mamy), z którą jego ojciec się związał. Niby wszyscy są wobec niego życzliwi, a zwłaszcza staruszki-służące, jednak chłopak nie czuje się zbyt dobrze. Nie może się odnaleźć, co jeszcze bardziej czuć w szkole. Jeszcze dziwniej się dzieje, gdy koło niego krąży dość ekscentryczna czapla. Gadająca czapla, co twierdzi, że jego matka… żyje i tylko ona wie gdzie się ona znajduje. Więc zgadnijcie co nasz chłopiec robi?

W dzisiejszym rozpędzonym świecie taki film jak „Chłopiec i czapla” jest bardzo zaskakujący. I nie chodzi tylko o ręcznie rysowaną animację 2D, gdzie czuć ludzką rękę. Ale też o inną kulturę oraz bardzo powolne, wręcz kontemplacyjne tempo. Początek jest bardzo niespieszny, pozwalający poznać zarówno naszego bohatera, jak i zwyczajnego świata wokół. Miyazaki skupia się na prostych czynnościach (jedzenie, ubieranie się czy tworzenie łuku) przeplatane ze scenami koszmarnymi. Niby ta kreska jest bardzo prosta, jednak w rękach Japończyka staje się potężną bronią. Im bliżej, tym bardziej szczegółowy jest obraz, z masą detali (szczególnie na twarzach) czy podczas zjawisk nadnaturalnych. Same tła może nie wydają się aż z taką precyzją oddane, jednak robią wrażenie skalą.

Ale kiedy wkraczamy do „innego” świata, wszystko zmienia się diametralnie. Reżyser potwierdza jak bardzo szaloną ma wyobraźnię, bo czego tu nie ma. Czapla z dziobem tak przerażającym, że najmłodsze dzieci miałyby koszmary; przerażające pelikany zjadające słodziutkie istoty czy papugi mające apetyt na ludzkie mięso. Bliżej tutaj jest klimatem do „Labiryntu fauna” Guillermo del Toro, gdzie świat fantastyczny jest równie okrutny i bezwzględny, co rzeczywisty. Może dzieło Japończyka nie ma aż takiej siły, co dzieło Meksykanina, ale jest równie szczere i poruszające. Wliczając w to bardzo mocne, chwytające za serce zakończenie.

Dla wielu problemem może być powolne tempo historii czy stosowana logika snu, jednak „Chłopiec i czapla” pokazuje jak wielką siłę ma jeszcze ręcznie rysowana animacja. Pięknie wykonana, pełna nieskrępowanej wyobraźni oraz bardziej poważniejsza w kwestii podejmowanych tematów. Dzieło zdecydowanie NIE DLA najmłodszych.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pszczelarz

Idąc na film z Jasonem Stathamem nie należy się spodziewać dramatu psychologiczno-społecznego o kondycji człowieka w dzisiejszym świecie. Tutaj chodzi o czystą akcję, gdzie bohater Stathama (imię i nazwisko w zasadzie nieistotne) staje się Niepowstrzymaną Maszyną do Zabijania, aby na świecie panowało prawo i sprawiedliwość (nie, nie chodzi o partię polityczną). Nie inaczej jest w przypadku „Pszczelarza”, który jest dostarczającym frajdę bzdurą. Wszystko po kolei.

Tytułowym Pszczelarzem jest Adam Clay (tak naprawdę Jason Statham) – niepozorny facet, który jest… pszczelarzem. Prowadzi ul pszczół, zbiera miód, walczy z szerszeniami itp. Wynajmuje stodołę u niejakiej Eloise Parker od paru lat i wszystko jest cacy. Ale wszystko się zmienia, gdy kobieta pada ofiarą skamu i wszystkie jej konta bankowe (w tym fundacji charytatywnej zawierające dwa miliony dolców) zostają wyczyszczone. Jest tak źle, że Eloise strzela sobie w łeb. Dla naszego Pszczelarza to jest za dużo i wtedy poznajemy kim on jest naprawdę. Czyli byłym agentem super, super, super tajnej organizacji, która ma pilnować sprawności systemu. No i puszczają mu hamulce, co oznacza jedno – masę trupów, poważny spisek oraz… dużo tekstów z pszczołami.

Za cały ten obłęd odpowiada reżyser David Ayer („Furia”) i scenarzysta Kurt Wimmer („Królowie ulicy”, „Prawo zemsty”). Dlaczego obłęd? Bo „Pszczelarz” bardzo mocno przypomina akcyjniaki wyciągnięte z lat 90. Jest jednoosobowa armia w postaci emerytowanego „ducha”, który jest NIE DO POWSTRZYMANIA, spuszczonym ze smyczy wariatem. Gdy prawo i system daje ciała, wtedy wkracza on. Antagonistami są komputerowi oszuści, co wyłudzają kasę od samotnych, starszych ludzi. To wystarczający powód, żeby życzyć im śmierci – krwawej, brutalnej i bezkompromisowej. Oraz by się zaangażować w tą opowieść. Prostą, czasem mocno absurdalną i wręcz idiotyczną, ale dającą masę frajdy.

Kiedy po 15 minutach wydaje się, że jest po wszystkim (znalezienie call center, które odpowiadało za skam i wysadzenie go w pizdu) sprawa okazuje się o wiele poważniejsza. W sprawę są zamieszani politycy i biznesmeni Białego Domu, dlatego nasz Pszczelarz znajduje się na celowniku wszystkich: FBI, CIA, SWAT, komandosów, Secret Service, najemników, a nawet PZPN-u. To może wydawać się bardziej pasować do jakiegoś „Raportu Pelikana” czy innego „Stanu gry”, ale Ayer czyni z tego dość sympatyczny dodatek. Chociaż kilka postaci (dyrektor CIA, wicedyrektor FBI) wydają się zmarnowane i niewykorzystane. Tak samo zbędna wydawała mi się agentka FBI (córka Eliose) i jej partner, gdzie dynamika próbuje być jak w kinie kumpelskim, tylko ten humor za działa.

Ale jeśli chodzi o akcję, jest więcej niż kompetentnie. Krew się leje, kości są łamane, palce obcinane, budynki oraz ludzie podpalani, kule świszczą – znacie te zasady. Nawet jak nasz Pszczelarz jest otoczony przez kilkunastu UZBROJONYCH po zęby gości, unieruchamia ich gołymi pięściami (w większości), choć po spluwę też sięgnie i postrzela. Choć sceny akcji są dość szybko cięte, nie zmieniają się w nieczytelny chaos, podbite jeszcze dobrym udźwiękowieniem. A już w finale (satysfakcjonującym jak cholera), jest totalna młócka na eksplozje, karabiny, kopniaki z buta, noże i kastety.

Aktorsko jest o wiele lepiej niż ma prawo być. Jason Statham niby robi to zawsze, tylko jest bardziej bezczelny i bezwzględny, walczy jak wariat. Ale ma też parę poważniejszych momentów, które ogrywa naprawdę nieźle. Za to sporym zaskoczeniem byli Josh Hutcherson oraz Jeremy Irons. Pierwszy jako szef tego skamowego przekrętu wypada najlepiej z całej obsady. Bywa on irytującym dzieckiem Gen Z, co ma zajoba na wege żarcie czy medytacje i masaże, a z drugiej to wyszczekany gówniarz przekonany o nietykalności. Irons jako były dyrektor CIA, obecnie „fixer” firmy wnosi odrobinę ironii oraz przypomina zmęczonego cynika, zbyt inteligentnego wobec swojego otoczenia.

To nie jest film zmieniający oblicze ziemi, tej ziemi. Ayer zrobił bardzo kompetentny akcyjniak w starym stylu, zachowując względny realizm (gdzieś do połowy). Potem hamulce puszczają, schematy wchodzą, a i tak zabawa jest przednia. Warte obejrzenia, szczególnie z kumplami lub kumpelami przy piwku.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Meg 2: Głębia

Pamiętacie jak parę lat temu Jason Statham walczył z prehistorycznymi rekinami? Czyli megalodonami zwanymi meg? Pierwszy „Meg” był średnim, głupim filmem klasy B za dużą kasę (głównie z Chin), który mógł dawać masę frajdy. Przy okazji zarobił też kupę kasy, więc sequel był nieunikniony. Tym razem za kamerą stanął sam Ben Wheatley, czyli twórca „Kill List”, „High Rise” czy „Free Fire”. Ale to nie miało jakiegoś dużego wpływu na styl czy jakość.

meg2-1

Statham wraca jako Jonas Taylor – doświadczony płetwonurek, który pracuje dla chińskiego Instytutu Oceanicznego. Przy okazji wkurza wszystkich, co niszczą morza np. wrzucając tam toksyczne substancje w beczkach. Ale też mierzył się ze znajdującymi się na dnie oceanu prehistorycznymi rekinami, co przebiły się na powierzchnię. Tym razem szef grupy badawczej, Zhang Jiuming (Wu Jing) chce badać dno oceanu i pracuje nad specjalnymi egzoszkieletami. Podczas ekspedycji (gdzie jeszcze przekrada się 14-letnia Meiying, wkurzając ojca i Jonasa) odkrywają kolejne megi, jednak nie to jest największym problemem. Jest nim za to pewna funkcjonująca stacja, gdzie… prowadzone są wydobycia rzadkich surowców.

meg2-2

Druga część ma więcej tego, co było poprzednio: więcej rekinów, więcej morza, więcej Chińczyków, więcej ekspozycji i… więcej nudy. Cała ta intryga związana z wydobywaniem surowców wydaje się być wzięta z innego filmu. Do tego traktowana jest ze śmiertelną powagą, co jeszcze bardziej gryzie się z całą resztą. Najlepszy jest absolutnie początek, czyli akcja Jonasa na statku wyrzucającym toksyczne beczki oraz półgodzinny finał, gdzie rekiny atakują ludzi. I z nimi mierzy się Jason Statham. Wiążę się z tą decyzją jedno ważne pytanie: CZEMU TAK PÓŹNO? Ja cały film czekałem na Niezniszczalnego Jasona robiącego to, co potrafi najlepiej – spuszczać łomot.

Tylko, że zamiast tego mamy kompletną bzdurę z wydobywaniem rzadkich minerałów z oceanu, co przynosi od groma piniądzorów. Oraz pójście w klimaty z „Otchłani” Jamesa Camerona. Po twarzy dostajemy ekspozycyjnymi dialogami i wymuszonym humorem, co trafia w cel niczym ślepiec z karabinu snajperskiego na odległość 10 km. Do tego kompletnie nijacy antagoniści, których nie da się traktować poważnie, dopasowany do tego poziomu drugi plan oraz niezbyt dobre efekty komputerowe.

meg2-3

Najgorsze jest jednak coś zupełnie innego, co kryje się w dwóch słowach: chiński rynek. Co oznacza dwie istotne kwestie. Po pierwszy, więcej azjatyckich twarzy. Samo w sobie nie jest niczym złym, ale postać Jiuminga i jej córki mają w zasadzie wincyj czasu ekranowego od Stathama, rzekomej gwiazdy tego filmu. A taka parka wychodzi z każdych tarapatów, szczególnie tatuś. Bo ja wiadomo, wszyscy Chińczycy są superinteligentni, znają kung fu i mają od cholery szczęścia. Trochę śmierdzi to propagandą. Po drugie, oznacza to całkowity brak krwi, a ta by się tutaj bardzo przydała. Ale we Chinach filmów z R-ką pokazywać nie można, ponieważ nie są w ogóle dystrybuowane (albo jak mówił Ryan Reynolds dostają kategorię wiekową: Pierdol się i tak tego nie zobaczysz). A sama obecność posoki podbiłaby klimat kina klasy B i dałaby więcej frajdy.

meg2-4

Jestem strasznie wkurzony i rozczarowany drugim „Meg”. Dać Jasona Stathama oraz masę rekinów do rozwalenia, podkręcić absurdalność, a także dodać paru kumpli do wsparcia – DLACZEGO ZROBIENIE TEGO BYŁO DLA TWÓRCÓW ZA TRUDNE???!!! I jest jeszcze niebezpieczna nadzieja, że powstanie część trzecia. Boże, daj mi siły!!!

4/10

Radosław Ostrowski

Bunt przed sądem wojennym

7 sierpnia 2023 roku zmarł amerykański reżyser William Friedkin. Twórca „Egzorcysty” przypomniał o sobie w 2011 zaskakująco dobrym „Zabójczym Joe” – kryminalną opowieścią w klimacie filmów braci Coen, gdyby oni opowiadali o patologii i byli bardziej ekstremalni w formie. Ale przed śmiercią 86-letni filmowiec zdążył zrealizować film dla stacji Showtime, jednak premiery już nie dożył. Jak sam tytuł wskazuje jest to dramat sądowy.

Podstawą była sztuka teatralna Hermana Wouka oparta na jego powieści z 1953 roku. Reżyser uwspółcześnił realia z czasów II wojny światowej do bardziej nam współczesnych w Zatoce Perskiej. Ale punkt wyjścia jest taki: oskarżenie pierwszego oficera niszczyciela min USS Caine, porucznika Maryka (Jake Lacy) o wszczęcie buntu i odsunięcie kapitana statku od dowództwa. Dlatego, że komandor podporucznik Queeg (Kiefer Sutherland) miał przejść załamanie nerwowe kiedy statek uciekał przed sztormem. Obrony oficera podejmuje się wyznaczony przez sędziego porucznik Greenwald (Jason Clarke), zaś oskarża komandor porucznik Challee (Monica Raymund).

W zasadzie można nazwać „Bunt przed sądem wojennym” produkcją, która bardziej pasowałaby do Teatru Telewizji. Dla wielu może to zabrzmieć jakby to była wada, jakby to było coś gorszej jakości. Ale ta teatralność, osadzenie wszystkiego (prawie) na sali sądowej. Nie ma tutaj żadnych scen retrospekcji (które można byłoby tu spokojnie wstawić), przebitek czy eksperymentów formalnych. Reżyser używa zarówno paru długich ujęć, zbliżeń czy szybkich cięć montażowych. To ma służyć jednemu celowi i jednemu celowi tylko służyć to ma: budowaniu ciągłego poczucia napięcia oraz presji. By móc dotrzeć do prawdy lub czegoś, co za prawdę możemy uznać. Co mam na myśli? Bo nasza sympatia lub antypatia zależeć będzie od tego komu uwierzymy (czytać: czyją prawdę uznamy), o co toczy się cała stawka.

Czy bardziej zaufamy młodym oficerom, czy może bardziej doświadczonemu dowódcy? Czy Queeg naprawdę jest mściwym tyranem, karzącym w dość ostry sposób swoich podwładnych (zakaz korzystania z prysznica, szukanie winnych podjadania truskawek)? A może jego podoficerowie spanikowali i wykazali się zwykłą niesubordynacją? Kolejni świadkowie – zarówno oficerowie, jeden mat, biegli psychiatrzy oraz ekspert wojskowy – podsuwają różne możliwości, hipotezy, teorie. Więcej jest tutaj odcieni szarości niż jednoznacznego wskazania granicy, co budzi wątpliwości. Dopiero w samym finale dostajemy wyjaśnienie w bardzo mocnym monologu, który jest tak kropka rzucona w ostatnim zdaniu.

Tak mięsiste kino potrzebuje też krwistych ról, a Friedkin zazwyczaj miał dobrą rękę do aktorów. Nie inaczej jest w „Buncie…”, gdzie są co najmniej dwie genialne kreacje. Po pierwsze – absolutnie zaskakujący Kiefer Sutherland w roli kapitana Queega. To bardzo neurotyczny oficer, który ma za sobą bardzo silne i poważne przejścia. Co bardzo czuć w sposobie mówienia, chwilach zacięcia, powtarzania się czy nagłego „zapominania”. Aktor pojawia się w dwóch scenach przesłuchania i całkowicie dominuje ekran swoją obecnością, zaś ostatnie momenty w jego wykonaniu to majstersztyk. Takiego Sutherlanda nie widziałem nigdy. Równie rewelacyjny jest Jason Clarke w roli obrońcy Greenwalda, który początkowo sprawia wrażenie niechętnego obrony (do czego sam się przyznaje). Ale im dalej w las, w tym bardziej opanowany, wręcz metodyczny sposób podchodzi do sprawy. Zadaje bardzo zasadne i sensowne pytania, nabierając coraz większej siły, ale najmocniejszą rzecz rzuca w samym finale, już po procesie. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to jego najlepsza rola w karierze i ogląda go sprawia czystą przyjemność. Tak samo fantastyczny jest Jake Lacy (porucznik Maryk), energiczna Monica Raymund (prokurator Challee) czy pełen siły oraz charyzmy Lance Reddick (kapitan Blakely, przewodniczący składu sędziowskiego) w swojej ostatniej roli.

Nie wiem, czy William Friedkin kręcąc „Bunt przed sądem wojennym” wiedział, że to będzie jego ostatni film, ale jedno mogę powiedzieć na pewno. Reżyser dał z siebie wszystko, wyciskając ze scenariusza i aktorów maksimum możliwości, a ci to odwzajemnili. To ciągle aktualny dramat o odpowiedzialności dowódcy pod wpływem presji i stresu, a także o roli dyscypliny w armii. Absolutnie godne pożegnanie Mistrza z kinem w wielkim stylu.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kos

Jakoś polscy filmowcy w kwestii produkcji historycznych wyrobili sobie pewien z góry określony schemat. Hektolitry patosu, bohaterowie historyczni pokazani w bardzo pomnikowy, wręcz jednowymiarowy, cierpiętnictwo, dramat, dramat i… nuda. Nie oznacza to, że nie próbowano podejść do tego tematu inaczej jak pokręcona (oraz bardzo ambitna) „Hiszpanka”, ubrany w sensacyjną konwencję „Piłsudski” czy komediowi „Niebezpieczni dżentelmeni”. Teraz do tego trendu dołącza nowe dzieło Pawła Maślony „Kos”.

Tytułowym bohaterem jest Tadeusz Kościuszko (Jacek Braciak), co w 1794 roku chciał rozkręcić powstanie po II rozbiorze Polski. Towarzyszy mu towarzysz z wojny o niepodległość USA – czarnoskóry Domingo (Jason Mitchell), który wydaje się bardziej stąpać po ziemi. I ma ku temu powody, bo może zapał do walki jest, ale szansę na walkę szlachty z chłopstwem ramię w ramie są żadne. Nie tylko z powodu wzajemnej wrogości między klasami społecznymi, ale kompletnego braku organizacji, broni oraz dewizy „szlachta na przedzie i jakoś to będzie”. Kos wyrusza na spotkanie z hetmanem w dworku u pułkownikowej Giżyńskiej (Agnieszka Grochowska).

To w rzeczywistości NIE JEST główny wątek opowieści, bo prawdziwym bohaterem tego filmu jest Ignac Sikora (Bartosz Bielenia) – bękarci syn szlachcica. Traktowany jak chłop, czyli jak niewolnik i nienawidzony przez resztę rodziny. Aczkolwiek jego ojciec, niejaki Duchnowski (Andrzej Seweryn z epickim wąsem) uwzględnia go w testamencie. Tylko, że powracający z Warszawy brat, Stanisław (Piotr Pacek ubrany na Francuza) nie jest z tego zadowolony. Ignacowi udaje się wykraść testament i musi ruszyć do krakowskiego sądu, by uprawomocnić zapis. Co może pójść nie tak? Trafia na Domingo oraz Kościuszkę, którzy biorą go ze sobą do dworu. Jakby było mało tarapatów, do dworu przybywa oddział Rosjan pod wodzą rotmistrza Iwana Dunina (Robert Więckiewicz) na nocną kwaterę. Co gorsza oficer próbuje schwytać „Kosa”, czyniąc sytuację bardzo nerwową.

Reżyser absolutnie nie tworzy filmowej wersji podręcznika do historii, za to ewidentnie bawi się gatunkami. „Kos” ma w sobie coś z westernu (sam początek z przepięknym krajobrazem), kina awanturniczo-przygodowego w mikro skali czy nawet dramatu. Jednak Maślona najmocniej tutaj inspiruje się… Quentinem Tarantino. I nie chodzi o czasem pojawiające się bluzgi, masę krwi czy sceny zbliżone klimatem do „Django”, „Nienawistnej ósemki” czy „Bękartów wojny”, lecz o mieszankę zabawy realiami historycznymi z poważnymi obserwacjami. Nawet jeśli przez większość czasu jesteśmy zamknięci w dworku z paroma postaciami (Kościuszko, Domingo, Giżyńska, Dunin) atmosfera z każdą minutą robi się coraz gęstsza i gęstsza. Szczególnie z pojawieniem się Dunina, którego bardzo ciężko jest rozgryźć. Czy rozpozna Kościuszkę podszywającego się jako… Tadeusz Bieda, tłumacz Domingo? Czy on wie i tylko czeka na odpowiednią chwilę? Czy zdąży przybyć odsiecz? Maślona bardzo precyzyjnie buduje napięcie, by w ostatnich kilkunastu minutach doprowadzić do mocarnej eksplozji oraz rozpierduchy.

Wszystko to z masą świetnych dialogów, które napisane są bardziej współczesnym językiem niż staropolszczyzną. I chyba dobrze, bo inaczej mogłoby być to dla nas niezrozumiałe. Ale nie brakuje tu zarówno brutalnej władzy panów szlachciców, mogący z chłopami robić praktycznie wszystko (mocna scena traktowania zbiegłego chłopa jak psa i próba powieszenia go), docinków w stronę pieniactwa, słomianego zapału czy – chyba najmocniejszy tekst – dlaczego Bóg i Honor są przed Ojczyzną. A wszystko jeszcze okraszone błotem, krwią, ogniem i mieczem. Widać też, że budżet był, bo kostiumy i scenografia są wykonane pierwszorzędnie.

Do tego aktorsko wszyscy tu błyszczą. Świetny jest Bielenia w roli bohatera mimo woli, co chce załatwić swoją prywatną sprawę. Tylko świat i okoliczności mają dla niego inny plan, przez co będzie musiał dokonać ważkiego wyboru. Zaskakująco stonowany jest Jacek Braciak jako Kościuszko, o wiele bardziej przyziemny, z każdą chwilą zderzony z niezbyt przyjazną rzeczywistością. Tworzy bardzo interesujący duet z Jasonem Mitchellem (Domingo), z którym rozumie się bardzo dobrze. Czuć tą silną więź zaprawioną w boju oraz przyjaźń. Drobne, choć wyraziste role tworzą niezawodni Andrzej Seweryn (Duchnowski) oraz Łukasz Simlat (Wąsowski). Ale prawdziwym złodziejem scen jest absolutnie genialny Robert Więckiewicz. Jego Dunin bardzo i to BARDZO przypomina Hansa Landę z „Bękartów wojny”. Bardzo opanowany, inteligentny, mogący pozornie sprawiać wrażenie dżentelmena. Jednocześnie kryje się tutaj pełen dumy, zdeterminowany brutal, czujący się jak u siebie. Tak wyrazistego antagonisty nie było u nas od czasu Dario ze „Ślepnąc od świateł”.

„Kos” kolejny raz pokazuje jak można robić u nas kino historyczno-kostiumowe, które nie jest zero-jedynkową wizją świata. Może Maślona miejscami aż za bardzo naśladuje Tarantino, jednak ze wszystkich polskich reżyserów robi to najlepiej. Soczyste dialogi, fantastyczne aktorstwo, surowy klimat oraz czysta zabawa, choć nie pozbawiona gorzkich refleksji na temat naszej mentalności.

8/10

Radosław Ostrowski

Ferrari

Nie trzeba być fanem motoryzacji, żeby znać nazwę Ferrari. Szybkie, sportowe fury w mocnej czerwieni, jednoznacznie kojarzone z wyścigami. Szybkość, adrenalina i ekscytacja. A kim był ich konstruktor, czyli Enzo Ferrari? O nim postanowił stworzyć swój najnowszy film weteran kina – Michael Mann.

Akcja toczy się w roku 1957 – dziesięć lat po tym jak Enzo (Adam Driver) skonstruował swoje pierwsze auto. Potem były różne wyścigi, rajdy, na których zwycięstwa pomagały w sprzedaży samochodów. Jednak w tym roku wszystko się komplikuje. Finanse się wykruszają, auta psują się, a kierowcy giną w wypadkach. Wszyscy z otoczenia (poza pilnującej pieniędzy żony) radzą mu szukania inwestorów lub sprzedania większej ilości aut. Jedyną szansą dla niego jest wygranie wyścigu Milla Miglia, czyli rajdu z Bresci do Rzymu i z powrotem. Wygranie, nie zajęcie przez jego kierowcę miejsca drugiego czy trzeciego. Zwłaszcza, że równie zdeterminowany jest Maserati, które ma podobne problemy.

Ale to nie jedyny problem z jakim musi się zmierzyć Enzo, bo życie prywatne „Dowódcy” jest skomplikowane. Delikatnie mówiąc. Mężczyzna ma żonę Laurę (Penelope Cruz), jednak ich relacje posypały się po śmierci starszego syna Dino. Poza tym jeszcze jest ta trzecia – Lina Lardi (Shailene Woodley), z którą ma syna. Oboje mieszkają w kupionej przez Enzo posiadłości w tajemnicy przed żoną. I to jest poważny dylemat.

Mann miał bardzo pod górkę przy pracy nad tym filmem, przygotowując się 20 lat. Po drodze zmieniali się odtwórcy głównej roli (Robert De Niro, Christian Bale, Hugh Jackman), zmarł autor scenariusza (Troy Kennedy Martin), wybuchła pandemia. Dopiero w 2021 roku udało się zebrać odpowiednie fundusze, znaleźć aktorów i ruszyć z tym. To świadczy o determinacji i uporze reżysera, tak jak Ferrariego idącego ku wyznaczonej drodze. Jednak w przypadku włoskiego konstruktora i byłego rajdowca droga była bardziej wyboista, w zasadzie pozbawiona jakiegokolwiek dobrego wyjścia. Reżyser lawiruje między życiem prywatnym a zawodowym Włocha, zachowując równowagę.

Ale jeśli spodziewacie się sporych ilości wyścigów czy samochodów, będziecie srodze zawiedzeni. Tego jest za mało, jednak jak już się pojawiają, potrafią dać satysfakcję. Mimo tego, że są zrobione w bardziej staroszkolny sposób. Nie ma tu aż takiej dynamiki i intensywności jak w „Wyścigu” czy „Ford vs Ferrari”, jednak finałowy wyścig Milla Miglia trzyma za gardło. Co jest zasługą szybkiego montażu oraz paru nietypowych kadrów jakby żywcem wziętych z lat 80., a także zgrabnie wplecionych efektów specjalnych. Czuć to ryzyko w czasach, kiedy wyścigi odbywały się na publicznych drogach i bez obecnych zabezpieczeń.

A jak sobie poradził Adam Driver w roli tytułowej? Moim skromnym zdaniem, radzi sobie bardzo dobrze tworząc portret człowieka upartego, bezkompromisowego i przekonanego o swoich racjach. Nie bez powodu nazywany jest Dowódcą, pokazując charyzmę mówcy jak podczas rozmowy z kierowcami po przegranym rajdzie. Bardziej przypomina wycofaną, kalkulującą maszynę niż człowieka przez co trudno go polubić. Zwłaszcza, że nie prywatnie sprawia wrażenie wycofanego, niepewnego i nie odnajdującego się poza torem i wyścigami. Kontrastem dla niego jest Penelope Cruz jako żona Laura – mająca więcej energii, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać. W jej oczach maluje pojawia się poczucie odrzucenia, ból, szczególnie po odkryciu kochanki i dziecka. Bardzo mocna, intensywna kreacja. Wspólne sceny tej dwójki to jedne z lepszych momentów tego filmu. Trochę w cieniu wydaje się być Woodley, której postać wydaje się bardzo stonowana, nie awanturująca się, niejako pogodzona z byciem tą drugą.

Czy „Ferrari” jest powrotem Michaela Manna po 8 latach niebytu do dobrej formy? Zdecydowanie tak, z paroma mocnymi dialogami i scenami oraz bardzo porządnymi scenami wyścigów. Na pewno fani motoryzacji chcieliby większego skupienia na samochodach i wyścigach niż dramacie obyczajowych. Niemniej to kawał solidnie przygotowanej biografii.

7/10

Radosław Ostrowski

Akademia pana Kleksa

„Akademia pana Kleksa” wydana w 1946 roku autorstwa Jana Brzechwy stała się bardzo popularną powieścią. A nawet przez bardzo długi czas szkolną lekturą. Jednak do naszej popkultury Kleks wszedł dzięki filmowi Krzysztofa Gradowskiego z 1983 roku oraz ikonicznej roli Piotra Fronczewskiego. Więc kiedy pojawiły się wieści o nowej adaptacji, większość była nastawiona bardzo sceptycznie. Zarówno z powodu osoby reżysera (Maciej Kawulski), jak i wprowadzanych zmian w scenariuszu. Czy najgorsze obawy się potwierdziły?

Historia skupia się na Adzie Niezgódce (debiutująca Antonina Litwiniak) – 12-letniej dziewczyny, co zawsze sobie wszystko planuje i przygotowuje. Mieszka razem z matką, zaś ojciec wyszedł z domu i nie wrócił. Przez 6 lat, a wszelki ślad zaginął. Jej spokojne życie zmienia się, kiedy pojawia się ptak Mateusz (Sebastian Stankiewicz) i zaprasza ją do Akademii pana Kleksa. Nie bez problemów, ale udaje się ją przekonać do tego przedsięwzięcia. Na miejscu poznaje dzieci z różnych części świata, a także bardzo ekscentrycznego Kleksa (Tomasz Kot), uczącego… siły wyobraźni. Tylko zbliża się bardzo poważne zagrożenie – Wilkunami chcą schwytać oraz zabić Mateusza. Dlaczego? By się zemścić za śmierć ich króla.

Poprzeczka zawieszona była bardzo wysoko, a oczekiwania wystrzeliły jak rakieta. To nie miało prawa się udać, prawda? Początek nie zapowiada WIELKIEJ katastrofy, gdzie powoli poznajemy naszą bohaterkę i jej otoczenie. Po drodze jeszcze jest product placement (na szczęście nie zbyt nachalny), ekspozycję oraz jeszcze szybsze poznanie reszty dzieciaków. A że potem nie odgrywają zbyt dużej roli w dalszej części filmu, to już inna sprawa. Kiedy trafiamy do bajkowego świata oraz Akademii, wszystko powinno się rozkręcić oraz oczarować. Kawulski robi to, ale głównie w kwestii technicznej. Wrażenie robią efekty specjalne oraz scenografia Akademii – każde pomieszczenie, korytarz wygląda niesamowicie i pieści oczy. Tak jak wiele scen, gdzie Kleks pokazuje różne niezwykłości jak tworzenie jedzenia z… kolorów czy manipulowanie otoczeniem.

I w tym momencie coś w „Akademii” zaczyna się psuć, zaś Kawulski zaczyna gubić się w tej układance. Podobnie jak w „Kajtku Czarodzieju” brakuje skupienia, gdzie wątki mieszają się ze sobą w mętną mieszankę. Jakby chciano złapać kilka srok za ogon – nauka w Akademii, budowana relacja Ady z Kleksem, osamotniony uczeń Albert, przeszłość Mateusza, wreszcie wisząca wizja wojny z Wilkunami. Nie wspominając jeszcze o tajemnicy wokół ojca Ady, która jest tu ledwo liźnięta. Do tego parę nietrafionych żartów oraz muzyka MOCNO próbująca naśladować styl a’la „Stranger Things”. A także trzeci akt wyglądający jakby nakręcił go Zack Snyder. Dlaczego? Wjeżdża na pełnej slow-motion, patos oraz efekciarstwo.

Ja tak narzekam, marudzę i wymieniam te wady, ale jest tu troszkę dobra. Poza warstwą wizualną jest tutaj kilka wyrazistych ról. Absolutnie świetny jest Tomasz Kot, którego Kleks sprawia wrażenie dziecka w ciele dorosłego. Lubi robić efektowne wejście (oj, wejście z muzyką – perełka), z pokręconymi strojami, ale jednocześnie ma w sobie coś z mędrca. Zaskakująca jest Danuta Stenka w roli przywódczyni Wilkusów, bo jest odpowiednio demoniczna, przerażająca i zła. Nie można nie wspomnieć o Piotrze Fronczewskim, który zawsze trzyma poziom czy dość nietypowo obsadzonym Sebastianie Stankiewiczu jako Mateuszu (tutaj wiele robi charakteryzacja). A jak poradziła sobie Litwiniak w roli głównej? Gra bardzo przyzwoicie bez wywoływania irytacji, a w wielu bardziej dramatycznych momentach wypada przekonująco. Reszta w zasadzie jest troszkę tłem dla reszty.

Ta inkarnacja „Akademii pana Kleksa” ma wiele, wiele wad i problemów. Można by rzec, że film Kawulskiego padł ofiarą swoich ambicji oraz oczekiwań. Niemniej nie jest to aż tak wielka katastrofa jak wieszczą krytycy. Do satysfakcji jednak jest daleko, niestety.

6/10

Radosław Ostrowski