Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Ktoś jeszcze pamięta te czasy, gdy Luc Besson robił niesamowite filmy? „Wielki błękit”, „Nikita”, „Leon zawodowiec”, „Piąty element” – to były świetne czasy dla francuskiego reżysera. A potem (jako scenarzysta i producent) zaczął trzaskać jak szalony filmy akcji i powstawały takie marki jak „Taxi”, „Transporter” czy „Uprowadzona”. Zaś reżyserskie próby raczej odbijały się bez echa, ale w 2017 rku Francuz zagrał va banque. Nakręcił z własnej kieszeni za 200 milionów dolarów SF na podstawie kultowego komiksu.

Wszystko zaczęło się w 1975 roku, gdy zbudowana została stacja kosmiczna Alfa. Do niej z czasem zaczęły się pojawiać kolejne statki, które najpierw łączyły astronautów z Ziemi, a następnie z przybyszami innych planet. To tak się rozrosło, że w XXII wieku Alfa coraz bardziej zbliżyła się do ziemskiej atmosfery, więc podjęto decyzję o skierowanie tego kosmicznego miasta w kierunku Obłoku Magellana. Mija 400 lat i skupiamy się na agentach kosmicznej federacji (prawie jak w „Star Treku”) – majorze Valerianie (Dane DeHaan) i sierżant Laureline (Cara Delavigne). Oboje ruszają z misją na kosmiczną planetę, by wykraść pewien cenny przedmiot – by być tak precyzyjnym chodzi o konwerter. Co on robi? Po pierwsze jest zwierzątkiem, po drugie jest w stanie zduplikować połknięte przedmioty. Misja, choć nie bez problemów, udaje się i nasza parka przybywa do Alfy. A tam jest totalne multi-kulti oraz kompletnie nie wiadomo skąd radioaktywna strefa w samym sercu miasta.

„Valerian…” to bardzo droga, oszałamiająca wizualnie hybryda znanych motywów i wątków z SF. Gdzieś czuć tu klimat „Gwiezdnych wojen”, „Piątego elementu”, „Star Treka”, „Strażników galaktyki”, a nawet… „Avatara”. Z jednej strony cały ten świat wygląda oszałamiająco wizualnie (widoczny tylko wirtualnie wielki bazar na pustyni czy sama stacja Alfa), że trudno oderwać wzrok od czegokolwiek. Ilość szczegółów, mnogość istot oraz imponujące efekty specjalne – tak kreatywnie wykreowanego świata nie widziałem od dawna. Jednak sama opowieść to, no cóż, inna dyskusja.

Intryga jest mieszanką śledztwa, akcji oraz bezpretensjonalnej przygody, dzięki czemu mamy procentową szansę na poznanie tego wariackiego, ekstrawaganckiego świata. Choć punkt wyjścia jest interesujący, im dalej w las Besson zaczyna gubić rytm i mąci w narracji. Próbuje podrzucić kolejne elementy oraz scenki jak choćby łowienie meduzy przez dziwacznego kapitana Boba (Alain Chabat nie do poznania) czy – bardzo imponującą – scenę tańca przez zmiennokształtną prostytutkę (Rihanna). Problem z nimi jest taki, że pełnią rolę efekciarskiego zapychacza, w zasadzie zbędnego dla fabuły. Tak samo nie do końca trafia humor, który dla mnie bywał wręcz infantylny, co mi zgrzytało. I to dotyczyło głównie relacji między naszą dwójką bohaterów – oboje troszkę sprawiali wrażenie bardziej nastolatków, którzy się przekomarzają, niby-chcą-być-razem-ale-nie-do-końca. Brakowało mi tutaj napięcia, zaś samo rozwiązanie jest dość przewidywalne.

Aktorsko jest w sumie całkiem zgrabnie i dość zaskakująco. Główny duet, czyli Dane DeHaan i Cara Delavingne tworzą niezły duet. On trochę poważny, choć zacięty oraz głosem trochę przypominającym młodszą wersję Keanu Reevesa, z kolei ona taka bardziej zadziorna, awanturnicza, mniej trzymająca się procedur. Ten kontrast nawet działa i jest na tyle chemii, by za tymi bohaterami podążać. Z bardziej znanych twarzy obecny jest też Clive Owen (szorstki i nie budzący zaufania admirał Fillitt), jest w świetnym epizodzie Ethan Hawke (alfons Jolly), zaskakująco obsadzony Herbie Hancock (minister) czy wcześniej wspomniany Chabat.

Niby to jest blockbuster, ale tak pokręcony i ekscentryczny, ze nie mógłby powstać w Hollywood. Besson może bywa efekciarski, zaś scenariusz wydaje się czasem wątły oraz niewykorzystujący swojego potencjału, ALE ten film ma pewien bezpretensjonalny urok. Może jest on niedzisiejszy i zrobiłby większe wrażenie z 20 lat temu, niemniej to jest pewna odskocznia od taśmowych produkcji made in Hollywood.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Między nami żywiołami

Pixar, Pixar, Pixar – czasy największej kreatywności i świetności były w czasach, gdy za ich filmy odpowiadali tacy reżyserzy jak Andrew Stanton, John Lasseter, Brad Bird czy Pete Doctor. Teraz ich miejsce zajmuje młodsze pokolenie, które może i technicznie robi lepsze rzeczy niż w/w reżyserzy, lecz scenariuszowo trochę niedomaga (plus minus jeden czy dwa wyjątki). Dlatego do „Elemental” podchodziłem z pewną nieufnością, a jak odkryłem kto kręci ten film nadzieja odeszła ode mnie szybciej niż polityk ze swoimi obietnicami. Bo reżyser Peter Sohn stworzył (zbyt) prostolinijnego i skierowanego do najmłodszych widzów „Dobrego dinozaura”. Więc mnie rozumiecie, prawda?

„Między nami żywiołami” dzieje się w Mieście Żywiołów, gdzie wprowadza się rodzina z Palinezji. Oboje są ogniści, więc wszystko może spłonąć za pomocą dotyku. Dlatego nie bardzo są akceptowani przez resztę mieszkańców. Udaje im się jednak kupić ruderę i zbudować w niej sklep, który z czasem staje się ośrodkiem dla przybywających ognistych. Także w tym okresie wyrosła im córka Iskra, mająca w przyszłości przejąć rodzinny interes. Jest jednak pewien problem – dziewczyna bardzo łatwo wpada w gniew, nie radząc sobie z upierdliwymi klientami. I podczas takiej eksplozji w piwnicy pojawia się (prosto z rury) Wodzimierz Potocki – urzędnik, którego kontrola może doprowadzić do likwidacji sklepu. Chyba, że uda się ustalić tajemnicze źródło przecieku, co atakuje całe miasto.

Punkt wyjścia jest aż nadto znajomy i ma parę oczywistych motywów, które już w innych filmach studia z Emeryville (i nie tylko od nich) widzieliśmy: wielokulturowe miasto uprzedzone wobec nowych („Zwierzogród”), spełnianie oczekiwań rodziców przy tłumieniu swoich potrzeb („To nie wypanda”), dojrzewanie nastolatka („W głowie się nie mieści”). Do tego na pierwszym planie mamy powoli budowaną relację między Iskrą a Wodkiem, idąca w kierunku znanym z… komedii romantycznych. Ale przecież ogień i woda nie łączą się ze sobą (dotyk może zabić ich oboje), więc jaka jest tutaj szansa na jakiekolwiek uczucie? Szczególnie w przypadku tak narwanej i niepewnej siebie Iskry.

Samo miasto oraz animacja robi piorunujące wrażenie, ale to standard w przypadku Pixara. Niemniej szczegółowość, ruch postaci, scenografia czy wygląd postaci. Nie ważne, czy są to wodniści (jak się przyjrzeć uważnie widać na nich odbijające się słońce), ogniści (chodzący płomień), wietrzni w kształcie chmurek. Czuć, że mamy tutaj do czynienia z żywym światem i troszkę szkoda, że nie mamy okazji poznać go troszkę bliżej jak podczas meczu piłki wietrznej (absolutnie cudowny był moment zrobienia fali), wizyty w urzędzie miasta czy – dla mnie najbardziej oszałamiającej – zalanego muzeum przyrody z niezwykłym drzewem. W tle przygrywa zaskakująco orientalna muzyka Thomasa Newmana, choć początkowo wydaje się dziwna.

U nas w kinach film jest pokazywana tylko z polskim dubbingiem, za który odpowiada reżyser Artur Tyszkiewicz oraz tłumacz Kuba Wecsile. Sam przekład jest całkiem niezły, z paroma zgrabnymi żartami językowymi, przez co można się parę razy uśmiechnąć. Dla mnie najmocniejszym punktem są tutaj świetni aktorzy głosowi, szczególnie grający główne role Maria Sobocińska (Iskra) oraz Michał Mikołajczak (Wodek). Czułem między nimi chemię i tworzy bardzo kontrastowy, bardzo wyrazisty duet. Na drugim planie najbardziej wybijał się Zbigniew Waleryś jako ojciec Iskry – pełen ciepła, ale też i sporego ciężaru oraz porywczości. Te sprzeczne emocje pokazane są bezbłędne.

„Między nami żywiołami” to dość dziwne zwierzę. Fabularnie to wtórna, zbyt znajoma historia, choć bywa czasem urocza, zaś technicznie jest to oszałamiające cudeńko. Sam nie żałuję spędzonego czasu, jednak nie mogę odnieść wrażenia niewykorzystanego potencjału. Chciałoby się głębiej poznać ten świat, będący zaledwie tłem do niezłej komedii romantycznej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dzień Matki

Polskie kino sensacyjne ostatnimi czasy jest w nie najlepszym stanie. Bo poza marnym Patrykiem Vegą i trochę lepszym Pasikowskim Władkiem, reszta albo jest całkiem przyzwoita („Jak zostałem gangsterem” Macieja Kawulskiego), albo słabo (produkcje Daniela Markiewicza – „Diablo. Gra o wszystko”, „Bartkowiak”, „Plan lekcji”). Teraz z tym gatunkiem postanowił się zmierzyć młody reżyser Mateusz Rakowicz.

Fabuła „Dnia matki” skupia się na Ninie (Agnieszka Grochowska) – uznanej za zmarłą byłą agentkę tajnych służb. Jest wycofana, zamknięta w sobie i prowadzi życie żywego trupa. Po co ta maskarada? Żeby chronić swojego biologicznego syna, który mieszka z rodziną zastępczą. Ku jej zaskoczeniu, 17-letni Maks (Adrian Delikta) zostaje uprowadzony. Podobno stoi za tym pewien serbski mafiozo, który chce się zemścić za śmierć ojca. I wykorzystuje do swoich celów młodego gangstera o ksywie Woltomierz, który macza palce we wszystkim – handlu narkotykami, ludźmi, praniu brudnych pieniędzy. Nina korzysta z pomocy dawnego kolegi z pracy – Igor (Dariusz Chojnacki).

Na papierze fabuła jak coś w stylu „Uprowadzonej”, gdzie Grochowska jest Liamem Neesonem, choć obiecywano coś a’la „John Wick”. Rakowicz, co już pokazał w debiutancko „Najmro”, ewidentnie stawia tu na styl. Kolory są mocne i nasycone, momentami wręcz jaskrawe, klimat troszkę wzięty z kina lat 90., ale przeniesiony do dzisiejszych czasów. Sama fabuła i intryga jest prosta jak konstrukcja cepa, ale nie po to się ogląda tego typu filmy. Tylko dla egzekucji, czyli mięsistych scen walenia sobie w mordę i/lub strzelania i wyrazistych bohaterów. Już sam początek zapowiada młóckę, gdy Nina idzie do sklepu po piwo. Wracając do domu widzi grupkę „narodowców” zaczepiających młodą kobietę. Zamiast przejść obojętnie i pójść do domu, kończy się to bójką z użyciem browarów (co za marnotrastwo alkoholu!!!).

Dalej nie brakuje kreatywnych momentów, z których najbardziej wybija się młócka w kuchni. Tutaj kamera niemal przyklejona jest do Niny, jedynie w zbliżeniach zwraca uwagę na detale i jest to świetnie zmontowane. W takich chwilach widać jak reżyser bawi się konwencją i odnajduje rytm. Nie brakuje tu małych twistów czy bardzo charakternego antagonisty (a właściwie to dwoje), których z pamięci nie da się wymazać. Nieważne, czy to absolutnie przejaskrawiony Woltomierz (szalony Szymon Wróblewski) czy piorąca brudne pieniądze dyplomatka ze wschodu (zaskakująca Jowita Budnik) – to mocne postacie, jakich dawno nie było i pasuje do tego, trochę campowego tonu.

Mnie się to podobało, ALE jest parę problemów. Po pierwsze, parę scen akcji nie ma tak mocnego uderzenia czy tempa, a nawet widać markowane ciosy. Po drugie, syn bohaterki jest dość irytujący, co na początku jeszcze jest zrozumiałe, bo znalazł się w sytuacji, która go przerasta. I nie może się odnaleźć, a jego relacja z matką (o której nic nie wiedział) jest szorstka, niełatwa. Ale budowanie więzi między tą dwójką jest trochę bardziej przyjmowane na słowo, przez co nie kupiłem tego. A po trzecie, gdzieś w połowie „Dzień matki” traci impet i gdzieś pod koniec zaczynał wracać do dawnego rytmu.

Wszystko na swoich barkach trzyma Agnieszka Grochowskiej, jakiej nigdy nie mieliśmy szansę zobaczyć. Nina to twarda, szorstka, wycofana emocjonalnie, z twardymi pięściami oraz… poczuciem pustki. A wszystko to pokazane z jednej strony oszczędnie, mową ciała, a z drugiej w scenach akcji wypada bardzo przyzwoicie. Świetnie wypada też Dariusz Chojnacki jako pomagający protagonistce (ale czy na pewno?) Igor. Bardzo przekonująco pokazuje pewną nerwowość, poczucie presji (mruczenie pod nosem, dziwaczny coś jakby śmiech) oraz dość niełatwą relację z nastoletnią córką. Film jednak skradła zaskakująca Jowita Budnik, cały czas mówiąca pa ruski, kompletnie nie do rozpoznania oraz równie jaskrawy Szymon „Woltomierz” Wróblewski.

„Dzień Matki” nie zrobił na mnie aż tak piorunującego wrażenia jak debiutancki „Najmro”, ale to kawałek całkiem niezłego kina. Czuć tu pasję, sercę oraz kilka ciekawych pomysłów inscenizacyjnych, jednak doszło do paru potknięć. Niemniej jest to krok w dobrym kierunku, zaś zakończenie zostawia otwartą furtkę na ciąg dalszy i szansę na lepszy sequel. Czego bym sobie bardzo życzył.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Free Guy

Wyobraźcie sobie taką sytuację: prowadzicie normalne, uporządkowane według rutyny życie. Wstajesz, ubierasz się, idziesz do pracy, potem fajrant i do domu. „Pić, jeść, spać jak tamagochi.” – śpiewali klasycy rapu. A potem przypadkiem odkrywacie oraz zauważacie, że ten świat wygląda zupełnie inaczej niż do tej pory. To jeden z najbardziej znanych tropów w historii kina, niemal od samego początku. „Metropolis”, „Matrix”, „Truman Show”, „Mroczne miasto” – to tylko kilka przykładów, a do tego grona dołącza „Free Guy”.

free guy1

Bohaterem jest niejaki Guy, czyli Facet (Ryan Reynolds) – pracownik banku we Free City. On też ma swoją rutynę: wstawanie, śniadanie (płatki z mlekiem), przebranie się, spacer do pracy z kumplem Buddym (Lil Rel Howery) oraz kawą w ręku. Następnie praca, gdzie dochodzi do napadu i wszyscy zachowują spokój, również rutynowo. I tak w kółko, marząc o poznaniu TEJ JEDYNEJ, wymarzonej, idealnej. No i nie uwierzycie, pojawia się taka kobitka, co nuci jego ulubiony kawałek. To musi coś znaczyć i nasz Facet zaczyna przełamywać swoją rutynę. Ale też przypadkiem, dzięki znalezionym okularom – niczym w „Oni żyją” – poznaje prawdę o swoim świecie. Że całe jego życie, praca i rzeczywistość to… gra komputerowa, a on jest NPC-em – postacią niegrywalną. Jak żyć po czymś takim? I jaki ferment to wywoła nie tylko w samej grze?

free guy2

Za „Free Guy” odpowiada Shawn Levy, który ostatnio jest znany jako reżyser i jeden z producentów kultowego „Stranger Things”. Tutaj mamy mieszankę filmów w stylu „Truman Show” czy „Matrixa” z… „Tronem”. Czemu to drugie? Przez wątek dziewczyny Millie (Jodie Comer), która razem z chłopakiem (Joe Kerry) współtworzyła pewną grę. Ta trafiła do szefa dużej korporacji, a ten zbudował na jego kodzie strzelankę MMO. I cała ta zabawa toczy się dwutorowo, gdzie świat wirtualny ma wpływ na rzeczywisty. Sama akcja mocno wykorzystuje elementy z gry komputerowej (gdy Facet widzi przez okulary), przez co kontrast między prostodusznością Faceta a brutalnością miasta oraz graczy.

free guy3

Tu się obrywa zarówno graczom – niejako bezmózgim, trochę za bardzo skupionym na wirtualnym świecie oraz żerujących na nich szefach korporacji (cudownie przerysowany Taika Waititi) tak oderwanych od rzeczywistości i przekonanych o swoim geniuszu. Geniuszu do zarabiania pieniędzy, wykorzystywaniu cudzych pomysłów. Klasyczna walka dobra ze złem, gdzie świadome AI nie chce nas zamordować, zrobić z nas niewolników itp. W czasach mrocznych SF pokroju „Ex Machina”, „Upgrade” czy innych „Terminatorów” jest to bardzo odświeżające. Akcja jest poprowadzona z jajem, gdzie nie brakuje ucieczek, strzelanin i pojawiających się znikąd broni oraz postaci, zaś jedna z finałowej bójki między Facetem z Kolesiem iskrzy humorem, zadziwia kreatywnością. Nie mówiąc o brawurowej ucieczce przed coraz ciasnym miastem.

free guy4

A wszystko to jest cudnie zagrane. Ryan Reynolds tutaj trochę jest inny niż choćby w „Deadpoolu”, ale mi to nie przeszkadzało. Jego Facet mógłby wydawać się irytującym palantem, ale jego naiwność, prostoduszność ma w sobie wiele ciepła, uroku i przyziemności. Jednak szoł kradnie tutaj absolutnie świetna Jodie Comer. Kiedy walczy w grze jako Molotovgirl jest twarda, szorstka, jednak dynamika z Facetem ma w sobie wiele uroku. Natomiast w świecie realnym to zdeterminowana, trochę upierdliwa wojowniczka, próbując znaleźć dowód kradzieży kodu. I tutaj pakuje się w to grany przez Joe Kerry’ego jej były chłopak Keys, choć początkowo ma opory. Aktor solidnie wspiera resztę, nawet jeśli jest troszkę w cieniu reszty obsady.

free guy5

„Free Guy” jest bezpretensjonalną, czysto rozrywkową zabawą, która miesza akcję, komedię i nawet… romans. Chociaż zawiera pewne wątki, które dość szybko są porzucone (świadomość AI) lub nie pogłębione (satyra na korporacje), ogląda się z wielką frajdą, gdzie efekty specjalne są świetne i nie rozpraszają. Nikt się nie spodziewał, a każdy dostał i wyszedł zadowolony.

8/10

Radosław Ostrowski

Bracia Sisters

Westerny coraz bardziej wracają do łask – zarówno w formie niskobudżetowych dzieł na VOD, jak też przy większym budżecie. Nie mówiąc o zdobywaniu prestiżowych nagród filmowych. Taki jest też przykład „Braci Sisters” według powieści Patricka De Witta. Ale osoby tworzące ten tytuł stanowią mocno pokręconą mieszankę. Po kolei.

Tytułowi bracia, starszy Eli (John C. Reilly) i młodszy Charlie (Joaquin Phoenix) to rewolwerowcy, od długiego czasu będący na służbie Komandora (Rutger Hauer). Eli jest bardziej melancholijny i empatyczny, zaś Charlie jest narwanym dzikusem, co lubi strzelać, chlać oraz bzykać. Teraz dostają kolejną robotę od szefa – schwytać oraz zabić niejakiego Hermanna Wrena (Riz Ahmed). Mężczyznę obserwuje detektyw Pinkertona, John Morris (Jake Gyllenhaal), zostawiając informację naszym braciom. Wszystko z powodu stworzonej przez ściganego receptury, która pomaga w odnajdywaniu złota.

bracia sisters1

Powieść czytałem lata temu i klimatem przypominało to kino braci Coen, które bawiło się gatunkiem. Było mroczne i brutalne, a jednocześnie groteskowe i pełne czarnego humoru. Tym bardziej zaskoczył mnie fakt, że za filmową adaptację powieści De Witta odpowiadał… Jacques Audiard. Francuz znany z takich filmów jak „Prorok” czy „Rust and Bone” był nieoczywistym wyborem. Zwłaszcza, że jest to jego pierwsza anglojęzyczna produkcja, zaś sama historia jest mocno pokręcona. Wszystko tu zbudowane na kontraście: jest poważna, ale przyprawiona czarnym humorem; mroczna, lecz z pięknymi krajobrazami; niby Dziki Zachód, ale powoli wchodzi cywilizacja (scena, gdy bohaterowie nocują w hotelu).

bracia sisters2

Ta pokręcona zbitka i pomieszanie z poplątaniem nawet typowe elementy kowbojskiej opowieści ogrywa inaczej. Już pierwsza strzelanina pokazana jest po ciemku oraz z daleka, przez co początkowo czuć dezorientację. Sama akcja toczy się powolnym tempem, pełna interesujących dialogów i wyrazistych postaci. Niemniej muszę przyznać, że czasem dłuży się to wszystko, zaś parę detali pozostało dla mnie niejasnych (dlaczego Eli nocą wyjmuje, składa i chowa czerwony szal; jest jedna surrealistyczna scena snu z rozmazanymi postaciami w mroku; plany utopijnego społeczeństwa Wrena). A jednocześnie jest to historia nieprzewidywalna, z paroma twistami i zaskoczeniami jak planowana finałowa konfrontacja, która idzie kompletnie inaczej czy powoli budowana relacja między Wrennem a Morrisem. Więcej wam nie zdradzę, bo to trzeba sprawdzić na własne oczy.

bracia sisters3

To, co zdecydowanie zachwyca to piękne zdjęcia jak na western przystało. Co jest zaskakujące, bo film był kręcony w… Rumunii i widać, że to nie był tani film. Trafiamy do miast (San Francisco) i miasteczek, które nie wyglądają jak jedna ulica na krzyż. Chociaż przez większość czasu przebywamy poza cywilizacją, to jednak wygląda to oszałamiająco. Swoje też robi dość zaskakująca muzyka Alexandre’a Desplata, zupełnie inna niż się należało spodziewać po westernie. Nie jest ani pełnoorkiestrowym dziełem w starym stylu, ani nie jest oparta na gitarowych solówkach.

bracia sisters4

Dla mnie najmocniejszym punktem była relacja między braćmi. Obaj są zawodowcami w swojej pracy, jednak mają różne osobowości. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie casting, bo sparowanie Joaquina Phoenixa i Johna C. Reilly wydawało się najmniej oczywistym układem. A jednak to zadziałało. Phoenix ma w sobie szorstkość dzikusa i żądzę zabijania, ale Reilly zaskakuje swoją subtelnością oraz wrażliwą stroną. Obaj cechują się sporą inteligencją, czasem czepiają się pojedynczych słówek, jednak więź między nimi jest namacalna. Równie nieoczywisty jest bardzo wycofany Jake Gyllenhaal w roli detektywa, który przez spotkanie z Wrenem zaczyna przewartościowywać swoje życie. Czyżby zaczął wierzyć w wizję idealnego społeczeństwa, a może zobaczył w tym szansę na życiową zmianę? Z kolei Ahmed potwierdza, że jest bardzo interesującym aktorem, tworząc postać jakby z innych czasów – naukowca, chcącego żyć z dala od cywilizacji i szukającego miejsca, gdzie nie obowiązuje brutalne prawo silniejszego.

„Bracia Sisters” są bardzo nietypowym, nieszablonowym westernem, czego można spodziewać się po filmie od Europejczyka. To jest jednocześnie wada i zaleta, bo tak specyficzna hybryda antywesternu nie trafi do każdego. Ja miałem problem z tempem oraz „dziwnością” tego świata, nie wszystko mi się tu kleiło. Jednak jest to na tyle fascynujące doświadczenie, że warto dać szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible – Dead Reckoning Part One

Seria filmów z Tomem Cruisem jako agent Ethanem Huntem jest jedynym cyklem, stanowiącym jakąkolwiek konkurencję dla brytyjskiego szpiega wszech czasów. Wszystko w dużej skali, szalonymi popisami kaskaderskimi, z ograniczonymi do minimum efektami komputerowymi. Teraz pojawia się część siódma serii i trzecia w dorobku reżysera Christophera McQuarrie.

Tym razem amerykański odpowiednik Bonda będzie mierzył się z najtrudniejszym przeciwnikiem w historii serii: Bytem. Kim on jest? Sztuczną Inteligencją, która działa niczym wirus: jest w stanie zaszkodzić i zmanipulować wszystkimi danymi cyfrowymi. Zarówno instytucji cywilnych, wojskowych i wywiadowczych. Bardzo niebezpieczna broń, o czym przekonuje się dowódca rosyjskiego okrętu podwodnego Sewastopol (Marcin Dorociński), zaatakowany przez kod Bytu. Okręt zatonął zniszczony własną torpedą, która miał zatopić obecny na radarze wrogi statek, którego… nie było. Pocisku nie można było wyłączyć, co skończyło się śmiercią, zaś należący do oficerów dwuczęściowy klucz zniknął. I właśnie jego ma zdobyć Hunt, by jego szefowie mogliby kontrolować SI. ALE SI nabrało świadomości, przez co kontrolowanie jest utrudnione. Dla komórek wywiadowczych z całego świata nie stanowi to problemu i dla zdobycia władzy nad Bytem posuną się do wszystkiego.

Hurt oraz jego stała ekipa, czyli Luther (Ving Rhymes) i Benji (Simon Pegg) wyruszają w celu zdobycia drugiej połówki od kupca. Pojawiają się jednak dwa problemy: ekipa IMF zostaje uznana za złych i CIA wyznaczyła swoich ludzi do polowania na nich oraz w całą hecę wplątuje się cwana złodziejka (Hayley Atwell). Jest jeszcze trzecia strona, czyli reprezentujący Byt Gabriel (Esai Morales) – demon z przeszłości Hunta, pozbawiony cyfrowej tożsamości. Do tego nasz antagonista coraz szybciej się uczy, przewidując wszystkie możliwe scenariusze, nawet te najbardziej nieprawdopodobne.

Jestem kompletnie zaskoczony, że po tylu latach (prawie 30 od premiery pierwszej części) nadal można jeszcze coś wymyślić i podbić stawkę. Zwłaszcza kiedy reżyser robi już kolejną część z serii, należy spodziewać się raczej zniżki formy (bardziej lub mniej), co pokazał „Fallout”. Jednak pierwsza część „Dead Reckoning” jest wyjątkiem od reguły. Niby nic się nie zmieniło w serii, bo nadal mamy zabawę ze zmianami tożsamości (maska i modulator głosu), spektakularne pościgi, strzelaniny i popisy kaskaderskie oraz ciągle komplikujący się plan, który miał być o wiele prostszy w teorii. Czyli nic nowego. ALE dlaczego to tak wciąga i trzyma w napięciu? Nie chodzi tu tylko o poziom techniczny, gdzie prawie wszystko jest wykonywane praktycznie (absolutnie świetny pościg przez ulice Wenecji z użyciem m.in…. Żółtego, ciasnego Fiata; strzelanina z najemnikami podczas burzy pustynnej czy finał w rozpędzonym pociągu). Po raz pierwszy miałem poczucie, że dla Hunta i jego ekipy to zadanie może zakończyć się klęską. A nawet jeśli wygra, cena będzie za to bardzo wysoka. Tego przy tej marce nie czułem od czasu… „Ghost Protocol”, czyli części czwartej. I to zrobiło na mnie niesamowite wrażenie.

Aktorsko tutaj nie mogę się do nikogo przyczepić. Cruise jak to Cruise absolutnie błyszczy i dla niego Hunt to niemalże druga natura. Chemia między nim a Peggiem i Rhymesem nadal jest silna, działając mocno na korzyść. Starzy znajomi w ogóle nie zawodzą, a ich obecność cieszy. Największą niespodzianką dla mnie był powrót Eugene’a Kittridge’a, czyli szefa IMF z pierwszej części serii. Grający go Henry Czerny nadal jest świetny i ciągle nie można było rozgryźć jaki jest jego prawdziwy cel oraz motywacje. Z nowych bohaterów najistotniejsze są dwie, czyli złodziejka Grace oraz cyngiel Gabriel. Zarówno Hayley Atwell jak i Esai Morales są absolutnie fantastycznym uzupełnieniem sił. Pierwsza jest zaradną cwaniarą, nieświadomą w jakie szambo wpadła i wszelkimi sposobami próbuje się wydostać. Jej sceny z Cruisem to jedne z najlepszych momentów w całej serii. Z kolei Morales to bardzo chłodny, kalkulujący (niczym sam Byt) przeciwnik, bezwzględnie eliminujący każde potencjalne zagrożenie. Nawet w swoim otoczeniu.

Więcej nie powiem o samym filmie, ale jedno mogę stwierdzić z całą pewnością: pierwsza część „Dead Reckoning” to najlepsza część serii „Mission Impossible” w dorobku Christophera McQuarrie’ego. A być może nawet całego cyklu, gdzie akcja, napięcie, humor, przewrotki i twisty są wyważone w niemal idealnych proporcjach. Rozrywka perfekcyjna w wykonaniu oraz dająca masę satysfakcji. Już nie mogę się doczekać finału tej opowieści.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Indiana Jones i artefakt przeznaczenia

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery, ale nie zdradzam wszystkiego!

Indiana Jones – dla mnie jedna z najlepszych postaci, jakie widziałem w wieku dziecięco-młodzieńczym. Do tego stopnia, że oryginalna trylogia bardzo głęboko siedzi w mym serduchu. Dla mnie opowieść o najsłynniejszym filmowym awanturniku i poszukiwaczu przygód zakończyła się na „Ostatniej krucjacie” i odjazdem ku zachodzącemu słońcu. „Królestwo Kryształowej Czaszki” miało parę momentów, jednak w ogólnym rozrachunku było rozczarowaniem. Na wieść o części piątej miałem bardzo mieszane odczucia, ale światełkiem w tunelu był reżyser – James Mangold. Jednak nawet to nie dawało gwarancji powodzenia.

Wszystko zaczyna się w roku 1944, kiedy III Rzesza było potęgą na glinianych nogach. Nasz Indiana Jones (cyfrowo odmłodzony – poza głosem – Harrison Ford) zostaje schwytany przez nazistów, którzy szukają bardzo cennego artefaktu. Czyli włócznią, którą wbito w bok Jezusa Chrystusa, co ma dać jej mega moce. Szkopy próbują wyjechać pociągiem razem ze skradzionymi rzeczami z całej Europy, ale Indy i wspierający go Basil Shaw (Toby Jones) wydają się nie mieć szans. Jones nie takie rzeczy jednak robił, a przy okazji wykrada połowę Tarczy Przeznaczenia, rzekomo skonstruowanej przez Archimedesa.

Teraz mamy rok 1969 i dr Jones jest już cieniem samego siebie. Małżeństwo z Marion się rozpadło, syn ruszył na wojnę i nie wrócił, a prowadzone przez niego wykłady na studentach nie robią wrażenia. Nuda, szarzyzna oraz powolne odchodzenie, kiedy zamiast przeszłości ludzie interesują się przyszłością. W końcu rok 1969 to lądowanie na Księżycu, więc kogo obchodzi archeologia? Czyżby czekało go nudne, monotonne, smutne jak pizda życie? Tutaj do gry wkraczają dwa duchy z przeszłości. Pierwszym jest córka jego kumpla, Helena Shaw (Phoebe Waller-Bridge), drugim jest wspierany przez CIA nazistowski naukowiec Jurgen Voller (Mads Mikkelsen). To on miał połowę tarczy Archimedesa, a teraz tworzy rakiety dla NASA. Zgadnijcie, czego oboje mogą chcieć od starego Indiany Jonesa?

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko jest na miejscu i Mangold odrobił lekcję z tworzenia klasycznego kina przygodowego. Sam początek w czasach II wojny światowej zawierał to, co pamiętałem z klimatu klasycznej trylogii. Naziści, Indy próbujący wyplątać się z sytuacji, gdzie pojawia się coraz więcej kłód i kłód, akcja niemal pędząca na złamanie karku, pościgi, a w tle gra muzyka Johna Williamsa. Gdyby to jeszcze nie było nocą, a głos Indy’ego był młodszy, byłoby to idealna historia w starym stylu. Potem wracamy do lat 60. i niby mamy to, co było wcześniej. Czyli kreatywnie sfilmowane sceny akcji, gdzie dzieją się zakręcone rzeczy jak cała ucieczka podczas parady w mieście czy równie skomplikowana jazda uliczkami Tangieru. ALE to wszystko wygląda jakoś tak sztucznie, za bardzo pędzi przed siebie, ze zbyt krótkimi momentami oddechu.

Do tego dla mnie problemem było wiele postaci, które w zasadzie były niepotrzebne (płetwonurek Rennaldo, Salah) albo irytowały (agentka Mason czy wspólnik Heleny, dzieciak Tommy). Sama historia i intryga jest całkiem niezła, z dość „odlotowym” finałem. Finałem, który pokazałby wielkie cojones Mangolda i spółki, gdyby… ktoś ich nie wykastrował, przez dodanie epilogu. Sama historia rodzinna Indy’ego, choć dodaje dramatycznego ciężaru, trochę gryzie się z klimatem kina przygodowego.

Ale by nie psioczyć do końca, parę rzeczy tu wyszło. Ładnie jest to sfilmowane, sam Macguffin interesujący, a intryga potrafi zaangażować. Dla wielu największą obawą była Helena grana przez Phoebe Waller-Bridge i choć początkowo potrafiła być irytująca, to jednak jej wyszczekany charakter cwaniary dodawał trochę biglu, szczególnie w opozycji do Indy’ego. Sam Ford odnajduje się w tej postaci bez problemu, choć nie ma tego szelmowskiego uroku. Mimo 80 lat na karku jeszcze nie zapomniał jak używa się bicza i potrafi być twardy jak Roman Bratny. Tak samo jak świetny antagonista w wykonaniu chyba już etatowego odtwórcy hollywoodzkiego złola, czyli Madsa Mikkelsena. Doktor Voller w jego wykonaniu to opanowany, kalkulujący przeciwnik, wspierany przez swoich ludzi – narwanego Klabera (Boyd Holbrook) oraz przypakowanego Hauke (Olivier Richters).

„Artefakt przeznaczenia” był strasznie nierównym filmem, gdzie niby wszystko na podstawowym poziomie wydaje się na miejscu. Nie mogę jednak odnieść wrażenia, że James Mangold nie do końca udźwignął tą opowieść. Tego twórcę stać na wiele więcej niż dzieło trochę lepsze od „Królestwa Kryształowej Czaszki”, ale nie w każdym aspekcie.

6/10

Radosław Ostrowski

Tyler Rake II

Trzy lata temu, kiedy większość ludzi zmuszona została do pracy zdalnej, zaś ośrodki kultury zostały zamknięte, na Netflixie pojawił się On. Młodszy brat twardzieli kina akcji pokroju Stallone’a czy innego Schwarzeneggera, który zgubił się w czasie i trafił do naszej epoki. Nazywał się Tyler Rake (Chris Hemsworth), miał twarz słynnego boga młotków – Thora oraz był niemal chodzącą kliszą: twardym najemnikiem z cierpiącą duszą i absolutnie niczym do stracenia. Wtedy szalał po Bangladeszu, by odbić syna szefa kartelu narkotykowego, zaś w finale… no nie był w najlepszym stanie fizycznym.

Jednak nie z takich opresji wychodził, został znaleziony przez kumpelę z ekipy Nik, a następnie trafił do szpitala. Paromiesięczna rekonwalescencja oraz pobyt w leśnym domku na terenie robią swoje, choć ręka na temblaku i noga jeszcze kuleje. Czyli raczej koniec akcji i naparzanki oraz początek spokojnej emerytury? No nie, bo inaczej ten film by nie powstał. Pojawia się tajemniczy koleś z brytyjskim akcentem i daje Rake’owi robotę, której nie może odmówić. Dlaczego? Tym razem celem do odbicia jest jego szwagierka i ich dzieci trzyma w gruzińskim więzieniu razem z mężem-gangsterem. Jak to zrobić? Po cichu i bez hałasu. Co może pójść nie tak?

W sumie jeśli miałbym opisać drugą część dzieła Sama Hargrave’a, to wygląda jak misja ze współczesnych odsłon Call of Duty, gdzie grasz na kodach i jesteś praktycznie niezniszczalny. Czyli jest jeszcze krwawiej, brutalniej, ostrzej i na większą skalę. Czuć, że dano większy hajs i reżyser jeszcze pewniej operuje kamerą niż poprzednio. I tak jak poprzednio historia jest pretekstem, by zobaczyć naszego wściekłego Rake’a w akcji. To ten typ, co mówi mało, jest cynicznym twardzielem, którego determinacja jest tak silna, że NIC nie może go powstrzymać. Choćby był dźgany, postrzelony, bity i połamany, niczym „Nobody” czy bohater „Sisu”.

Akcja jest jeszcze bardziej szalona niczym z komputerowej strzelanki, co dobitnie pokazuje ponad 20-minutowa (!!!), zrealizowana w jednym ujęciu (albo z poukrywanymi cięciami montażowymi) sekwencja ucieczki z więzienia. Czego tam nie ma: bunt więźniów, przebicie się przez spacerniak, ścigające motocykle, helikoptery czy atak na pociąg. Wszystko skąpane we krwi zmieszane z praktycznymi i komputerowymi efektami specjalnymi, wybuchami, oraz świszczącymi kulami. Bez żadnych większych ambicji, prób pokazania skomplikowanego świata czy głębokich portretów psychologicznych. To jest BRUTALNY, gwałtowny i intensywny film akcji dla dorosłych, gdzie ludzi morduje się z bezwzględnością zwierzęcia. Nawet z płonącą ręką!!! Naparzanka jest jeszcze bardziej satysfakcjonująca niż w poprzedniku, zaś Chris Hemsworth i (mający o wiele więcej czasu ekranowego) duet Golshifteh Faharani/Adam Bessa mają o wiele więcej roboty, będąc w swoim żywiole. Gdybym nie widział nowego Johna Wicka, byłbym pod jeszcze większym wrażeniem.

Wiele wyrazistszy jest antagonista, czyli psychopatyczny brat gangstera (Tornike Gogrichiani). Wychowany surową ręką jest w zasadzie lustrzanym odbiciem Rake’a – jest tak samo zdeterminowany, twardy, ale jest w stanie zrobić wszystko dla zemsty. Bez względu na cenę i ofiary jakie musi ponieść, włączając w to nawet swojego siostrzeńca, Sandro. A propos niego – chłopak oraz cała rodzinna drama jest dla mnie. I nawet nie chodzi o to, że to moment na złapanie oddechu przed kolejną rzeźnią oraz lepsze poznanie tych postaci. Ale dzieciak jest strasznie irytujący, choć raczej chodziło o wywołanie w jego głowie konfliktu między lojalnością wobec ojca i wuja a matką oraz ekipą Rake’a. Co doprowadza do śmierci kilku osób.

Ale poza tym wątkiem reszta była dla mnie dokładnie tym, czego się spodziewałem. Czyli ostrą, wściekłą młócką na większą skalę. I nie chodzi tylko o różne lokacje, ale o więcej wiader krwi oraz wręcz szalonych technicznie scen akcji. Hargrave rozwija się jako reżyser i tak dalej pójdzie, to może zostać postawiony obok klasyków gatunku. Od razu uspokajam, będzie część trzecia, której nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

Osiem gór

Jest rok 1984 i do małego miasteczka nad górami przybywa z matką 12-letni Pietro – chłopak z Turynu. Tam poznaje jedynego dzieciaka w okolicy, Bruno. Powoli zaczynają się zaprzyjaźniać ze sobą i wspólnie spędzać czas w górach. To jednak tylko ma miejsce w wakacje, bo przez pozostały rok Pietro wraca do siebie. Podczas kolejnych wakacji rodzice Pietro oraz ciotka Bruno chcą, by ten drugi przeniósł się do miasta, na co Pietro reaguje wściekłością. Wskutek pewnych wydarzeń przyjaźń zostaje zerwana, a chłopcy spotykają się dopiero po ponad 20 latach. Potrzeba było do tego śmierci ojca Pietro oraz zapisanego w spadku kawałku ziemi w górach z wyniszczoną ruderą.

Belgijski reżyser Felix Van Groenighan dla wielu z nas najbardziej znany jest z filmów „W kręgu miłości” oraz „Mój piękny syn”. Tym razem wspierany przez swoją żonę Charlotte Vandermeersch wzięli na warsztat powieść Paolo Cognittiego (oczywiście, że jej nie czytałem). I jest to bardzo zaskakujący, spokojny film. Mówiąc spokojny mam na myśli, że nikt tu z niczym się nie spieszy, wszystko toczy się bardzo powolnym rytmem. Zupełnie jakbyśmy trafili do innego świata, gdzie na pierwszym plan wchodzi wręcz monumentalna natura oraz zachwycające krajobrazy Alp i – w dalszej części historii – Himalajów. Z jednej strony jest to film o męskiej przyjaźni – co najważniejsze, bez żadnych podtekstów czy wątku romansowego – ze wzlotami i upadkami. Nawet jeśli pojawia się dłuższa przerwa, nie oznacza jej nieobecności czy wymazania z istnienia. Z drugiej mamy też silną miłość do natury, wręcz przywiązania do swojego miejsca. I pod względem film Belga przypominał film „Wszystko za życie” Seana Penna. Niby wydaje podążać w oczywiste tropy jak relacja ojciec-syn, przyjaciel-przyjaciel czy kontrast miasto-wieś, ale to nie jest pokazane tak szablonowo jak można się było spodziewać.

Całą historie (zza offu) opowiada już dorosły Pietro, który – jak wielu w tym wielu – przechodzi kryzys egzystencjalny. I jak wielu z nas szuka swojej życiowej drogi oraz miejsca na ziemi. Tak jak Pietro, nie mający żadnej stałej pracy, w zasadzie niejako wegetujący bez dużego celu. Niby coś tam pisze, pracuje w kuchni, ale dopiero ponownie spotkanie z Bruno oraz budowanie domku w górach staje się katalizatorem zmian. Absolutnie niespodziewanych, pozwalających także poznać bliżej tych, których odrzucił (ojciec i jego pasja do gór) oraz znaleźć niejako siebie. Ale to wszystko jest takie bez przedramatyzowania, takie zwyczajne, mimo przeskoków czasowych. Do tego mamy jeszcze zachwycające wizualnie krajobrazy, wręcz monumentalne niczym czas trwania tego filmu (niecałe dwie i pół godziny) oraz – rzadko się pojawiającą – piękną muzykę Daniela Norgrena, która z wami na dłużej.

„Osiem gór” jest bardzo specyficznym, wyciszonym, wręcz medytacyjnym filmem o życiu i całej reszcie. Nie brzmi zachęcająco, ale dajcie filmowi szansę na zanurzenie się w pozornie zwykłym, a jednak bardzo niezwykłym świecie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dziwny świat

Coś Disney chyba dostał zadyszki, a produkowane przez nich filmy niespecjalnie znajdują swoją widownię. Czy to za mocna konkurencja, słaby (albo wręcz ledwo istniejący) marketing, zbyt duże budżety albo umieszcza tytułu jednocześnie w kinach oraz na platformie streamingowej – przynajmniej w latach 2020-22. Największą wpadką komercyjną Disneya w zeszłym roku był animowany „Dziwny świat” z ponad 180-milionowym budżetem, który w kinach zwrócił zaledwie połowę tej sumy. Słabiutko. Zwłaszcza, że ten film jest jedną z lepszych rzeczy z fabryki Myszki Miki.

Akcja skupia się na miasteczku Avalonia, otoczonymi przez góry i chyba odizolowane od reszty. Tutaj też mieszka Jaeger Klan, który postawił sobie za cel odkrycie krain za górami. Odkrywca i poszukiwacz przygód tak ostro trenował, że nic nie jest w stanie go powstrzymać. Nawet wyszkolił do tego swojego syna Oskarda, choć ten raczej nie ma takiego entuzjazmu. W trakcie jednej z wypraw ekspedycja znajduje tajemniczą zieloną roślinę (pando) i doprowadza do rozłamu. Jaeger rusza dalej, a cała reszta wraca z pando. Po 25 latach Oskard prowadzi farmę z pando, które jest głównym źródłem energii całego miasta. Ale roślina zaczyna tracić siły, jakby była atakowana przez chwasty. Dlatego prezydent Avalonii organizuje ekspedycję do serca pando, by je ocalić i Oskard wyrusza ratować świat.

Od pierwszych scen widać, że „Dziwny świat” zadziwia. Sam początek i poznanie miasteczka w formie kina z lat 50. oraz stylistyce bardziej pulpowych komiksów (wszystko w formie animacji 2D) łapie w swoje sieci. A jeszcze jak poznajemy samo miasteczko już po odkryciu pando wygląda niczym zrobiona przez fana retrofuturyzmu. Design pojazdów, latających maszyn robi wrażenie. Ale najlepsze zaczyna się podczas ekspedycji i trafienia na nowy świat, jakby żywcem wzięty (tylko w bardziej psychodelicznej formie) z „Podróży do wnętrza Ziemi” Juliusza Verne’a. To wszystko jest tak barwne, z pokręconymi istotami (różowe pterodaktyle!! niebieski, galaretkowaty towarzysz!!) jakich nie widziałem od dawna.

Sama fabuła jest pełna znajomych klisz, bo – oczywiście – mamy tutaj trudną relację ojca z synem, gdzie każdy z nich ma inny plan na przyszłość tego drugiego. Oczywiście, że po drodze trafiamy na uznanego za zmarłego Jaegera, który nadal podąża za swoją obsesją. I, oczywiście, wszystko okaże się zupełnie czymś innym niż się wydaje. Wciąga ta historia strasznie, nawet jeśli na końcu idzie w znajomym kierunku. Jeśli do tego wrzucimy jeszcze świetną, w duchu klasycznej przygody muzykę Henry’ego Jackmana oraz równie udany oryginalny dubbing, gdzie najbardziej błyszczy duet Dennis Quaid/Jake Gyllenhaal (czyli Jaeger i Oskard), powstaje prawdziwa mieszanka wybuchowa.

„Dziwny świat” utrzymuje (tak jak „Raya i ostatni smok„) bardzo wysoki poziom animacji Disneya. Studio Myszki Miki przypomina, że może stanowić konkurencję dla Pixara, czy DreamWorks w tworzeniu niezwykłych światów oraz tworzeniu zabawy dla dzieci i dorosłych. Podchodziłem sceptycznie, a dostałem najlepszy film przygodowy od lat.

8/10

PS. Tak, jest w tym filmie bohater LGBTQ, czyli syn Oskarda, Florian. Jeśli kogoś boli pewna tylna część ciała, to jego relacja z partnerem jest bardzo delikatnie poprowadzona, więc wszelkie kontrowersje były nieuzasadnione.

Radosław Ostrowski