Licorice Pizza

Co można jeszcze zrobić w temacie kina inicjacyjnego o pierwszej miłości? Bo takich opowieści powstawało mnóstwo oraz jeszcze więcej powstanie. Ale tylko ten jest nakręcony przez Paula Thomasa Andersona, co musi oznaczać jedno: to będzie bardzo interesujący film. No i rzeczywiście taki jest.

Opowieść skupia się na dwójce ludzi płci przeciwnych w latach 70. On (Cooper Hoffman) jest 15-letnim, już rozpoznawalnym aktorem dziecięcym, który pomaga swojej matce – szefowej agencji reklamowej. Ona (Alana Haim) jest 25-latką, asystentką fotografa. I chyba coś zaczyna iskrzyć, choć ona się opiera. No bo chłopak to gówniarz, zbyt pewny siebie oraz od razu ją zaprasza na randkę. Co może z tego wszystkiego powstać?

W sumie film prosty, pozornie nostalgiczny oraz w zasadzie będący zbiorem scenek z życia za prezydentury Nixona. Gdzie nasza para-nie para przyciąga się i oddala niczym magnesy, w tle trwa kryzys z powodu braku paliwa, zaś oboje kompletnie nie wiedzą, co dalej. Innymi słowy, nie brzmi jak coś powalającego czy zaskakującego albo interesującego. Ale wiecie jak to mówią: pozory mylą. Bo w tym drobnych, niż nieznaczących momentach kryje się całe piękno „Licorice Pizza”. Nie wali na siłę nostalgią, o co się wręcz prosi, skupia się na postaciach, granych przez kompletnie nieznane, nowe twarze. Ale wszystko polewa miejscami absurdalnymi, wariackimi sytuacjami (próba odtworzenia filmowego popisu kaskaderskiego przez aktora Jacka Holdena czy sprzedaż wodnych łóżek), które ubarwiają całość i jeszcze bardziej odmalowuje tło. Czyli czasy niepoprawne politycznie, pełne toksycznej męskości oraz ukrywających się gejów (starający się o urząd burmistrza radny).

I jak to w przypadku filmów Paula Thomasa Andersona jest to zrobione fantastycznie. Nakręcone filmową taśmą wygląda niczym film z lat 70., jest kilka mastershotów, w tle grają same przeboje z epoki oraz jest bardzo dużo humoru. Zaskakująco dużo jak na kino Andersona – w sumie można powiedzieć, że „Licorice Pizza” to komedia romantyczna. Bardzo nietypowa, zrobiona z lekkością, urokiem oraz fantastycznym duetem aktorskim. Alana Haim wygląda i jest po prostu cudowna, zaś w jej twarzy maluje się masa emocji. Wydaje się twardo stąpająca po ziemi i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Z kolei Cooper Hoffman (tak, jest synem Philipa Seymoura Hoffmana) zadziwia pewnością siebie oraz ten rodzaj bezczelności, który budzi od razu sympatię. Oglądanie ich wspólnych docinek („rozmowa” przez telefon) oraz bardzo silnie namacalną chemię. Na drugim planie (czasem w drobnych epizodach) mamy bardziej rozpoznawalne twarze jak Sean Penn (aktor Jack Holden), Tom Waits (reżyser Rex Blau) czy Bradley Cooper (Jon Peters), którzy kradną ekran na parę minut.

Tyle chce się o tym filmie powiedzieć, gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością, inspirując się faktami oraz życiorysami znanych postaci. To wszystko jednak tylko naddatek do tej prostej, pozornie błahej, banalnej opowieści o wchodzeniu w dorosłość. Najlepiej w towarzystwie kogoś, na kim nam zależy.

8/10

Radosław Ostrowski

Inni ludzie

Szare twarze, szare twarze
Święta, święta i po świętach wyprzedaże

To są pierwsze słowa, które padają z ekranu i jest to zapowiedź seansu niezwykłego. Zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z przeniesieniem na ekran „poematu hip-hopowego” autorstwa Doroty Masłowskiej. Trzeba być bardzo uzdolnionym oraz odrobinę bezczelnym, by zmierzyć się z taką autorką, która językiem miesza, prowokuje oraz bawi się. A jak wiadomo nikt nie jest bardziej bezczelny niż debiutant. Właśnie taki jest przypadek Aleksandry Terpińskiej oraz „Innych ludzi”.

inni ludzie1

Akcja jest osadzona na jednym z osiedli w mieście leżącym między Pruszkowem a Wołominem, gdzie mieszkają te szare twarze. Mija się ich na co dzień, gonią za swoimi marzeniami, lecz te ciągle znajdują sposób na wymknięcie się. Rozczarowanie, smutek, znieczulenie, przejebany dzień. Jeden, drugi, trzeci, po kilkudziesięciu już przestaje się liczyć, a pozostaje tylko znieczulić się. Sposobów jest wiele: zakupy, przypadkowy seks, alkohol, narkotyki, leki. Jedną z takich szarych twarzy jest Kamil (Jacek Beler) – taki chłopaczek, co marzy o wydaniu super płyty, nie ma pracy, mieszka z matką i siostrą. Jeszcze poznał śliczną dziewuchę o pięknym imieniu Aneta (Magdalena Koleśnik) – pracownicę Rossmana, co pochodzi z małego Kraśnika. Poza tą parką jest jeszcze starsza (po 40.) kobieta Iwona (Sonia Bohosiewicz) razem z mężem (Marek Kalita), który woli spędzać więcej czasu poza domem niż ze swoją żoną.

inni ludzie2

A żeby jeszcze bardziej namieszać, wszystko to obserwuje dziwaczny koleś o twarzy niedoszłego rapera, Sebastiana Fabijańskiego. Długie włosy, bluza z kapturem, czapka z daszkiem, a na czapce… połowa cierniowej korony. On jest narratorem i przewodnikiem po tym smutnym jak pizda mieście, gdzie każdy ma o każdym złe zdanie (choć nie mówi tego na głos), każdy kombinuje jak przeżyć następny dzień oraz rzuca wszystko na social media. Napędzani nienawiścią, poczuciem wyższości i karmieni złudzeniami, szukają tego, co jest nieosiągalne i nazywane potocznie szczęściem. Już zaczniecie mówić, że już taki film widzieliście choćby u Koterskiego. Terpińska (wsparta przez Masłowską) ubiera wszystko w rapową formę. Każdy dialog jest tu nawijany, rymowany oraz pełen ironicznych punchline’ów, zawsze trafiając w punkt. Montażowo szaleństwo jeszcze podkręca miejscami groteskową atmosferę w scenach, które dzieją się w głowie każdego bohatera (Iwona krojąca swoje wyrwane serce czy surrealistyczny taniec z ludźmi pierwotnymi). A w tle niemal non stop lecą bity Auera, pulsujące niczym szybko płynąca krew.

inni ludzie3

Jedyne, co mnie zdziwiło to fakt, że „Inni ludzie” nagle się kończą. Historia urywa się w najważniejszym miejscu, zostawiając pewien niedosyt. I to wszystko w momentach, gdzie może dojść do przełomowego momentu (niczym w „Ataku paniki”).  Każdy z tych bohaterów jest wyrazisty oraz kapitalnie zagrany: od dawno nie widzianej Bohosiewicz przez niesamowitego Belera aż po zaskakującego Kalitę i fenomenalnego Fabijańskiego. „Inni ludzie” są jakby z innego świata, a jakby bardzo znajomego. Szalone, dziwaczne, pokręcone niczym „Mowa ptaków” zmieszana z goryczą „Dnia świra”.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Cyrano

Kto nie słyszał o Cyrano de Bergeracu – XVII-wiecznym francuskim żołnierzu i poecie, utrwalonym przez XIX-wiecznego dramaturga Edmunda Rostanda. Adaptacji oraz dzieł inspirowanych tą sztuką jest wiele. Ostatnim takim przedsięwzięciem był stworzony w 2018 roku musical autorstwa Eriki Schmidt z piosenkami autorstwa braci Dessner, Matta Berningera oraz Carin Besser, gdzie tytułową rolę zagrał Peter Dinklage. Przedstawienie było sukcesem na off-Broadwayu przez dwa lata, więc adaptacja filmowa była tylko kwestią czasu. Za kamerą stanął Joe Wright, który na kinie kostiumowym się zna.

Historia jest w zasadzie niezmienna (w ogólnym zarysie), a jej bohaterem pozostaje Cyrano – mistrz słowa oraz szpady. Jednak zamiast dużego, oszpecającego nosa, jest karłem, czyniąc z niego obiekt kpin. Jest jednak para przyjaciół, którzy go wspierają: kapitan Le Bret (dowódca) oraz Roxanne – dawna znajoma, obecnie z wyższych sfer. Kobieta nie wie, że Cyrano się w niej podkochuje, lecz z obawy na swój fizyczny defekt nie wyjawia swoich uczuć. Sprawa jeszcze się komplikuje, gdy smali do niej cholewki arystokrata de Guille (drugi po królu), co pozwoliłoby kobiecie podreperować finanse. Ale jest jeszcze trzeci adorator – młody rekrut Christian – i to jest ten słynny „grom z jasnego nieba”. Problem w tym, że – jakby to ująć – ma bardzo małe… słownictwo. Więc nasz mały rycerz staje się pośrednikiem między kochankami, pisząc listy za Christiana i pomagając im się spotkać.

Brzmi jak klasyka gatunku, ale Wright ubierając całość w musicalową konwencję dodaje wiele świeżości. Umowność świata przedstawionego z imponującą scenografią oraz kostiumami pozwala łatwiej wejść w ten świat, a kilka drobnych zmian (inny wygląd Cyrano, zmiana koloru skóry Christiana) dodaje szerszego kontekstu do opowieści o samotności, niespełnionej miłości i braku samoakceptacji. Do tego Wright sięga po kilka świetnych mastershotów (choćby sam początek filmu czy potyczka Cyrano w ciemnym zaułku), świetny montaż (kapitalna sekwencja przekazywania listów oraz reakcji Roxanny) oraz odrobinkę humoru.

A skoro jest to musical, to jak wypadają piosenki? Sama choreografia jest więcej niż delikatna i pokazywana jest na dalszym planie. Towarzyszy ona głównym prostym, codziennym rzeczom jak zgniatanie chleba czy trening szermierczy. I dzięki tej prostocie zarówno potrafi zachwycić detalami, jak i nie odwraca uwagi od piosenek. Te zaś są… po prostu porządne. Nie będą one podśpiewywane, gdyż nie chodzi o chwytliwość czy przebojowość, lecz oddanie stanu emocjonalnego bohaterów: samotności, rozdarcia, obawy przed śmiercią. Być może dla wielu te teksty mogą się wydawać zbyt współczesne, jednak dla mnie miały one charakter uniwersalny i pasowały do całości.

A jak się odnaleźli aktorzy? Tutaj wszystko skupia się na czwórce postaci i każda z nich jest bardzo wyrazista, choć pozornie są łatwe do opisania. W tytułowego Cyrano wciela się Peter Dinklage i tworzy swoją najlepszą rolę w karierze. Z jednej strony to charyzmatyczny wojownik, mistrz słowa oraz szpady, sprawiający wrażenie nieustraszonego. Z drugiej to romantyk pełną gębą i osoba nie do końca akceptująca samego siebie, przez co tłumi swoje uczucie do kobiety. Absolutnie zjawiskowa jest Haley Bennett jako Roxanne, też łącząca skrajne sprzeczności: silny charakter z bujaniem w obłokach i romantyzmem. Najsłabiej wypada Kelvin Harrison Jr., czyli Christian – przystojny facet z bardzo skromnym słownictwem i odstaje od reszty. Kompletnie nie czuć chemii między nim a Bennett i Dinklagem, przez co w jego miłość do Roxanne trzeba wierzyć na słowo. Za to główny antagonista, czyli hrabia de Guille w wykonaniu Bena Mendelsohna jest odpowiednio śliski, złowieszczy i podły.

„Cyrano” to powrót Wrighta do formy oraz potwierdzenie, że z ogranej, znajomej historii da się stworzyć angażujący, świetny film. Fantastycznie zrealizowany, ze wspaniałym aktorstwem, cudnymi piosenkami.

8/10

Radosław Ostrowski

Moje wspaniałe życie

Jesteśmy w Nysie – małym miasteczku gdzieś na Śląsku. Tutaj mieszka Joanna – nauczycielka języka angielskiego razem ze swoją rodziną. Czyli: mężem-dyrektorem, dwoma synami, synową, wnukiem i babcią. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko jest w porządku. Ale jest jeszcze kochanek, o którym rodzina nie wie. Imię ma Andrzej i jest kolegą Joanny ze szkoły, a oboje spotykają się w mieszkaniu jej rodziców. Sytuacja staje się coraz bardziej nerwowa, gdy okazuje się, iż ktoś zna jej tajemnice. Mało tego, zaczyna ją szantażować.

moje wspaniale zycie1

Łukasz Grzegorzek to ciekawy filmowiec, który mocno inspiruje się kinem spod znaku Sundance. Jest skromne, kameralne, lecz uważnie przyglądające się swoim bohaterom. Co najważniejsze, nie osądza ich i nie moralizuje, a to nie jest wcale łatwe zadanie. W kontekście sytuacji ten tytuł nabiera bardzo ironicznego wydźwięku. Bo które życie jest wspaniałe? To z innym facetem w mieszkaniu, gdzie spełnia się erotycznie, jara zioło i prowadzi takie tam pogaduchy? Czy z rodzinką stłoczoną w jednym domu, gdzie dla każdego jest kimś w rodzaju „przynieś, kup, ugotuj, pozamiataj”? Bo mąż jest za bardzo skupiony na pracy, bo matka ma Alzhaimera i trzeba jej pilnować, bo jeden syn się hajtnął i kompletnie jako mąż oraz ojciec sobie nie radzi, bo drugi syn („królewicz”) ma na wszystko wyjebane – poza tańczeniem przed kompem w rytm napierdalającej elektroniki? Odpowiedź niby wydaje się prosta, ale… no właśnie, wydaje się.

moje wspaniale zycie2

Cata ta sytuacja oraz szantaż, który coraz bardziej się nasila jest tylko pretekstem do pokazania bardzo skomplikowanego portretu głównej bohaterki. Joanna (rewelacyjna Agata Buzek) to niby jedna postać, a tak naprawdę to dwie. Jedna to żona, matka i babcia przeżywająca kolejne frustracje i spięcia z rodziną tak dysfunkcyjną, że nie powstydziłby się jej Wes Anderson. Druga to jej dokładne przeciwieństwo i wydaje się, że obydwa chodzą swoimi drogami, nie przeszkadzając sobie nawzajem. Te paradoksy są wygrywane bezbłędnie i nie antagonizują naszej bohaterki, ani nie czynią z niej męczennicy w imię wyższej sprawy. Czynią ją po prostu człowiekiem, który musi skonfrontować się ze swoimi (świadomie popełnianymi) błędami oraz swoją rodziną. I z jakim hukiem to robi – tej tyrady nie da się zapomnieć.

moje wspaniale zycie4

Historia nie skupia się na samym szantażu (choć są pewne próby ustalenia tożsamości sprawcy), ale na życiu Joanny i jej rodziny. Oraz jej facecie, brawurowo zagranym przez Adama Woronowicza. Niby wydaje się największym źródłem humoru, to nie jest tylko klaunem. Równie wyrazisty jest Jacek Braciak (Witek, mąż), z którym czuć bardzo silną chemię. Także w momentach utarczek oraz drobnych konfrontacji iskrzy mocno. Jedynym problem w zasadzie jest wpleciona postać polonistki (Karolina Bruchnicka), gdzie czuć potencjalną relację z Witkiem, który ostatecznie nie prowadzi donikąd. Aczkolwiek zawsze miło jest zobaczyć Jaromira Nohavicę (barman).

moje wspaniale zycie3

Tak naprawdę chodzi o to, żeby żyć w zgodzie z samym sobą, a nie wobec cudzych oczekiwań – zdaje się mówić Grzegorzek. To my – bez względu na płeć – mamy być szczęśliwi, a nie inni mają nam mówić, co dla nas jest najlepsze. Może brzmi to banalnie, ale czasami o takich banałach zapominamy. Całość jest pięknie sfotografowana, bez jakiegoś poczucia fałszu i pokazuje jak uważnym obserwatorem jest Grzegorzek, którego warto obserwować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bar dobrych ludzi

Filmy oparte na wspomnieniach to jedno z takich zadań nie należących do łatwych. Wszystko zależy od samego materiału, ale też od podejścia reżysera – czy trafi z emocjami, czy może za bardzo złagodzi całą opowieść. Jak ze wspomnieniami J.R. Moehringera poradził sobie znany reżyser George Clooney?

Akcja toczy się na przedmieściach Nowego Jorku lat 70. i 80., kiedy młody J.R. razem z matką trafiają do domu dziadków. Zawsze tam trafiają, gdy jej cokolwiek nie wychodzi – z facetem, pracą itd. Ojciec chłopaka pracuje jako radiowy DJ, lecz rodziną przestał się interesować. W samym domu jest od groma kuzynów, kanalizacja nie działa, zaś chłopak w zasadzie nie ma planu na przyszłość. O braku kogoś, kto mógłby być substytutem ojca nawet nie wspominam. Ale od czego jest wujek Charlie – właściciel miejscowego baru Dickens. Mężczyzna próbuje stać się dla chłopaka mentorem i dokonuje jeszcze jednej rzeczy. Mianowicie zaraża go miłością do literatury, co mocno naznaczy jego dalszą drogę.

Brzmi jak potencjalnie interesujący coming-of-age o chłopaku szukającym swojego miejsca na ziemi. Niby widzieliśmy takich historii tysiące, więc trudno oczekiwać jakiegoś zaskoczenia. Ale chciałoby się więcej z tej historii wycisnąć. Bo ile tu jest motywów do złapania: nagła choroba matki, budowana relacja J.R. z wujkiem, próby znalezienia ojca, odkrycie swojej tożsamości, pierwsza (nieudana) miłość, próba znalezienia pracy, kumple ze studiów. Jeszcze jest sam bar i jego bywalcy z barwnymi życiorysami, których chciałoby się lepiej poznać. Aż się prosi o soczystą opowieść, gdzie „barowe” mądrości o życiu w USA zostałyby skonfrontowane z rzeczywistością.

Niestety, to wszystko sprawia wrażenie historii z ledwo liźniętymi wątkami i nie angażuje tak jak mógłby. Brakuje tu kompletnie emocji, choć jest parę zabawnych momentów oraz dialogów. W tle jeszcze gra muzyka z lat 70., co pomaga w budowaniu klimatu. Ale to wszystko za mało, by w pełni zaangażować. Wyjątkiem są tak naprawdę wszystkie sceny z grającym wujka Benem Affleckiem. Aktor fantastycznie tworzy postać żyjącego według własnych zasad i trzymający się swoich mądrości. Równie przekonujący jest sam J.R., będący także narratorem (głos z offu to Ron Livingston), grany przez Daniela Ranieriego oraz Tye’a Sheridana. Parę minut ma też Lily Rabe (matka) oraz – zawsze mile widziany przeze mnie – Christopher Lloyd (dziadek).

Coś mam ostatnio pecha do filmów, bo „Bar dobrych ludzi” jest produkcją niedogotowaną. Z jednej strony bardzo sympatyczną, przy której miło się spędza czas. Z drugiej zaś czuć, że najciekawsze rzeczy są głębiej zakopane, bez szansy na coś głębszego, mocniejszego, interesującego. Innymi słowy, zmarnowany potencjał.

6/10

Radosław Ostrowski

Spragnieni miłości

Są takie filmy, które potrafią zaskoczyć. Gdy wydaje się, że zna się reguły niemal każdego gatunku, trudno wymyślić cokolwiek nieoczywistego, zaskakującego, idącego pod prąd. Taki jest przypadek „Spragnionych miłości” Wong Kar-Waia. Film z 2000 znowu trafił do kin po cyfrowej rekonstrukcji. Dlaczego to nietypowy film? Już mówię.

Jest rok 1962 i jesteśmy w Hongkongu, gdzie wprowadzają się – do dwóch różnych pokoi – dwie pary z Singapuru, gdzie sytuacja jest bardzo napięta. Jak wielu uchodźców ucieka w poszukiwaniu lepszego jutra oraz kąta do zamieszkania. Nieważne jak dużego i za ile. Jak wspomniałem, pojawiają się dwie pary, mieszkając obok siebie: redaktor gazety (pan Chow) razem z żoną oraz sekretarka (pani Chan) z mężem. Małżonkowie naszych bohaterów ciągle gdzieś – służbowo lub nie – wyjeżdżają za granicę i oboje czują się samotni. To właśnie powoduje, że zaczynają (jak zawsze przypadkiem) spędzać ze sobą czas wieczorami. Sytuacja zaczyna się rozwijać, gdy oboje odkrywają, że ich małżonkowie mają romans ze sobą.

Dlaczego jest to historia nietypowa? Na pierwszy rzut oka nie brzmi jak coś, czego nie słyszeliśmy lub nie znaliśmy. Ale Wong Kar-Wai idzie zupełnie inną drogą, albowiem sama narracja skupia się na budowaniu atmosfery, nastroju. Dlatego czasem sceny nagle się urywają, następuje cięcie, przeskok – jakby wszystko było poza czasem. Przestrzeń (pokazywana przez kamerę) wydaje się ciasna, niemal duszna. I to paradoksalnie pozwala zbudować więź naszym bohaterom. Łączy ich ból, poczucie niespełnienia oraz te bardzo rzadkie spojrzenia. Towarzyszy im wtedy slow-motion oraz bardzo melancholijna muzyka w tle. Płynie to wszystko, a słowa – pozornie banalne i proste – skrywają coś jeszcze. Co jest niewypowiedziane, czego żadna ze stron nie chce (nie może?) ubrać w słowa. Czy chodzi o przekroczenie granicy, od której nie ma już odwrotu? A może chodzi o to, że oni nie chcą być tacy wiarołomni jak ich partnerzy?

Wszystko to jest absolutnie zachwycające wizualnie. Zarówno zdjęcia, jak i scenografia oraz kostiumy z jednej strony odtwarzają realia epoki. Z drugiej zaś ta wizualna otoczka działa na zmysły swoimi kolorami, zwłaszcza mocno obecną na początku żółcią (co wywołuje we mnie skojarzenia ze starymi zdjęciami). Ta repetycja niektórych scen (pani Chan chodząca po kluski czy wspólna jazda taksówką) pokazuje rutynę naszej pary-nie pary (elektryzujący duet Tony Leung/Maggie Chung) oraz powolne docieranie się. Ale jeśli spodziewacie się deklaracji zawierających dwa często nadużywane słowa, będziecie rozczarowani.

„Spragnieni miłości” niby są melodramatem, jednak bez wchodzenia w znajome klisze gatunku. Wszystko zawieszone w powietrzu, niby tu i teraz, ale jednocześnie poza czasem i przestrzenią. Wiele obrazów zostanie w głowie na długo, zwłaszcza nieoczywisty finał. Jeśli macie okazję zobaczyć w kinie, idźcie bez wahania. Albo poczekajcie aż ta odrestaurowana wersja trafi na nośniki lub VOD.

8/10

Radosław Ostrowski

Psie pazury

Wydawałoby się, że czasy popularności western ma już za sobą. A jednak w XXI wieku pojawialiśmy się na Dzikim Zachodzie co najmniej kilkanaście razy. Czy to w formie psychologicznego dramatu („Zabójstwo Jesse’ego Jamesa…”), skrętu ku akcji („3:10 do Yumy”) albo mieszając go z horrorem („Bone Tomahawk”). W jakim kierunku idzie najnowszy film Jane Campion, zrealizowany po 12 latach przerwy?

psie pazury4

Oparte na powieści Thomasa Savage’a film toczy się na farmie w stanie Montana roku pańskiego 1925. Jest ona prowadzona przez dwóch braci Burbank – Phil i George’a. Obaj są wykształceni i inteligentni, gdzie ten pierwszy przypomina ranczera w starym stylu (szorstki, surowy, niemyjący się), zaś drugi jest spokojniejszy, bardziej elegancki. Życie tej dwójki zostaje wywrócone do góry nogami, kiedy pojawia się ta trzecia. Rose jest właścicielką knajpy i mieszka razem z lekko zniewieściałym synem, Peterem. W tajemnicy przed bratem George bierze z nią ślub, co wywołuje wściekłość. Oboje trafiają do farmy i zaczynają pojawiać się poważne zgrzyty.

psie pazury1

Sama historia rozbita jest na sześć rozdziałów, gdzie wszystko jest skupione na scenach pozornie niepowiązanych ze sobą sytuacji. Mamy czworo bohaterów, w których każdy jest w mniejszym lub większym stopniu outsiderem. Reżyserka jednak nie daje odpowiedzi na wiele istotnych pytań, co dla wielu widzów będzie bardzo frustrującym doświadczeniem (w czym nie pomagają przeskoki czasowe każdego z rozdziałów). To świadczy o tym, że „Psie pazury” wymagają skupienia oraz zwrócenia uwagi na detale, bo wiele scen dotyka pewnych kwestii, by potem do nich nie wrócić. Zupełnie jakby nie powtarzać tego, co już wiemy.

psie pazury3

Poczucie pułapki i izolacji potęgują absolutnie pięknie sfotografowane plenery. Przyroda jak w wielu klasycznych opowieściach jest jednocześnie imponująca oraz surowa, bezwzględna. Jeszcze ta muzyka Jonny’ego Greenwooda, co tak świdruje uszy i zwiastuje, że coś wisi w powietrzu. Jak to się wszystko skończy? Finał mnie zaskoczył, choć nie od razu połączyłem ze sobą wszystkie kropki. Dlatego tak mnie uderzyło.

psie pazury2

I jak to jest zagrane, w półtonach, czasami drobnych gestach oraz spojrzeniach tak krótkich, że można pewne rzeczy przeoczyć. Największe wrażenie robi Benedict Cumberbatch i nie chodzi mi tylko tutaj o akcent (bo brzmi on cholernie dobrze, zważywszy na pochodzenie aktora), ale pokazanie postaci Phila. Pozornie wydaje się surowym prostakiem w typie macho, rzucającym złośliwości wobec osób z najbliższego otoczenia, przebywający w towarzystwie innych kowbojów niczym prawdziwy mentor. To wszystko jednak okazuje się maską, pod którą ukrywa się inny człowiek, tłumiący swoje prawdziwe uczucia. Reszta obsady też ma swoje momenty (Jesse Plemons, Kirsten Dunst), ale najbardziej interesują jest Kodi Smit-McPhee, czyli Peter. Kolejny outsider w rodzinie ze względu na „niemęskie” zainteresowania oraz „zniewieściałe” zachowanie. Ale może to tylko pozory i jest tam coś więcej, choć nie daje po sobie tego poznać? To sami musicie odkryć.

Dziwaczny to film, na pewno nie łatwy, ale Campion potwierdza swoje umiejętności jako twórczyni portretów ludzi skomplikowanych, wyrzutków i samotników. „Psie pazury” zachwycają wizualnie, choć wielu może wkurzyć zbyt wielka ilość niedopowiedzeń oraz bardzo wolne tempo.

7/10

Radosław Ostrowski

Piosenki o miłości

Czasami pojawia się taki film, który wygląda jakbyśmy już go znali, widzieli, słyszeli. Trochę tak jak mężczyzna widzi kobietę i na podstawie jej wyglądu zaczyna ją rozpracowywać. Że już wie o niej wszystko. Dopóki się nie odezwie i wtedy się wszystko okazuje – czy jest naprawdę urodziwa, czy to tylko wygląd zewnętrzny. Takie myśli przyszły mi po seansie „Piosenek o miłości” debiutanta Tomasza Habowskiego.

piosenki o milosci1

Zaczyna się banalnie, bo od uroczystości w knajpie. Rocznicy pracy artystycznej aktora Andrzeja Jaroszyńskiego (Andrzej Grabowski), gdzie zebrali się goście i rodzina. Wśród tego towarzystwa znajduje się Robert (Tomasz Włosok), który nie posiada żadnego zawodu, masę ambicji oraz jest niezdecydowany w kwestii, co dalej. I to bardzo działa ojcu na nerwy. Podczas imprezy mężczyzna wychodzi na zewnątrz, gdzie słyszy śpiewającą dziewczynę. Alicja (Justyna Święs) jest kelnerką i udaje się Robertowi umówić z nią. Powoli zaczyna między nimi iskrzyć, a nawet udaje się coś napisać.

piosenki o milosci2

Pierwsze, co uderza to czarno-białe zdjęcia, niemal w całości ruchoma, jakby rozedrgana. Kolorowe ujęcia pojawiają się tylko na kadrach z telefonu komórkowego. Razem z bardzo intymną pracą kamery (ze sporą ilością zbliżeń) buduje to klimat, troszkę ocierający się o melancholię. Jest bardzo delikatnie, wszystko toczy się bardzo spokojnym rytmem, a w tle gra liryczna muzyka. Nie brakuje jednak momentów spięć oraz konfliktów, a wszystkie one dotyczą Roberta. Jego niespełnienia artystycznego, bycia nikim, próby udowodnienia ojcu, że jest do czegoś zdolny. I ta ambicja zaczyna działać jak trucizna, bo jak nie teraz to nigdy.

piosenki o milosci3

I to wewnętrzne spięcie Tomasz Włosok pokazuje na różny sposób: od bardzo drobnych gestów po ekspresyjne wybuchy czy prób ubłagania innych o czas, o pieniądze. Rozumiałem go, choć nie zawsze byłem w stanie go polubić. Po części przez swoją ambicję, przez którą staje się skupionym na sobie palantem. Potrafi to o sobie przypomnieć zarówno podczas kłótni z ojcem (Grabowski tworzy mocną, szorstką kreację), jak i relacji z Alicją. Fakt, że Justyna Święs jest świetną, magnetyzującą wokalistką wie każdy, kto słuchał płyt The Dumplings. Jako aktorka była dla mnie zagadką i zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Wypada bardzo naturalnie, uroczo, a chemia między nią a Włosokiem jest wręcz potężna. Z jednej strony wydaje się uzdolnioną dziewczyną, z drugiej bardzo nieśmiałą, trochę obawiającą się kariery wokalistki (choć nigdy nie wiemy z czego to wynika). To jest dla mnie serce tego filmu, bez którego mielibyśmy szablonową historię miłosną.

„Piosenki o miłości” to jest przykład filmu, który na pierwszy rzut oka wydaje się znajomy. Ale różnice widać w szczegółach, bez poczucia pretensjonalności, ze świetnym aktorstwem oraz klimatem. Proste, szczere, czułe, słodko-gorzkie.

8/10

Radosław Ostrowski

tick, tick… Boom!

W musicalu obecnie chyba żadne nazwisko nie jest tak popularne jak Lin-Manuel Miranda. Twórca „In the Heights” oraz „Hamiltona” od lat pisze piosenki do filmów, czasem w nich gra. Tym razem jednak postanowił wejść na wyższy poziom i spróbować swoich sił jako filmowy reżyser. Oczywiście, że nakręcił musical, będący biografią Jonathana Larsona.

Nie znacie go? To był młody chłopak z miasta Nowy Jork, co pracował jako kelner w restauracji. Ale ciągle ścigał swoje marzenie – pisanie musicali, co wychodziło mu łatwo. Problem w tym, że nikt nie chciał tego wystawić. Akcja toczy się w 1990 roku na kilka dni przed 30. urodzinami, z poczuciem niespełnienia. Że nic nie osiągnął, a rachunki same się nie opłacą. W końcu dostaje szansę na zaprezentowanie swojego dzieła „Suburbia” przed kilkoma ważnymi osobistościami świata musicalu.

Budulcem dla tego filmu jest monodram wykonywany przez samego Larsona, który opowiada o wszystkich tych wydarzeniach. Reżyser bawi się tutaj formą, gdzie sceny sceniczne przeplatają się z retrospekcjami. Wszystko jest niejako materializującą się na naszych oczach kreacją, gdzie przeskakujemy z mieszkania do apartamentu albo z knajpy na scenę. Czy do grupy fokusowej, by ustalić nazwę dla nowego produktu. Jeszcze kadr lubi się zmieniać – od wąskiego obrazu niczym w formacie telewizyjnym po szeroki ekran kinowy (Cinemascope). Dzieje się tutaj wiele, a wszystko w rytm bardzo chwytliwej muzyki – niby granej przez mały zespół, a pełnej energii oraz pasji. Chaos wydaje się pozorny, a prowadzi do historii artysty i jego wyboistej drogi do sukcesu. Sukcesu, którego nie będzie mógł być świadkiem.

Bo Larson umrze dzień przed premierą „Rent”, który będzie grany na scenie przez 12 lat. Przyczyna zgonu: tętniak i to w wieku 35 lat. To nie jest spojler, bo informację o śmierci dostajemy z offu na samym początku. Miranda, który ewidentnie czuje materiał i ma fantastyczne pomysły inscenizacyjne oraz choreograficzne (prosty numer o życiu w bohemie, otwierający całość „30/90” z drobną sceną taneczną w bibliotece czy kapitalna scena w jadłodajni), że nie można od tego oderwać oczu. Zdjęcia miejscami dostają odrobinę ADHD, a montaż daje prawdziwego kopa oraz rytmu.

Sam film za to opowiada o pogoni za marzeniami oraz cenie jaką się za to płaci. Zwłaszcza jeśli ma się nie tylko talent, ale i kompletną fiksację na tym punkcie. Poczucie traconego czasu, który gdzieś tyka cały czas w tle. Nerwowość jeszcze podkreśla blokada twórcza, wynikająca z niemożności napisania jednej piosenki. Przez co Larkin wydaje się bardzo narcystycznym, czasem wręcz antypatycznym dupkiem. Paradoksalnie jednak czyni go postacią pełnokrwistą, nawet jeśli jego przyjaciele i osoby z otoczenia pełnią rolę tła. Na szczęście ich problemy mają szansę w pełni wybrzmieć, nie sprawiając wrażenie ani zapychacza, ani emocjonalnego szantażu.

Jeśli chodzi o aktorstwo, „tick, tick… BOOM” można określić trzema słowami: Andrew Garfield Show. Aktor tworzy rolę absolutnie wybitną, gdzie w zasadzie wszystko robi bez zarzutu: od kapitalnego śpiewu i tańca (podejrzewam, że akurat gra na fortepianie mogła być udawana) aż po pokazania bardzo sprzecznych emocji: bezradności, wściekłości, przytłoczenia po pasję, energię oraz zrozumienie. Bez tej roli tego filmu by nie było, a Garfield wszystko pokazuje bezbłędnie, dominując wręcz ekran. W zasadzie reszta postaci wydaje się zepchnięta, choć ma szansę się wykazać: świetny Robin de Jesus (Michael), śliczna Alexandra Shipp (dziewczyna bohatera, Susan), śpiewający podczas monologu duet Vanessa Hudgens/Justin Henry czy w drobnym epizodzie Bradley Whitford (Stephen Sondheim).

„tick, tick… BOOM!” to z jednej stron zarówno świetny, poruszający musical jak i nieszablonowa w formie biografia. Kolejny przykład wszechstronnego talentu Lin-Manuela Mirandy, który czegokolwiek by nie dotknął, zamienia w złoto. Wszyscy będą sobie zadawać jedno pytanie: jakim cudem on to robi i jaki będzie jego kolejny ruch. Musical ostatnimi czasy jest naprawdę w formie i troszkę szkoda, że nie jest tak popularny jak z 10-15 lat temu.

8/10

Radosław Ostrowski

Zaułek koszmarów

Wiele jest gatunków, które lata świetności mają dawno za sobą. Jednym z nich jest kino noir (albo jak kto woli czarny kryminał) – mroczne opowieści pełne tajemnic, morderstw, zdrad i oszustw. Wszystko przyprawione fatalistyczną atmosferą, cynicznymi twardzielami, pięknymi femme fatale oraz osadzone w męskiej dżungli, gdzie wygrywa ten, co ma więcej siły i/lub sprytu. Szczyt popularności przypadł na lata 40. i 50., by przypomnieć o sobie na przełomie lat 60. i 70. (z pewnymi modyfikacjami).

Nie oznacza jednak, że nie próbowano wrócić z tą konwencją. Czasami udanie („Tajemnice Los Angeles” czy niedawny „Osierocony Brooklyn”), a czasem nie („Czarna Dalia”). Jak do sprawy postanowił podejść Guillermo del Toro? Postanowił zmierzyć się z napisaną w 1946 roku powieścią Williama Lindsaya Greshama (oczywiście, nie czytałem jej), która skupia się na ambitnym człowieku, Stantonie Carlisle’u (Bradley Cooper). Jednak po kolei.

Kiedy poznajemy naszego bohatera, wrzuca zawiązane zwłoki do zakopanego dołu w domu, a następnie podpala to miejsce. Cel: ruszyć przed siebie, zacząć nowe życie i zarobić kupę szmalu. Tylko gdzie? Jako kto? Czy posiada on jakieś umiejętności? Przypadkiem trafia do wędrownej trupy cyrkowej. Zaczyna jako fizyczny pracownik, ale szybko się uczy i obserwuje, w końcu trafia pod skrzydła małżeństwa, które opanowało czytanie w myślach. Po opanowaniu techniki decyduje się zadziałać na własną rękę i podbić świat, w czym pomaga zakochana w nim Molly – dziewczyna przewodząca prąd. W końcu trafiają do miasta i stają się sensacją śmietanki towarzyskiej, gdzie Wielki Stanton wpada w oko pani psycholog, z którą wchodzi w pewien intratny układ.

Więcej wam nie zdradzę, ale nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Historia w zasadzie dzieli się na dwie części, których granicą jest odejście Stantona z cyrku. Pierwsza część, ta jarmarczno-cyrkowa wygląda niesamowicie, w czym pomagają zarówno stylizowane zdjęcia, jak i szczegółowe odtworzenie epoki. Wesołe miasteczko nie jest wcale wesołe, gdzie jej mieszkańcy – o aparycjach charakterystycznych aktorów – to grupa outsiderów, żyjących w brudzie, smrodzie oraz scenografii przypominającej koszmar. Poznajemy ich umiejętności, troszkę przeszłości, ale też pewien rodzaj silnej więzi. Ten świat wciąga, choć nie pozbawiony jest mrocznych zdarzeń (ucieczka „świra” czy tragiczna historia telepaty Pete’a). Gdzieś w powietrzu czuć tą fatalistyczną atmosferę, a jednocześnie trudno oderwać od tego wszystkiego oczu.

Druga – miejska część – jest pełnym wejściem w świat noir, gdzie coraz bardziej napędzana ambicja, żądza pieniądza oraz niebezpieczna kobieta doprowadzają naszego bohatera prosto w przepaść. Wizualnie też jest to zaznaczone: przestrzeń wydaje się coraz większa, tempo pozornie wolne i wszystko wydaje się przytłaczające. Jakby świat zamierzał go przetrawić, przełknąć oraz wypluć. Szansa na zarobek za pomocą żerowania na naiwności bogatych, złamanych przez życie ludzi przez kontakt z duchami. Ale czy taki kant jest możliwy do zrobienia? Uda się dokonać przekrętu doskonałego? Coraz bardziej zacząłem odczuwać napięcie, mimo iż wyczuwałem jaki finał przewidział dla niego los/tarot/diabeł/jego akcje (chociaż zakończenie potrafiło uderzyć).

I jak to jest cudownie zagrane. Pierwsza część to dominacja znajomych twarzy na drugim planie – Ron Perlman, Willem Dafoe, Toni Collette i, najlepszy z tego grona, David Strathairn. Cała ta ferajna tworzy bardzo zgrany kolektyw, gdzie każdy ma szansę zawłaszczyć samą obecnością ekran. Jest jeszcze Rooney Mara, czyli bardzo delikatna oraz naiwna Molly. W drugiej połowie przebija się mroczny duet, czyli Cate Blanchett (dr Lilith Ritter) i Richard Jenkins (biznesmen Ezra Grindle). Oboje z niepokojącą przeszłością, gdzie jego dręczy śmierć żony i desperacko chce ją znowu zobaczyć (fizycznie!!!), z kolei ona chce wykorzystać wiedzę o pacjentach dla własnych celów.

No i jeszcze jest on, czyli Bradley Cooper jako Stanton. Aktor tutaj pokazuje kilka twarzy swojej postaci: z jednej strony uroczego czarusia, z drugiej przebiegłego manipulatora. I to wszystko jest wygrywane za pomocą drobnych gestów, niewypowiedzianych słów oraz spojrzeń. Jednocześnie znakomicie pokazana jest jego determinacja, a także coraz brutalniejszy upadek, łamanie kolejnych granic w jednym celu: kasa, władza, prestiż.

Wielu mówi, że „Zaułek koszmarów” to nowe rozdanie w karierze meksykańskiego reżysera, bo nie pojawiają się potwory i elementy nadnaturalne. Niby trudno się z tym nie zgodzić, ale prawda jest taka, iż monstra mają (dosłownie) ludzką twarz. Bardzo stylowe kino, mimo pewnych chwil przestoju oraz przewidywalności.

7,5/10

Radosław Ostrowski