Śmierć Zygielbojma

Trudno oceniać filmy, które mają serce po właściwej stronie i czyste intencje. Żeby poruszyć oraz przypomnieć o czymś, co albo zostało zapomniane, albo zignorowane przez ludzkość. Problem jednak taki, że same intencje nie wystarczą, zwłaszcza jak powstaje we współpracy z prorządową organizacją, która może narzucić swoją wizję pod gotowy materiał. Niestety, do tego grona dopisać trzeba „Śmierć Zygielbojma”, współfinansowany przez Polską Fundację Narodową.

smierc zygielbojma1

Nowe dzieło Ryszarda Brylskiego sięga po postać polskiego działacza społecznego Szmula Zygielbojma (zaskakujący Wojciech Mecwaldowski), który podczas II wojny światowej działał w Londynie. Początek jednak jest bardzo makabryczny – otóż ten człowiek zostaje znaleziony martwy w swoim mieszkaniu. Jest maj 1943. Sprawa wydaje się jasna: Zygielbojm popełnił samobójstwo, odpalając i wdychając gaz z kuchenki. Na stole list pożegnalny – czego chcieć więcej? Pracujący dla Timesa dziennikarz Adam (Jack Roth, syn znanego aktora Tima) razem z policyjnym koronerem Thomasem (Will Brown) prowadzą dochodzenie. Cel jest jeden: dlaczego?

smierc zygielbojma2

Co ja mogę powiedzieć? Nie jest to na pewno tak jednowymiarowy portret świata, jaki nasi spece od polityki historycznej sobie wymyślili. Sama konstrukcja w formie dochodzenia na pierwszy rzut oka wydaje się interesującym konceptem. Problem w tym, że sam bohater jest zepchnięty niemal na dalszy plan, pełniąc niejako tło dla poważniejszego problemu. Czyli prób dotarcia do świata z informacjami o ludobójstwie Żydów na terenie Polski (oraz Europy) i wymuszenia na państwach alianckich wsparcia. Tylko, że to wszystko spełza na niczym, a świat nie jest w stanie tego przyjąć do wiadomości. Słucha i słucha, ale nic więcej nie zamierza, zaś ludzie są mordowani. Co jeszcze można zrobić, by powstrzymać to szaleństwo? Poza przemówieniami i listami do najważniejszych polityków?

smierc zygielbojma3

Problem z tym filmem jest jeden, ale bardzo istotny: jest to dzieło… zaledwie poprawne, niewykorzystujące swojego potencjału. Opowieść o polityku, który zderzony z murem obojętności decyduje się na ostateczny krok brzmi obiecująco. Tylko, że samo wykonanie rozczarowuje, zaś rozmówcy pełnią rolę chodzących ekspozycji. Wszystko wygląda tu jak film telewizyjny (głównie retrospekcje z okupowanej Warszawy), z oszczędną scenografią oraz poszatkowaną narracją. Chciałoby się głębiej wejść w Zygielbojma, zwłaszcza że Mecwaldowski prezentuje się naprawdę przyzwoicie. Nawet brytyjscy aktorzy (szczególnie młody Roth) dają radę.

smierc zygielbojma4

Tylko co z tego, skoro „Śmierć Zygielbojma” wywołuje znużenie i sprawia wrażenie zbioru nie za mocno powiązanych scenek. Większość sytuacji jest tutaj opowiadana niż pokazana, co pozbawia większej mocy tego tytułu. Poza przesłaniem (oraz krótkimi scenami z getta w niebieskim filtrze) nie ma tu zbyt wiele do zaoferowania. Wielka szkoda.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Lokatorka

Pomysły na potencjalny film podobno leżą na ulicy i wystarczy się po nie schylić. Filmowcy jednak zapominają, że poza tematem trzeba mieć coś jeszcze. Taki – niestety – jest przypadek „Lokatorki”, który inspiruje głośną aferą reprywatyzacyjną w Warszawie. Innymi słowy, chodziło o „odzyskiwanie” kamienic i domostw przez spadkobierców właścicieli, którym odebrano te budynki na mocy dekretu Bieruta. Dzięki procesom sądowym oraz sfałszowanym dokumentom. Sporo z tych domostw miało już lokatorów, czyli ciężaru jaki należało się pozbyć wszelkimi możliwymi sposobami. Po co? By móc potem sprzedać je z dużym zyskiem. Proceder działał w latach 1996-2016, kiedy nagłośniono skandal z udziałem urzędników miasta, zakończony dymisjami oraz powołaniem Komisji Weryfikacyjnej.

lokatorka1

Historia filmu Michała Otłowskiego skupia się na wydarzeniach z 2011 roku, kiedy doszło do morderstwa lokatorki oraz działaczki społecznej Jolanty Brzeskiej (w filmie nazywa się Markowska). Kobieta jako jedyna nie zdecydowała się opuścić swojego mieszkania, z czasem angażując się o walkę w imieniu lokatorów. Widzimy sztuczki, jakich można się spodziewać: siłowe otwieranie drzwi, policyjne interwencje (określane jako „przemoc domowa”), zastraszanie, przekupstwo. Jednocześnie reżyser pokazuje równolegle świeżo upieczoną policjantkę, Annę Szerucką. Zaczyna od patrolowania, przypadkiem trafiają na Markowską. Na własną rękę interesuje się sprawą kamienicy i zaczyna odkrywać powiązania urzędników, policjantów, prawników.

lokatorka2

I tu się zaczynają schody, bo… coś tu ewidentnie nie zagrało. Ta dwutorowa narracja wywołuje poważny zgrzyt, albowiem każda część jest zrobiona w innej konwencji. Wątek Markowskiej (najbardziej błyszcząca Sławomira Łozińska) przypomina kino społeczne, gdzie dokonywana jest zbrodnia w majestacie prawa. A jest to możliwe za pomocą – ulubione słowo miłościwie nam panujących – UKŁADU. Urzędnicy państwowi, gliniarze, sędziowie, prokuratorzy, uliczni bandyci, a nawet dawna ubecja. Drugi wątek dotyczy dochodzenia Szeruckiej (strasznie bezbarwna Irena Melcer) w sprawie śmierci Markowskiej – kobieta została spalona w lesie kabackim – co doprowadza do odkrycia UKŁADU. Czyli mamy tu kryminał, tylko że… sprawców poznajemy już wcześniej.

lokatorka3

Do tego stopnia, iż cała ta bandycka ekipa (grani przez m.in.: Jana Frycza, Jacka Lenartowicza, Leszka Lichotę, Tomasza Sapryka i Piotra Głowackiego) w zasadzie dominuje cały film. Wszystko inne zostaje zepchnięte na dalszy plan, przez co tak brakuje w pełni emocjonalnego zaangażowania. Przynajmniej od połowy filmu, gdzie skupiono się na dochodzeniu. Postacie są jednowymiarowe, zagrane w bardzo przerysowany sposób (poza Łozińską, która jako jedyna wnosi życie do tego przedsięwzięcia), a dialogi – o Jezus Maria! Uszy krwawiły krwią w ilościach znanych z najbrutalniejszych horrorów. Do tego jeszcze mamy masę znanych twarzy, którzy są kompletnie niewykorzystani. Kamil Nożyński pojawia się raptem w jednej scenie, wypowiada JEDNO zdanie i tyle. Andrzej Grabowski jako komendant ma aż TRZY sceny, tak samo Głowacki czy Krzysztof Stroiński. Za takie marnotrawstwo takiej ilości talentów powinien być paragraf.

lokatorka4

Jestem wściekły na Otłowskiego, który po mocnym debiucie w postaci „Jezioraka” nie potrafi się zbliżyć do tego poziomu. Niespójny, płytki, pozbawiony napięcia oraz postaci, które by mnie obchodziły. Jak widać sam temat nie wystarczy do zrobienia dobrego filmu.

4/10

Radosław Ostrowski

Wróg doskonały

Belgijską pisarkę Amelie Northomb poznałem z polecenia znajomej i… zostałem nią zauroczony. Krótkie powieści, pełne absurdalnego humoru, eleganckiej formy oraz przewrotek, zapadając mocno w pamięć. Dlatego na wieść o adaptacji jednego z jej utworów wzbudziła we mnie automatyczne zainteresowanie. Zwłaszcza, że była to produkcja europejska plus w głównej roli gra Tomasz Kot.

Bohaterem „Wroga doskonałego” (opartego na „Kosmetyce wroga”) jest przebywający w Paryżu architekt Jeremiasz August. Celem był wykład, po którym wraca do kraju. W drodze na lotnisko trafia na młodą blondynkę, która zdąża w tym samym kierunku. Niestety, oboje spóźniają się na swoje loty, więc zmuszeni są spędzić czas w oczekiwaniu na kolejny lot. Ku irytacji mężczyzny, kobieta o niezapomnianym imieniu Trext Texler przykleja się do niego niczym rzep do psiego ogona. Zaczyna opowiadać o sobie i wyciąga pewne niepokojące rzeczy, co intryguje Jeremiasza. Zwłaszcza, że jedna z nich dotyczy jego bezpośrednio.

Jak można wywnioskować, jest to psychologiczny thriller, niemal w całości osadzony w jednej przestrzeni. Dodatkowo skupiony na dialogach, nie brzmi jak coś zachęcającego. Ale jak wszyscy wiemy, pozory mylą. Reżyser Kike Meillo zaczyna stopniowo budować atmosferę tajemnicy, zaś kolejne opowieści Texler nie tylko są jednocześnie niepokojące i mroczne. Czy jednak powinniśmy jej wierzyć na słowo? Czy cokolwiek jest prawdą? Jeśli nie, po co ta maskarada? O co jej chodzi? Przez niemal ¾ filmu ta aura niejasności jest utrzymywana przez twórców. Pojawiają się pewne przebitki (sceny z „przeszłości” naszych bohaterów), by jeszcze bardziej namieszać.

Wszystko we względnie realistycznej warstwie wizualnej, bez możliwości rozróżnienia prawdy od fałszu. Chociaż jak ktoś uważnie ogląda, zauważy pewne poszlaki (m.in. sceny, gdzie widzimy model lotniska), naprowadzające na prawdziwą tożsamość Texler oraz tajemnicę Jeremiasza związaną z zaginięciem żony. Intryguje, co jest także zasługą świetnych ról Tomasza Kota (płynna angielszczyzna!) oraz Atheny Strates (Texler), prowadzących także między sobą grę w odkrywanie sekretów i kłamstw.

Być może wnioski wyciągane przez twórców na temat tego kim jest tytułowy „Wróg doskonały”, to jednak dzieło Hiszpania potrafi wciągnąć oraz zaintrygować. Ale też pokazuje jak wielką siłę ma narracja oraz opowiadanie. Dzięki niemu czasami można czasem wejść głębiej, choć może być to broń obosieczna i obudzi demony przeszłości.

7/10

Radosław Ostrowski

Mosquito State

Czasami drogi niektórych reżyserów są zadziwiające. Taki jest przypadek Filipa Jana Rymszy – młodego filmowca, studenta ekonomii i filozofii, pracującego w USA jako producent m.in. przy stworzeniu ostatecznej wersji niedokończonego filmu „Druga strona wiatru” Orsona Wellesa. W 2020 roku nakręcił swój reżyserski debiut, za polskie i amerykańskie pieniądze.

„Mosquito State” toczy się w Nowym Jorku 2007 roku. Czyli przed potężnym kryzysem ekonomicznym oraz wyborami prezydenckimi, zakończonymi zwycięstwem Baracka Obamy. Jest to o tyle istotne, że będziemy się obracali w świecie finansjery. A dokładnie przy Richardzie Boca – analityku, zajmującego się tworzeniu algorytmów. Ten geniusz, który ewidentnie jest autystycznym outsiderem, rzadko opuszcza swoje biuro i apartament. Jednak zaczyna zauważać, że jego dzieło (algorytm „pszczoła”) nie reaguje zbyt dobrze na sytuację rynkową, co może doprowadzić do katastrofy. W między czasie, mężczyzna zostaje pogryziony przez komara.

Powiem od razu, że jest to dziwne, bardzo awangardowe kino, mieszający różne gatunki. Psychologiczny dramat miesza się z thrillerem oraz body horrorem. Zamiast skupiać się na rzeczach dookoła, co słyszymy w telewizji, reżyser pokazuje świat naszego bohatera. Jego mieszkanie jest bardzo sterylne i pozbawione charakteru, a on porusza się jakby sparaliżowany. Reżyser przygląda się mu niczym owadowi pod mikroskopem, co troszkę przypominało mi seanse niektórych filmów Davida Cronenberga. Wrażenie to potęguje coraz bardziej zmieniające się ciało bohatera oraz parę surrealistycznych scen.

Trzeba przyznać, że film wygląda świetnie. Bardzo stonowane zdjęcia w połączeniu z minimalistyczną scenografią potęgują poczucie obcości. Wierzy się w ten świat, chociaż ludzie go zamieszkujący są bez charakteru. Poza Richardem nikogo nie poznajemy, wszyscy są ledwo zarysowani, są awatarami. Jeszcze większe wrażenie robią efekty specjalne, pokazujące komary (sekwencja otwierająca, gdzie widzimy przemianę owada: od jaja do pełnej formy – majstersztyk) oraz nerwowa muzyka.

Ale mam pewien poważny problem – emocjonalny chłód wobec wszystkiego, co się dzieje na ekranie. Reżyser kompletnie nie pozwala nam poznać tej postaci, pozostawiając ją dla nas enigmą. Choć muszę przyznać, że grający główną rolę Beau Knapp jest intrygujący w pokazywaniu swojej fizycznej (oraz zapewne psychicznej) przemiany. Problem w tym, że on sam nie jest w stanie wybronić tego filmu. A wszelkie niejasności oraz braki odpowiedzi zaczynają być coraz bardziej irytujące. I ta hermetyczność czyni film trudniejszym do przejścia.

„Mosquito State” (polski tytuł „Komar”) na pewno przebija większość polskich produkcji na poziomie technicznym. Jednak jest to przykład klasycznego przerostu formy nad treścią, aczkolwiek widać spory potencjał reżysera. Kolejny film może dać odpowiedź, czy warto obserwować kolejne dzieła tego twórcy.

6/10

Radosław Ostrowski

kRaj

Filmowe antologie mają to do siebie, że są nierówne jakościowo, jednak nie zraża to twórców do ich realizacji. I to bez względu na to czy każdą część robią różni twórczy, czy jeden reżyser. U nas też powstawały takie produkcje, choć niewiele zapadło w pamięć. Próbę przełamania tego impasu podjął się Maciej Ślesicki ze swoim „kRajem” – swoim pierwszym filmem od 10 lat.

kraj1

Założyciel oraz pedagog Warszawskiej Szkoły Filmowej razem ze swoimi studentami (Vanessa Andersson, Mateusz Motyka i Filip Hillesland) podjął się zrobienia czegoś, co przypomina „Dzikie historie”. Sześć opowieści, które nie mają żadnego łącznika pod względem aktorskim, stylistycznym, choć poniekąd tematyczny jest. Frustracja, bezsilność, zawiść, cwaniactwo – każdy z bohaterów ma przynajmniej jeden z tych problemów. Policjant walczący z szalonymi kierowcami, co mylą drogę z torem Formuły 1; mężczyzna na zakupach, któremu zaginęło dziecko tuż przed zamknięciem marketu; rodzinny interes przed kontrolą skarbową; kuratorka galerii sztuki skonfrontowana z nowym dyrektorem placówki; młode małżeństwo próbujące się pozbyć „dzikiej” lokatorki z mieszkania; sąsiedzi oraz „wojna na fajerwerki” w Sylwestra.

kraj2

Czyli kolejny Polaków portret własny, ale w konwencji czarnej komedii. A nie jest to gatunek, mający u nas jakąś wielką tradycję. „kRaj” jest nierówny, choć realizacyjnie wygląda więcej niż bardzo dobrze. Co jest zasługą młodej ekipy (m.in. współautor zdjęć Stanisław Wójcik, scenograf Oliwia Waligóra, montażysta Piotr Gorszczyński i dźwiękowiec Maciej Amilkiewicz), która wcześniej pracowała przy etiudach oraz krótkim metrażu, a teraz ma szansę zostać dostrzeżona przez szerszą widownię. A także potencjalnych przyszłych reżyserów, dzięki czemu ich kariera może rozkręcić się. Bo jest parę wizualnych pereł (pierwsza nowela ze sceną wypadku w sloooooooooooow-mooooooooooooootiooooooooooooooooooon) oraz montażowych popisów (scena w windzie w noweli trzeciej), chociaż poczucie humoru nie trafi do wszystkich. Jest brutalnie, wulgarnie, ale też ze sporą ilością goryczy.

kraj3

Każdy z naszych bohaterów jest niejako w granicznej sytuacji, pozwalając na wybuch swojej frustracji, pozwalając sobie na odpał. Powoli zaczynamy odkrywać ich demony, doprowadzając do czasem zadziwiających sytuacji w postaci rzezi w supermarkecie, uwięzienia urzędników w windzie czy niemal wojny na fajerwerki. Dialogi bywają soczyste, postacie porządnie zarysowane oraz zagrane (ze szczególnym uwzględnieniem niezawodnego Krzysztofa Stroińskiego i Tomasza Włosoka), ALE dwie ostatnie historie odstają mocno od reszty. Brakuje im nie tylko trafnego dowcipu, a nawet czuć pewien zgrzyt między dramatem a komedią.

kraj4

„kRaj” to na pewno co najmniej kompetentny film, pozwalający dostrzec siebie w zwierciadle oraz pomóc łatwiej zrozumieć tą pokręconą rzeczywistość. Daje też nadzieję, że parę osób realizacyjnych wypłynie na szerokie wody, bo świeża krew jest zawsze potrzebna. I być może będzie tu (k)Raj.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wiking

Nic tak nie napędza mężczyzny jak zemsta, zwłaszcza w czasach propagujących takie wartości jak „honor, więzy krwi, bogowie, przeznaczenie”. Taka jest era Wikingów przełomu IX i X wieku, którą postanowił odtworzyć Robert Eggers. Już w poprzednich, niezależnych filmach grozy pokazał jak przekonująco rekonstruuje mentalność oraz światy przeszłości ludzi. W „Wikingu”, gdzie scenariusz współtworzył z islandzkim poetą Sjonem.

Historia dotyka młodego księcia Amletha (brzmi jak Omlet albo jak się przestawi literkę, wychodzi imię pewnego duńskiego księcia ze sztuki pewnego Słynnego Anglika) – syna króla Aurvandila (Ethan Hawke). Król jak to król wraca z wyprawy, przynosząc ze sobą łupy, niewolników oraz zostawiając za sobą śmierć i zgliszcza. Po odbyciu rytuału, który ma zmienić chłopca w mężczyznę, król zostaje zamordowany przez swojego brata Fjolnira, zaś chłopcu udaje się uciec. Wiele lat później już jako dorosły mężczyzna jest berserkerem, zabijając i plądrując wszystko. Ale dla niego liczy się tylko jedno: Pomszczę cię, ojcze! Uwolnię cię, matko! Zabiję cię, Fjolnirze! Tylko jak się do wuja-królobójcy się dostać?

Ale jeśli spodziewacie się, że cały film to będzie krew, zabijanie, jeszcze więcej krwi, flaki, latające kończyny, KREEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEW – Eggers nie idzie w tak prostym kierunku. Owszem, czuć tutaj inspirację zarówno skandynawskimi sagami czy „Conanem Barbarzyńcą”, ale też unosi się duch „Zielonego Rycerza”. Czyli mamy magię, wiedźmy, wizje, rytuały mające albo zyskać przychylność bogom, albo pomóc w realizacji ich celu. Albowiem los ludzi i bogów przypieczętowany jest od dawna, przędzony nicią życia. Wszystko z brudem, surowością oraz bez upiększania, mimo większego budżetu (ponad 70 milionów). Czuć tutaj imponujące przywiązanie do detali, zaś wszelkie rytuały oraz zwyczaje są pokazane z całą bezwzględnością i odrobiną psychodelii. Im dalej jednak w las, tym cała ta zemsta Amletha przestaje mieć sens. Nie tylko dlatego, że jego „wróg” (Claes Bang) został wygnany na Islandię, gdzie ma tylko jedną farmę z grupką niewolników, to okazuje się, iż nie wiedział pewnych rzeczy. Pojawia się nurtujące pytanie: czy dalej iść tą ścieżką? A może się z niej wycofać i zacząć nowe życie? Jednak w czasach, gdy mężczyzna-wojownik ma przeznaczenie zginąć w walce, by potem wejść do Valhalli albo żyć w hańbie do późnej starości – wybór mógł być tylko jeden. Aczkolwiek jest nadzieja w postaci Olgi (Anya Taylor-Joy), czyli schwytanej w Rusi wiedźmie, która staje się jego wspólniczką w zbrodni. Potem się sprawy komplikują.

Eggers bardzo mocno buduje napięcie, by eksplodować w bardzo brutalnej przemocy, która też wygląda niesamowicie. Zachwycające są zdjęcia Jarina Blaschkego, gdzie bezwzględnie piękna przyroda (wszystko kręcone w naturalnym oświetleniu, z drobnym wsparciem świec i pochodni) pasuje do bezwzględnego, surowego świata. Przemoc jest pokazywana bez kompromisów oraz czasem w długich ujęciach, przypominając jak głęboko w każdym z nas siedzi dzikie zwierzę. A to najbardziej pokazuje Amleth, idealnie zagrany przez Alexandra Skarsgarda. Takiej chodzącej furii jak podczas ataku na wioskę nie widziałem nigdy, chociaż ma momenty pokazujące jego skonfliktowanie wobec odkrywanych informacji. Zresztą cała obsada błyszczy: od zjawiskowej (jak zawsze) Anji Taylor-Joy przez mrocznego i niejednoznacznego Claesa Banga (Fjolnir) po zaskakującą Nicole Kidman (Gudrun) oraz mocnego Ethana Hawke’a (choć nie spędza zbyt wiele czasu na ekranie jako król Aurvandil). Plus parę drobnych epizodów, zapadających mocno w pamięć.

Powiedzieć mogę, że „Wiking” to najbardziej przystępny film w dorobku Eggersa, który nie stępił swojego autorskiego sznytu. Produkcja historyczna w pełni odtwarzająca nie tylko rekwizyty oraz dekorację, lecz mentalność tego okresu. Brutalnego, bezwzględnego, szorstkiego i surowego.

8/10

Radosław Ostrowski

Nieznośny ciężar wielkiego talentu

Nicolas Cage jest legendą kina, chociaż ostatnią dekadę zdominowały śmieciowe filmy, co od razu na VOD czy DVD wychodziły. Coś jednak w ostatnich latach się zmieniło, bo ilość zastąpiła jakość („Mandy”, „Świnia”), ale na prawdziwy powrót mistrza musieliśmy poczekać. Aż do pojawienia się reżysera Toma Gormicana, który wpadł na diabelsko-szatański pomysł. By zrobić z Nicolasem Cage’m film o… Nicolasie Cage’u. Aktor początkowo jednak stawiał opór, niemniej zdał się przekonać, by pokazać „Nieznośny ciężar wielkiego talentu”.

Jak wspomniałem, bohaterem jest Nicolas Cage, którego życie ostatnio stoi w miejscu. Nie trafiają mu się dobre propozycje, rozwiódł się z żoną, relacja z nastoletnią córką to porażka, zaś pieniądze pojawiają się i znikają. Jest tak źle, że narobił sobie sporych długów. Jak wyjść z tego marazmu? Agent proponuje wyjście: przyjść na imprezę hiszpańskiego biznesmena za milion baksów. Niechętnie, ale Cage się zgadza i informuje, że przechodzi na emeryturę. Wygląda na to, że upadły gwiazdor odstawi chałturę? Gospodarz – Javi okazuje się być wielbicielem talentu aktora. Tak wielkim fanem, że aż napisał scenariusz filmu, by mistrz mógłby w nim zagrać.

ciezar talentu2

Sprawa jednak komplikuje się, kiedy Cage zostaje zwerbowany przez CIA. Wywiad podejrzewa, że Javi jest szefem kartelu handlującego bronią i porwał córkę ważnego polityka. Agenci chcą, by Cage zinfiltrował rezydencję oraz odnalazł dziewczynę. Czy może być gorzej? Oczywiście, że tak, bo gwiazdora prześladuje Nicky – jego mroczne ego z czasów wielkich triumfów. Niby mu doradza, jednak nie jest raczej w tym dobrze.

ciezar talentu1

„Nieznośny ciężar…” to samoświadomy film, gdzie odniesień do dorobku Nicolasa Cage’a jest mnóstwo, jednak nie jest to szyderstwo czy kpina z aktora. Widać, że twórcy są jak Javi – to wielcy fani, zafascynowani swoim idolem, znający masę jego filmów na pamięć. Nie boją się zarówno cytować scen czy pojedynczych dialogów, wrzucają fragmenty filmów i czuć szacunek do Cage’a. choć sam bohater jest dość trudny w obyciu: bardzo narcystyczny, poważnie traktujący swoją pracę i sztukę, ignorujący swoich najbliższych. Ciężko z kimś takim wytrzymać, ale wszystko zmienia Javi. Prawdziwy entuzjasta, zapaleniec, dla którego filmy ze swoim idolem są ważną częścią jego życia. Ta zmieniająca się dynamika oraz rodząca się przyjaźń to serce tego filmu – w tych momentach czułem najwięcej frajdy. Czy to odwiedzając ołtarzyk zrobiony przez Javiego czy jak obaj panowie ruszają na miasto pod wpływem LSD. Te sceny dostarczają masę humoru, lekkości oraz frajdy.

ciezar talentu3

Z kolei intryga sensacyjno-szpiegowska jest prowadzona sprawnie i ma parę szalonych momentów (włamanie się do pokoju monitoringu czy przebranie Cage’a za włoskiego mafiozo!!!), ale nie doprowadza do takich spazmów jak meta-otoczka. Jest to bardzo efekciarskie i przerysowane tak bardzo, że finał budził skojarzenia z… „Uprowadzoną 2”. Tylko lepiej zrobioną oraz z większym jajem. Z kolei nasza para agentów (Tiffany Haddish oraz Ike Berkowitz) jakaś taka przezroczysta troszkę, przez co sprawiają wrażenie zbędnych.

Ale to wszystko działa także dzięki fantastycznej chemii między Nicolasem Cage’m a Pedro Pascalem. Pierwszy bawi się swoim scenicznym wizerunkiem ekscentryka, zaś drugi pokazuje nieznany mi wcześniej wielki talent komediowy. Javi jest przesympatycznym kolesiem, choć niektóre wypowiadane przez niego słowa budzą pewne podejrzenia, że być może ma jakąś mroczną przeszłość. Ich energia oraz poczucie dobrej zabawy przenosiło się na mnie wielokrotnie, co pozwalało przymknąć oko na drobne mankamenty. Że drugi plan w zasadzie nie istnieje, że w zasadzie jest to przewidywalne, że chciałoby się więcej scen z Nicky’m.

ciezar talentu4

Ale w ostatecznym rozrachunku „Nieznośny ciężar…” to powrót Cage’a do mainstreamu z hukiem bomby. Fani aktora MUSZĄ iść koniecznie, a reszta też znajdzie tutaj coś dla siebie. Bardzo sympatyczna komedia, będąca listem miłosnym dla ekscentrycznego, ale bardzo charyzmatycznego aktora z masą niezapomnianych ról. Oraz dużym dystansem do siebie.

8/10

Radosław Ostrowski

Wszystko wszędzie naraz

Są takie filmy, że po ich obejrzeniu zastanawiasz się, co tu się odbyło. A pozbieranie myśli oraz próby ubrania tego w słowa wydaje się pozbawione jakiegokolwiek sensu. Takie produkcje są dla recenzenta trudne, a jednocześnie jest tyle niespodzianek, że zdradzenie zbyt wielu zniechęci do seansu. Nie zamierzam jednak zrezygnować i spróbuję, bez spojlerów, ogarnąć nowe dzieło duetu Daniels.

„Wszystko wszędzie naraz” skupia się na rodzinie z Chin, mieszkającej od lat w USA ze swoim interesem, czyli pralnią. Głowa rodziny, Evelyn (Michelle Yeoh), ma bardzo dużo na głowie: rachunki, schorowanego ojca, dorastającą córkę-lesbijkę oraz męża, co chce się z nią rozwieść. Nie powiem, jest to przytłaczające i może doprowadzić do frustracji. A nawet spotęgować uczucie, że życie ssie, jest za ciężkie i cokolwiek byśmy zrobili, to nic nie daje. Przecież moje życie miało wyglądać zupełnie inaczej. Podczas wizyty w urzędzie skarbowym, nasza bohaterka zauważa coś dziwnego. Wskutek wydarzeń odkrywa, że nie jest jedyną Evelyn w tym świecie. Że istnieją światy równoległe, wykreowane za pomocą każdej alternatywnej decyzji w jej życiu. I że jest najgorszą wersją samej siebie. Jednak nie ma ona zbyt wiele czasu na przetworzenie informacji, albowiem pojawia się zagrożenie dla wszystkich światów – Jubo Tupaku. I że tylko ona może ją powstrzymać.

Jeśli myślicie, że ten ogólny opis fabuły zapowiada coś dziwnego, to jest dopiero wierzchołek góry lodowej. Danielsowie sięgają, po – kojarzący się ostatnio z kinem superbohaterskim – motyw multiwersum. Światów, gdzie losy naszej bohaterki wyglądają zupełnie inaczej: od kucharki przez znak promujący pizzerię po gwiazdę kina kopanego i mistrzynię kung-fu. Dzieje się tu wszystko, akcja toczy się wszędzie oraz naraz. Postacie przeskakujące z ciała do ciała, przejmując ich umiejętności (jednak by to zrobić trzeba wykonać kompletnie absurdalną czynność), zmieniając otoczenie, a nawet swój wygląd. Od tych pomysłów można zwariować i dostać oczopląsu. Na pewno wiele osób odbije się od tego, bo będzie się czuło zwyczajnie przeładowani kolejnymi zakrętami, pomysłami, absurdami: inspirację „Ratatujem”, popisami kung-fu czy światem, gdzie antagonistki są… kamieniami.

Ale tak naprawdę cała ta bombastyczna otoczka (z wielkim, czarnym bajglem) służy do opowiedzenia bardzo kameralnej historii rodzinnej. O odnalezieniu się w przytłaczającej rzeczywistości, pogodzeniu się ze swoim losem oraz poprawie relacji rodzinnych. Tutaj chodzi głównie o matkę i córkę, które coraz bardziej zaczynają się one od siebie oddalać. I to odtrącenie wywołuje w latorośli poczucie obojętności, przytłoczenia, które zmienia ją w Jobu – pozbawioną nadziei, apatyczną, cyniczną, autodestrukcyjną bestię. Ale pod nią kryje się zupełnie inna warstwa, którą widzi tak naprawdę tylko jedna osoba.

Realizacyjnie to są tutaj wianki, gdzie wybija się zdecydowanie montaż. Zarówno szybkie cięcia, pokazujące przeskoki w przestrzeni jak i wręcz wariackie, bardzo płynne sceny akcji. Te mają szaloną choreografię, godną filmów z Jackie Chanem, ale też troszkę przypominającą bardziej dziką wersję… „Matrixa”. Kolejne absurdalne odloty wyglądają niesamowicie, w tle gra idealnie dopasowana muza zespołu Son Lux. I jest absolutnie rewelacyjnie zagrane – Michelle Yeoh to prawdziwe zjawisko, gdzie ma setki (albo i więcej) swoich inkarnacji, co jest bardzo trudnym zadaniem. Jednak robi to z taką łatwością, że aż wydaje się to nieprawdopodobne. Równie zaskakujący są Stephanie Tsu (coraz bardziej oddalająca się Joy) oraz – chyba największa niespodzianka – Ke Huy Quan, czyli pierdołowaty Waymond, aczkolwiek zdarzają mu się momenty kopania tyłków niczym mistrz sztuk walki. Dlaczego niespodzianka? Bo ten aktor znany był z dziecięcych ról w drugim „Indiana Jonesie” oraz „Goonies” i po 20 latach przerwy wrócił do grania. Oby na stałe.

„Wszystko wszędzie naraz” może przygnieść swoim szaleństwem oraz pomysłami jakby wziętymi pod wpływem wspomagaczy psychodelicznych. Że tego jest za dużo i niepotrzebny ten cały kolaż. Ale jest to całkowicie kontrolowany chaos, nie tracący z oczu głównej bohaterki oraz jej problemów. Choć ubranych w bardzo niekonwencjonalną otoczkę SF. Porąbane kino oraz niezapomniane doświadczenie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Batman

Bruce Wayne pseudo Batman – nie ma słynniejszego detektywa wśród superherosów od niego. Miał masę inkarnacji: od kiczowatego Adama Westa przez bliskiego ideału (według mnie) Michaela Keatona do przezroczystego Christiana Bale’a oraz pakera Bena Afflecka. Zawsze pada jednak pytanie: czy potrzebujemy nowego portretu Mrocznego Rycerza? W końcu podjęto decyzję i mimo perturbacji (to miała być solowa inkarnacja Afflecka, ale aktor/reżyser zrezygnował) zdecydowano się na reżysera Matta Reevesa (2/3 nowej trylogii Planety Małp) oraz Roberta „tego wampira ze Zmierzchu” Pattinsona w roli tytułowej. Co z tego wyszło?

Nasz ziom Bruce „Jam jest Zemsta” Wayne ma fiksakcję na punkcie biznesu związanego z byciem jednoosobowym wymiarem sprawiedliwości. Maluje sobie oczy jakby był emo, ma w dupie rodzinny biznes, a jedynymi jego partnerami w interesie są lojalny Alfred (Andy Serkis) oraz komisarz Gordon (Jeffrey Wright) – jedyny glina, który mu ufa. Dwa lata prowadzi ten interes, lecz jego przeciwnicy to w zasadzie drobne płotki. Poważniejsi gracze półświatka nie traktują go poważnie, ale to się zmieni. Wszystko przez tajemniczego Riddlera – nikt nie wie jak wygląda, jednak bardziej widać jego dzieło. Na początek zostaje zamordowany burmistrz Gotham w bardzo brutalny sposób. Morderca nazywający się Riddlerem pozostawił wskazówki oraz… wiadomość dla Batmana. To jednak dopiero początek morderczego polowania oraz serii trupów. Kim jest zabójca? Co go motywuje? Dokąd prowadzą wszystkie nitki? I co z tym wspólnego ma rodzina Wayne’ów?

Jeśli spodziewacie się tego, z czego obecnie filmy superhero są znane – lżejszy ton, sporo humoru, kolorowa estetyka, masa cięć montażowych – pomyliliście adresy. Reżyser idzie w stronę czarnego kryminału, czyli wszystko pod hasłem: brud, smród, korupcja. Nie jest aż tak mrocznie jak u Snydera, gdzie niemal nic nie widać, samo miasto nie wygląda jak u Nolana, zaś klimatem najbliżej jest do „Zodiaka” Davida Finchera. Batman próbuje połączyć wszystkie elementy układanki, a kolejne zbrodnie są coraz bardziej makabryczne (choć krwi oraz flaków nie pokazano), niepokojące oraz pokazujące jakim wielkim syfem jest Gotham. Polityka, władza, mafia, wymiar sprawiedliwości – ich ścieżki mocno się przecinają i nie do końca wiadomo kto dla kogo pracuje. Śledztwo toczy się powoli, śladami kolejnych trupów, wielkiej tajemnicy, bezwzględnych układów, kłamstw, matactw. Komu można zaufać, kto jest przyjacielem, wrogiem, a kto działa na własną rękę.

Muszę przyznać, że to dochodzenie Batmana i Gordona angażuje całkowicie. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, jednak Reeves cały czas podrzuca kolejne tropy, podejrzenia, zaś kolejne postacie komplikują sprawę. Czy to działająca na własną rękę Selena Kyle (pociągająca Zoe Kravitz), trzymający wszystkie sznurki Carmine Falcone (świetny John Turturro) czy zwalisty, charakterny Pingwin (zaskakujący, kradnący szoł Colin Farrell) – każdy wnosi wiele do tej historii, wyciągając na wierzch kolejne tajemnice tego miasta. Samych scen akcji jest tu niewiele, ale jak już się pojawiają, potrafią podnieść adrenalinę na wyższy poziom. O ile samo walenie po mordach jest bardzo satysfakcjonujące (pierwsza walka Batka ze stadem oprychów w metrze), o tyle pościg samochodowy za Pingwinem (jak wjechał ten Batmobil – wow, cieszyłem się jak dziecko!!!) jest pokazywany za pomocą zbliżeń, przez co trudno zorientować się w geografii. Niemniej zdjęcia Creiga Frasera (ten facet ma szczęście – „Lion. Droga do domu”, „Łotr 1”, „Diuna”) fantastycznie budują mroczny klimat, tak jak mocarna muzyka Michaela Giacchino z bardzo wyrazistym tematem przewodnim.

Ja tak gadam i gadam (starając się nie zdradzać zbyt wiele niż to, co do tej pory marketing sprzedał), ale pozostaje najważniejsze pytanie: jak poradzili sobie nasi główni liderzy? Robert Pattinson budził spore obawy, zwłaszcza wśród ludzi, co widzieli go tylko jako wampira w filmie dla nastolatków. Jakby zupełnie od tego czasu w niczym nie grał, zapadł się pod ziemię i teraz został wygrzebany. Jego Batman to bardzo wycofany introwertyk w potężnej zbroi, w której izoluje się od całego świata. Napędza go zemsta i nie jest jeszcze tak doświadczony jak jego koledzy, to potrafi być bardzo efektywny w działaniu. Jednak konfrontacja z przeszłością oraz syfem tego miasta zmusza go do zmiany postawy. Zaś Riddler w wykonaniu Paula Dano (specjalista od grania dziwaków i odmieńców), choć pojawia się rzadko, budzi strach swoją nieobliczalnością, gwałtownymi wybuchami ekspresji (filmiki umieszczane online) oraz inteligencją. To godny przeciwnik, budzący szacunek oraz pokazujący wszechstronny talent tego aktora.

„Batman” bardzo wysoko podnosi poprzeczkę kinu superbohaterskiemu w tym roku i zastanawiam się, czy będzie ktoś w stanie dorównać temu dziełu. Imponujący rozmachem, skupiony na detalach, precyzyjnie wyreżyserowany i napisany. Nie potrafię znaleźć jakiejś poważnej wady, a te trzy godziny minęły niemal niezauważalnie, co jest chyba największą rekomendacją. Absolutnie polecam z całego serca.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Licorice Pizza

Co można jeszcze zrobić w temacie kina inicjacyjnego o pierwszej miłości? Bo takich opowieści powstawało mnóstwo oraz jeszcze więcej powstanie. Ale tylko ten jest nakręcony przez Paula Thomasa Andersona, co musi oznaczać jedno: to będzie bardzo interesujący film. No i rzeczywiście taki jest.

Opowieść skupia się na dwójce ludzi płci przeciwnych w latach 70. On (Cooper Hoffman) jest 15-letnim, już rozpoznawalnym aktorem dziecięcym, który pomaga swojej matce – szefowej agencji reklamowej. Ona (Alana Haim) jest 25-latką, asystentką fotografa. I chyba coś zaczyna iskrzyć, choć ona się opiera. No bo chłopak to gówniarz, zbyt pewny siebie oraz od razu ją zaprasza na randkę. Co może z tego wszystkiego powstać?

W sumie film prosty, pozornie nostalgiczny oraz w zasadzie będący zbiorem scenek z życia za prezydentury Nixona. Gdzie nasza para-nie para przyciąga się i oddala niczym magnesy, w tle trwa kryzys z powodu braku paliwa, zaś oboje kompletnie nie wiedzą, co dalej. Innymi słowy, nie brzmi jak coś powalającego czy zaskakującego albo interesującego. Ale wiecie jak to mówią: pozory mylą. Bo w tym drobnych, niż nieznaczących momentach kryje się całe piękno „Licorice Pizza”. Nie wali na siłę nostalgią, o co się wręcz prosi, skupia się na postaciach, granych przez kompletnie nieznane, nowe twarze. Ale wszystko polewa miejscami absurdalnymi, wariackimi sytuacjami (próba odtworzenia filmowego popisu kaskaderskiego przez aktora Jacka Holdena czy sprzedaż wodnych łóżek), które ubarwiają całość i jeszcze bardziej odmalowuje tło. Czyli czasy niepoprawne politycznie, pełne toksycznej męskości oraz ukrywających się gejów (starający się o urząd burmistrza radny).

I jak to w przypadku filmów Paula Thomasa Andersona jest to zrobione fantastycznie. Nakręcone filmową taśmą wygląda niczym film z lat 70., jest kilka mastershotów, w tle grają same przeboje z epoki oraz jest bardzo dużo humoru. Zaskakująco dużo jak na kino Andersona – w sumie można powiedzieć, że „Licorice Pizza” to komedia romantyczna. Bardzo nietypowa, zrobiona z lekkością, urokiem oraz fantastycznym duetem aktorskim. Alana Haim wygląda i jest po prostu cudowna, zaś w jej twarzy maluje się masa emocji. Wydaje się twardo stąpająca po ziemi i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Z kolei Cooper Hoffman (tak, jest synem Philipa Seymoura Hoffmana) zadziwia pewnością siebie oraz ten rodzaj bezczelności, który budzi od razu sympatię. Oglądanie ich wspólnych docinek („rozmowa” przez telefon) oraz bardzo silnie namacalną chemię. Na drugim planie (czasem w drobnych epizodach) mamy bardziej rozpoznawalne twarze jak Sean Penn (aktor Jack Holden), Tom Waits (reżyser Rex Blau) czy Bradley Cooper (Jon Peters), którzy kradną ekran na parę minut.

Tyle chce się o tym filmie powiedzieć, gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością, inspirując się faktami oraz życiorysami znanych postaci. To wszystko jednak tylko naddatek do tej prostej, pozornie błahej, banalnej opowieści o wchodzeniu w dorosłość. Najlepiej w towarzystwie kogoś, na kim nam zależy.

8/10

Radosław Ostrowski