Świąteczny szok

Wszyscy wiemy jakie są reguły tzw. kina świątecznego. Muszą grać w tle dzwoneczki, dekoracje na choince i prezenty, a ludzie w ten dzień pozwalają sobie na szczerość i dzięki temu rozwiązują swoje życiowe problemy, co trwają miesiące albo lata. Czasami może to wyjść dobrze, mimo pozornego fałszu na papierze. Czy tak jest w przypadku filmu „Świąteczny szok”?

Punkt wyjścia wydaje się niezbyt skomplikowany. Mamy dwie dziewczyny – Abby i Harper – żyją ze sobą od dłuższego czasu. I przychodzi ten moment, że nasze panie chcą wspólnie spędzić święta Bożego Narodzenia. W domu rodzinnym Harper, gdzie ojciec jest politykiem i stara się o urząd burmistrza, zaś matka wszystkie wydarzenia z życia rodziny umieszcza na Instagramie. Do tego jeszcze przyjeżdżają siostry dziewczyny, co troszkę komplikuje sytuację. Ale jest jeszcze jeden poważny problem: Harper nie wyznała swoim rodzicom, że jest lesbijką. Decydują, że będą udawać współlokatorki. Co może pójść nie tak podczas tych paru dni?

Tu się zaczyna cała heca, którą postanowiła pokazać reżyserka Clea DuVall. „Świąteczny szok” miejscami bardzo przypomina farsę, gdzie humor oparty jest na prostych gagach i pomyłkach. Reżyserka wykorzystuje zbliżającą rodzinną uroczystość do przestawienia (bardzo grubą kreską) spojrzenia na rodzinę. Bardzo konserwatywną familię, gdzie liczy się wizerunek. Z powodu tematyki całość mogła iść w stronę depresyjnego, bardzo poważnego dramatu. Bo strach przed „wyjściem z szafy” przed rodzicami w obawie przed brakiem akceptacji to jest sprawa dla wielu bardzo ważna. I czuję, że ten film nie unika tej kwestii, ale jednocześnie nie jest śmiertelnie poważny. Kolejne komplikacje (przybycie najinteligentniejszej córki z dwójką dzieci, była dziewczyna i były chłopak) nie są niczym zaskakującym, ale – co zabrzmi paradoksalnie – jest na tyle sprawnie zrealizowane oraz wyegzekwowane, że nie było miejsca na nudę. Przy wielu miejscach szczerze się zaśmiałem (zwłaszcza przy każdym wejściu przyjaciela Abby oraz najbardziej ignorowanej siostry Harper), nie zabrakło paru poruszających chwil i nad wszystkim wisiała ta atmosfera znana z tego typu filmów.

Nie brakuje tutaj barwnych postaci, które są absolutnie wyraziście zagrane. Kradnący szoł Daniel Levy jako Jack (przyjaciel-gej, jednak nie będący karykaturą) oraz Mary Holland wcielająca się w Jane (neurotyczka z obsesją na punkcie fantasy) są absolutnie cudowni i dodają wiele lekkości. Swoje robi zaskakująca Aubrey Plaza, czyli była dziewczyna Harper, Riley, potrafiąca zelektryzować samą obecnością. To wszystko trzymają jednak na swoich barkach Kristen Stewart oraz Mackenzie Davis, które są przeurocze i ładnie się uzupełnią. Zwłaszcza Davis, tworząca bardzo skonfliktowaną postać, chcącą zarówno akceptacji rodziców, jak i swojej partnerki.

Czy to będzie wielki świąteczny klasyk? Nie sądzę, bo jest bardzo schematyczny oraz przewidywalny, a jednocześnie przeuroczy i pełen frajdy. Wiem, że jest to paradoks, lecz tak właśnie to czuję. I nawet zakończenie nie było w stanie tego zepsuć. Prawdziwy szok.

7/10

Radosław Ostrowski

Venom 2: Carnage

Pierwszy „Venom” to był bardzo osobliwy film, gdzie ścierały się wizje reżysera, producentów oraz grającego główną rolę Toma Hardy’ego. Nie wiadomo, czy to miał być horror, buddy movie, film akcji czy komedia, więc wszystko zmieszano do jednego worka. Powstał totalny bajzel, który łatwiej byłoby zaakceptować na początku lat 2000. Ale film zarobił na tyle dużo pieniędzy, by mogła powstać kontynuacja i wydawało się, że twórcy wyciągnęli wnioski. Prawda?

venom2-1

Tym razem za kamerą stanął Andy Serkis i niejako kontynuuje w momencie zakończenia pierwszej części. Czyli nasz Eddie Brock nadal pracuje jako dziennikarz oraz w miarę normalnie stara się funkcjonować z symbiontem, co mocno niszczy mu życie. Ciężko znosi rozstanie z Anne, która teraz związała się z doktorem Danem, zaś praca też nie daje pełni satysfakcji. W końcu zostaje poproszony o przeprowadzenie wywiadu z oczekującym na wyrok śmierci Cleetusem Cassidym. Podczas rozmowy więzień gryzie Brocka w rękę, przez co do jego organizmu trafia symbiont. Czy może być gorzej? Oczywiście, bo po ostrej kłótni Brocka z Venomem (poszło o zjadanie głów) dochodzi do brutalnego rozstania.

venom2-3

To jest bardzo interesujący przypadek filmu, na którym dobrze się bawiłem, choć samo dzieło Serkisa dobre nie jest. W przeciwieństwie do poprzednika, „Venom 2: Carnage” ma o wiele spójniejszy ton, nie ma większych ambicji niż bycie bezwstydnym, głupawym filmem klasy B. Fabuła niby jest, ale to wszystko jest chaotycznym bajzlem, gdzie czekamy na finałową rozpierduchę i walenie sobie po mordach. Psychologia postaci leży i kwiczy, logika robi sobie wolne, wątki się otwierają oraz zamykają bardzo szybko, a wszystko trwa niecałe półtorej godziny. Czyste szaleństwo! Kto na to dał kasę? Czuć też, że przy montażu zostało parę rzeczy wyrzuconych.

venom2-2

To, co nadal działa to relacja między Venomem a Eddiem – Tom Hardy wyciska z tych momentów maksimum, dodając wiele humoru oraz odrobinę złośliwości. Działało to w pierwszej części, nie inaczej jest tutaj. Antagonista, choć nie jest zbyt dobrze rozpisany, to jednak charyzma Woody’ego Harrelsona (facet szarżuje z pełną mocą) daje mu odrobinę głębi. Ale tylko odrobinę. Reszta postaci albo robi tu za tło (policjant z aparycją Stephena Grahama i dziewczyna Cassidy’ego, co ma bardzo mocny głos) albo zostaje wrzucona troszkę mechanicznie (była dziewczyna Brocka). Grać też specjalnie nie mają czego, co jest poważną zbrodnią.

Niby sequel wygląda lepiej i ma parę świetnych momentów (przeszłość antagonisty w formie animacji), ale w zasadzie wydaje się powtórką z rozrywki. Bez sensu, z nie zawsze dobrym montażem (choć dobrymi zdjęciami, co jest zasługą Roberta Richardsona) oraz chaotyczną, skokową narracją. Jako guilty pleasure z kumplami i piwem będzie idealnym wyborem.

6/10

Radosław Ostrowski

Powrót do tamtych dni

Są takie filmy, gdzie marketing sugeruje zupełnie coś innego niż ostatecznie dostajemy. Taki jest właśnie przypadek nowego filmu Konrada Aksinowicza – reżysera głównie teledysków oraz dwóch fabularnych niewypałów, o których nawet nie warto wspominać. Ten film (początkowo noszący tytuł „Powrót do Legolandu”) to najlepsze dzieło reżysera, o wiele cięższe i poważniejsze niż się wydaje.

Akcja „Powrotu do…” toczy się we Wrocławiu początku lat 90., skupiając się na 14-letnim Tomku. Chłopak mieszka z matką, zbiera zestawy klocków Lego i chodzi do szkoły jak na nastolatka przystało. Jest jeszcze ojciec, ale on pracuje w USA i podsyła wiadomości na kasetach. Pojawia się jeszcze nowa koleżanka w szkole, a to oznacza jedno: amory. Właśnie wtedy wraca ojciec z Ameryki i wszystko wydaje się być w porządku. Porządek jednak ma to do siebie, że nie trwa długo.

Reżyser oparł historię tego filmu na własnych doświadczeniach i czuć to w każdej scenie. Początek zaczyna się jak obyczajowa historia w konwencji coming-of-age, jest Tomek z kumplami bujający się po okolicy. Sympatycznie jest bardzo, zaś klimat lat 90. oddano więcej niż dobrze. Myślisz sobie, że ten seans będzie troszkę w tonie „Zupy nic” czy jakiegoś innego komediodramatu w czasach zamierzchłych. Ale podczas obiadu przy stole z wujostwem zmienia się wszystko i zaczyna się dramat. Bo ojciec jest alkoholikiem, co oznacza jedno: będzie nieprzyjemnie. Wtedy zaczyna się najgorsze, choć głównie w sferze psychologicznej, odbijając się na wszystkich domownikach. Niby oni już mają doświadczenie z tym jak sobie poradzić, jednak to było dawno temu. Ale matka i syn próbują „ujarzmić” ojca, robiąc w domu sanatorium. Chowanie ostrych przedmiotów, karmienie gorzałą i zamykanie w pokoju. Co w zamian? Wyzwiska, majaki, szczanie w gacie, groźby – samej fizycznej przemocy nie ma. Czy to oznacza, że niby jest lepiej?

Niby takich opowieści o ludziach spętanych przez alkohol oraz najbliższych, którzy dostają rykoszetem. Aksinowicz jednak nie idzie w stronę emocjonalnego szantażu, ani też pokazywania całej tej sytuacji w sposób humorystyczny czy groteskowy. Niemniej sceny z ojcem pod wpływem (niesamowity Maciej Stuhr) wywoływały silny dyskomfort i ciężko było przewidzieć jak to się wszystko potoczy. Syn (debiutujący Teodor Koziar) przechodzi przyspieszony kurs dojrzewania, zmuszony do zmierzenia się z demonami, gdzie częściowo pcha go coraz ciężej znosząca to matka (zaskakująca Weronika Książkiewicz).

Ten trójkąt jest zagrany co najmniej bardzo dobrze, bez popadanie w przesadę i przerysowanie, o co byłoby bardzo łatwo. W szczególności widać to w roli Stuhra, którego bohater coraz bardziej doprowadza się do upodlenia, doprowadzając rodzinę do wstydu. I w żadnym momencie nie wywołuje to śmiechu, lecz cały czas czuć strach. Także drugi plan ma swoje przysłowiowe pięć minut (tutaj wybija się Oliwia Gołębiowska jako nowa koleżanka z klasy czy Bogdan Koca w roli sąsiada), bez jednej słabej roli.

W zasadzie jedynym poważnym problemem pozostaje otwarte zakończenie oraz drobne problemy z dźwiękiem. Nie zmienia to jednak faktu, że „Powrót do tamtych dni” to mocne, trzymające za gardło kino z alkoholem w tle. Nie dajcie się zwieść ani marketingowi, ani sympatycznej otoczce z początku filmu, bo nie oddaje sprawiedliwości temu dziełu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Żeby nie było śladów

Są takie filmy, po obejrzeniu których czuje się wściekłość, gniew oraz poczucie bezsilności. Myśli cały czas się kołatały i krążyły niczym planety po orbicie, próbując poskładać to w jakąś sensowną całość. Takie miałem odczucia po seansie filmu „Żeby nie było śladów”.

Film Jana Matuszyńskiego jest opartą na reportażu Cezarego Łazarewicza zapisem wydarzeń, które zaczęły się późną wiosną 1983 roku. Wtedy w Warszawie został zatrzymany Grzegorz Przemyk – młody chłopak, świeżo po zdaniu pisemnych egzaminów maturalnych. Dlaczego? Bo nie chciał pokazać dokumentów, a razem z nim zabrano kolegę, Jerzego Popiela. Trwa jeszcze stan wojenny (choć oficjalnie jest zawieszony), więc obaj zostają szybko zabrani na posterunek. Oraz obaj dostają łomot od milicjantów za pomocą pałek, pięści oraz butów. Ciężko sprany młodzian trafia do szpitala, gdzie umiera od zadanych ran. W zasadzie wydaje się, że sprawa zostanie załatwiona przez władze w prosty sposób: weźmie się paru brutalnych milicjantów oraz posiedzą na parę lat, zaś wszystko ucichnie.

zeby nie bylo sladow1

Co może pójść nie tak? Strach i poczucie zagrożenia mogą stanowić niebezpieczną mieszankę, a wszystko przez mszę prowadzoną przez księdza Popiełuszkę. Zebrany tam tłum wywołał przerażenie u generała Kiszczaka, czyli szefa MSW. Razem z całą ówczesną władzą decyduje się „sterować” śledztwem i podrzucać dowody oczyszczające milicjantów. Do czego się posuną? W końcu to oni są panami życia i śmierci, mają pełną kontrolę nad aparatem porządkowym, wymiarem sprawiedliwości oraz mediami. I w tym momencie zaczyna się jazda.

zeby nie bylo sladow3

Reżyser prowadzi narrację na kilku torach i różnych wątkach, przez co może się czasami wydawać chaotyczny oraz pozbawiony tempa. Nie będę się skupiał się faktografii, bo prawda już dawno się zatarła, została zmanipulowana i szansa na dotarcie do niej jest praktycznie niemożliwa. Sam początek to spokojna sielanka, brutalnie przerwana przez przypadek, agresję i głupotę. Scena bicia na komisariacie, choć nie pokazuje samego aktu, trzyma za gardło niczym ręka podczas duszenia. Potem sprawa coraz bardziej zaczyna się nawarstwiać, a do gry wchodzi aparat władzy i (nie)sprawiedliwości. Cel jest jeden: zwalić winę na sanitariuszy pogotowania, milicja ma pozostać czysta, a na wszelki wypadek zdyskredytować jedynego świadka.

zeby nie bylo sladow2

Jak? Szukaniem jakiekolwiek haka na niego samego oraz jego najbliższych, zastraszać, szantażować i złamać. Za wszelką cenę. Dlatego esbecja sięga po wszystkie dostępne metody: inwigilacja, obserwacja, rewizja, szukanie brudów, propaganda. Jak bardzo łatwo można było złamać każdego, bo każdy miał tu coś (lub kogoś) do stracenia. To ostatnie najmocniej wybrzmiewa w przypadku sanitariuszy pogotowania, którzy byli „uczeni” przez SB jak mieli bić Przemyka. To może wydawać się groteskowe, że nikt nie da się na to nabrać. Chyba, że sprawę będą prowadzić osoby wypełniające polecenia partyjnej jak prokurator Wiesława Bardon (Aleksandra Konieczna na granicy przerysowania). W wielu krajach takie praktyki są na porządku dziennym i ten film bardzo brutalnie o tym przypomina.

zeby nie bylo sladow4

Realizacyjnie film Matuszyńskiego wygląda wręcz monumentalnie. W końca trwa on nieco ponad dwie i pół godziny, z niesamowitym skupieniem się na detalach, scenografii oraz rekwizytach. Świetne są zdjęcia Kacpra Fertacza, nakręcone na 16 mm taśmie, przez co wizualnie przypomina filmy z lat 70., zaś bardzo gorzki finał trafia na podatny grunt. A wszystko rewelacyjnie zagrane, z masą cudownych epizodów. Niemniej jest jeden mocny zgrzyt dla mnie, czyli Sandra Korzeniak w roli Barbary Sadowskiej. Aktorka ma bardzo specyficzny sposób mówienia, który zawsze mnie irytuje i sprawia wrażenie wypranego z emocji. Z tego powodu nigdy nie byłem w stanie wejść oraz zrozumieć tej postaci (oraz poprzednich ról Korzeniak). Sama epizodyczna struktura też może wydawać się problematyczna z powodu różnego tempa orz natłoku postaci.

Dla mnie jednak „Żeby nie było śladów” to potwierdzenie wielkiego talentu Matuszyńskiego jako reżysera, który z uwagą oraz dokładnością odtwarza działanie brutalnych mechanizmów sterowania, manipulowania oraz kontrolowania ludzi. Bezwzględnie, potrafiące uderzyć z całą mocą kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kronika świąteczna: Część druga

Chris Columbus to filmowiec, który ewidentnie czuje ducha świąt Bożego Narodzenia. W końcu to ona nakręcił „Kevina samego w domu”, ale też napisał „Gremliny rozrabiają” czy netflixową „Kronikę świąteczną”. W tym ostatnim filmie Kurt Russell jako św. Mikołaj został namierzony przez dwójkę dzieciaków oraz wskutek pewnych komplikacji cała trójka musiała uratować święta. Teraz minęły dwa lata i w rodzince Pierce’ów doszło do poważnych roszad.

Rodzinka spędza wakacje na plaży, gdzie obok krąży potencjalny partner ze swoim synem. Dla wierzącej w świętego Kate to problem, bo nadal nie jest w stanie wymazać z pamięci zmarłego ojca. I bardzo chce się stamtąd wyrwać. Razem z Jakiem (synem gacha o imieniu Bob) trafiają na biegun północny. Wszystko to okazuje się być planem dawnego elfa, który został przemieniony w człowieka. I – jak zapewne się domyślacie – Święta znowu są zagrożone. Czy tym razem uda się zapobiec katastrofie?

Na pierwszy rzut oka sequel wydaje się powtórką z rozrywki. Ale tym razem jesteśmy w wiosce Mikołaja przez połowę filmu, poznając troszkę bliżej tą miejscówkę. Jest parę fajnych patentów: od fabryki lizaków po chatę, gdzie powstają… gry komputerowe. Fajnie, że Miki jest na bieżąco z nowoczesną technologią, jednocześnie poznajemy jego historię oraz skąd się wzięły elfy (ładnie animowane, mają w sobie to urocze coś a’la Minionki). A także czemu Balsnicker (solidny Julian Dennison) przeszedł na ciemną stronę życia elfa. Oraz Mocy.

I mimo przewidywalności, ten film po prostu fajnie się ogląda. Klimat świąteczny wylewa się z ekranu wiadrami, efekty komputerowe nie kłują w oczy, a muzyka jeszcze bardziej buduje atmosferę. Nie zabrakło też odrobiny akcji (pościg saniami) czy humoru. No i jest Kurt Russell jako św. Mikołaj, który jest zajebisty w tej roli. Ma tą energię, luz oraz kilotony charyzmy. Zwłaszcza w scenach z panią Mikołajową, czyli Goldie Hawn (pamiętacie ją jeszcze) – ta relacja jest pokazana bezbłędnie. Z kolei dzieciaki, czyli Darby Camp (Kate) oraz Jazhir Bruno (Jack) wypadają bardzo solidnie, co w przypadku ról dziecięco-nastoletnich nie jest łatwym zadaniem.

Film ten – jak część pierwsza – ma spory potencjał na zostanie świątecznym klasykiem. Minimalnie jest lepszy od poprzednika, bardziej rozbudowujący świat brodacza w czerwonym oraz wieloma fajnymi scenami. Na ten okres wydaje się odpowiednim prezentem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Biały Potok

Są takie filmy, które sprawiają wrażenie jakby bardziej pasowały do wystawienia na scenę teatralną. Potem ktoś doszedł do wniosku, że można z tego zrobić tekst na film. Czasem udaje się zrobić z tego coś interesującego oraz wartego uwagi. Taki jest właśnie przypadek debiutu Michała Grzymowskiego „Biały potok”.

bialy potok1

Zaczyna się – jak w większości przypadku – spokojnie i banalnie. Poznajemy parę sąsiadów, którzy znają się już 10 lat. Razem wyjeżdżają na wycieczki oraz sprawiają wrażenie naprawdę mocno zaprzyjaźnionych, choć dzieli ich wiele. Michał i Ewa są bardziej bogaci, oczekują drugiego dziecka, zaś Bartek z Kaśką są mniej zamożni, niedawno wyszli z długów, jednak sytuacja nie jest za wesoła. Bartek jest w sytuacji podbramkowej i potrzebuje pożyczki na spłatę pracowników, ale tym razem odpowiedź brzmi nie. Między parą dochodzi do kłótni, podczas której padają słowa jakie paść nie powinny.

bialy potok2

„Biały Potok” w zasadzie troszkę przypomina farsę, chociaż nie jest aż tak przerysowana i szarżująca. Jest to komedia, ale twórcy nie walą na siłę żartami. Bardziej przypomina to satyrę na sąsiedzkie relacje, które pod wpływem niedopowiedzeń oraz nieporozumień komplikują się bardziej niż intrygi polityczne na szczytach władzy. I właśnie te sceny doprowadzają na największych wybuchów śmiechu, gdzie postacie brną w zaparte przy swoich podejrzeniach, obsesjach czy próbują ogarnąć co się, do cholery dzieje? Gdzie jest ten moment, gdzie dochodzi do przekroczenia punktu bez odwrotu? I czy jest jakaś szansa na wyjaśnienie tej absurdalnej sytuacji?

bialy potok3

Choć całość jest bardzo krótka, intensywność wydarzeń staje się coraz bardziej odczuwalna. Jest jeden moment na złapanie oddechu (nakręcona w slow-motion scena snu) i tylko ona sprawia wrażenie jakby z innej opowieści. Oczywisty może się wydawać finał, gdzie dochodzi do kumulacji wydarzeń oraz eksplozji. Brawura nabiera tu nowego znaczenia, a ostatnie kadry sugerują, iż nastał spokój. Pytanie tylko na jak długo.

Zaś aktorzy w tej sytuacji odnajdują się po prostu świetnie. Najbardziej mi znanymi twarzami tego filmu byli Marcin Dorociński (Michał) oraz Dobromir Dymecki (Bartek). Pierwszy wydaje się być spokojny, opanowany oraz pełen empatii, rozsadza wręcz ekran swoją obecnością. Zwłaszcza w chwilach, gdy próbuje ogarnąć wynikły chaos. Z kolei Dymecki jest kontrastem: porywczy, zazdrosny nieudacznik, pakujący się w tarapaty i nie szanowany przez żonę. Równie świetne są Julia Wyszyńska (Ewa) oraz Agnieszka Dulęba-Kasza (Kasia), które mają swoje mocne momenty, pięknie uzupełniając się z panami.

Dawno się tak nie uśmiałem, a był to śmiech bardzo gwałtowny. Chociaż humor nie zawsze jest wprost, to zawsze przyjemnie jest zobaczyć udaną komedię, która nie jest ani romantyczna, ani prostacka czy chamska. Bardzo udana alternatywa.

8/10

Radosław Ostrowski

Sposób na świętego

O świętym Mikołaju powstała masa filmów i opowieści, gdzie albo pełni główną rolę, albo przewija się gdzieś w tle. Co jeszcze można w tym temacie wymyślić? Bracia Nelms znaleźli na to pytanie pokręconą odpowiedź. Otóż wyobraźcie sobie Mikołaja, który jest zgorzkniały, zmęczony życiem i ledwo radzący sobie z roznoszeniem prezentów. Nie dlatego, że jest ich dużo, lecz wręcz przeciwnie: dzieci stały się coraz mniej grzeczne i dużo węgla pójdzie pod choinki. Chyba trzeba będzie zamknąć interes. Albo pójść na układ z armią USA i tworzyć części do myśliwców.

To jednak tylko początek kłopotów Chrisa. Wszystko z powodu rozpieszczonego chłopaka, mieszkającego razem z chorującą babcią. Oraz służącymi. Bardzo rozpieszczony gnojek Billy, który mógłby być krewnym Richie Richa. Nie mogąc znieść porażki, gnębi koleżankę z klasy, okrada babcię w celu wynajęcia płatnego mordercy. Jednak jego prawdziwy wybuch gniewu nastaje, gdy w Święta dostaje węgiel. I decyduje się na wynajęcie zabójcy z celu likwidacji Mikołaja. Tylko jak się do niego dostać?

Sam film przeskakuje między poważnymi momentami, pokręconą komedią a kinem akcji. Po opisie fabuły można było się spodziewać wariackiego kina z akcją bardzo przerysowaną i pełną absurdalnych pomysłów. Część z tego tutaj jest, ale wszystko zaskakuje przyziemnością, co wynika z niewielkiego budżetu. Akcja niemal w całości osadzona jest w domu Mikołaja, gdzie mieszka z żoną oraz fabryce prezentów, która znajduje się w stodole. Wszystko sprawia wrażenie bardzo realistycznego świata, gdzie o obecności Chrisa wiedzą tylko nieliczni.

Skromnie, prosto, bez fajerwerków. W zasadzie tak można opisać „Sposób na świętego”, będący bardzo powolną opowieścią. Dopiero w trzecim akcie dochodzi do ostatecznej konfrontacji i ta zaskakuje przyziemnością. Nie oznacza to jednak braku napięcia czy nudę. Nie brakuje też refleksji związanej z faktem, że Święta oznaczają napędzającą komercjalizację, co dla świętego jest powodem rozgoryczenia oraz wątpliwości w siłę swoich wpływów. Że ludzie bardziej są egoistyczni, liczy się tylko własne ego i każdą porażkę traktują osobiście. Tak jest z Billym, ale też zabójcą mającym osobiste porachunki z brodaczem w czerwonym stroju. Refleksje nad tym światem są prowadzone między słowami i to pozwala myśleć troszkę cieplej.

A wszystko w ryzach trzyma świetna obsada. Mikołajem jest tutaj sam Mel Gibson z kozackim zarostem i tym spojrzeniem, które czyni tą postać nieobliczalną. Wszelkie emocje wygrywa bezbłędnie, zaś chemia między nim a Marianne Jean-Baptiste (Ruth, pani Mikołajowa) działa mocno. Mimo tego, że wspólnych scen jest niewiele, lecz ciepło oraz sympatia aktorki jest namacalna. Jednak prawdziwym szaleństwem jest Walton Goggins w roli mordercy. Równie rozczarowany światem, mający obsesję na punkcie zabicia Mikołaja, serwuje wiele smolistych tekstów z kamienną twarzą. Ma parę zadziwiających momentów (zastraszanie dziewczynki czy kupno samolociku), pokazujących inną twarz tej postaci.

To całkiem niezłe kino ze świetnym aktorstwem (z toną charyzmy) i nie do końca wykorzystanym pomysłem, gdzie można było zaszaleć. Aż prosiło się, by zrobić z Mikołaja herosa kina akcji, podlewając wszystko absurdalnym humorem w stylu ZAZ czy Mela Brooksa. Może znajdzie się jakiś wariat, który pójdzie w tą stronę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zupa nic

Ile to już mieliśmy podróży naszych filmowców do czasów PRL-u? i to w niemal każdym gatunkowym aspekcie: od kryminału („Jestem mordercą”) po groteskę („Pan T.”) i czarną komedię („Rewers”). Zdarzały się też słodko-gorzkie komedie i w tym kierunku podąża Kinga Dębska w swojej „Zupie nic”. Osadzona w Warszawie lat 80. opowieść skupia się na mieszkającej w blokowisku rodzinie w składzie: ojciec, matka, babcia oraz córki: Marta i Kasia. W zasadzie fabuły jako takiej nie ma, a kamera przygląda się wszystkim naszym bohaterom – od oglądania meczy reprezentacji Antoniego Piechniczka po wycieczkę na Węgry. Zbiór mikroscenek okraszonych humorem. Wspomniałem, że jest to prequel „Moich córek krów”?

W zasadzie trudno o takich filmach opowiadać, bo wszystko ma tutaj konstrukcję skeczy. A wątki pojawiają się i znikają, czasami w bardzo brutalny sposób. Wszystko wynika ze zderzenia charakterów, którzy stanowią rodzinę. Matka (świetna Kinga Preis) jest pielęgniarką, działającą w Solidarności. Bywa nerwowa i porywcza. Ojciec (Adam Woronowicz nadal trzyma fason) to architekt-frustrat, co lubi sobie wypić oraz jest kompletną pierdołą. Babcia (dawno nie widziana Ewa Wiśniewska, która kradnie ekran) to weteranka powstania warszawskiego z zasadami. Zaś dziewczynki to skontrastowane siostry: od fizycznego wyglądu po sprawność intelektualną. I są zmuszone spać w jednym łóżku, bo na drugim leży babcia. Obserwujemy to wszystko bez ironii, sarkazmu czy złośliwości, lecz ze sporą ilością ciepła i zrozumienia.

Nawet w momentach, kiedy dochodzi do spięć oraz konfliktów, by potem jednak pogodzić się. Czyli potwierdza tezę, że z rodziną najlepiej wypada się na zdjęciu. To, co imponuje to szczegółowość w odtworzeniu realiów epoki, pokazując tą jaśniejszą stronę życia. Scenografia jest tutaj niesamowita: od wnętrza mieszkania bohaterów przez ulicę, sklepy aż po samochód marki Maluch. Jeszcze bardziej imponują wplecione materiały archiwalne, gdzie pojawiają się postacie z filmu. I nie wywołuje to żadnego zgrzytu, tak jak do świetnej obsady. Nawet dziecięcej, co jest tak częstym zjawiskiem jak uczciwy polityk.

Ja jako osoba nie mająca kompletnie żadnych wspomnień z epoki komuny (rocznik ’87) mogę wydawać się nieodpowiednim odbiorcą. Niemniej „Zupa nic” była bardzo sympatyczną niespodzianką, choć fanem filmów z luźną fabułą nie jestem. To już powinno wiele mówić i nie trzeba znać „Moich córek krów”, by się tu odnaleźć, co jest pewnym plusem.

7/10

Radosław Ostrowski

Detektyw małolat

Kolejna próba zabawy konwencją kina noir, gdzie bohaterem jest mężczyzna relatywnie młody, żyjący przeszłością. A był to czas, kiedy jako dziecko Abe Applebaum był detektywem, co rozwiązywał za drobną opłatę i zyskiwał szacunek miasteczka. Wszystko to się zmieniło, kiedy córka burmistrza – i sekretarka naszego bohatera – zaginęła bez śladu. Takie zdarzenie może mocno odbić się na psychice. Jako dorosły nadal jest prywatnym detektywem, tylko nikt go już nie traktuje poważnie. Innymi słowy: jest bardzo źle. W końcu dostaje „dorosłą” sprawę: dziewczyna prosi o pomoc w sprawie morderstwa swojego chłopaka.

Dziwaczny to miks, który z jednej strony przypominał mi „Brick” z „Tajemnicami Silver Lake”. Poniekąd jest to dekonstrukcja kryminału, gdzie bohaterem jest niby dorosły, lecz pozbawiony dojrzałości Abe (Adam Broody wygląda jak mniej zadbany Hugh Dancy). Dziecko w ciele dorosłego, co lubi wypić, nie ma poczucia czasu i z dużym poczuciem winy. Nikt go nie traktuje poważnie, a on sam dał sobie spokój, siedząc u współlokatora i wegetując. Ale ta naprawdę debiut Evana Hansena wykorzystuje elementy gatunku do opowiedzenia historii o dojrzewaniu. Nie jest to droga łatwa i wyboista, a dochodzenie prowadzone jest… specyficznie. Nie brakuje zabawnych sytuacji (ukrywanie się w szafie czy ucieczka przed ogonem, którym są… rodzice Abe’a), jednak też intryga potrafi zaskoczyć. Narkotyki, nastolatki, tajemnica oraz masa ekscentrycznych postaci, gdzie każdy sztukę sarkazmu opanował do perfekcji.

Tylko ta cała humorystyczna otoczka ze stylową muzyką włącznie skrywa coś o wiele cięższego i poważniejszego. Jak wspomniałem jest to historia dojrzewania naszego bohatera do stania się mężczyzną. Ale co to naprawdę oznacza? Czy musi to być pozostanie zgorzkniałym, cynicznym osobnikiem pozbawionym wiary i nadziei? A może po prostu podchodzenie do pewnych spraw bardziej serio? Czy udźwignięcie większego bagażu doświadczeń? Te pytania przewijają się w tle i pojawiają się między słowami w dialogach. Każda postać ma o wiele więcej warstw, wpisując się zarówno w konwencję kryminału oraz kina niezależnego: od zleceniodawczyni (urocza Sophie Nelisse) po dyrektora szkoły (mocny Peter MacNeill).

To wszystko by nie zadziałało bez Brody’ego, który znakomicie sprawdza się w roli zagubionego Abe’a. Przegryw, którego (prawie) nikt nie szanuje, lecz konsekwentnie dąży do rozwiązania sprawy. Chociaż nie ma poczucia czasu i nie od razu łączy pewne fakty, to cały czas budzi sympatię. Nawet w momentach zażenowania, a to nie jest łatwe. Sprzeczności wygrywa bezbłędnie, a ostatnie minuty to w pełni jego szoł. I dzięki niemu „Detektyw małolat” to historia z drugim dnem. Pod warunkiem, że się go zauważy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

W lesie dziś nie zaśnie nikt 2

Dla wielu ludzi oglądanie polskich filmów jest horrorem – same ważne, poważne tematy oraz rzeczywistość tak nieprzyjemna, że tylko się zabić. Jeśli dodamy do tego niewyraźne zdjęcia oraz chujowy dźwięk – tragedia gotowa. Przy seansach niektórych tytułów powinny być dołączane żyletki oraz pigułki pomagające szybciej opuścić ten świat. Ale jeszcze nikt na to nie wpadł. Ja jednak nie o tym, ale o polskim horrorze.

w lesie dzis nie zasnie nikt2-1

„W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” to sequel zaskakująco udanego slashera od Bartosza M. Kowalskiego i mamy tu dwa wątki. Z jednej strony mamy Zosię (Julia Wieniawa), która po zdarzeniach z „jedynki” trafia na posterunek policji. Ale tak naprawdę wszystko widzimy z perspektywy Adama (Mateusz Więcławek) – młodego policjanta, który jest twardy, męski i waleczny. Szkoda, że tylko w snach. Bo tak naprawdę to miękkiszon pizdowaty, co jak widzi zagrożenie najchętniej by się ukrył. I wtedy staje się najgorsze: komendant poszedł z Zosią na wizję lokalną, a ta kończy się w najgorszy możliwy sposób. Dziewczyna trafia na maź meteorytu, zmienia się w monstrum, zaś gliniarz zostaje rozszarpany na pół. I co robić?

w lesie dzis nie zasnie nikt2-2

Reżyser bawi się regułami gatunku, tym razem jednak zgrabniej balansując między samoświadomym humorem a krwawą rzeźnią. Tutaj zamiast ataku na las, mamy tutaj grupkę ludzi, co ruszają na obławę. I jest to pokręcona zbieranina postaci: cykorowaty Adam razem z brawurową Wanessą to jedyni gliniarze w akcji, gdzie to ona wydaje się podchodzić racjonalnie oraz jest gotowa na konfrontację. Jako wsparcie dostajemy dwóch braci z Obrony Terytorialnej, co znają teren i pułapki zastawić potrafią oraz ukrywającą się w obozie Adrenalina prostytutkę. Wariacki skład, nie ma co, a jakie mają szanse? Relacje między postaciami nie są pozbawione humoru, co daje pewnego emocjonalnego kopa.

w lesie dzis nie zasnie nikt2-3

Ale gdzieś w połowie dochodzi do wolty, gdzie widzimy akcję z perspektywy kosmicznych monstrów. I tu robi się najciekawiej: nasza parka zaczyna mówić w nieznanym językiem, gdzie nawet sceny mordu potrafią być obrzydliwe oraz zabawne. Nadal imponująca jest charakteryzacja, zaś destrukcja ciał wygląda bardzo realistycznie. Jest też napięcie (próba złapania za pomocą przynęty) przeplatane z humorem, świetne zdjęcia oraz elektroniczno-pulsująca muzyka Jimeka. Zagrane jest to bardzo porządnie, z paroma znanymi twarzami (Więcławek, Grabowski, Wabich), ale szoł skradli Sebastian Stankiewicz (Mariusz z Obrony Terytorialnej) oraz Zofia Wichłacz (Wanessa). To ostatnie aż mnie wprawiło w osłupienie.

w lesie dzis nie zasnie nikt2-4

Kowalski pokazuje, że można zrobić w Polsce udany film z gatunku horror und groza und krew. O wiele brutalniejszy i makabryczny, lepiej wykonany, z iskrzącymi relacjami oraz o wiele pewniejszą ręką. Niemniej tak jak przy pierwszej części pozostaje jedno pytanie: czy ktoś pójdzie tym tropem i pojawią się kolejne opowieści z dreszczykiem i/lub wiadrem krwi.

7/10

Radosław Ostrowski