Wesele (2021)

Kolejne „Wesele” od Smarzowskiego – mniej więcej wiadomo, czego należy oczekiwać. Walenia prosto w oczy nieprzyjemnej prawdy na nasz temat. Że jesteśmy pełni nienawiści wobec siebie i innych, działamy na skróty, a najważniejsze są pozory, kłamstwa oraz dawno zakopane trupy. Czyli wszystko po staremu.

Tym razem jesteśmy na weselu organizowanym przez Ryszarda Wilka (Robert Więckiewicz) – właściciela masarni, szykującego się do dużego interesu z Niemcami. Państwo młodzi to córka Kasia (Michalina Łabacz) – ciężarna, planująca wyjechać do Irlandii, gdzie planuje prowadzić pub. Wybranek jej serca to Janek (Przemysław Przestrzelski) – piłkarz oraz nacjonalista. Wydaje się, że będzie wszystko dobrze, lecz dla Wilka pojawiają się kolejne komplikacje. Interes życia stoi pod znakiem zapytania, a jeszcze pojawia się przedstawiciel ambasady Izraela z nagrodą Sprawiedliwego wśród Narodów Świata dla dziadka rodu, Antoniego Wilka (Ryszard Ronczewski w ostatniej roli). A czy wspominałem, że to wesele jest w Jedwabnem?

Smarzowski kolejny raz pokazuje naszą mentalność w bardzo krzywym zwierciadle. Czyli kolejny przykład naszych wad przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Bez możliwości jakiejkolwiek szansy wyrwania się z tego przeklętego kręgu. Ale chyba po raz pierwszy miałem poczucie pewnego przeładowania sytuacji, postaci i wątków. Do tego bohaterowie kompletnie mnie nie obchodzili, jakby byli ledwie szkicami postaci. Wyjątkiem od tej reguły jest Antoni Wilk, dla którego obecne wesele staje się zapalnikiem, budzącym wydarzenia z przeszłości. A dokładniej z jego młodości (tą inkarnację gra Mateusz Więcławek) podczas II wojny światowej, gdzie przeżył miłość do żydowskiej dziewczyny.

Pogłębiająca się demencja powodują, że przeszłość i teraźniejszość zaczynają się przeplatać. Nie tylko za pomocą retrospekcji, ale też faktu, iż postacie z przeszłości pojawiają się teraz. Wszystko zaczyna się mieszać ze sobą, co wywołuje z jednej strony konsternację (montaż jest wręcz intensywny), ale pokazuje jedną (może zbyt oczywistą) prawdę: by móc wyciągnąć wnioski z historii, trzeba znać jej pełną wersję. Jednak czy chcemy ją znać? I czy może stanowić początek nowego etapu? Tutaj odpowiedź pozostaje w zawieszeniu, a im bliżej końca, tym mocniej uderzają kolejne wydarzenia.

Wtedy jednak dla mnie było już za późno, bo wątek przeszłości to za mało, by w pełni zaangażować. Bo wątek współczesny jest bardzo chaotyczny, bałaganiarski, gdzie nie wiadomo, na kim ma mi zależeć. Jeszcze te męczące momenty, gdy postacie zwracają się bezpośrednio do kamery (życzenia dla państwa młodych i nie tylko). Brakuje też zarysowanych relacji między członkami rodziny, przez co pozostają oni mało wyraziści, pozbawieni charakteru, mimo wielu znanych twarzy na ekranie. To bardzo boli i sprawiało, że gówno mnie to wszystko obchodziło.

Już w „Klerze” zacząłem czuć troszkę odczuwać zmęczenie formą i stylem Smarzowskiego, ale tam było trzech świetnie napisanych oraz zagranych postaci. „Wesele” to już przerost formy nad treścią, gdzie reżyser coraz bardziej zaczyna się zbliżać do… Patryka Vegi. Tylko, że idącym w przeciwną stronę. Czuję się przejedzony i mam na razie Smarzola dość.

5/10

Radosław Ostrowski

Kartoteka 64

Seria filmów o Departamencie Q, oparta na bestsellerowym cyklu Jussi Adler-Olsena to przykład solidnych kryminałów. Paliwem tutaj nigdy nie jest sama intryga (zawsze skomplikowana oraz ciekawa), lecz relacja między głównymi bohaterami – mrocznym i poważnym Carlem Morckiem oraz trzymającym się jasnej strony Assadem. Nie inaczej jest w czwartej części, czyli „Kartotece 64”.

kartoteka 64-1

Tym razem relacja między panami się pogarsza do tego stopnia, że Assad chce się przenieść do innego wydziału. Zanim jednak do tego dojdzie, dochodzi do makabrycznego odkrycia. W jednym z mieszkań zza zamurowanej ściany zostają znalezione trzy zmumifikowane ciała. Do tego w pomieszczeniu są trzymane w słoiku organy. Do zbrodni doszło 12 lat temu, zaś właścicielka przebywa poza krajem. Kim byli ci ludzie i dlaczego zostali zabici? Trop prowadzi na dawno zamknięty ośrodek dla tzw. trudnych nastolatek.

kartoteka 64-2

Choć zmienia się reżyser, ekipa scenarzystów (Nicolaj Ancel i reżyser poprzednich części Mikkel Norgaard) pozostała bez zmian. Narracja prowadzona jest dwutorowo, gdzie współczesne dochodzenie przeplatane jest z retrospekcjami. W tym drugim wątku odkrywamy przeszłość poznanych ofiar na początku lat 60. Bo na wyspie dziewczyny były poddawane aborcji, a także… sterylizacji. Wszystko w imię chorej ideologii, którą poparłby sam Adolf Hitler. Jeśli jednak myślicie, że zamknięcie ośrodka zakończy działalność lekarza, jesteście w błędzie. Bo za cel brane są dziewczyny „obce” – imigrantki o innym kolorze skóry i wyznaniu wiary.

kartoteka 64-3

Już samo to potrafi wywołać silną wściekłość i gniew, zaś twórcy prowadzą to wszystko zadziwiająco spokojnie. Co nie znaczy, że nie ma napięcia, brudu oraz mroku. Bardzo mocno czuć to psychiczne znęcanie oraz upodlenie. Dopiero w ostatnich 30 minut czuć zagrożenie dla naszych bohaterów, a nawet pojawiają się sceny akcji. I są bardzo dobrze zrobione, zaś finał potrafi podnieść adrenalinę (tym razem jednak Morck nie obrywa zbyt mocno).

kartoteka 64-4

A jak sobie radzi duet Morck/Assad? Nadal świetnie, zaś grający ich Nikolaj Lie Kaas oraz Fares Fares tworzą mocną mieszankę. Choć ekspresja tego pierwszego (a w zasadzie jej brak) może wielu zirytować, tak samo jak jego wycofanie oraz dystans wobec reszty świata. Interakcje między nimi ciągle działają i ta chemia jest namacalna. Z drugiego planu najbardziej wybija się Nicolas Bro jako paranoiczny dozorca ośrodka, z bardzo nerwowym spojrzeniem.

To jest adaptacja czwartej części cyklu, który nie zamierza robić sobie wolnego. Autor stworzył jeszcze cztery części opowieści o Departamencie Q i nie mogę się doczekać kolejnych ekranizacji. To mówi samo za siebie.

7/10

Radosław Ostrowski

Marusarz. Tatrzański orzeł

Nigdy nie skreślam produkcji ze względu na to, czy powstała jako film kinowy, czy produkcja telewizyjna spod szyldu TVP. Warunek jednak jest jeden – musi być to dobrze zrobione dzieło. Pewnym zaskoczyłem był niezły „Babilon. Raport o stanie wojennym”, gdzie reżyserowi Markowi Bukowskiemu zgrabnie połączył zbiór opowiadań Marka Nowakowskiego w spójną fabułę. Minął miesiąc i pojawia się kolejny film tego reżysera, jednak tym razem ambicje przytłoczyły go.

marusarz1

Biografii Stanisława Marusarza pełna jest interesujących wydarzeń – kariera narciarska, działalność konspiracyjna jako kurier tatrzański, ucieczka z więzienia, powojenna działalność jako zawodnika i trenera. Klamrą dla filmu jest konkurs w Garnisch-Partenkirchen sezonu 1966/1967, gdzie 53-letni Marusarz skacze ze skoczni… w garniturze. W przebitkach poznajemy przeszłość tego sportowca. Samo założenie nie jest najgorsze, ale wykonanie jest dla mnie strasznie chaotyczne. Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby taką bogatą biografię upchnąć w niecałą godzinę? Nawet notatka z Wikipedii wydaje się więcej powiedzieć o tym sportowcu. Same sceny retrospekcji są bardzo krótkie i w zasadzie nie wnoszą zbyt wiele. Choćby zarówno (bardzo szczątkowo zarysowana) relacja z siostrą, pierwsze skoki w zawodach dla juniorów – za dużo i za szybko się dzieje. Więcej czasu poświęcono na schwytaniu kuriera oraz pobycie w więzieniu. Ten segment jest nieźle zrobiony, włącznie z ucieczką, ALE…

marusarz2

Po pierwsze, znowu mamy zbyt prosty podział na dobrego Polaka i złych Niemców (reprezentowany przez volksdeutscha) w scenie próby „zaprzedania się” za cenę życia. Po drugie, kompletnie brakuje tutaj jakiegokolwiek napięcia czy poczucia jakiejkolwiek stawki. A po trzecie, wygląda to strasznie tanio oraz teatralnie. Do tego straszne dialogi serwujące informacje, pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Aczkolwiek doceniam fakt, że dialogi wypowiadane gwarą zawierają polskie napisy.

marusarz3

„Marusarz. Tatrzański orzeł” wykłada się na (niemal) każdym aspekcie, choć realizacyjnie jest zaledwie poprawna. Bukowski mając tak interesujący dorobek zrobił tak nudny, pokrojony, chaotyczny. Nikt aktorsko się nie broni, scenariusz nie ma rąk i nóg, pozbawiony jakiegokolwiek emocjonalnego ciężaru.

4/10

Radosław Ostrowski

Hazardzista

Czasami jest tak, że jak się idzie na film konkretnego reżysera, to mniej więcej wiadomo czego oczekiwać. Taki jest na pewno przypadek Paula Schradera – filmowca znanego przede wszystkim jako scenarzysta „Taksówkarza”, „Wściekłego byka” czy „Ostatniego kuszenia Chrystusa”. Schrader lubi budować przede wszystkim portrety psychologiczne postaci albo zwichrowanych/naznaczonych przeszłością bohaterów albo wszelkiej maści outsiderów, wchodząc w najmroczniejsze zakamarki umysłu.

Bohaterem „Hazardzisty” jest niejaki William Tell (Oscar Isaac), który na pewno nie jest spokrewniony z Wilhelmem Tellem. Jak sam tytuł mówi, gra w kasynie, a dzięki liczeniu kart radzi sobie więcej niż dobrze. Na tyle, by dalej grać, lecz nie na tyle, by rzucać się w oczy – taki everymen w skórzanym garniaku, ciągle w drodze, od hotelu do hotelu, od kasyna do kasyna. Nie brzmi to jak coś ekscytującego, jednak dwie osoby zmieniają jego życie. Pierwszą jest młody chłopak, Circ (Tye Sheridan), którego poznaje podczas konferencji dotyczącej form przesłuchań z wykładem majora Gordo (Willem Dafoe). Drugą osobą jest niejaka La Linda (Tiffany Haddish) – prowadząca tzw. stajnię, czyli szukająca najlepszych pokerzystów do grania w turniejach.

Dlaczego te dwie postacie są dla niego tak istotne? Chłopak chce zemsty na majorze i zna przeszłość Tella, o której on nie chce mówić (czyli brutalne przesłuchiwanie więźniów), druga widzi w nim potencjał na zawodowca. Co z tego wyjdzie, można mniej więcej się domyślać, jednak Schradera nie interesuje intryga czy droga ku gatunkowym schematom. „Hazardzista” to kolejny character-driven story z samotnikiem szukającym odkupienia/potępienia w roli głównej. A reżyser cały czas lawiruje między budowaniem portretu psychologicznego oraz relacji między trójką bohaterów. Jednocześnie mamy barwnie oraz przekonująco pokazane środowisko pokerzystów, a także pokazanie całej filozofii gry. Że skupia się na czekaniu oraz analizowaniu pozostałych graczy.

Wszystko to wydaje się być zrobione staroszkolnie, jednak Schrader potrafi wizualnie zaskoczyć. I nie chodzi o ascetyczne ujęcia w motelu czy skupieniu na detalach, ale też zmianą formy. Dobitnie pokazują to rzadkie momenty retrospekcji (sceny w więzieniu są filmowane kamerą 360 stopni, gdzie środek jest bardzo mocno zaokrąglony czy wplecenie archiwalnych ujęć) czy pokazywanie wielu istotnych wydarzeń poza kadrem. Wszystko to buduje typowy dla Schrader mroczny klimat, pokazując świat w bardzo nihilistycznych barwach, mimo kolorowo wyglądających kasyn oraz ich wnętrz. Pewną nadzieję daje zakończenie, choć to tylko podejrzenie.

To, co absolutnie mnie zauroczyło w tym filmie, jest w aktorstwie oraz relacjach między tą trójką. Niespodzianką była dla mnie Tiffany Haddish jako bardzo rozgadana i pewna siebie La Linda, która sprawia wrażenie twardo stąpającej po ziemi. Choć ma pewną tajemnicę oraz czuję mięte do Tella. Równie dobrze prezentuje się Tye Sheridan, czyli Circ przez „c”- młody, narwany, pozbawiony w zasadzie celu życiowego chłopak. Poza zemstą, do której nie jest zbyt dobrze przygotowany i stracił złudzenia. Jego relacja z Tellem powoli zaczyna przypominać ojcowsko-synowską, choć jest pewna mocna wolta. Ale tak naprawdę to wszystko trzyma w ryzach Oscar Isaac, tworząc prawdopodobnie najlepszą rolę w swojej karierze. Tell to w zasadzie typowa postać Schradera – samotnik z mroczną tajemnicą, żyjący w pewnego rodzaju limbo. Na zewnątrz bardzo opanowany, spokojny, wręcz kalkulujący kolejne ruchy na stole, ale środek pełen jest demonów, poczucia winy oraz mechanicznie wykonywanych rytuałów (zakrywanie wszystkich rzeczy w motelowym pokoju prześcieradłem i zawiązywanie ich sznurkiem). Raz tylko pozwala sobie na wybuch, przez co ma on potężną siłę rażenia. Bardzo złożona, oszczędnie prowadzona i pociągająca kreacja.

„Hazardzista” nie jest w zasadzie niczym nowym dla osób znających dorobek Paula Schradera, ale jest to zbyt dobrze zrealizowane, by to zignorować. Mroczny, potrafiący trzymać mocno za gardło thriller psychologiczny z absolutnie rewelacyjną rolą Isaaca.

8/10

Radosław Ostrowski

King’s Man: Pierwsza misja

Pierwsi „Kingsmani” byli bardzo odświeżającym filmem szpiegowskim, jednocześnie parodiując ten gatunek. Wszystko polane bardzo absurdalnym humorem, wariackimi scenami akcji oraz świetnym aktorstwem z zaskakującym Colinem Firthem na czele. Później powstała jeszcze kontynuacja, lecz nie spotkała się z tak ciepłym przyjęciem. Niemniej jednak powstała kolejna część, która jest… prequelem i opowiada o początkach organizacji.

Wszystko zaczęło się w roku 1914, gdy widmo wojny nie było jeszcze aż tak namacalne. Bohaterem jest książę Oksfordu, który w 1902 roku stracił swoją żonę (przywożąc zapasy z Czerwonego Krzyża do obozu w zachodniej Afryce) i niemal samotnie wychowuje syna. Mężczyzna jest zatwardziałym pacyfistą, nie chcącym angażować się w jakąkolwiek wojnę czy spór. Sytuacja go jednak zmusza, gdy rozpętuje się piekło. Najpierw zostaje zamordowany następca tronu Austro-Węgier, Franciszek Ferdynand, a następnie przyjaciel oraz mentor księcia, szef wywiadu Kitchener. Wojna doprowadza do chaosu oraz śmierci milionów, co zmusza bohatera do działania. Ze wsparciem niani Polly oraz majordomusa Sholi zaczyna tworzyć siatkę wywiadowczą, gdzie informacje przekazują służący z różnych części świata. Działając w tajemnicy trafia na trop tajemniczego Pasterza, planującego wywrócić świat do góry nogami oraz zniszczyć Anglię.

Matthew Vaughn po raz trzeci zasiada na stołku reżyserskim i znowu zaskakuje. Nadal czuć tutaj spory budżet, ale co jest najbardziej nietypowe, to jest ton. O wiele bardziej poważny i mroczny, gdzie humor pojawia się bardzo rzadko. W końcu jest to czas wojny, pełen brutalnych scen oraz momentów bardzo dramatycznych. Fikcja miesza się tutaj z faktami historycznymi, a stawka – powstrzymanie Pasterza i jego agentów oraz zakończenie wojny – jest wręcz bardzo namacalna. Choć scen akcji jest tu mniej niż w poprzednich odsłonach, nadal czuć ten wariacki, efekciarski styl reżysera. Najdobitniej pokazuje to scena, gdzie bohaterowie próbują zabić Rasputina – zdjęcia i montaż to wręcz czyste szaleństwo (by jeszcze bardziej odlecieć w tle zostaje wpleciony fragment „Rok 1812” Czajkowskiego).

Z drugiej strony są o wiele bardziej dramatyczne momenty jak choćby sekwencje batalistyczne, pokazujące walkę w okopach czy momenty próby odnalezienia nocą szpiega przez żołnierzy zakończona walką z przeciwnikiem przy użyciu broni białej. Ten dysonans powinien wywoływać poważny zgrzyt, jednak jakimś dziwnym cudem wszedłem w ten świat. Chociaż nie do końca tego oczekiwałem po tym filmie. Reżyser igra z oczekiwaniami widza, co wielu się bardzo NIE SPODOBA i zagra na nerwach.

Jeśli coś podnosi ten film na wyższy to przede wszystkim aktorstwo. Tym razem w roli głównej mamy Ralpha Fiennesa jako księcia Oxfordu, a on jak zawsze jest znakomity. Zarówno w tych rzadkich momentach akcji, jak w bardziej dramatycznych scenach. Czuć zarówno determinację i silną wolę, jak też cierpienie oraz momenty załamania. Równie dobrze sprawdza się ekipa otaczająca protagonistę, czyli Gemma Arterton (Polly) i Djimon Hounsou (Shola), a także Harris Dickinson jako syn księcia, Conrad. Relacja między tą dwójką, pełna kontrastu dwóch spojrzeń na kwestie wojennego zaangażowania dla mnie była silnym paliwem emocjonalnym. Ale całe szoł kradnie Rhys Ifans w roli mnicha Rasputina, który jest kompletnie przerysowany, lecz nadal stanowi poważne zagrożenie. Aktor jest nie do poznania zarówno fizycznie, jak i głosowo (cudny ten akcent oraz make-up), choć nie jest on głównym przeciwnikiem. Ten jest solidnie napisany oraz zagrany, choć do ostatniej konfrontacji nie widzimy jego twarzy.

Moja pierwsza kinowa wizyta w roku 2022 i nie mogę powiedzieć, że byłem… bardzo zmieszany, a momentami wstrząśnięty. To o wiele poważniejsza inkarnacja cyklu, gdzie jest mniej podśmiewywania się oraz robienia jaj, a dramatyczne sceny potrafią naprawdę uderzyć z pełnej siły. I na pewno ta część spolaryzuje fanów serii.

7/10

Radosław Ostrowski

Zielony Rycerz

Kino fantasy kojarzy się – dzięki „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona – z wystawnym, wysokobudżetowym widowiskiem, pełnym magii w postaci efektów specjalnych, epickich scen batalistycznych oraz walki dobra ze złem. Ale nie zawsze takie produkcje, czasem inspirowane mitami i legendami takie były. Do takiej wręcz minimalistycznej koncepcji sięgnął amerykański reżyser David Lowery, inspirując się rycerskim eposem.

„Zielony Rycerz” skupia się na młodym chłopaku o imieniu Gawain. Jest synem wiedźmy oraz siostrzeńcem samego króla Artura. Zamiast dokonywać czynów godnych opowiadania, ugania się za dziewuchą w burdelu, lubi wypić wino oraz bardziej imprezować. Podczas uczty na zamku w Wigilię, zasiada na miejscu obok króla. Wtedy pojawia się tajemniczy Zielony Rycerz, wyglądający niczym ruchowy drzewiec, z toporem w dłoni. I stawia on wyzwanie rycerzom, które jest dość nietypowe: chodzi o zadanie mu ciosu. Nic skomplikowanego, prawda? Jest jeden myk: za rok wojownik ma pojawić się w Zielonej Kaplicy, by otrzymać ten sam cios od rycerza. Trudno liczyć na to, że pojawi się jakiś śmiałek, bo a) musiałby być skończonym idiotą, b) nie znającym konsekwencji dzieciakiem. Gawain staje się tym drugi i ścina Rycerzowi głowę.

Lowery wybiera konwencję kina drogi, by opowiedzieć poniekąd wiele razy słyszaną historię człowieka walczącego ze swoim przeznaczeniem. Ale „Zielony Rycerz” wygląda i operuje zupełnie innym językiem niż obecnie nam znane produkcje fantasy. Akcja jako taka toczy się bardzo powoli, pełna jest elementów magii oraz symboliki, wszystko pozbawione jest wielkiego przepychu. Poniekąd całość to próby jakimi wystawiony jest młodzieniec w konfrontacji do obcego świata. Świata znanego z legend i innych opowieści – łatwo nie będzie. Gdzie wiele może się zdarzyć, a nasz heros ciągle będzie poddawany różnym próbom i wiele wydarzeń nie zawsze będzie miało swój sens. Czasami dwie postacie mają tą samą twarz, czas wydaje się naginać i zmieniać (chwila po związaniu bohatera przez bandytów).

To bardzo wolne, miejscami kontemplacyjne tempo może dla wielu okazać się barierą nie do przebicia. Nawet pomimo zachwycających swoją kompozycją oraz plastycznością zdjęć, a także klimatycznej, mieszającej średniowieczny styl z odrobiną elektroniki muzyką. Jednocześnie przez swoją symbolikę jest otwarty na wiele możliwych ścieżek interpretacji, co dla fanów rozgryzania da spore pole do popisu. Jest wiele niezapomnianych momentów, które zostaną w głowie jak pojawienie się Zielonego Rycerza, przejście przez zamglone góry pełne gigantów, przeprawa przez rzeczkę w zalanym żółcią krajobrazem czy ostateczne spotkanie w kaplicy. Jest jeszcze trafiający do mnie finał, gdzie mamy wizję niczym z „Ostatniego kuszenia Chrystusa”.

Ale dla mnie „Zielony rycerz” był zbyt mętny i niejasny, przez co „wyłączałem się” podczas seansu. Lowery miał ambitny koncept dekonstrukcji mitu arturiańskiego, lecz – moim skromnym zdaniem – przestrzelił. Za dużo niejasności, tajemnic oraz symboliki, za czym nie przepadam.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Świnia

Pamiętam jeszcze czasy, kiedy Nicolas Cage był nie tylko gwiazdą kina, ale też cholernie dobrym aktorem. Dzisiaj bardziej kojarzy się z memami, nadekspresją graniczącą z przerysowniem oraz filmami głównie trafiającymi na VOD. Ostatnimi czasy aktor jednak coraz częściej dobiera interesujące produkcje. Nie inaczej jest w przypadku debiutu Michaela Sarnoskiego o wdzięcznym tytule „Świnia”.

Cage nie gra jednak ani świni, ani policjanta, tylko Roba. Facet mieszka z dala od cywilizacji, w lesie razem ze świnią. Zbiera dzięki niej trufle, które sprzedaje swojemu jedynemu łącznikowi ze światem, Amirowi. Bardzo nudne, powolne i spokojne życie w zwykłej chatce. Wszystko się jednak zmienia, kiedy nocą przychodzi para delikwentów, spuszczają mu łomot i zabierają świnkę. Takiej zniewagi nie można przyjąć do wiadomości, więc Rob z Amirem ruszają do miasta. Do Portland, by odnaleźć świnię oraz znowu zbierać trufle.

Jeśli spodziewacie się, że w mieście postać grana przez Cage’a to twardy skurwiel z przeszłością naznaczoną krwią i zabijaniem (jak kogoś o imieniu John i nazwisku Wick)… cóż, wydaje się to pozornie oczywistym tropem. Sama obecność Roba potrafi otworzyć wiele drzwi, a sam wydaje się znaną, szanowaną personą. Przynajmniej kiedyś był. Jednak Rob nie jest zabijaką z krwawą przeszłością, ale człowiekiem połamanym, wycofanym, zniszczonym. I tu jest cała tajemnica – kim jest Rob, dlaczego został pustelnikiem, co się wydarzyło? Odkrywanie przeszłości tego bohatera to jedno, jego relacja z handlarzem (Alex Wolff) to jest drugie. Obydwa te elementy działają fantastycznie, pokazując bardzo skomplikowany portret człowieka.

Zadziwiająco spokojne jest to kino, gdzie Cage gra absolutnie wbrew swojemu typowemu emploi. Aktor jest tu bardzo wycofany, stonowany, wiele pokazując samymi oczami, co jest wielkim wyzwaniem. Dawno nie widziałem Cage’a, potrafiącego tak niewielkimi środkami pokazać taką masę emocji. A finał to już prawdziwa bomba, jakiej nie spodziewałem się. Bardzo zaskakujące, kontemplacyjne kino, zrobione z serca. Jak najlepsza potrawa z ręki mistrz kuchni.

8/10

Radosław Ostrowski

Lamb

Islandia nie jest krajem, który kojarzy mi się z kinem czy filmami. Pierwsze skojarzenia to pustka, piękne krajobrazy, wulkany – takie miejsce, gdzie ludzi jest bardzo niewielu. Dlaczego tam miałaby powstać kinematografia? A jednak ona funkcjonuje od dłuższego czasu, lecz nie o historii tutaj będę opowiadał. Tylko o najnowszym jej dziecku, czyli „Owcy” – nowa produkcja wytwórni A24. Znaczy się będzie dziwnie, poza nurtem mainstreamu i wieloma zakrętami.

Bohaterami jest para, mieszkająca gdzieś między górami a jeziorem. Maria i Ingvar prowadzą farmę, gdzie hodują owce, żyjąc jakby w zgodzie z naturą. Dbają też bardzo o owce, przyjmując choćby poród. Ale jeden z nich wprawia w poważną konsternację, bo urodzona owieczka – cóż, to jakieś zmutowane dziwadło. Głowa zwierzaka, futerko też, ale reszta… ludzka. Małżonkowie przygarniają ją i zaczynają traktować jak swoje dziecko.

Już w tym momencie powinniście zadać sobie pytanie, co tu się odjaniepawla. By jeszcze bardziej skomplikować sprawę, do farmy trafia brat, Peter. On też czuje się zdezorientowany sytuacją, zwłaszcza jak owco-człowiek je wspólnie śniadanie. Czy ta para zaczyna się zachowywać jako para odlutków, którym z dala od cywilizacji zaczyna padać na mózg. A może jednak sprawa ma głębszy charakter? Jest parę poszlak, sugerowanych przez reżysera, iż mamy do czynienia z poważną traumą z przeszłości. Mimo pięknych krajobrazów, czuć tutaj podskórną atmosferę niepokoju, osamotnienie oraz pewną bezsilność. Czy to jakaś wariacja na temat „Pinokia”? A może bardzo pokręcona baśń? Śladowa ilość dialogów nie pomaga wejść w tą sytuację, a bardzo żmudne tempo może powalić nawet najbardziej zatwardziałych w bojach fanów slow cinema.

Więcej wam tu nie zdradzę, bo sam nie do końca jestem pewny. Fanów tajemnic będzie frapować i nawet odkryją o wiele więcej niż się wydaje. Ale reszta będzie zagubiona, zdezorientowana i odbije się. Sam jestem zmieszany i nie do końca zadowolony, niemniej parę momentów zostanie na dłużej. Dla mnie zbyt hermetyczne kino arthouse’owe.

6/10

Radosław Ostrowski

In the Heights. Wzgórza marzeń

Jeszcze parę lat temu nie wiedziałem kim był Lin-Manuel Miranda. Jak się później okazał ten aktor, kompozytor, autor musicali zaczął szturmem podbijać najpierw scenę teatralną, teraz przebija się przez ekran. Zarówno jako aktor, autor materiału źródłowego, a nawet… reżyser. To jednak innym razem, bo teraz chcę opowiedzieć o adaptacji pierwszego musicalu tego artysty. I nie jest nim strasznie popularny „Hamilton”, lecz „In the Heights”.

Nic wam to nie mówi? Reżyser Jon Chu przybliży wam całą opowieść, która skupia się na mieszkańcach dzielnicy Washington Heights. Tu mieszka mniejszość latynoska z różnych części Ameryki Południowej: Kuba, Meksyk, Portoryko, Dominikana. Społeczność ta jest mocno zżyta, lecz pojawiają się poważne problemy: drożejący czynsz, bardzo silne upały oraz wyłączenie prądu w całym mieście. Zaś wszelkie interesy są wypierane przez innych. Jednym z broniących się miejsc jest sklep prowadzony przez Usnaviego, salon kosmetyczny Danieli (ale nie na długo z powodu przeprowadzki) oraz dyspozytornia Kevin Rosario. To jednak część postaci, których jest wiele: córka pana Rosario, Nina, co rzuciła studia, pracujący w dyspozytorni Benny, marząca o karierze artystycznej Vanessa czy Abuela, będąca niejako babcią całej okolicy.

Narracja polega na przeskakiwaniu z postaci na postać, a wszystko opowiada sam Usnavi. I jak na musical przystało musi być śpiew oraz tańczenie, a w tym reżyser jest cholernie dobry. Zarówno jeśli chodzi o sceny z tłumem ludzi (sekwencja na basenie czy w klubie, gdzie dochodzi do wyłączenia prądu), jak i bardziej kameralne momenty. Tańca akurat nie ma wtedy, a śpiew (głównie Usnaviego) to bardziej rapowanie oraz melorecytacja do rytmu. Czyli bardziej na współczesną modłę, co pasuje do postaci, miejsca i stylu Mirandy. Dzięki czemu ten film ma swoje „flow”, nie pozwalając sobie na nudę, a pozorna prostota choreografii zachwyca precyzją wykonania. I jest parę scen, które potrafią zaskoczyć jak „śpiewana” rozmowa zakochanych na balkonie, gdzie para „chodzi” po ścianie budynku czy wspomnienia babci. Kreatywność podnosi ten film na wyższy poziom i wszystko jest robione z pasji, bez chłodnej kalkulacji.

Jeszcze bardziej łapią za serce postacie, z którymi łatwo się można identyfikować. Każdy z nich ma pewne swoje problemy: reprezentanci najmłodszego pokolenia chcą się wyrwać, czując się obco w tym otoczeniu, bez perspektyw i goniąc za marzeniami. Bo każdy tu o czymś marzy i pragnie. Ale czy trzeba szukać spełnia poza swoją małą ojczyzną – w innej dzielnicy czy kraju? Prowokacyjne pytanie, a odpowiedź wcale nie jest taka jednoznaczna. Inaczej do sprawy podchodzą ludzie ze średniego i starszego pokolenia. Ci walczyli o swój kawałek podłogi, teraz chcą ułatwić start swoim dzieciom czy wnukom. Wszyscy są tutaj świetnie napisani oraz fantastycznie zagrani: od małych epizodów po duże role. Każdy tu zapada w pamięć, a to jest spore osiągnięcie.

„In the Heights” to jest przede wszystkim portret społeczności, która nawet w momentach słabości pokazuje swoją prawdziwą siłę jak podczas „karnawału” w upale czy oddają hołd zmarłej Abueli. Chłonąłem ten świat, niejako żyjąc razem z bohaterami, w pełni pulsującym kawałku ziemi. Bardzo uroczy, bezpretensjonalny oraz szczery kawałek kina.

8/10

Radosław Ostrowski

Babilon. Raport o stanie wojennym

Stan wojenny był okresem, kiedy władze w kraju przejęła armia. Chodziło o brutalne stłumienie Solidarności za wszelką cenę, co doprowadziło do intensywniejszej inwigilacji, obserwacji oraz opresyjności. Było wiele produkcji osadzonych w tym czasie, a najnowszą zrealizowało TVP. Tym razem zdecydowano się przenieść na ekran „Raport o stanie wojennym” Marka Nowakowskiego, wydany w 1982 roku w drugim obiegu.

Jak z takiego zbioru opowiadań ułożyć jedną opowieść? Reżyser Marek Bukowski wybrał formę mozaiki, prezentując opowieść toczącą się w jednym dniu, ale z kilku perspektyw. Jest 3 maja 1982 roku, a głównym bohaterem – poniekąd – jest młody uczeń, Jacek Korczyk. Na szkolnej tablicy umieszcza apel o przywrócenie do pracy polonistki. To zwraca uwagę dyrektora oraz wojskowego opiekuna, majora Stachonia. Do tego trwają przygotowania do demonstracji na Placu Zamkowym, gdzie wśród milicjantów mamy patrol kaprala Fornalika. Ta epizodyczność jest tutaj bronią obosieczną. Z jednej strony pozwala reżyserowi na pokazanie całej sytuacji z wielu perspektyw: od szarych, wystraszonych obywateli przez opozycjonistów, żądnych krwi milicjantów, co kochają bić pałą aż do osób przy władzy. Nie brakuje tu mocnych, rodzajowych scenek (kolejka przed mięsnym i pojawiający się patrol), które ubarwiają ten świat i zwiastują, że coś wisi w powietrzu.

Z drugiej jednak strony nie ma mowy o stworzeniu postaci z krwi i kości. Z tego powodu nie miałem za bardzo z kim się identyfikować. Niby był porządek oraz konstrukcja, a jednak nie mogłem pozbyć się pewnego zagubienia. Mocny pozostaje za to finał z przeplatanymi scenkami w równoległym montażu, zaś w tle słyszymy „Psalm stojących w kolejce”. Silne uderzenie pod koniec.

Co najbardziej przykuwa uwagę to warstwa formalna, która sama w sobie jest sporym kolażem. Jest to głównie aktorska fabuła, ALE wszystko to przeplata się z bardzo komiksowymi w stylu animacjami. Czy to będącymi osobnym elementem, czy częścią całego obrazka, urozmaicały wizualnie całość. Tak samo wykorzystane materiały archiwalne oraz zaczerpnięta z książki narracja z offu w wykonaniu świetnego Henryka Talara.

Te ubarwienia plus wiele znajomych twarzy sprawia, że „Babilon” okazuje się interesującym eksperymentem do pokazania tego mrocznego okresu naszej historii. Nie zawsze ten film porywa i ma momenty spowolnienia, niemniej dużo interesujących oraz ciekawych rzeczy.

6/10

Radosław Ostrowski