Scorpion Child – Acid Roulette

scorpionchildacidcd

Debiutanci sprzed trzech lat garściami czerpali z hard rockowych brzmień lat 60. i 70., chociaż pochodzą z Teksasu. Scorpion Child wtedy mocno namieszało, a w tym czasie doszło do poważnych roszad. Perkusista Shawna Alveara oraz gitarzysta Tom Frank opuścili gang, pierwszego zastąpił Jona Rice, a z gitary rytmicznej zespół zrezygnował, dołączył za to klawiszowiec Aaron John Vincent. W tym nowym składzie, Dzieci Skorpiona pokazały swoje drugie wydawnictwo, które wzięło na swoje skrzydła Nuclear Blast.

Czuć różnicę w porównaniu do debiutu, a wsparcie klawiszy tworzy bardziej psychodeliczny klimat. Nadal jest obecny duch Zeppelinów (wokal Aryna Blacka tak mocno przypomina Roberta Planta, iż można pokusić się o pytanie, czy nie są spokrewnieni ze sobą), ale też jest mroczniej i mocniej. Czuć to w porażającym „She Sings, I Kill”, gdzie swoje robi tutaj sabbathowska perkusja, świdrujące klawisze oraz świetny refren z chórkami w tle. „Reaper’s Danse” jest bardziej żywiołowe, co jest zasługą gitary (w końcu to utwór… taneczny) oraz perkusji – czysty hard rock, mający ogień, podobnie jak „My Woman in Black” z ciężkim, metalicznym riffem na początku, stając się coraz mroczniejszym kawałkiem. Petardą jest też pędzący na złamanie karu „Winter Side of Dangerous”, niepokojący „Twilight Coven” czy wręcz diabelsko naspeedowany „Blind Man’s Shine”.

I następuje wolta w postaci tytułowego utworu – nie jest to dynamiczna naparzanka, tylko wolno krążący walec z soczystymi riffami (w zwrotkach niby się uspokajają, ale jest psychodelicznie, brzmią one jak echo), a w tle szumi niebezpiecznie Hammond, dominując w połowie grany tak szybko jakby to Jon Lord grał na nich. Nie przesadzam. Recytowany „Seance” brzmi niczym modlitwa podczas spotkania sekty i trwa tylko minutę – niby taki przerywnik, ale spójny z resztą wydawnictwa. Drugim zaskoczeniem jest „Survives”, zaczynający się odrobinę patetycznym fortepianem i kiedy wydaje się, ze tak już zostanie, po zwrotce wchodzi reszta ferajny (krótko, ale intensywnie). A na sam koniec dostajemy dwa potężne numery: „I Might Be Your Man”, gdzie najważniejszy jest tutaj elektroniczny pomruk na początku i niepokojące riffy w środku oraz zadziorniejsze „Addictions”, prawie 7-minutowy strzał gitarowo-perkusyjny, zakończone szumem morza i gwałtownym krzykiem kobiety.

Skorpiony kąsają mocno, grają na pewno ostrzej, intensywniej, psychodeliczno-hard rockowo, wyrabiając powoli swój własny styl. Czy jest lepiej od debiutu? Moim zdaniem tak, godnie czerpiąc z klasyków gatunku, a jednocześnie dodając nową jakość. 

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

The Monkees – Good Times (deluxe edition)

Good_Times%21_%28The_Monkees%29_%28Front_Cover%29

To jedna z kapel rock’n’rolla, która przeszła do historii dzięki jednemu utworowi – „I’m a Believer”, chociaż współcześni słuchacze znają wersję zespołu Smash Mouth, wykorzystaną m.in. w pierwszym „Shreku”. Mimo tego faktu, The Monkees nadal funkcjonowała. W tym roku obchodzi 50-lecie działalności i z tej okazji nagrała pierwszy od 20 lat (!!!) studyjny materiał, już bez udziału zmarłego w 2012 roku Davy’ego Jonesa. I powiem od razu – nic się w tym świecie nie zmieniło.

Za stronę produkcyjną odpowiada Adam Schlesinger – basista zespołu Fountains of Wayne, ale także kompozytor i autor tekstów, dla którego lata 60. to czas, w którym czuje się najlepiej. Jedyną rzeczą zdradzającą fakt, że jest to produkcja współczesna to głosy śpiewających członków zespołu – Petera Torka, Mickeya Dolentza oraz Michaela Nesmitha. Opener „Good Times!” wprowadza w ten klimat epoki rock’n’rolla – krótki wstęp fortepianowy, lekka i szybka gra gitary, a także zadziorniejszy riff w środku. Jest lekko, bezpretensjonalnie, przyjemnie, ale nie nudnawo. Małpki ubarwiają każdy utwór drobiazgami – imitacją fletów w „You Bring the Summer”, delikatna mandolina w singlowym „She Makes Me Laugh”, klawesyn w „Our Own World”, Hammondy w „Gotta Give It Time” czy delikatny fortepian w akustycznej „Me & Magdalena”.

Jednak największą niespodziankę może sprawić „Love to Love”, gdzie znajduje się wokal… Dave’a Jonesa. Utwór ten po raz pierwszy nagrano w 1967 i głos Jonesa nałożono na współczesną wersję (i jeszcze ta gitara). Podobać się też może pachnące country „Little Girl” oraz „Birth of an Accidental Hipster” z pomysłowymi echami, fakami (tak, tam bluzgają) oraz bardzo delikatnym środkiem z płynącym fortepianem.

Muszę przyznać, że nie wierzyłem w ten album, podejrzewając bezczelny skok na kasę (wszak granie muzyki z lat 60. jest wyczuwalnym trendem) oraz granie na sentymentach. „Good Times!” pozytywnie zaskakuje dobrymi melodiami, czuć pozytywną energię członków grupy, a i te bardziej refleksyjne momenty („I Know What I Know” z wykorzystanym Chamberlinem) nie wywołują zgryzu. Jest też duch czasów rock’n’rollowych, bez spiny (w końcu najlepiej pamiętają ten okres), ale szczerze i leciutko. List przebojów i stacji radiowych nie podbije, zwłaszcza że wiele głośnych zespołów skupia swoją uwagę. Niemniej dobre czasy chyba wróciły, a Małpki pokazały klasę. Wersja deluxe zawiera jeszcze dwa dodatkowe utwory, w tym bardziej bogatszą wersję (aranżacyjnie) „Me & Magdalena”. Dobre czasy naprawdę wróciły.

7,5/10

Kuba Płucisz i Goście – Tu jest mój dom

tu-jest-moj-dom-b-iext37960624

Kuba Płucisz był fundamentem zespołu IRA, ale odszedł z grupy w 1996 roku. Jednak do tej pory takie utwory jak „Mój dom”, „Nadzieja” są najbardziej rozpoznawalnymi piosenkami macierzystej formacji. Gitarzysta i kompozytor postanowił wszystkim sprawić niespodziankę, skrzyknął wielu swoich znajomych i odświeżył piosenki napisane przez siebie dawno temu. Tak powstał projekt Kuba Płucisz i Goście.

Jednak nie jest to tylko odtwórcze granie starych przebojów, tylko kompletnie zremasterowanie oraz stworzenie de novo całości. Już otwierająca całość nowa wersja hitu „Mój dom” zachowuje pazura oraz zadziorność oryginału, okraszoną świetną elektroniką oraz świetnymi wokalami. A wśród gości są takie osobowości jak Titus z Acid Drinkers, Olej z Proletaryatu, Adam Asanov z Piersi, Darek Majelonek, Sebastian Riedel, Grzegorz Skawiński czy nawet… Jurek Owsiak. A dalej jest równie ogniście („Zew krwi”, „Jeden”) oraz z potężnym wsparciem symfonicznym („Nie tracę wiary”, „Nadzieja”).

Nie zabrakło jednak niespodzianek jak „Adres w sercu” – zaczyna się jak akustyczna ballada, by mocno dać do pieca, a w finale jeszcze pojawia się chór gospel. Niepojęte. Podobnie metalowe „Nie uciekaj” z popisówką klawiszy pod koniec. Drugim zaskoczeniem jest epickie „Nie zatrzymam się” z przepięknymi smyczkami oraz fortepianem. I na koniec jeszcze dostajemy drugą wersję „Adresu w sercu”, gdzie słyszymy głos Tomasza Kowalskiego, frontmana zespołu Katedra oraz samego Płucisza.

I jedno, co mnie mocno uderzyło to fakt, że te teksty nie zestarzały się ani chwili, co tylko potwierdza, że wiele rzeczy się nie zmieniło w tym czasie. A i sami goście nie zawiedli, ubarwiając każdy z tych utworów. Posłuchajcie tego sami – tak się powraca w wielkim stylu.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Blue October – Home

Amerykański zespół Blue October to jedna z bardziej znanych kapel grających alternatywnego rocka, kierowana przez Justina Furstenfelda. Do tej pory wydali siedem albumów i teraz wracają z nowym studyjnym wydawnictwem „Home”, wyprodukowanym przez frontmana oraz Tima Palmera – jednego z bliższych współpracowników zespołu.

I jest to muzyka, mieszająca gitarowe riffy z tak ładnymi instrumentami jak fortepian i smyczki. Czuć to już w lekkim „Coal Makes Diamonds” (chociaż gitara maskuje mocniejsze uderzenia), a im dalej tym bardziej czuć tutaj skręty w stronę popu jak w „Driver” (brzmiąca niczym śmigło gitara oraz elektroniczna perkusja) czy „Heart Go Bang”, przypominając dokonania Keane i Biffy Clyro. Żeby jednak nie było, że nie potrafią komponować, mają kilka chwytliwych numerów, gdzie opierają się m.in. na nakładających się głosach („i Want It”), akustycznej gitarze (singlowe, wręcz epickie „Home”), wspomnianym fortepianie („The Lucky One”), drobnemu wsparciu elektroniki („We Know Where You Go”), rozmarzonym wokalu Justina.

Dopiero od połowy płyty robi się ciekawiej oraz bardziej rockowo – „The Lucky One” ma gitarowe echo, ale prawdziwy ogień (i stary Blue October) budzi się w „Leave It in the Dressing Room (Shake It Up)” – punkowo, ale i melodyjnie. „Houston Heights” balansuje między melodyjnym basem oraz niebezpiecznymi pomrukami, ale i tak miażdży prawie 8-minutowy „Time Changes Everything” – minimalistyczny utwór, gdzie prym wiedzie bas, smyczki oraz mroczny klimat, by pod koniec uderzyć mocniejszą perkusją oraz gitarami. Podobnie jak cięższe, instrumentalne „The Still”, gdzie każdy instrument niemal odbija się echem. A na sam koniec dostajemy dwa (moim zdaniem zbędne) remixy „Heart Go Bang” oraz „Home”, które nie wnoszą niczego nowego.

„Home” miejscami zaskakuje, ale grupa bardziej upraszcza muzykę, idąc w stronę bardziej popowego brzmienia. Na szczęście jest tutaj na czym ucho zawiesić. Innymi słowy, przyjemne, porządne granie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

David Foster – Dreamless

a1961022426_5

Nazwisko Davida Fostera kojarzyło mi się z wysoko cenionym producentem muzycznym, znanym ze współpracy z takimi twórcami jak Alice Cooper, Seal czy ostatnio Michaelem Buble. Więc kiedy usłyszałem, że wydaje nową płytę, to myślałem właśnie o tym Fosterze. I to była największa wtopa, gdyż jest jeszcze jeden artysta związany z tą muzyką, o tym samym imieniu oraz nazwisku. Jest to gitarzysta progresywnej grupy Panic Room, współpracujący także ze Stevem Rotherym z formacji Marillion, a „Dreamless” to jego drugi solowy krążek.

Gitarzystę wsparli basista Yatim Hamili, perkusista Stuart Browne, klawiszowiec Jonathan Edwards oraz wokalistka Dinet Poortman. Zaczyna się dość niepokojącym „Cabello”, gdzie klawisze monotonnie tworzą nieprzyjemną aurę, perkusja uderza pojedynczymi ciosami… i wtedy odzywa się gitara razem perkusją, z hukiem niczym wyrzucony granat (znaczy: głośno jest), by skręcić w przyjemną melodykę, a wokal pani Poortman miesza w sobie delikatność i drapieżność. „Amitriptyline” jest bardziej brudna i bliżej do hard rocka, z marszowym basem między zwrotkami, soczystymi riffami oraz spokojniejszym refrenem. Tylko na koniec dostajemy jakieś dziwaczne brzdąknięcia.

Wyciszenie daje akustyczne „New York Rain” z cudownym fortepianem, by w środku nabrać patosu, dzięki chórkom oraz mocniejszym uderzeniom perkusji, bardziej jazzującej niż metalowej. Brzmi to pięknie, ale to tylko chwilka. Bo „Black Sunrise” zmienia kompletnie aurę – orientalna, minimalistyczna perkusja, elektroniczne smyczki i świdrujące riffy (końcówka znakomita wręcz). Atmosfera zmienia się z minuty na minuty, gęstnieje tak można, że można ją kroić siekierą – nie powstydziliby się tego muzycy Black Sabbath. Troszkę inny jest utwór tytułowy, klimatem przypominający Porpucine Tree (nawet wokal Fostera przypomina Stevena Wilsona), by w połowie pójść na ostrą całość.

I znowu zmiana, tym razem w bardziej folkowym kierunku (cudownie uspokajające „Lingering” oraz „You Have No More Messages”), pozwalająca na złapanie oddechu oraz rozmarzenie się. I wtedy pojawia się „Ache”, gdzie na gitarze gościnnie gra sam Rothery oraz ciężko-smyczkowa „Brahma”. Na sam finał dostajemy dwa długie utwory. „Counting Clouds” zaczyna się bardzo przyjemnie grającą gitarą akustyczną oraz fortepianem wspieranym przez kontrabas, ale „Morphine Sleep” bardzo silnie kojarzy się z „Time” Pink Floydów. Też na początku dostajemy tykania oraz dźwięki zegarów, a także bicie serca oraz odgłosy włączonych wiadomości. W połowie wszystko się wycisza, zastąpione przez mroczną wiolonczelę i smyczki, następnie przewodzi łkająca gitara, trzymająca za gardło.

„Dreamless” kompletnie mnie zaskoczyło czerpaniem z prog-rockowej tradycji, jednak zamiast smęcenia i nudzenia, udaje się walić ostro i mocno, ale też w bardzo piękny, liryczny sposób. Nie wiem, jak dalej potoczy się ścieżka Fostera, ale jestem ciekaw każdego nowego wydawnictwa.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Tony Banks – The Fugitive

TheFugitive

Drugiego takiego zespołu w historii rocka progresywnego jak Genesis nie było i nie będzie. Jednak każdy z członków zespołu podejmował solowe działania – jedni po rozstaniu z grupą (Steve Hackett, Peter Gabriel), pozostali jeszcze grając w macierzystej grupie. Mniej znanym na tym polu twórcą był klawiszowiec Tony Banks. Omawiany album został wydany w 1983 roku, ale dopiero teraz został wydany na kompakcie w zremasterowanej wersji.

Muzyka, który także udziela się wokalnie, wsparli gitarzysta Daryl Stuermer, grający na koncertach Genesis oraz Phila Collinsa, a także basista jazzowy Mo Foster. I jest to w zasadzie, tak jak pozostałych aktywnych członków Genesis, album pop-rockowy. Tak można wywnioskować po otwierającym „This Is Love” z klawiszami przypominającym troszkę klimatem Asię oraz świdrującą gitarą w środku. Spokojniejsze jest „Man of Spells” z łkającymi riffami oraz idące w stronę delikatnego Orientu (klawisze) „And the Wheels Keep Turning”. „Say You’ll Never” to delikatna ballada z wybijającym się basem oraz sporadycznie odzywającą się gitarą, plumkające „By You” całkiem nieźle zniosło próbę czasu, rozkręcając się z każdą sekundą, dzięki intensywnym klawiszom. Mnie wgniotło w fotel, zagrane z pazurem „At the Edge of Night” (ta gitara gra z taką werwą, że nie ma szans) oraz zmieniające tempo „Moving Under”.

Jakby było mało atrakcji, jeszcze mamy dwie kompozycje instrumentalne. „Thirty-Three’s” jest przede wszystkim popisem Banksa, którego klawisze wręcz tworzą kosmiczną aurę (tylko ta dyskotekowa perkusja mnie odstrasza). „The Charm” bardziej przypomina mi podkład do gry komputerowej z tamtych czasów (tykające klawisze, elektroniczna perkusja) i potem perkusja zmienia wszystko. I jeszcze na płycie umieszczono, dwa kawałki niepublikowane wcześniej. „K2” brzmi niemal majestatycznie, ze świetnymi klawiszami oraz cudną gitarą, a „Something Never” to najbardziej czaderski numer na płycie.

Sam Banks śpiewa całkiem nieźle, chociaż czasami potrafi on troszkę brzmieć jak nastolatek. I o ile będzie w stanie przebić się przez tą manierę, to będzie w stanie się rozkoszować kawałem dobrego grania rockowego z lat 80. Broniącego się mimo upływu lat, dobrą melodyką oraz solidnymi tekstami.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Edward Sharpe and the Magnetic Zeros – PersonA

PersonA_album_art

Nazwa tego potężnego zespołu niewiele mi mówiła, ale znałem frontmana grupy – Alexa Eberta. Artysta ten zajął się pisaniem muzyki do filmów, co przyniosło mu uznanie i Złoty Glob za ścieżkę do filmu „Wszystko stracone”. Grupą kieruje od prawie 10 lat i do tej pory wydali trzy płyty, a wiosną tego roku wyszedł album nr 4.

Słuchanie „Persony” przypomina wejście do króliczej nory, co pokazuje 7-minutowy „Hot Coals”. Zaczyna się niczym folkowy numer od akustycznej gitary, do której nagle dołącza smęcący wokal Eberta, przestrzenna elektronika oraz jazzujący fortepian z perkusją. I w okolicach drugiej minuty dochodzą trąbki, co wywołuje konsternację, doprowadzającą do krótkich popisów fortepianu, płynnie zmieniając tempo. Dalej jest równie różnorodnie i nieszablonowo: szybki bas, akordeon z perkusją w niemal folkowo-elektronicznym „Uncomfortable” ociera się o psychodelię, akustyczne „Somewhere” z różnego rodzaju klaskaniami i podśpiewami czy strasznie chwytliwe „No One Like You”, gdzie rozsadza wszystkich fortepian z basem (strasznie klimatyczne i pełne pozytywnej energii). „Wake Up The Sun” brzmi niczym nutka z rasowego kryminału, gdzie szybki fortepian nakręca tempo całego utworu, by w finale wznieść się na epicki poziom.

Przerwą na złapanie oddechu jest odrobinę kabaretowy „Free Stuff” – to poczucie wywołuje we mnie tekst, zaśpiew oraz wykorzystane dęciaki. Kompletną zmianę klimatu czuć w melancholijnym „Let It Down” z marszową perkusją, minorowym fortepianem, a na koniec atakuje nas perkusja. I wtedy wchodzi na morza liryzmu, dzięki prześlicznemu „Perfect Time” oraz „Lullaby”, by w finale rozbawić swoją „The Ballad of Yaya”.

Sam Ebert ma głos niczym kameleon, dopasowując się do reszty, a nawet współtworząc klimat całości tak barwnej i bogatej, ze trudno przejść wobec tego kompletnie obojętnie. Każda piosenka tworzy spójną, odrębną całość, łącząc się w niesamowite przeżycie zapadające w pamięć na długo.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Terrific Sunday – Strangers, Lovers

strangers-lovers-b-iext36436432

Czas na debiutantów z zeszłego roku. Poznańska grupa Terrific Sunday działa od 2013 roku w składzie: Piotr Kołodyński (wokal, gitara), Stefan Czerwiński (gitara basowa), Maks Mikulski (gitara) oraz Artur Chołoniewski (perkusja). Do tej pory wydała dwie EP-ki, koncertowała na wielu festiwalach, przykuwając uwagę fanów muzyki alternatywnej. Rok temu wyszedł debiutancki album wyprodukowany przez doświadczonego producenta Marcina Borsa, znanego ze współpracy z Hey.

Początek jest dość spokojny i wyciszony, bo tak można określić „Another Slowly Leaves”, by potem doszły rozanielone wokale, coraz szybsza perkusja oraz przesterowana gitara. Znacznie dynamiczniejsze jest „Sold My Soul” z gitarą wybrzmiewającą niczym syrena alarmowa. Także metaliczne „Petty Fame”, które z sekundy na sekundę rozpędza się dzięki grze perkusji oraz gęstszym riffom. „Wallpapers” jest bardziej melancholijne, a ponury klimat dopełniają przerobione wokale, także wolniejsza gra gitar, podobnie jak w „Coda”.

Kompletną niespodzianką jest instrumentalny „Frenulum” oparty na dziwnych dźwiękach tła, budzących dezorientację oraz powolnych dźwiękach basu. Po tym krótkim utworze wracamy do krainy rozmarzenia, dzięki przebojowemu „Streets of Love” (bas z gitarą rozkręcają się w sposób szalenie melodyjny) oraz stonowanemu, lecz nieziemskiemu „Days Go By” czy „Get Lost”.

Nad wszystkim czuwa duch brzmienia brytyjskiego, ale prezentuje się tutaj bardzo przyzwoicie oraz diablo przyjemnie dla odbiorcy. Melodyjność jest, chwytliwość jest, przebojowość jest, porządny wokal jest – wszystko tutaj do siebie pasuje. Jedyne do czego można się przyczepić to fakt, że szybko się kończy ten materiał. Ale przecież zawsze można włączyć go od początku, prawda?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mayer Hawthorne – Man About Town

Mayer_Hawthorne_Man_About_Town

Amerykanie kochają soul, jazz i inne tzw. „czarne” brzmienia, co nie powinno nikogo dziwić, skoro są oni twórcami tych gatunków muzycznych. Specjalistów od soulowych dźwięków (przynajmniej za takiego w swoim kraju) uznano Mayera Hawthorne’a – pochodzącego z Michigan, białego (!!!) wokalistę oraz kompozytora, który wydał już czwarty album, zawierający tylko 10 utworów.

W zasadzie 9, bo tytułowy utwór to bardziej gospelowy numer śpiewany a capella. Reszta to już bardziej hołd dla klasyków z lat 70., co czuć w singlowym „Cosmic Love” z funkowym basem, przestrzennymi i ciepłymi klawiszami oraz uroczymi chórkami w tle. Czuć tutaj funk, jazz i tak fajnie to buja, że chciałoby się więcej. Atmosferę podtrzymują następne utwory: mieszające stare (funkowa gitara i dęciaki z fortepianem) z nowym (elektroniczna perkusja) „Book of Broken Hearts”, posiadające prześliczne smyczki na początku „Breakfast in Bed” czy bardziej skręcający pod elegancki pop „Lingerie & Candlewax”. Nawet fani reggae znajdą coś dla siebie w postaci „Fancy Clothes”.

Hawthorne czuje się przy tych dźwiękach jak ryba w wodzie i płynie niczym marynarz, idealnie współgrając z muzyką oraz niezłymi tekstami. Z jednej strony garściami czerpie ze stylistyki r’n’b lat 70., z drugiej robi to w bardzo współczesny sposób. Całość trwa zaledwie pół godziny i to w pełni wystarczy, żeby się nasycić, nie zanudzić, a jednocześnie wrócić do tego albumu.

7/10

Radosław Ostrowski

Rachel Platten – Wildfire

Rachel_Platten_-_Wildfire_%28Official_Album_Cover%29

Teraz to będzie lekkie pomieszanie z poplątaniem, ale po kolei. Pewnie wielu z nas (mnie także) nic nie mówi nazwisko Rachel Platten, które wypłynęło w zeszłym roku dzięki temu wydawnictwu. Ale prawda jest taka, ze nagrywała piosenki już w 2003 roku, dla niezależnej wytwórni, choć sama określiła to dzieło jako zbiór demówek. Podobnie było z następnym albumem „Be Here” z 2011 roku. Jednak dopiero tegoroczny „Wildfire”, wydany przez Columbia Records, uznawane jest za oficjalny debiut. Jeśli to brzmi skomplikowanie, to macie racje. Sama wokalistka oraz songwriterka nie robi sobie z tego zamieszania nic, wsparta tutaj przez producenta Bena Singera, idąc w stronę popu zmieszanego z soulem.

I rzeczywiście jest to ciekawa mieszanka, niepozbawiona mainstreamowego sznytu, który jest obecny od otwierającego całość „Stand by You”. Perkusjonalia, delikatne elektroniczne tło, przygrywający fortepian, wysamplowane dęciaki („Hey Hey Hallelujah” z letnią perkusją) czy różnego rodzaju cykacze. Jak strasznie mnie to ostatnie wkurza. I nawet jeśli pojawiają się ciekawe dźwięki (harfa w „Beaten Me Up”), to nie są zbyt mocno wyraziste, tonąc w zalewie plastiku. Nie brakuje jednak nośnych numerów jak singlowy „Fight Song”, który może się podobać czy pianistyczno-smyczkowy „Better Place”. Jeszcze wyróżnia się odrobinę westernowy „Lone Ranger” (chociaż ta perkusja i to „na na na” w refrenie wkurza), ale cała reszta to współczesny pop w najgorszym znaczeniu tego słowa, który można słuchać w różnych stacjach radiowych (nie podam nazw, gdyż każdy wie, o co chodzi), czyli taśmowa robota, nie wyróżniająca się z tłumu.

Sam wokal Rachel jest naprawdę niezły, ale nie wybija się z reszty innych, aspirujących artystek walczących o serca i dusze młodych, pryszczatych dzieciaków. Innymi słowy, „Wildfire” to nie jest materiał skierowany dla mnie. Cóż zrobić, technicznie trudno się do czegoś przyczepić, widać rękę profesjonalistów, ale brakuje jakiegoś ognia, ikry, zaryzykowania i mierzenia wyżej. Może następnym razem będzie lepiej?

5/10

Radosław Ostrowski