No Sinner – Old Habits Die Hard

Old_Habits_Die_Hard

Bluesa czują wszyscy bez względu na wiek, pochodzenie i kraj. Nie inaczej jest w przypadku kanadyjskiej grupy No Sinner. Kwartet z Vancouver kierowany przez Collenn Ronninson właśnie wydał swoją drugą płytę pod wielce mówiącym tytulem „Old Habits Die Hard”.

I brzmi to jak klasyczny blues zrobiony z pazurem, czyli gitara z sekcją rytmiczną robi swoje, a zadziorny wokal Ronninson podkręca atmosferę. Tak jest w szybkim „All Woman”, ocierającym się o western (tylko taki na sterydach) „leadfoot” z przesterowaną gitarą oraz agresywną harmonijką w tle. Chwilę oddechu daje spokojniejsze i prostsze „Tryin’”, które brzmi bardzo przyzwoicie. Klasycznego rocka (troszkę spod znaku Guns’n’Roses) czuć w zadziornym „Saturday Night”, a powrót do bluesowych korzeni jest obecny w „Hollow” z delikatnym wsparciem fortepianu, by znowu wrócić i dać czadu. „Get In Up” to takie AC/DC, tylko dwa razy szybsze i bardziej melodyjne, uspokajając się we „Friend of Mine” (pod koniec jednak riff ostrzejszy jest). I wtedy pojawia się dziwna konsternacja, spowodowana przez „Fading Away” z basem oraz perkusją brzmiąca niczym z lat 80., by wejść w mrok dzięki brudnemu „When the Bell Rings”.

Kompozycje są naprawdę solidne (nastrojowe i wyciszone „Lines on the Highway” ze ślicznymi smyczkami), ale największego pazura czuć pod koniec w ponad 5-minutowych numerach. Taki jest imprezowy „One More Time”, gdzie gitarowe riffy rozsadzają wszystko wokół siebie, a środek zwalnia bardziej w rejony psychodelii. Znaczcie cięższy i surowszy jest „Mandy Lyn” z riffami jadącymi niczym walec drogowy, a wrzask pod koniec wywołuje ciarki.

Collenn trzyma to wszystko w ryzach, muzyka sprawia wielką przyjemność i chociaż nie ma tutaj niczego nowego, to jest tutaj impreza. Dla fanów jest jeszcze wersja deluxe, zawierająca trzy dodatkowe utwory: rock’n’rollowy „Wait”, wolniejszy „I Know It’s a Sin” oraz ocierający się o country „Slippin’”. Dla fanów blues rocka to pozycja obowiązkowa i interesująca.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bracia Figo Fagot – Disco Polo

Disco Polo

Myśleliście, że już o nich nie usłyszymy? Że disco polo nie pojawi się na tym blogu i że tych dwóch wioch menów nie ma niczego nowego do zaprezentowania? I że nie będzie o chlaniu oraz bzykaniu? To się kurde, pomyliliście. Bracia Figo Fagot – jeden z najbardziej niezmordowanych duetow disco polo powraca, z nowym materiałem i starym podkładem. Album nosi podniosły i jedyny tytuł „Disco polo”, żebyśmy nie mieli wątpliwości z czym mamy do czynienia. Sami muzycy zapowiadali, że będzie to brzmienie post-metalowe.

Jeśli jednak jesteście ludźmi odważnymi oraz takimi twardzielami, że Chuck Norris mógłby być co najwyżej leśnym dziadkiem, a nie Strażnikiem Teksasu, to śmiało wejdźcie w tą niebezpieczną eskapadę. Już tytułowy utwór „Polska” brzmi jakby ktoś się bawił syntezatorem i pogrywał niczym Chopin czy innym kolesiem pod wpływem narkotyków. Jeszcze przewinie się „dens, dens, dens”, a refren pokazuje jak silny jest patriotyzm w narodzie („Schabowy, mazurek, żurek, kiszony ogórek/Wódka i flaki, skarpety i klapki/Ci co narzekają, niech z Polski spierdalają/A my łójmy do rana, Polsko kochana!”). to dopiero jednak jest rozgrzewka przed muzycznym Armageddonem. Singlowy „Najebany to do domu” trafia chwytliwym i spokojniejszym popisem klawiszy oraz wyciszonym, przebojowym refrenem, w którym wokalista Piotr Połać niebezpiecznie przypomina klasyka gatunku, czyli Zenka Martyniuka. Sam utwór jest opisem zwykłej imprezki gimbazy. Bardziej refleksyjne jest „Dziewczyno zawistna” z rytmicznym i skocznym bitem oraz trafnymi obserwacjami na temat picia („Nie po to z kumplami poszedłem na piwo, żeby z nimi gadać” czy „Nie po to Jezus zamienił wodę w alkohol, by szklaneczka była sucha”) oraz niezrozumienia między przedstawicielami obojga płci. „Tańczyła z bratem” pachnie naftaliną oraz szumem wiatru, a także wiejską potańcówką, gdyż o tym opowiada dramat niespełnionego tańca między podmiotem lirycznym a dziewczyną, co „tańczyła ślicznie”. Wracają tutaj wątki relacji polsko-cygańskich, jednak bez takich kontrowersji jak w przesławnej „Bożence” i jestem pewny, że będzie to kolejny weselny klasyk.

A jeśli tęskniliście za brzmieniem z lat 90., to popłyniecie z „Latem i morzem”, barwnie opisującym sposób spędzania czasu we wakacje (refren, gdzie zmieniają się miejsca akcji, ale sposób spędzania czasu taki sam – bania, bania, bania i szukanie jakiś sikorek). Pojawiają się także szumy wody oraz góralskie chóry, podnoszące całość na wyższy poziom. Ale bawimy się dalej, dzięki gościnnym występom braci z Juesej w wymownym kawałku „Ajem USA” o nieudolnym podrywie dziewczyny. Dodając jeszcze parę tekstów podrywacza („Twoja matka to jest saper, bo masz bombową figurę”). Na wyższy poziom abstrakcji oraz wręcz anielskiego klimatu wnosi nas „A w niebie grają disco polo”. Fani romantyzmu spod znaku new wave dostaną „Mętne oczy” z falującym wstępem oraz spokojniejszym głosem Połecia, gdzie znów obserwujemy sposoby poszukiwania dziewczyn. Podobny wątek porusza „Miłość, miłość, miłość”, potem przypominają za co kocha się disco polo („Disco polo dalej gra” z tekstem potwierdzającym wyższością tej muzyki nad innymi gatunkami – „Disco polo, disco polo/I niech inni się pierdolą”) i walczą z amnezją (galopujące „Co się wczoraj odjebało?”).

Wersja deluxe tego wiekopomnego dzieła zawiera jeszcze alternatywną wersję utworu „Polska” z dominującą rolą gitary elektrycznej oraz bardziej dancingowego „Disco polo dalej gra” dla zmyłki nazwanego „Albatros dalej gra”. Zmienna stylistyka może zaskoczyć fanów, a hejterów może przekonać do zmiany stanowiska wobec tego duetu.

Fanów duetu nie trzeba przekonywać do słuchania nowego dzieła, bo „Disco polo” to pełny destylat całego dorobku ze wszystkimi wadami i zaletami. Bez zabawy w subtelności, aluzje i dobry smak. Jest moc, energia, bezpretensjonalność oraz imprezowy charakter. Pora zaszaleć.

7/10

Radosław Ostrowski

Perfect – Muzyka

muzyka

Perfect jest jedną z tych kapel, których nie da się nie znać, jeśli chodzi o polską muzykę rockową. Grzegorz Markowski i spółka przez 30 lat nagrali tyle przebojów, że wiele kapel z zazdrości patrzy na ich dokonania. Po wydanym „DaDaDam” wydawało się, że zespół zamierza zakończyć swoją 30-letnią działalność. Nic z tego, co potwierdza najnowsze wydawnictwo, czyli „Muzyka”.

Muzycy rezygnują z pazura, a gitarę elektryczną zastępuje akustyczna. Czuć to od początku do końca. Czy to oznacza, że będzie nudno? Zaczyna się spokojnie, od akustycznego singla „Dobre dni” z płynącym, niemal walczakowym basem. „Zgaś papierosa” ociera się o country, z bardzo lekkim riffem, ogranowym popisem w środku i werblami. Bluesem czuć w „Czy to już” ze zgrabnym chórkiem w refrenie oraz „Tylko mnie kołysz” z mocną perkusją. Kołyszą oraz koją „Ludzie niepowszechni” z elektronicznie wplecionymi fletami oraz saksofonem, a „Ta sama krew” pachnie starym, szybkim rock’n’rollem z lat 50. Gdy wydaje się, że będzie tak przyjemnie i nastrojowo, klimat się zmienia w „Dzień jak dziś” – szum morza, pojedyncze dźwięki trąbki, bębenki i te niepokojące wejście gitary. Bardziej refleksyjny jest pianistyczny „Kocham się w życiu”, a ogień wraca w bluesowym „Za ile kobiet”, gdzie znowu pojawia się saksofon oraz solo na fortepianie. To najbardziej czaderski utwór w zestawie, po którym następuje bardzo romantyczny (pachnący odrobinę Francją) akustyczne „Daje słowo”, a sam finał świdruje instrumentalny „M.U.S.K.K.” idący w kompletnie nieoczywistym tropem (flamenco?), gdzie szansę mają wykazać się klawiszowiec oraz gitarzyści.

Tekstowo grupa zmierza ku bardziej refleksyjnym tematom przewijania, miłości (takiej dojrzalszej), życiu oraz samotności. I nie czuć tutaj żadnego fałszu czy oszustwa, w czym pomagają autorzy tacy jak Adam Nowak czy Bohdan Olewicz. Markowski ze swoim głosem dalej robi swoje i potrafi chwycić za gardło („Dzień jak dziś”, „Za ile kobiet”), sporadycznie jednak efekty psują żeńskie chórki jak w „Za ile kobiet”.

Moim skromnym zdaniem, bardziej podobał mi się ostrzejszy i stricte rockowe „DaDaDam”, gdzie panowie pokazali, że mimo upływu lat, nadal potrafią zagrać z ogniem oraz mocą, ale i ten refleksyjny, bardziej jesienny materiał nie powinien rozczarować fanów Markowskiego i spółki. To inny rodzaj „Muzyki” po prostu. I tyle.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ingrid Michaelson – It Doesn’t Have to Make Sense

ItDoesntHaveToMakeSense

Ta amerykańska wokalistka oczarowała mnie swoją poprzednią płytą „Lights Out”, dając wszystko to, za co kocha się muzykę niezależną. Minęły już dwa i pora przyszła na nowe, siódme wydawnictwo artystki pod prowokującym tytułem „It Doesn’t Have to Make Sense”, sama produkując.

I jest to mieszanka popu spod znaku fortepianu jako instrumentu przewodniego, wspieranego przez różnej maści elektronikę. Początek jest mocny i przebojowy w postaci „Light Me Up”, który zaczyna się od wszelkich szumów oraz nakładających się głosów, do których dołącza przyspieszająca perkusja oraz skoczne klawisze. Dalej jest równie intrygująco i tajemniczo, ale też i z potężną dawką czarów dźwiękowych jak w prześlicznym „Whole Lot of Heart” z minimalistyczną perkusją, przestrzenną niczym echo gitarą oraz elektronicznymi ozdobnikami, że można się w tym zakochać. W utworze znaczy się. Bardziej dynamiczna jest „Miss America” z szybką grą gitary oraz przestrzennymi klawiszami w zwrotkach, chociaż niebezpiecznie zbliża się do brzmienia plastikowego.

Echo fortepianu w melancholijnym „Another Life” zderza się z dyskotekową perkusją i smyczkami, przypominając troszkę ostatnie dokonania Florence + The Machine. Bardziej wyciszone jest „I Remember Her” oraz „Drink You Gone”, gdzie jest tylko wokal i fortepian (w tym drugim są jeszcze poruszające smyczki). I kiedy wydaje się, że już tak pozostanie pojawia się singlowe „Hell No” – najbardziej dynamiczne, rozbudowana zadyma pełna bujającej elektroniki, wrzasków, bitów. Takiej Michaelson nie spodziewał się nikt. Takie samo wrażenie robi klaskane „Still the One”, gitarowo-akustyczne „Celebrate” z gościnnym solo smyków oraz finałowe „Old Days”.

Sama Michaelson zaskakuje swoimi zdolnościami wokalnymi – od spokojniejszego, wręcz szeptu aż po bardziej ekspresyjne momenty, pozostając dziewczęco urocza. Idealnie pasuje do tych różnorodnych stylistycznie utworów, spajając je w jedną całość. Alternatywa brzmi po prostu świetnie.

8/10

Radosław Ostrowski

Lucy Woodward – Til They Bang On The Door

005557658_500

Ta urodzona w Londynie amerykańska wokalistka, kompozytorka i autorka tekstów zgrabnie balansuje w brzmieniach między popem a r’n’b. Teraz wraca do tego pierwszego, zahaczając o jazz w swoim nowym, czwartym albumie.

Zaczyna się od monotonnie grających, pojedynczych dźwięków trąbek w „Ladykiller”, który po minucie nabiera rumieńców, co jest zasługą zadziorniejszej gitary elektrycznej oraz sekcji rytmicznej, dającej do pieca. Singlowy „Kiss Me Mister Histrionics” pachnie popem lat 80., co czuć w uderzeniach perkusji, funkowemu basowi oraz elektronice. Buja to przyjemnie, a męskie wokale w tle przypominają troszkę Prince’a. Bliżej naszych czasów jest minimalistyczny „Be My Husband” (cover Niny Simone) z gościnnym udziałem Everetta Bradleya oraz sporadycznymi wejściami Hammoda. To jednak jedyny taki wyskok, bo reszta tak pachnie starym stylem, że zanurzenie się w nim jest nieuniknione.

„I Don’t Know” to skok w lata 70., gdzie mamy tutaj bujającą gitarkę, skoczny fortepian i niemal gospelowy chór. Bardziej mroczne (przynajmniej na początku) jest „Too Hot To Last”, gdzie same dęciaki budzą niepokój, a co dopiero dołączone klawisze oraz perkusja (poprzedzone to krótkim „Interlude: Hush”), by uspokoić się walcem „Never Enough” zagrane na gitarach, by w połowie skręcić w bardziej oniryczne klimaty (dziwaczne smyki, trąbki i akordeon), a następnie podkręcić tempo rytmicznym „Live Live Live” pachnącym żywszym wcieleniem r’n’b (perkusja niczym bit hip-hopowy) oraz bardziej horrorowym środkiem – ten klawesyn, kotły i chór!!!. Wszystko się wycisza w nastrojowym „Free Spirit” rozegranym tylko na głos Lucy oraz fortepian.

I na sam koniec dostajemy dwa najlepsze numery – „If This Was a Movie” ma w sobie odrobinę mroku, dzięki Hammondom oraz pulsującym klawiszom, ale gdy wchodzi gitara robi się naprawdę ciekawie. Kompletnym zaskoczeniem jest finałowy „The World We Knew (Over and Over)” z kwartetem smyczkowym na przodzie. W wersji deluxe są jeszcze umieszczone dwa utwory w wersji koncertowej nagrane z zespołem Snarky Puppy, z którym Woodward współpracuje od lat i dorównują temu, co słyszymy na płycie.

Jeśli czujecie potrzebę rozgrzania się po chłodnym i zimnym dniu, to „Til They Bang On The Door” jest odpowiednim towarzystwem na te chwile. Dynamiczny, czarujący i przebojowy ze świetnym wokalem Lucy, potrafiącą być odpowiednio zmysłową, ale i refleksyjną. Prawdziwe czary, nie?

8/10

Beth Hart – Fire on the Floor

Beth-Hart-Fire-On-The-Floor-cover-696x696

To jedna z najbardziej rozpoznawalnych gwiazd współczesnego bluesa, wspierana przez Jeffa Becka oraz Joe Bonamassę. Zawsze nie schodziła poniżej swojego wysokiego poziomu, o czym świadczy ten 13. już album, zrealizowany zaledwie rok po „Better Than Home”.

Na poprzedniku było bardziej melancholijnie, ze sporą ilością dęciaków. Tutaj jest bardziej różnorodnie, a zaczyna się od „Jazz Man” – knajpiarski blues z domieszką jazzu (dęciaki i fortepian na pierwszym planie), który brzmi bardzo przyzwoicie. Szlak ten kontynuuje „Love Gangster” z płynącą gitarą elektryczną oraz niezawodnymi Hammondami (refren brzmi wybornie) oraz lekka „Coca Cola” pozwalająca sobie na mocniejsze wejścia gitary. Odrobinka funku wchodzi przy bujającym „Let’s Get Together”, co może na początku wywołać konsternację.

I kiedy wydaje się, że dalej będzie podobnie, wchodzi „Love is a Lie”, a wtedy robi się ciężej. Gitary siarczą, klawisze z fortepianem tworzą solidne tło, a Beth swoim głosem mogłaby wysadzić budynki (ale tak robi w każdym utworze). „Fat Man” jest bardzo southern rockowy, z surowymi riffami oraz kolejnym pokazem talentu pianistycznego. A tytułowy utwór to już klasyczne bluesisko z krwi i kości, gdzie symbioza gitary z dęciakami oraz fortepianem jest bardzo silna. Po tym utworze następuje wyciszenie, odzywa się fortepian (nic nowego) i wiolonczela (tego się nie spodziewałem) w jesiennej balladzie „Woman You’ve Been Dreaming Of”, która urzeka swoim klimatem. To jednak krótka przerwa przed przyspieszeniem w postaci skocznego „Baby Shot Me Down” z mocnym refrenem oraz trzymającym za gardło „Good Day To Cry”.

Sama Hart jest w wysokiej formie, a głos ma bardzo potężny – gdy trzeba jest bardzo delikatny, wyciszony, ale jak ryknie, to nie ma przebacz. Jest wtedy ogień, jakiego dawno nie było słychać, a same kompozycje robią bardzo dobre wrażenie. Różne oblicza bluesa od tego bardzo ostrego i gitarowego, po stonowany, knajpiarsko-pianistyczny, refleksyjny. Mi ta różnorodność bardzo odpowiada i jest ogromnym plusem.

8/10

Radosław Ostrowski

Bob Dylan – Bob Dylan (remastered)

Bob_Dylan_-_Bob_Dylan

Wczoraj doszło do sensacyjnego wydarzenia bez precedensu. Wybitny wokalista, gitarzysta, kompozytor i autor tekstów Bob Dylan otrzymał Literacką Nagrodę Nobla. Z tej okazji postanowił przesłuchać niedawno schwytany przeze mnie debiutancką płytę, wydaną w 1962 roku.

Za produkcję odpowiadał John H. Hammond, znany także z silnego wspierania ruchów społecznych oraz pracy krytyka muzycznego. Była to tak ważna postać, że od jego nazwiska pochodzi nazwa klawiszy. Ale wracając do Dylana, jest to płyta stricte folkowa z domieszką bluesa, gdzie jest tylko on, gitara i harmonijka ustna. Zaczyna się od szybkiego „You’re No Good”, który brzmi po prostu tak czadersko, na ile pozwala sprzęt. W podobnym tempie utrzymany jest „Talkin’ New York”, gdzie opisuje swoje dni w Nowym Jorku, rządzącym przez pieniądz. „In My Time of Dyin’” to już bardziej bluesisko, gdzie gitara gra mocniej i ostrzej, przyspieszając między zwrotkami w „Man of Constant Sorrow” oraz w całym „Fixin’ To Die”. I ta mieszanka szybkiego folku z zadziornym bluesem dominuje przez całość płyty, broniąc ją przed zębem czasu. I mógłbym wymieniać takie tytuły jak „Baby, Let Me Fellow You Down” czy znany z wykonania zespołu The Animals „House of The Rising Sun”, ale to mija się z celem.

Sam Dylan czasami bardziej podnosi glos niż śpiewa i robi to miejscami dość nieczysto (czytaj: fałszuje), ale jak zawsze w tego typo produkcja najważniejszy był tekst. A w nich opowiada o Nowym Jorku, niespełnionej miłości, samotności oraz hołd dla folkowej legendy, Woody’ego Guthrie.

Ponieważ jest to remastering, to dostajemy jeszcze dodatkowy album z nową zawartością. I jest nią umieszczony na stronie B singiel „Mixed-Up Confussion” zagrany z zespołem (jest jeszcze perkusja i fortepian) oraz wersje live ze studia, gdzie słyszymy pierwsze wersje takich utworów jak „Roll On John” czy „Blowin’ In the Wind”.

Debiut był zapowiedzią nowego talentu i chociaż następne wydawnictwa przyniosły wielkie przeboje, to bez tego debiutu nie byłoby o tym mowy. Jakość samych dodatków też nie zawsze jest najlepsza (są szumy, słychać dźwięk igły), ale to tylko dodaje smaczku do tego wydawnictwa. Świetna płyta, od której można zacząć spotkanie z noblistą Dylanem (nadal nie mogę się przyzwyczaić do wymówienia tego).

8/10

Radosław Ostrowski

Phil Collins – Dance Into the Light (deluxe edition)

dance into the light

Jest rok 1996 i rozpadł się zespół Genesis, ale Phil Collins nadal działa. Po dość chłodnym przyjęciu „Both Sides” wujek Phil postanowił wrócić do tego, co umiał najlepiej – popowego sznytu okraszonego czarnymi dźwiękami. I tak powstał album „Dance Into the Light”, zrealizowany według sprawdzonej formuły.

Już tytułowy utwór, pełen dęciaków, żwawej perkusji oraz płynącego basu daje nam pojęcie z czym mamy do czynienia. I jeszcze przewijające się w tle klawisze oraz chórki. Podobnie jest w akustycznym „That’s What You Said”, ale wiele się zmienia w „Lorenzo”. Orientalnie brzmiące flety, afrykańska perkusja – czegoś takiego nie powstydziłby się Paul Simon. Wolniejsze tempo utrzymuje „Just Another Story” z ponurym basem oraz melancholijnymi dęciakami (na końcu jedynie trąbka szaleje) jakby to Peter Gabriel stał za tym. To jednak jedyne smutne momenty na tym żywiołowym albumie. „Wear My Hat” z pędzącą na złamanie karku perkusją (znowu Paul Simon się kłania), ciepły, gitarowy „It’s In Your Eyes”, oparty na perkusjonaliach oraz klawiszach „Oughta Know By Me”, szybka gitara jazzująca w skocznym „Take Me Down”, wracający do etniki „River So Wild” z dziką gitarą w finale czy zgrabnie wplecione dudy w „The Times They’ Are A-Changin'”. Dzieje się wiele i poniżej wysokiego pułapu nie schodzi.

I tak jak przy poprzednich zremasterowanych wydawnictwach Phila, tak i tutaj jest dodatkowa płyta. I tak jak poprzednio są utwory w wersji live, demo oraz niepublikowane wcześniej utwory. Różnice w wersjach koncertowych są niewielkie, ale pokazują jakim zwierzęciem scenicznym był Collins w czasach swojej świetności, gdyż słucha się tego rewelacyjnie. Posłuchajcie koniecznie „River So Wild” czy „Wear My Hat”, by się o tym przekonać. Demówki są dwie i obydwie wypadają całkiem nieźle („Lorenzo” i „That’s What You Said”). A sam koniec trzy ekstra numery i trzeba przyznać, ze nie odbiegają poziomem od reszty. „Another Time” wydaje się być bardziej wyciszony od reszty, z funkową gitarą oraz popisami pianistycznymi w środku. Podobnie nastrojowy jest „It’s Over”, gdzie znowu przewodzi całości fortepian – obydwa te utwory mogłyby się znaleźć na „Both Sides”. Klimatem do tego wydawnictwa zbliża się przebojowe „I Don’t Want To Go” z klaskaną perkusją.

Po latach jedno można powiedzieć bez cienia wątpliwości – „Dance Into the Light” to kawał solidnego brzmienia made by Phil Collins. Nie jest ono może aż tak spójne klimatem jak „Both Sides” czy aż tak przebojowe jak poprzednie płyty, niemniej trudno się do czegokolwiek przyczepić. Dobry album z fajnymi dodatkami oraz zremasterowanym dźwiękiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jan Bo – Kawa i dym

kawa-i-dym-b-iext44170680_7060

Jan Borysewicz to jeden z bardziej rozpoznawalnych gitarzystów rockowych w naszym kraju. Poza działalnością w macierzystym Lady Pank, muzyk działa też na własną rękę od lat ze swoim własnym projektem zwanym Jan Bo. Poza nim grupę tworzy basista Wojciech Pilichowski oraz nowy perkusista, Radosław Owczarz. I w tym składzie wyszedł piąty album Jana Bo, czyli „Kawa i dym”.

Sam początek wywołuje skojarzenia z Lady Pank, bo „Na drugi raz” mogłoby zostać nagrane przez tą formację, a śpiewałby Panasewicz. Delikatny, wręcz cichy utwór z płynącą gitarą ładnie buja. I kiedy wydaje się, że tak już zostanie to „Bananowy dżem” kompletnie zmienia klimat, idąc ku bardziej hard rockowemu brzmieniu, riff jest cięższy, perkusja mocna. „Znów od początku” to powrót do oazy spokoju, z ładnymi riffami pod koniec, gdyby nie werblowa perkusja. Tytułowa kompozycja jest bardziej skoczna i pachnąca bluesem na kilometr, podobnie jak mroczniejszy „Jeśli tam nie ma nic” ze zgrabnie wplecioną elektroniką i ostrzejszy „Zawsze można dalej”.

Janek z gitarą bawi się świetnie nie bojąc się nawet skręcić w boogie („Przez słuchawkę”), bluesie („Odczep się, Kostucho”), hard rocku („Zostanę z tobą na zawsze” czy szybkie „Trzy wiadomości”) czy nawet metalu (kompletnie nie do poznania „Farby piekła”), ale udaje się tutaj zachować spójność. Spoiwem łączącym jest gitara Borysewicza oraz jego niezły wokal. Żeby jednak nie było, Janek zaprosił kilku gości, którzy dali z siebie wszystko i nie wywoływali poczucia dyskomfortu. Piotr Cugowski, Piotr Rogucki, Igor Herbut, Damian Ukeje i Ruda z Red Lips zrobili swoje.

„Kawa i dym” to kawał mocnego, rockowego grania i pokazuje troszkę inne oblicze Borysewicza. Gitarzysta tutaj serwuje różne oblicza muzyki z gitarą na pierwszym planie. Dla mnie spora niespodzianka, ale nie zrażajcie się ilością piosenek (aż 14), bo czas zleci jak z bicza strzelił. Mocna rzecz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nick Cave & the Bad Seeds – Skeleton Tree

Skeleton_Tree_%28album%29

Tego twórcy przedstawiać nie trzeba – Nick Cave to taka firma, że czegokolwiek się podejmie przekuwa się w sukces. Jednak ta ostatnia płyta powstała w dość szczególnych okolicznościach, o czym wiele osób wie. Śmierć 15-letniego syna mocno odcisnęła piętno na Nicku, który postanowił swój ból w sztukę, a bardzo oszczędna okładka, przypominająca obraz z monitora, daje wiele wskazówek co do treści.

Utworów jest tylko osiem, ale więcej nie trzeba. Jest surowo, bardzo mrocznie i wręcz przygnębiająco. Taki obraz daje otwierający całość „Jesus Alone”. Świdrująca niemal gitara, dziwaczny gwizd wsparty przez ambientowe tło, sporadyczna, marszowa perkusja, a w krótkim refrenie delikatnie swoje miejsce naznacza fortepian. I na finał (ostatnia minuta) przebijają się krótko wchodzące smyczki. Sam Cave bardziej recytuje niż śpiewa, ale od tego nie robi się radośnie i ciepło („With my voice I am calling you”). Pozornie przystępniejsze są „Rings of Saturn” z ciepłymi klawiszami na pierwszym planie, prowadzącymi nas w przestrzeń i czuć tutaj ducha dawnego Cave’a – podobnie jest w utworze tytułowym. Melancholia oraz mrok wraca w „Girl in Amber”, gdzie pojedyncze dźwięki ambientowe, tworzą niby kołysankowy nastrój, przypominające trochę „Mermaids” (podobnie zaśpiewany refren oraz smęcące wsparcie w tle) i tak samo niepokojący (niby tylko na końcu mówi „Don’t touch me”, ale robi to w taki sposób, że nie da się przejść obojętnie).

Ten nieprzyjemny klimat pojawia się także w „Magneto”, gdzie na pierwszy plan wybijają się elektroniczne eksperymenty i zapętlenia, z delikatnym fortepianem (dodaje on odrobiny nadziei) oraz… gitarą akustyczną. Pozornie wydaje się dziwnym połączeniem, ale działa ono znakomicie, chociaż dość szybko się kończy. „Anthrocene” to najbardziej psychodeliczny utwór w tym zestawieniu, co jest zasługą szybkiej gry perkusji oraz dziwacznego zapętlenia ambientowego, chórków, wibrafonu oraz pasaży świdrujących, tajemniczych. Chwyta za serce „I Need You” z organami na przodzie oraz intrygującymi dodatkami jak wokalizy, wibrafon oraz bardziej barwna perkusja, a także zaśpiewany w duecie z Else Torp (głos niemal jak Kate Bush) „Distant Sky”.

Można odnieść wrażenie, że jest to monotonny album, ale trudno przejść obojętnie wobec tych negatywnych emocji – bólu, gniewu, depresji płynących w tekstach, będących opowiastkami osób trzecich o stracie i radzeniu sobie z nią. Także sam Cave inaczej wykonuje swoje utwory – bardziej podłamany, wyniszczony, przygnębiający. Dla mnie to najlepszy Nick Cave od czasów morderczych ballad z 1996 roku. I koniecznie posłuchajcie tego w nocy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski