Madeleine Peyroux – Secular Hymns

okładka

W tym roku 20-lecie pracy artystycznej świętowała kanadyjska wokalistka oraz gitarzystka jazzowa Madeleine Peyroux. A nic nie sprzyja takim jubileuszom jak wydanie nowego albumu. Kolejny raz wspierana przez gitarzystę Jona Heringtona oraz basistę Baraka Moriego zmierzyła się z piosenkami niewłasnego autorstwa.

Same pieśni brzmią bardzo różnorodnie, a skromne aranżacje tworzą spójny klimat. Zaczyna się od pachnącego latami 50. bujającym „Got You on My Mind”, gdzie swoje robi kontrabas oraz delikatna gitara. Następne w kolejce jest tango „Tango Till They’re Sore”, prowadzona przez wiolonczelę, a także przez mandolinę doskakującą w połowie. Spokój wraca z gitarowym „The Highway Kind”, by zaskoczyć z przeplatanymi głosami, delikatnie żwawszym „Everything I Do Gonah Be Funky” oraz „If The Sea Was Whiskey” z wyraźniejszą obecnością gitary elektrycznej.

Ta przeplatanka nastrojów i emocji działa dobrze, a takie piosenki jak „Hard Times Come Again No More” (bardziej refleksyjna gitara, a także zaśpiew w refrenie) czy gitarowy blues „Shout Sister Shout” zostaną w pamięci na długo. Sam głos pani Peyroux to coś między delikatnością Stacey Kent a zmysłowością klasyków gatunku pokroju Elli Fitzgerald. Jest bardzo delikatnie, ale nie przelotnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Katie Melua – In Winter

in winter

Zima się powoli zbliża. Przynajmniej dotarła już do sklepów, gdzie zaczęły pojawiać się albumy ze świątecznymi lub zimowymi piosenkami. Do tego szerokiego grona wykonawców pieśni jednego sezonu dołączyła mieszkająca w Wielkiej Brytanii gruzińska dziewczyna z gitarą – Katie Melua. Żeby jednak nie była taka sama, wspiera ją gruziński kobiecy chór Gogi. I tak powstało „In Winter”.

Zaczyna się intymnym, wręcz kameralnym „The Little Swallow” śpiewanym a capella… po ukraińsku (podobnie jest w „Cradle Song”). Szkoda, że taki krótki. Nie mogło zabraknąć obowiązkowego „River” od Joni Mitchell, gdzie już pojawia się gitara akustyczna, ale też jest wiele własnych kompozycji, jak pilotujące wydawnictwo „Dreams on Fire” czy „Perfect World”, w którym odzywa się także fortepian. Melua trzyma się swojego minimalistycznego stylu, próbując czarować swoim głosem oraz klimatem, zaś sam chór jest zepchnięty do roli spokojnego, wręcz bezpiecznego tła. Potrafi zaskoczyć lekkością jak w żwawym (w porównaniu z resztą) „A Time to Buy” czy gwizdanym „Plane Song”.

Dla mnie najmocniejsze wrażenie zrobiło „If You Are so Beautiful”, gdzie chór potęguje aurę niesamowitości, ale też i spokoju. Może i troszkę ten album wyszedł za wcześnie, jednak nie jest problemem włączenie go w grudniu, gdy śnieg już maksymalnie przysypie. Wtedy klimat jeszcze bardziej będzie się czuło. 

7/10

Radosław Ostrowski

 

T. Love – T. Love

t-love-remiera

Minęły cztery lata odkąd Muniek Staszczyk i jego wesoła kompania z Częstochowy zaatakowała swoim dwupłytowym wydawnictwem. Jednak panowie nie opieprzali się (Muniek zadziałał ze starymi kumplami z formacji Shamboo), by powrócić w pełni sił z nowym dzieckiem, nazwanym po prostu „T. Love”. Czyżby panowie wrócili do początków swojej drogi spod znaku rock’n’rolla?

Otwierający całość singlowy „Pielgrzym” to melodyjny i chwytliwy kawałek, gdzie swoje robią klawisze w tle, a także lightowa gitara. Funkową energię czuć w „Bum Kassndra”, gdzie basik z klawiszami skręcają w lata 70., a skoczna melodia skontrastowana jest z gorzkim tekstem, zaś „Alkohol” ma gorzką gorycz brytyjskiego punka, pokazując swoją destrukcyjną siłę. Żeby jednak nie było tak do śmiechu, to pojawia się kilka ponurych oraz nieoczywistych numerów jak niemal dyskotekowe „Siedem” niczym w starych numerach kapeli (refren) czy bluesowym „Blada”, którego nie powstydziłby się ani Mark Knopfler czy Eric Clapton z dominującym fortepianem.

Dla mnie jednak prawdziwą petardą jest „Niewierny patrzy na krzyż”, gdzie gitary nakładają się na siebie, a perkusja tworzy oniryczny klimat razem z nowofalową wręcz elektroniką. Szokiem była dla mnie „Marta Joanna od aniołów”, mocno idąca w… gospel oraz „czarne” brzmienia, wspierana przez wzruszający tekst, „Marsz” rozsadza swoją wściekłością, a „Lubitz i Breivik” bardziej pachnie latami 80. (śpiewane chórki w refrenie) idzie w stronę publicystyki, jednak nie wywołuje irytacji. Rozczarowuje „Warszawa Gdańska” – spokojna, delikatna kompozycja, która nie do końca mnie przekonuje swoim rytmem oraz tekstem, chociaż gitara z odrobinę psychodeliczny saksofon mogą się podobać. Drugim dziwadłem jest folkowy „Moi rodzice”, który bardziej pasowałby do „Old is Gold”, ale osobisty tekst Muńka opowiadający o swoich rodzicach może zwrócić swoją uwagę. Jednak wszystko wywraca do góry nogami skrętem w disco („Ostatni gasi światło”)

Muniek w swoich tekstach coraz bardziej przygląda się światu i nie kryje rozczarowania. Wściekły wobec podziałów („Marsz”), rozmyśla nad szaleństwem terrorystów („Lubitz i Breivik”), brakiem wiary („Niewierny patrzy na krzyż”), wojną i pijaństwem, a także nad historią („Ostatni gasi światło”). Niby utwory są skoczne i melodyjne, ale to tak naprawdę refleksyjne i dające do myślenia dzieło. I cieszy też fakt, że grupa próbuje stworzyć coś nowego i świeżego, chociaż nie wszystko gra jak powinno, ale Muniek nadal jest w formie (zarówno tekstowo, jak i wokalnie – posłuchajcie finałowego „Kwartyrnika”).

T. Love mimo 30 lat na karku nie zdziadziało i nie straciło swojego rock’n’rollowego pazura, ale robi to też z głową. A jak was nie przekonałem, to hak z wami.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Flotsam and Jetsam – Flotsam and Jetsam

Flotsam_and_Jetsam

Muzyka heavy metalowa trzyma się dobrze, zarówno w wydaniu krajowym, jak i zagranicznym. Grupą, którą tu przedstawię działa od ponad 30 lat i pochodzi z Phoenix. Trzonem kapeli jest wokalista Eric Knutson, gitarzysta Michael Gilbert oraz basista Michael Spencer. Ostatni album wydali 4 lata temu i w tym czasie zmienili się perkusista (Craiga Nielsena zastąpił Jason Rittner), a także drugi gitarzysta (działającego od początku Edwarda Carlsona zmienił Steve Conley). W tym nowym składzie powstał 12 album nazwany po prostu „Flotsam and Jetsam”.

Zazwyczaj jest tak, gdy kapela wydaje album z tym samym tytułem, co zespół i nie jest to debiut, oznacza to powrót do korzeni. Nie do końca tak jest, ale otwierający całość „Seventh Seal” pachnie ciężkimi, trashowymi riffami wplecionym w galopującą perkusję. Czyli śmieciowo, agresywnie, a także w czaderskim riffem w środku. Jest energia? Nawet, jeśli pojawiają się momenty melodyjnego spokoju (epicki początek napierdalającego niczym rakieta „Life is a Mess” czy krótkie, niemal progrockowe „The Incarnation”), to są bardzo krótkie w imię klasycznej zasady: no ballads, no bullshit. Naładowany riffami „Taser”, bardziej melodyjny „Time to Go” wydają się potwierdzać tą tezę. Podobnie jak będący hołdem dla klasyków brytyjskiego ciężkiego grania „Iron Maiden” (poza wokalem ten utwór mogła nagrać grupa Bruce’a Dickinsona) czy najmroczniejszemu w tym zestawie (perkusyjno-gitarowy, wręcz epicki wstęp) do „Verge of Tragedy” – ciężkiego jak diabli, pod względem klimatu, w „Creeperze” zaś przewija się echo niczym odgłosy duchów wspartym przez metaliczny bas na początku.

Panowie wiedzą jak robić mocną rąbankę i działają na nerwy tak jak trzeba. Gitary tną jak trzeba, może nie wszystkim podobać się nadekspresyjny wokal Knutsona, jednak w tej konwencji pasuje do całości. Trudno właściwie wyróżnić jakiś kawałek, bo wszystko trzyma wysoki poziom i nie zlewa się to w jedną całość. Na tą porę roku można brać zamiast grzańca.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bisz/Radex – Wilczy humor

biszradex

Bisz to jeden z najbardziej wyrazistych polskich raperów, co pokazał trzy lata temu „Wilk chodnikowy”. Tym razem Jarek Janiszewski postanowił połączyć siły z niejaki Radexem, by skręcić w stronę brzmień muzyki alternatywnej. Bo nie wiem, czy wiecie, ale Radex to naprawdę Radosław Łukaszewicz – gitarzysta i kompozytor zespołu Pustki. Z tego musiało powstać coś interesującego.

Jest sporo elektroniki i żywego instrumentarium (perkusja, gitara), które jest płynne i dodaje smaku. Taki jest wręcz pulsujący „Grymas losu”. „Pogoń” jest szybsza (przyspiesza perkusja oraz bas), a w tle są rożne krzyki i zawołania, z wysamplowanymi dęciaki czy singlowy „Potlacz!” ze świetnymi, funkowymi klawiszami, minimalistyczną perkusją oraz gitarką, która pod koniec wybucha razem z resztą instrumentów (refren śpiewa Radex). Kiedy wydaje się, że nic nie zaskoczy to wtedy pojawia się jazzowy „Nie mam głowy” (fortepian oraz Hammond pod koniec wymiata) oraz pełen mrocznej, wręcz metalowej elektroniki „Znak zapytania”, gdzie w połowie dochodzi do klaskaniny.

Wejście w dawny retro klimat (i powrót do jazzu) następuje w tytułowym utworze, gdzie zapętla się Hammond, pojawia się odrobinę futurystyczna elektroniką. Dodatkowo w środku jeszcze wchodzą dęciaki. „Niewiara” wywraca wszystko do góry nogami, idąc w skrajny minimalizm, przynajmniej na początku. Perkusja oraz dziwaczne dźwięki zmieszane z echem wybijają się, ale po niecałej minucie wchodzi podnosząco-opadajaca się dyskotekowa elektronika. Odrobinę wschodem pachnie „Drugi grymas losu” (harfa, tamburyn), co spowodowany pomrukami. Szybki „Nie obrażaj się” siedzi obok wręcz dyskotekowego „Dorośli” oraz dowcipnie zapętlone „Brudne buty” (elektronika niczym z Amigi czy innego 8-bitowego cudaka).

Sam Bisz ma taką nawijkę, że głowa mała. Miesza humor z powagą („Brudne buty”), delikatnie serwuje popkulturowe skojarzenia (gang Olsena w „Pogoni”, całowanie żaby, by się zmieniła w księcia w „potlaczu”), z dystansem przygląda się swojemu fachowi (dwie części „Grymasu losu”) oraz atakuje konsumpcjonizm, hipokryzje („Potlacz!”, „Dorośli”), propagując wierność samemu sobie oraz swoim zasadom („Nie mam głowy”). Wszystko polane ironicznym humorem („Brudne buty”, utwór tytułowy, w zasadzie każdy utwór).

Bisz znowu to zrobił, a wilk w nim silnie siedzi. Nie jest to jednak zwierzę agresywne i żrące wszystko, co się napatoczy, ale zdystansowany, złośliwy oraz błyskotliwy. Jesteście gotowi wypłacić światu mentalnego liścia?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Norah Jones – Day Breaks

NorahJonesDayBreaks

Powiem wprost: uwielbiam Norę Jones i na każdą jej płytę czekam z dużym oczekiwaniem. Po trzech latach przerwy wokalistka wraca z nowym materiałem. „Day Breaks” jest klasycznym jazzem, przypominającym grę w starych knajpach sprzed wielu dekad. Spokojne, delikatne dźwięki fortepianu wspierane przez perkusję i kontrabas tworzą świeżą jakość, co jest pewnym paradoksem.

I takim spokojem zaczyna się „Burn” – wybija się tutaj kontrabas i minimalistyczna perkusja, by w połowie zrobić miejsce dla saksofonu, ożywiając się pod koniec. Bogatsze instrumentarium jest w „Tragedy”, gdzie pojawia się klasyczny, niezawodny Hammond, dynamiczniej jest w lekko funkowym „Flipside” z rytmicznym basem oraz krótkim riffem gitarowym (końcówka rewelacyjna). Zwiewnie i klasycznie jest w oldskulowym „It’s A Wonderful Time For Love” oraz melancholijnym, oszczędnym „And Then There Was You”. Przełamaniem jest tytułowy utwór, gdzie mocniej swoją obecność zaznacza gitara elektryczna (wyciszona i spokojniutka) oraz smyczki z saksofonem.

Skoczna perkusja (niemal cyrkowe werble) wspierają kontrabas z fortepianem w lekkim niczym piórko „Once I Had a Laugh” ze świetną sekcją dętą. Podobnie buja singlowe „Carry On” oraz tajemnicze „Sleeping Wild”.

Artystka wykonuje jeszcze trzy covery i to dość nieoczywiste: „Don’t Be Denied” Neila Younga brzmi bardziej melancholijnie (mocniej wybrzmiewa zgrana gitara z pianinem między zwrotkami). Drugi w tym składzie jest „Peace” od Horace’a Silvera – bardziej klasyczny jazz z długim wstępem pianistycznym oraz popisem saksofonu pod koniec. I na sam finał kompozycja samego Duke’a Ellingtona „Fleurette Africane”.

Sama Norah nie zmieniła swojego głosu i dalej krąży wokół jazzowo-popowego świata. Nadal brzmi uroczo, a teksty opowiadające o tym, co zawsze, nie wywołują irytacji ani nie brzmią banalnie. „Day Breaks” jest taką jesienną płytą – wyciszoną, bez ostrych i gwałtownych fajerwerków, ale też bardzo kojąca i bez żadnego słabego numeru. Czy muszę was namawiać?

8,5/10

Radosław Ostrowski

Agnes Obel – Citizen of Glass

Agnes-Obel_Citizen-Of-Glass-_-Album-Cover

Ta młoda dziewucha z Danii coraz bardziej podsyca apetyt na swoją niebanalną muzykę mieszającą pop z jazzem, klasyką i elektroniką. Takie były dwie wyborne płyty – „Philharmonics” oraz „Aventine”. Liczyłem, że jej nowe dziecko, czyli „Citizen of Glass” będzie równie interesujące jak poprzedniczki. I nie zawiodłem się.

Że będzie dobrze już słychać po „Stretch Your Eyes” ze świdrującymi, wręcz orientalnymi smyczkami na początku. Potem dochodzi bardzo stonowana perkusja oaz wiolonczela, a także elektronika, budująca aurę niepokoju oraz mroku. Jak to kapitalnie brzmi przed refrenem – niewyobrażalne. Podobnie piękny jest singlowy „Familiar” z uderzeniami fortepianu niczym dzwonu, podszeptami oraz płynącymi w tle smyczkami. Jednak niespodzianką jest tutaj cyfrowo przerobiony wokal, brzmiący jak męski, ale to… sama Agnes. Absolutnie nie do poznania. Dynamiczniej jest w przypadku enigmatycznego i instrumentalnego „Red Virgin Soil” z fantastycznym solo skrzypiec na początku. Rytmiczne uderzenia perkusji i fortepianu tworzą poczucie gonitwy, nieuniknionej walki skazanej na przegraną. Spokojny wydaje się być walczyk „It’s Happening Again”, ale refren, gdzie wokalistka zapętla tytułowe słowa i w połowie smyczki zaczynają „tańczyć” na melodii. „Stone” zaczyna się od akustycznej gitary, która dominuje tutaj tworząc z głosem Agnes jedyną przestrzeń. Tylko, że wokal nawarstwia się, wręcz duplikuje niczym echo.

Dziwacznie brzmienie imitujące trąbkę w „Trojan Horses” zostaje wyrzucone przez pływający fortepian oraz wiolonczelę. Równie czarujący jest utwór tytułowy, idący w odrobinę orientalny ton z dziwacznie grającym fortepianem czy strzelający bogactwem aranżacji „Golden Green”, gdzie cymbałki, klaskanie, nawarstwiające się wokale przed refrenem oraz przerobionym głosem w refrenie. Na koniec dostajemy kolejny odlot w elektronikę, czyli instrumentalny „Glasshopper”, wywołujący dezorientację oraz poczucie osaczenia oraz bardziej klasyczna „Mary”, gdzie fortepian wręcz skacze na niskich tonach.

Sama Agnes idealnie współgra z muzyką, a w swoich tekstach opowiada o współczesnym człowieku. Człowieku ze szkła, którego każdy może zobaczyć, przezroczysty i otwarty jak księga. I jest to ilustracja jak najbardziej adekwatna do obecnej pory roku. Perełka prawdziwa, której przeoczenie będzie niewybaczalne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Leonard Cohen – You Want It Darker

Leonard_Cohen_You_Want_It_Darker

Są tacy twórcy, którzy mimo zaawansowanego wieku nadal tworzą, śpiewają i spełniają się artystycznie. Kimś takim jest 82-letni Leonard Cohen. Ostatnie lata twórczości tego Kanadyjczyka to powrót do czasów świetności i konsekwentnie spójny świat („Old Ideas”, „Popular Problems”). Teraz wsparty przez swojego syna Adama (współproducent i współautor) realizuje kolejne swoje dzieło.

„You Want It Darker” to mroczniejsze oblicze mistrza Cohena, zachowujące minimalistyczny to znany z poprzednich albumów. Zapowiada to już tytułowy utwór, gdzie w tle mamy chór wsparty przez organy oraz stonowaną sekcję rytmiczną. W „Treaty” na pierwszym planie jest wolny fortepian oraz delikatnie przewijające się smyczki – typowy Cohen ostatnich lat i zawsze poruszający. Odrobinę żywszy jest „On the Level” w bardziej popowym entourage’u – jest żeński chórek w refrenie, mocniej zaakcentowana perkusja oraz gitara z organami w refrenie. I jak przyjemnie to buja, co jest naprawdę ciekawe. Wyciszenie daje odrobinę folkowy „Leaving the Table” z gitarą skręcającą ku country. Koi za to „If I Didn’t Have Your Love”, gdzie znów swoje robią organy oraz gitara, a także bardzo spokojny głos samego Leonarda.

„Travelling Light” to kolejny typowy numer Cohena ze skrzypcami (prześlicznymi) oraz mandoliną w tle, czyli folk pełną gębą. Przełamaniem jest żeński chórek na początku oraz oszczędna elektronika w tle. Brzmi to niczym pieśń żałobna, ale chwyta za serducho. Inaczej jest w „It Seemed the Better Way”, chociaż nie do końca. Wraca chór znany z początku płyty i aranżacja podobna jak w tytułowym utworze, ale pojawia się smyczek (między zwrotkami), dodając odrobinę jasności i melancholii. Na sam koniec Cohen serwuje dwie piękne perełki – „Steer Your Way”, gdzie znowu słyszymy skrzypce (najlepsze w tym albumie) oraz powtórzone „Treaty” w wersji instrumentalnej.

Cohen nadal czaruje swoim bardzo niskim, ale i głębokim głosem opowiada intymne opowieści o miłości (takiej bardziej dojrzałej, po wielu przejściach), samotności, mroku. Pełne refleksji i wrażliwości, jakiej nie mogliby się powstydzić młodsi koledzy po fachu. Z wiekiem jest coraz ciekawszy i interesujący, przez co warty przesłuchania i odsłuchania.

8/10

Radosław Ostrowski

Apocalyptica – Apocalyptica Plays Metallica by Four Cellos (remastered)

Playsmetallicabyfourcellos

Wszyscy pamiętamy początki działalności fińskiego kwartetu wiolonczelistów, którzy grali na swoich instrumentach mocno, ostro i głośno. Ostatnio panowie eksperymentują z rockiem (mają nawet wokalistę) i nie spotkało się to z tak świetnym odbiorem jak debiut. Ponieważ w tym roku mija 20 lat od debiutanckiej płyty Apocalyptiki, została ona wznowiona oraz zremasterowana dźwiękowo.

Cztery wiolonczele, znane kawałki zespołu Metallica – ta prosta formuła okazała się strzałem w dziesiątkę, a każdy utwór wywołuje ciary. Wystarczy odpalić choćby otwierającego „Enter Sandman” – smyki są równie ostre jak gitara Hetfielda, głośne niczym perkusja Ulricha i szybkie niczym bas Newsteda. A im dalej, tym mocniej. Epicki „Master of Puppets” (środek, gdzie jest przygrywane tło poza główną melodią – rewelacja), szorski inerwowy „Harvester of Sorrow”, liryczno-brudny „The Unforgiven”(w takiej formie mógłby zostać umieszczony w jakimś westernie) ze zwrotkami tak chwytającymi za wszystko, co tylko się da, ciężki „Sad but True” czy mroczny „Creeping Death”. Każdy z tych utworów brzmi po prostu rewelacyjnie, odpowiednio ciężko i ma swój klimat.

Żeby jednak nie było nudno, w reedycji dostajemy jeszcze trzy dodatkowe kawałki. „Battery” zaczyna się krótkimi wstawkami wiolonczel granych palcami, by zagalopować i podostrzyć klimat. Następny jest nieśmiertelny klasyk, czyli „Nothing Else Matters” oraz dynamiczne „Seek and Destroy” zrealizowane z łomotem.

To jest album, który fani Metalliki mieć powinni, bo zrobić rovery dorównujące jakością oryginałowi za pomocą innego instrumentarium jest strasznie ciężkie. A Finowie zrealizowali to znakomicie, dając takiego kopa, że głowa jest mała. I mimo 20 lat brzmi to znakomicie, więc ocena może być tylko jedna.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Johnny Marr – Playland

Johnny_Marr_Playland

Pewnie wielu z was nazwisko Johnny Marr nic nie mówi? A kojarzycie taki zespół The Smiths? To Marr z Morrisseyem byli mózgami tej formacji. Po rozpadzie grupy Marr działał jako muzyk sesyjny i współpracował m.in. z Paulem McCartneyem, The Pretenders, The The i nawet założył własną grupę (Johnny Marr & The Healers), która wydała na razie jedną płytę. Pod własnym szyldem i bez tworzenia kapeli działa od 3 lat, a „Playland” to drugie wydawnictwo sygnowane jego nazwiskiem.

Wydany dwa lata temu album zawiera melodyjnego rocka alternatywnego. Poza Marrem na gitarze i wokalu grają tutaj perkusista Jack Mitchell, basista Ivan Gronov oraz klawiszowiec i współproducent płyty James Doviak. Otwierający całość „Back In the Box” mógłby powstać śmiało w latach 80. (synth popowe klawisze, garażowa gitara) i nadaje się do tańczenia. Podobnie jak singlowy „Easy Money” z chwytliwym refrenem czy spokojniejszy „Dynamo” z szybką grą perkusją oraz płynącymi riffami. Chwila wyciszenia pojawia się w niemal akustycznym „Candidate”, gdzie słyszymy mandolinę, fortepian oraz falującą elektronikę spod znaku new wave. To jednak tylko krótka chwila oddechu, by przyspieszyć dynamicznym „25 Hours”, gdzie Marr bardziej nawija niż śpiewa, ale i tak brzmi to świetnie. „The Trap” brzmi bardzo romantycznie (ta łagodna gitarka i klawisze), przypominając troszkę dokonania The Smiths, co nie jest żadną wadą, a tytułowa kompozycja czerpie z punka (przesterowane i brudne gitara z basem) i melodyjnego popu.

Powrót do początku i skojarzenia z dawnym Franz Ferdinandem czuć w niemal metalicznym „Speak Out Reach Out”. Dalej jest równie melodyjnie i przebojowo, a wada jest tylko jedna: czemu to tak szybko się kończy? Marr lepszym jest gitarzystą, chociaż za mikrofonem radzi sobie naprawdę przyzwoicie i słychać, że sprawia mu to frajdę. Melodyjne, szybkie i pachnące starym, brytyjskim rockiem. Więcej chcieć nie trzeba.

7,5/10

Radosław Ostrowski