John Lee Hooker – Urban Blues (remastered)

John_Lee_Hooker_-_Urban_Blues_album_cover

Nie wiadomo dlaczego, ale od paru lat przyjęło się, że jesień to czas remasteringów i wznowień płyt wielu wykonawców tych znanych i tych mniej. Zdecydowanie do tego pierwszego gronia zalicza się John Lee Hooker – amerykański, czarnoskóry gitarzysta bluesowy, którego najlepszy okres przypadł na lata 60. i 70. Wznowiony album „Urban Blues” pochodzi z 1967 roku i nagrano go w składzie: John Lee Hooker (gitara, wokal), Eddie Taylor (gitara), Phil Upchurch (gitara basowa) i Al Duncan (perkusja).

Z dzisiejszej perspektywy „Urban Blues” to klasyczny, gitarowy blues z czasów dominacji rock’n’rolla, gdzie utwory rzadko przekraczają 3 minuty. Pozornie wydają się spokojnymi smętami jak „Cry Before I Go”, jednak gitara nie snuje się, lecz ubarwia całość brzmienia, a gdy trzeba to potrafi dać czadu jak w nieśmiertelnym przeboju „Boom Boom”. Nawet te spokojniejsze numery są odpowiednio ubarwiane czy to obecnością harmonijki („Backbiters and Syndicaters”, „My Own Blues”), zadziorniejszymi riffami („Mr. Lucky”, „Think Twice Before You Go”). Krótki czas trwania utworów jest sporym plusem, gdyż nie ma poczucia znużenia czy monotonii jak w zbudowanych na kontraście dwóch częściach „Hot Spread Water” oraz finałowym „The Motor City is Burning”.

Wydawca na sam koniec dodał jeszcze trzy utwory, które były już dostępne na kompakcie w 1992 roku i one też zostały odnowione. Wyróżnia je… czas trwania, bo każdy z nich ma minimum 3 minuty. „i Gotta Go to Vietnam” jest najdynamiczniejszy z tego zestawu. Drugi jest instrumentalny „Messin’ Round with the Blues”, gdzie w połowie Hooker bardziej krzyczy niż śpiewa. I ostatni z tego zestawu – wsparty na fortepianie „Hold On Baby”.

Sam Hooker na gitarze jest naprawdę dobry i gdy trzeba swoim głosem też daje z siebie wszystko. Można się przyczepić, ze wiele utworów brzmi troszkę jakby na jedno kopyto było pisane, ale dla miłośników klasycznego bluesa to pozycja obowiązkowa, godnie wytrzymująca próbę czasu. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

Suzanne Vega – Lover, Beloved: Songs from an Evening with Carson McCullers

Lover%2C_Beloved

Muzyka potrafi zainspirować się wszystkim. Nie inaczej jest z nowym wydawnictwem Suzanne Vega – popularnej w latach 80. amerykańskiej wokalistki folkowo-popowej. Nowe wydawnictwo zrealizowane po dwuletniej przerwie oparte jest na sztuce teatralnej „Carson McCullers Talks About Love”, napisanej przez samą Vegę oraz Duncana Shaika, inspirowanej życiorysem amerykańskiej pisarki Carson McCullers, której najbardziej rozpoznawalną powieścią był debiut „Serce to samotny myśliwy” z 1940 roku.

Produkcją zajął się Gerry Leonard, znany dzięki współpracy z Davidem Bowie, jednak czuć tutaj ducha Vega, która miesza folk z bluesem. I to ostatnie jest wyczuwalne choćby w otwierającym całość „Carson’s Blues”, gdzie słychać zgrabnie wpleciony akordeon, fortepian, puzon. Nie znaczy to jednak, że jest to muzyka spokojna. Płynnie, wręcz taneczny „New York Is My Destination”, wybrany na singla skoczny „We of Me” czy żwawy jazz w stylu nowoorleańskim w „Harper Lee” potrafią zachwycić, ale i trzymać mocno za gardło. Sama Vega nie boi się sięgać po mrok w „Annemarie”, gdzie obok świetnego fortepianu w tle przewijają się niepokojące dźwięki saksofonu, niczym trzaski podłogi czy w pozornie spokojnym „12 Mortal Men”, gdzie wokalistka szepce, a w tle przewijają się pojedyncze dźwięki gitary, mandoliny, fortepianu tworząc klimat jakiego nie powstydziłby się sam Nick Cave.

Tytułowa piosenka to melancholijna ballada zagrana na fortepian i gitarę, tworząca przygnębiającą aurę. Bardziej żywiołowa i swobodniejsza jest „The Ballad of Miss Amelia” z żywiołowym fortepianem zmieszanym z akordeonem. I to wszystko jest tylko drobną przygrywką przed mocnym finałem, czyli „Carson’s Last Supper” – melancholijnym, ale niepozbawionym melodii oraz silnych emocji kompozycji.

Album jest tak różnorodny brzmieniowo oraz treściowo, że chce się do niego wielokrotnie wracać. Spina to wszystko sama Vega oraz opowieść o McCullers – jej sukcesach, samotności, pasji. Wokalistka brzmi dość dziewczęco, ale też bywa delikatna („Carson’s Last Supper”). Ta mieszanka działa czasami kojąco, ale bardziej jest tu refleksyjnie i spójnie. Warto dać szansę temu skromnemu i niepozornemu albumowi.

8/10

Radosław Ostrowski

Carly Simon – Anticipation (remastered)

Carly_Simon_-_Anticipation

Dla wielu (także i dla mnie przez jakiś czas) nazwisko Carly Simon pozostało tajemnicze i niewiele mówiące. Ale w Stanach Zjednoczonych to jedna z najpopularniejszych wokalistek z lat 70. Chociaż ostatni studyjny album wydała w 2009 roku, cieszy się nadal olbrzymią popularnością oraz sympatią milionów wielbicieli. Skąd się wziął fenomen Carly Simon? Kluczem może być zremasterowane wydanie drugiej płyty „Anticipation” z 1971 roku.

Produkcją zajął się sam Paul Samwell-Smith – współzałożyciel popularnej rockowej grupy The Yardbirds, w której wykuły się talenty Erica Claptona, Jeffa Becka i Jimmy’ego Page’a. Można założyć więc, że będzie to muzyka bardzo gitarowa, pełna rocka. Nie do końca tak jest, co czuć w tytułowym utworze. Zaczyna się od delikatnej gitary akustycznej, gdy w refrenie mocniej swoją obecność naznacza perkusja. Równie akustycznie jest w świetnym „Legend of Your Time” z bardzo oszczędną perkusją (tylko bębenki) czy delikatnie bluesowym (w duchu), melancholijnym „Our First Day Together”. Bliżej tutaj jest do Joni Mitchell, tylko bardziej intymna i delikatna. Nie brakuje jednak żywszych fragmentów (końcówka „The Girl You Think You See”), ale nie są one najważniejsze. Czy to oznacza monotonię? W żadnym wypadku jak pokazuje walczyk „Summer’s Coming Around Again”, gdzie prowadzony jest ładny dialog gitary z fortepianem czy „Share The End”, w którym przewijają się smyczki, gitara, a nawet chórek w refrenie, nadając niemal sakralny charakter.

Pozornie nie dzieje się wiele, ale Simon potrafi oczarować jak w niesamowitym „The Garden”, gdzie jest tylko ona, gitara oraz smyczki. Nie inaczej jest w finałowym „I’ve Got to Have You”, gdzie pojawia się w końcu gitara elektryczna. Sam wokal Carly jest tak spokojny i przyjemny w odbiorze, że nie da się tego opisać słowami. Także teksty, opowiadające o uczuciach, nie ocierają się o naiwny banał czy kicz, co samo w sobie jest sporym plusem. W zasadzie można się czepiać, ze to tylko niecałe półgodziny, ale tylko tyle mieściło się na winylu.

Może i po latach nie robi to tak wielkiego wrażenia jak w dniu premiery, ale „Anticipation” to bardzo intymna, wyciszona i refleksyjna płyta. Innymi słowy taka, jaka pasuje do obecnej pory roku. Nie mniej, nie więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lisa Hannigan – At Swim

Lisahanniganatswim

Ta irlandzka wokalistka oraz autorka piosenek zaczynała swoja karierę jako członkini zespołu Damiena Rice’a, jednak od wielu lat działa na własną rękę. Z dobrym skutkiem, wydając do tej pory dwie płyty studyjne. Po pięciu latach przerwy powraca z albumem nr 3, gdzie od strony produkcyjnej wsparł ją Aaron Dessner – basista zespołu The National.

I od samego początku czuć tutaj bardziej folkowe brzmienie, wsparte przez gitarę elektryczną. Tak jest choćby w otwierającym całość „Fall”, gdzie gitara elektryczna tworzy mroczne tło. Jednak nie tylko gitary mają tutaj coś do powiedzenia. Swoje też robi fortepian w bardziej lirycznym, przestrzennym „Prayer for the Dying”, smyczki w przeuroczym „Snow” (głos Lisy tutaj troszkę przypomina Passengera), łamana, nieoczywista perkusja w pozornie spokojnym „Lo” czy wplecione elektroniczne wstawki w dziwacznym „Undertow”. Spokojny, wręcz senny klimat towarzyszy nam do samego końca, jednak nie jest to żadna wada tego albumu. Stonowana aranżacja może wielu znużyć i zmęczyć, ale wszystko jest zrobione w sposób spójny, klimatyczny oraz pomysłowy. Wystarczy posłuchać „Orę”, gdzie mamy przeplatane wokalizy zgrane z organami, „We, The Drowned” z przewodzącym fortepianem, niepokojącymi uderzeniami perkusji czy wykorzystująca akordeon ze smyczkami „Tender” (klimatem troszkę przypomina dokonania Agnes Obel).

Sama Lisa ma głos bardzo leciutki i bardzo delikatny, niczym wiaterek unoszący piórko, nigdy nie popada w (nad)ekspresję. Ale ciągle intryguje, wciąga cię do swojego świata niczym Marissa Nadler. I to skojarzenie (podobieństwo) nie jest w żadnym wypadku wadą, gdyż Lisa podąża własnym głosem. I jeśli połączymy to z niegłupimi tekstami oraz pewną produkcją, dostaniemy jeden z bardziej klimatycznych albumów folkowych ostatnich lat. Nawet jeśli jest to bardzo niezależne granie.

8/10

Radosław Ostrowski

Phil Collins – The Essential Going Back (deluxe edition)

Phil_Collins_Essential_Going_Back_Cover

Rok 2011 był dla Phila Collinsa okresem, w którym coraz bardziej pogarszał się stan jego zdrowia. Częściowy paraliż rąk, utrata słuchu – wydawałoby się, że to jest najgorszy okres na wydanie płyty. Zwłaszcza, ze minęło 9 lat i poprzednik poniósł komercyjną (i artystyczną) porażkę. Nie złamało to jednak artysty, który postanowił się cofnąć do czasów swojej młodości oraz nagrać ulubione utwory z tego okresu. Tak narodziło się „Going Back” – album hołd dla brzmienia soulowego spod znaku Motown.

Obecna, zremasterowana wersja tej płyty zawiera 14 (zamiast 16 i 25 z wersji deluxe) i zmniejszenie ilości piosenek działa tutaj zdecydowanie na plus. Zaczyna się stylowym i wyciszonym utworze tytułowym, gdzie są wszystkie znaki rozpoznawcze dawnego soulu – elegancka perkusja, stonowane klawisze, chórek i smyczki. Nie zapomniano jednak o najważniejszym elemencie tej muzyki – dęciakach, które przewijają się niemal non stop. I nie ważne czy to w melancholijny „Girl (Why You Wanna Make Me Blue)”, szybkim „(Love Is Like a) Heathwave” lub nie przesłodzone „Loving You Is Sweeter Than Ever”. Collins pozwala sobie na sporo wyciszenia, stawiając na nastrój jak w lirycznym „Some of Your Lovin'” (fortepian ze smyczkami pięknie gra), ale nie rezygnuje z czadu (skoczne „Going to a Go-Go”) czy funku („Papa Was a Rolling Stone” niemal żywcem wzięty z przełomu lat 60. i 70.). Collins tutaj czuje się jak ryba w wodzie, ze swoim głosem płynie między utworami, czując pasję oraz serce w tym przedsięwzięciu.

Nie inaczej jest na dodatkowym albumie, który jest zapisem koncertu Collinsa. Plusem tego dodatku jest fakt, że znajdują się utwory nieobecne w wersji studyjnej jak „My Girl” czy „Dancing in the Street”. Sam Collins wręcz celebruje tą muzykę i jest po prostu w znakomitej formie, tak jako jak wspierający go zespół. Chociażby dla tego drugiego albumu, warto sięgnąć po zremasterowany „Going Back” (nazwany tutaj „The Essential Going Back”). Kompletny czad.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Phil Collins – Testify (deluxe edition)

Testify

Jest rok 2002. Phil Collins przed wydaniem tej płyty powrócił z szaloną energią w „Dance Into the Light” i napisał piosenki do disneyowego „Tarzana”, ale już odszedł z macierzystej formacji Genesis. Po siedmiu latach muzyk wydał kolejny solowy album, tym razem wspierany przez producenta Roba Cavallo (współpraca m.in. z Green Day, Dave Matthews Band czy Linkin Park). Efektem był najgorzej sprzedający się album w dorobku angielskiego wokalisty. Czy po latach zasłużył na reputację wpadki?

Początek jest dość obiecujący. „Wake Up Call” ma to, z czego Collins był znany (płynąca elektronika, chwytliwy bas i oszczędna perkusja), a urozmaiceniem jest nie tylko nakładający się wokal Phila, lecz także dźwięk budzika. Dalej jest bardziej stonowanie, muzyka jest wyciszona, delikatna i bardzo łagodna – nawet jak na Collinsa. Ale nawet w takim „Come with Me” dochodzi do nasilenia dźwięków z każdą sekundą oraz ładnej melodii na gitarze czy w tytułowym utworze, gdzie pojawia się „orientalna” elektronika, zadziorniejszy riff pod koniec, a także chórek. Jednak zgrzyty zaczynają się w „Don’t Get Me Started”, gdzie niby jest czad i kopniak energetyczny (gitara płynie milutko, nakładające się głosy Collinsa), a odrobina spokoju nie drażni. Problem w tym, że czegoś tutaj brakuje i miałem poczucie przekombinowania.

Te spokojniejsze utwory sprawiają wrażenie tworzonych na jedno kopyto i jeśli pojawiają się ubarwienia (trąbka w „Swing Low”, klawisze w niemal transowym „It’s Not Too Late”), to one nie są w stanie przebić przez tą monotonię. Wyjątkiem od tej połowy płyty jest singlowy „Can’t Stop Loving You”, gdzie czuć starego ducha Collinsa. To jednak za mało, by mówić o „Testify” jako o czymś więcej niż tylko niezłej płycie.

Za to wersja deluxe wzbogaca to wydawnictwo, wznosząc je na wyższy pułap. Dostajemy tutaj utwory ze strony B i to aż cztery, wersje koncertowe i dema. „High Flying Angel” to kolejny stonowany i wyciszony Phil, podobnie jak niemal akustyczny „Crystal Clear”. Żywiej się robi przy „Hey Now Sunshine” (mandolina w tle pięknie czaruje) oraz rockowej „TV Story”. Koncertowe fragmenty (aż cztery) pokazują jak silnym scenicznym zwierzęciem jest Collins. Na początek dostajemy „True Colors”, które czaruje oparciem się tylko li wyłącznie na wokalach oraz bardzo oszczędnej aranżacji. Dalej już słyszymy (udane wersje) „Come with Me”, „It’s Not Too Late” oraz „Can’t Stop Loving You”. Nawet dwa dema brzmią dobrze.

„Testify” to poważna wpadka w dorobku Collinsa, który po prostu wypalił się i stracił swój dawny blask. Na całe szczęście to był jedyny wypadek przy pracy, a wersja deluxe dodaje odrobiny klimatu.

7/10

Radosław Ostrowski

Status Quo – Whatever You Want (deluxe edition)

whatever you want

Dla wielu tu obecnych nazwa tego zespołu nic nie mówi. W naszym kraju brytyjska formacja Status Quo jest znana dzięki wielkiemu hitowi z lat 80. „In the Army Now”. Jednak działająca od 1962 roku (nazwę Status Quo przyjęła w 1969 roku) formacja kierowana przez Francisa Rossiego miała znacznie więcej do zaoferowania. Przypomina o tym wznowiony album z 1979 roku. „Whatever You Want” to dwunasty album w dorobku formacji granej w składzie: Francis Rossi (gitara, wokal), Rick Parfitt (gitara, wokal), Alan Lancaster (bas, wokal) i John Coghlan (perkusja). Dołączył do nich klawiszowiec Andy Brown, a od strony producenckiej trzeci raz wsparł ich Pip Williams.

A że jest to zgrana ekipa, słychać w otwierającym całość utworze tytułowym, gdzie na dzień dobry dostajemy coraz mocniejsze i żwawsze riffy gitarowe, w połowie zdecydowanie bardziej natarczywe, wręcz bluesowe. Nie inaczej jest w rock’n’rollowym „Shady Lady”, którego nie powstydziłoby się samo ELO (ten fortepian w tle też robi robotę) czy bardziej zadziornym „Who Asked You” (bardzo lekkie riffy na początku i zgrabnie wplecione klawisze w tle). Odrobinkę (ale tylko odrobinkę) spokojnie robi się w bluesowym „Your Smiling Face” (kolejne wejście fortepianu) oraz akustycznym „Living on an Island” (tu wyróżnia się bas oraz wspólny śpiew w refrenie).

Jednak, gdy muzycy łapią za gitarą to grają głośno. Może nie tak ostro jak dzisiaj metalowcy, ale to w zupełności wystarczy. Nie brakuje czadu w prostym, ale nie prostackim „Come Rock with Me” (płynne przejścia perkusji oraz zgranie gitar), przechodzącym do szybszego „Rockin’ On”, jakiego nie powstydziłoby sie Deep Purple, gdyby postanowili grać troszkę lżej czy zadziorniejszego „Runaway”. A na sam finał dostajemy potężnego kopa w postaci „Breaking Away”.

Muszę przyznać, że „Whatever You Want” przyzwoicie znosi próbę czasu, chociaż klawisze dzisiaj wydają się mocno archaiczne. Jednak poza zremasterowanym materiałem jest jeszcze druga płyta z dodatkami. Najpierw dostajemy dwa nowe kawałki, czyli „Hard Ride” (harmonijka ustna wymiata) i „Bad Company”, które nie zmieściły się w pierwotnej edycji. Następnie jest singlowa wersja „Living on the Island”, dwa utwory w wersji demo oraz osiem wersji utworów z tej płyty w nowych miksach (American Remix/Now Hear This Version). I nie są to zwyczajne zapchajdziury, by zbić kasę. Jest to zdecydowanie wartość dodana tej dobrej płyty. Dobrej, uczciwie zrobionej, rockowej płyty.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Regina Spektor – Remember Us to Life (deluxe edition)

RememberUsToLife

Ta mieszkająca w Stanach Zjednoczonych wokalistka z rosyjskimi korzeniami to jedna z wyrazistszych postaci sceny niezależnej. Usłyszałem o niej dzięki filmowi „500 dni miłości”, gdzie wykorzystano dwa utwory – „Us” i „Hero”. Także poprzedni, szósty album „What We Sam from The Cheap Seats” zrobił na mnie duże wrażenie. To było jednak cztery lata temu i ciekawe, czy Regina nadal trzyma formę.

Już otwierający całość „Bleeding Heart” zapowiada zmiany oraz flirt z elektroniką, chociaż podstawą pozostaje fortepian, a nad wszystkim unosi się duch lat 80., by pod koniec zaatakować mocniejszymi uderzeniami i agresywnymi syntezatorami (na krótko). Powrót do korzeni czuć przy skoczniejszym „Older and Tailer”, gdzie przewijają się ładnie grające smyczki, a fortepian wyznacza tempo – w refrenie dodatkowo czuć uderzenia smyczkowo-perkusyjne. Podobnie jest w żwawszym, chociaż melancholijnym „Grand Hotel” oraz dziwacznym, niemalże kabaretowym „Small Bill$”, gdzie smyki z pokręconą perkusją tworzą wariacką mieszankę. Jak dodamy do tego odbijające się niczym echo zaśpiew w refrenie plus pojedyncze strzały elektroniki, powstaje prawdziwy koktajl Mołotowa. Chwilę wyciszenia daje „Black and White” (końcówka prześliczna) oraz romantyczne „The Light”.

Ostrzej i bardziej agresywniej robi się w „The Trapper and the Furrier”. Zaczyna się dość niepozornie, bo od śpiewu a capella, by potem wolno i mocno uderzyć w fortepian razem z ciepłymi smykami. Ale po minucie atmosfera robi się jak z horroru – wiolonczela szarpie, pojedyncze plumkania smyczków przeplatają się z coraz potężniejszymi uderzeniami fortepianu. A jak dodamy rzadkie, ale mające siłę tornada wejścia perkusji, zaczniecie się naprawdę bać. W podobnym tonie, choć nie tak intensywnie atakuje „Tornadoland”, gdzie są szumy wiatru, a pod koniec następuje gwałtowne przyspieszenie wszelkiego instrumentarium.

Te ostrzejsze fragmenty zostają stonowane przez słodko-gorzkie „Obsolete”, które kończy się mocnym uderzeniem nostalgicznej elektroniki oraz lekką dawką patosu (silniejsza ekspresja, w tle jakieś chóry zmieszane ze smykami & kotłami). Znacznie smutniejsze jest „Sellers of Flowers”, gdzie swoje pięć minut mają cymbałki, by poprawić samopoczucie w lirycznym „The Visit”.

Sama Regina jako wokalistka dokonuje cudów, zmieniając swoja barwę oraz ekspresję niczym kameleon. Delikatny, wręcz dziewczęcy głos potrafi za chwilę przybrać mocniej na sile i zaatakować wszystkim, co ma do swojej dyspozycji. Nigdy jednak nie dominuje nad dźwiękami, nie jest najważniejszy – bardziej służy tutaj jako wsparcie. Do tego mamy niegłupie teksty o ważkich sprawach każdego człowieka. A jeśli komuś mało Reginy, to w wersji deluxe są trzy dodatkowe kawałki, które trzymają poziom reszty.

Nadal jestem zachwycony tą dziewczyną z fortepianem, która ciągle zaskakuje i tworzy nieoczywistą muzykę. Na początku trochę zraziłem się singlem, jednak im dalej w las, tym coraz piękniejsze rzeczy się dzieją, potwierdzając tezę, że nie należy oceniać płyty po singlu. 

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Monika Borzym – Back To The Garden

Borzym-mala-plytka

Monika Borzym już swoimi dwoma poprzednimi płytami zwróciła uwagę fanów śpiewanego jazzu, wnosząc nie tylko świeżość, ale poziom jaki dla wielu tak młodych wokalistek wydaje się nieosiągalny. Trzeci album tylko to potwierdza, chociaż wiele osób może zacząć marudzić. Dlaczego?

Tym razem Monika postanowiła się zmierzyć ze swoją idolką – Joni Mitchell. Tą amerykańską wokalistkę folkowo-gitarową przerabiało tysiące wykonawców (ostatnio na naszym podwórku zrobiła to Martyna Jakubowicz trzy lata temu). Więc czemu akurat ta wokalistka stała się bohaterką nowej płyty? Jak mówi sama Borzym: Ta płyta to wyraz buntu przeciw temu co dzieje się na dzisiejszym rynku muzycznym. Obecnie dominuje nań produkcja i elektronika i wszystko wydaje mi się zunifikowane (…). Dla mnie muzyka jest nośnikiem rzeczy mądrych i pięknych. Jest świętem. (…) Wybrałam piosenki z pierwszych siedmiu lat twórczości Joni (1967-1975) czyli z okresu pomiędzy jej 25 a 32 rokiem życia. Jestem teraz w tym samym wieku, w którym Joni była po premierze swojej pierwszej płyty. To czas kiedy dziewczyna przeradza się w kobietę. Bardzo silnie odczuwam tę przemianę odnotowując w swoim śpiewaniu subtelność i nostalgię przed którą przez ostatnie 3 lata próbowałam się bronić. Poważna deklaracja, prawda? I nie jest to czcza gadanina.

Od strony producenckiej za materiał odpowiada Devin Greenwood znany ze współpracy z Norą Jones i Melody Gardot. Samo brzmienie jest mocno niedzisiejsze, ale o to też chodziło. Delikatność miesza się z elegancją oraz stylem, co już czuć w otwierającym całość „Edith and the Kingpin”, gdzie wykazuje się trąbka wspierana przez klasyczną jazzową sekcję rytmiczną, a także gitarą akustyczną. „Rainy Night Mouse” skręca bardziej w stronę bossa novy, a bardzo oszczędna perkusja tworzy magiczną aurę (to chyba to klaskanie w tle tak działa). Żywiej robi się przy „This Flight Tonight”, gdzie wyróżnia się niemal orientalna perkusja, kontrastowana przez zadziorniejsze smyczki oraz  „Big Yellow Taxi”, którego aranżacja uczyniła utwór nie do rozpoznania.

Kiedy wydaje się, ze wszystko przyspieszy, wracamy do wręcz folkowego entourage’u dzięki stonowanemu „Song to a Seagull”, gdzie słyszymy tylko gitarę wspartą przez mroczniejszy smyczek. Oniryczne i cudowne jest jeszcze „Circle Game” z oszczędną perkusją oraz fletami w tle, a także przy podobnie wygranym „Jungle Line”. Wracamy do jazzu w bujającym „Cold Blue Steel and Sweet Fire” (ten leciutki saksofon i akustyczna gitara) oraz akustycznym „River” (akurat ta wersja najmniej mi się podobała), by na sam koniec rozkręcić cała imprezę „Woodstock”, gdzie znowu dominuje gitara (tym razem elektryczna), a także hipisowski, wręcz indiański zaśpiew między refrenami.

„Back To The Garden” potwierdza, że na naszym podwórku robi się coraz ciekawiej, a jeśli jeszcze jakimś cudem nie trafiliście na Monikę Borzym, to po tej płycie zapamiętacie ją na dłużej. Tylko jeden utwór jest zwiędłym kwiatem na tym prześlicznym ogrodzie, ale na szczęście można go wyciąć (czytaj: przewinąć dalej), by jeszcze bardziej zachwycić się tą przepiękną zawartością.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sting – 57th & 9th (deluxe edition)

57th%269thAlbumCover

Wraca Grzegorz Lato. I nie, nie chodzi mi o tego piłkarza oraz ex-prezesa PZPN, tylko o Gordona Matthew Summera znanego w muzycznym półświatku jako Sting. Ostatnie płyty bardziej skręcały w nieoczywiste kierunki (muzyka dawna, kolędy, symfoniczna, musical), że właściwie zwątpiono w talent i umiejętności kompozytorskie Anglika. „57th & 9th” to powrót (po 13 latach!!!) do pop-rockowego grania. Wrócili sprawdzeni muzycy (gitarzysta Dominic Miller, bębniarz Vinnie Colaiuta oraz klawiszowiec Martin Kierszenbaum, pełniący rolę producenta) i wydaje się, że powinno być dobrze.

Już wybrany na singla opener „I Can’t Stop Thinking About You” zapowiada zwyżkę formy oraz powrót do przebojowego, chwytliwego grania. Nieźle brzmi gitara, sekcja rytmiczna robi swoje, chórek w refrenie fajnie dopełniają obrazu. Bardziej epicki wydaje się „50,000” z mocnym wstępem gitarowym, bardziej wyciszonymi zwrotkami (bas ma wiele do powiedzenia), z kolei „Down, Down, Down” przypomina dawne czasy The Police.

Wyciszenie oraz spokój serwuje „One Fine Day” (ślicznie wpleciony fortepian do całości), a także „Pretty Young Soldier” z przyjemną perkusją, a także sprytnie wplecionymi klawiszami oraz delikatną niczym wiatr gitarą. I kiedy wydaje się, że będzie spokój do samego końca, strzela jak rakieta „Petrol Head” z brudniejszą gitarą wspartą, a także mocniejszymi uderzeniami perkusji. Pod koniec robi się spokojniej, ale nie trwa to zbyt długo. Zaskakuje akustyczna wręcz „Heading South on the Great North” oraz niezła ballada „If Yu Can’t Love Me”. Z kolei „Inshallah” to powrót do eksperymentów Stinga z orientalnym brzmieniem i moim zdaniem, wyszedł z tego obronną ręką, by w finale uderzyć akustycznym „The Empty Chair”.

Sting sięga garściami do wszystkiego, co robił do tej pory i wychodzi z tego naprawdę przyzwoity miks. Wolniejsze kompozycje mogą się wydawać tylko zapchajdziurami, ale sam wokal Stinga – mocno podniszczony, czasami zmęczony, ale też niepozbawiony ognia („Petrol Head”) robi robotę. Fani mogą sięgnąć po wersje deluxe zawierającą trzy dodatki: koncertową wersję „I Can’t Stop Thinking About You” (klawisze mocniej obecne), pochodząca z sesji w Berlinie wersja „Inshallah” oraz nagrane z triem The Last Bandoleros „Next to You”. Milutko. Innymi słowy jest bardzo przyzwoicie, troszkę w starym, pop-rockowym stylu.

6,5/10

Radosław Ostrowski