Witek Muzyk Ulicy – Gram dla was

gram-dla-was

Raz na jakiś czas pojawi się taki artysta, który wziął się znikąd i robi furorę na cały kraj (lub świat). Kimś takim jest niejaki Adam Bodnarowski, bardziej znany jako Witek Muzyk Ulicy. Wsparty przez PolakPotrafi.pl i grając na akordeonie (na ulicy, rzecz jasna), wydał swój debiutancki album. I jak tytuł mówi, nagrane jest z myślą dla odbiorcy.

„Gram dla was” jest albumem z ulicznym, surowym stylem, ale nie pozbawionym melodyjności oraz aranżacji. Słychać to już w singlowym „Sercu wolności”, gdzie jeszcze mamy chwytające za gardło solo skrzypiec oraz dęciaki jakby pożyczone od Gorana Bregovica. Czarujący (i melancholijny) na początku jest „Manifest dziecięcy”, który pod koniec nabiera tak mocnego ładunku emocjonalnego (oraz silniejszego wejścia gitary ze skrzypcami) – nie tylko dzięki śpiewającym dzieciom. Troszkę szybszy jest „Hop, słoiczku” z przyspieszoną perkusją oraz sprawiającą wrażenie zapętlonej gitary, by rozkręcić się za pomocą szybkich skrzypiec. Równie skoczne jest „Rzucę Ciebie, rzucę nas” oraz „Param, param”.

Nawet pozornie surowe i ostrzejsze numery, mają w sobie melancholijny klimat oraz melodyjność, jak w przypadku „Tęsknię za Tobą” czy trzymającego za serce „Mamo, mamo”. Także liryczny „Ogród rozkoszy” może bardzo zaskoczyć.

Poraża silna dawka emocji oraz zaangażowany wokal Bodnarowskiego, chociaż jest on surowy. Szczerość jest najmocniejszym atutem „Gram dla was”, tak jak teksty mówiące o emigracji, walce o zachowanie „dziecięcego” spojrzenia na świat, wierność sobie, trudnych relacjach damsko-męskich, tęsknocie za najbliższymi. I to szczere podejście, bez pretensji i wielkich ambicji spowodowało taką popularność Witka. Absolutnie zasłużoną, bo przecież gra dla nas, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Ania Rusowicz i Goście – RetroNarodzenie

image-4793-orig

Kolędowania ciąg dalszy, więc będzie następny album christmasowy. Przyznaje się bez bicia, że jestem fanem Ani Rusowicz – wokalistki tak zakorzenionej w rock’n’rollowo-hipisowskim entourage’u, a jednocześnie tak naturalnej w tej stylistyce, iż bardziej nie jestem w stanie tego opisać. Na wieść jednak o albumie bożonarodzeniowym bylem dość sceptyczny, gdyż spodziewałem się standardowego zestawu w niestandardowej formie. I jak się kolejny raz okazało, nie miałem racji – na szczęście.

Po pierwsze, to album w całości zawierający autorskie utwory. I już za to należy docenić „RetroNarodzenie”, które – jak sama nazwa wskazuje – jest retro, czyli po hipisowsku. Obowiązkowo pojawia się delikatnie grająca gitara elektryczna, nie zabrakło też miejsca dla Hammondów i trąbek („Trudne życzenia”). Najbardziej jednak zaskakują góralskie fragmenty w postaci smyków („Cosik się kolebie”, „Odwołano Narodzenie”), fletów („Pastorałka radosna”) i obowiązkowych cymbałków (ocierające się o reggae „Nie mówmy już nic”), a nawet ksylofon (rozmarzone „Cicho cichuteńko”). Nie zawsze jednak jest słodko i barwne, co pokazuje wyjątkowo melancholijne „Choć w stajeneczce” z akordeonem na pierwszym planie.

Po drugie, w każdym utworze pojawia się gość, który współtworzy każdą z piosenek. I to nie są jacyś niedoświadczeni leszcze, tylko prawdziwe tuzy jak: bracia Zielińscy (Skaldowie), Adam Nowak, Czesław Mozil, Artur Andrus, Marek Piekarczyk, Renata Przemyk czy Martyna Jakubowicz. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiły Południce, brzmiące niczym dawny zespół ludowy. Sama gospodyni radzi sobie bardzo dobrze, ale nie jest tutaj osobą dominującą, raczej wspiera, by każdy utwór wybrzmiał, co te jest zasługą refleksyjnych, ale i niepozbawionych humoru tekstów (satyryczne „Odwołano Narodzenie” z marketami w tle).

Co ja więcej mogę powiedzieć? „RetroNarodzenie” to album świąteczny wielokrotnego użytku, gdyż za rok na pewno włączę sobie do przesłuchania to wydawnictwo. Wszystko tam jest zgrane, dopięte i czarujące, co w przypadku takich albumów nie jest sprawą oczywistą. Gotowi na święta w starym stylu?

8,5/10

Radosław Ostrowski

The Pineapple Thief – Your Wilderness

The_Pineapple_Thief_Your_Wilderness_Cover_Art

Kolejna gwiazda progrockowej muzyki, czyli brytyjski Pineapple Thief działający od 1999 roku pod wodzą Bruce’a Soorda, nagrywający w wytwórni Kscope. Po dwóch latach od poprzednika z krótkimi utworami („Magnolia”) oraz zmianie perkusisty (Dana Osborne’a zastąpił Gavin Harrison z King Crimson), dodają kolejne wydawnictwo, bijące poprzednika na głowę.

Zamiast króciutkich utworków, kompozycje z klimatem, zwłaszcza że wsparli ich m.in. Geoffrey Richardson z Caravan oraz John Helliwet z Supertramp – weterani rocka progresywnego. Otwierający całość „in Exile” zapowiada zmiany – wolne tempo, szybka gra perkusji, melotron, rozmarzony wokal Soorda i piękne smyczki w tle, a pod koniec dostajemy gitarami jak obuchem. Równie akustyczne „No Man’s Land” czaruje spokojem oraz stonowaniem, by pod koniec uderzyć mocniejszymi uderzeniami perkusji oraz ostrymi riffami. Kompletnie zaskakuje soczysty „Tear You Up”, by przejść do melancholijnego „That Shore” (klawisze są bajeczne). Gitary mocniej odzywają się w równie rozmarzonym „Take You Shot”, które troszkę przypomina wczesny Coldplay czy „Fend for Yourself”, gdzie pod koniec cudownie brzmi klarnet.

Najbardziej jednak w pamięci zostaje ponad 9-minutowy „The Final Thing on My Mind”, ale nie zrażajcie się czasem trwania. Kompozycja nie jest mocno rozwleczona, skupiona na jednej melodii. Jest zapętlona gitara,  pobrudzone riffy, a w środku jest psychodeliczna jazda smyczków oraz elektrycznej gitary połączona z chórem, by gwałtownie wyciszyć się. Wchodzi wtedy melotron i nawrót do psychodelicznego refrenu.

„Your Wilderness” to album zdecydowanie wybijający się klimatem oraz spójnością, a wsparcie gości pomogło otrzeć się tutaj o wybitność. Słucha się tego z niekłamaną przyjemnością, nie ma poczucia znużenia (a o to w tym gatunku bardzo łatwo), a muzycy grają po prostu cudownie.

9/10 + znak jakości

Kult – Wstyd

wstyd-b-iext45460136

Nie ma w Polsce drugiego takiego zespołu jak Kult – grupy mieszającej rocka, punka, jazz z publicystycznym, krytycznym spojrzeniem na świat. Potwierdzili to dwa lata temu pełnym wściekłości albumem „Prosto”. Jednak w porównaniu z nim, „Wstyd” wydaje się bardziej stonowany. Czyżby Kazik Staszewski złagodniał i się uspokoił?

I tak, i nie. Nadal słychać, że jest to Kult – sekcja dęta i rytmiczna (ten metaliczny bas!) jest zbyt charakterystyczna, nie do podrobienia. Ogień daje tez brudna, chropowata gitara jak w otwierającym całość „Jeśli będziesz tam” czy utworze tytułowym (pomruki, przestery, nieczystość). Spokój (pod względem muzycznym) było czuć w singlowym „Madrycie”, gdzie przewija się w tle fortepian z fletem. Pozornie delikatnie jest w „To nie jest kraj dla starych ludzi”, gdzie bardzo sceptycznie odnosi się do Ameryki, a średnie tempo (zwrotki) kontrastuje z atakującymi dęciakami i gitarami (refren). Ale konsternacje wywołała we mnie akustyczna „Cisza nocna” z delikatną gitarą oraz fletami niemal wziętymi od KSU. I od fletów zaczyna się też niepokojąca „Dwururka” ze świetnym solo trąbki oraz surową elektroniką. Na szczęście, nie zostaje zapomniana melodyka jak w szybkich „Bezbronnych w furii” czy mrocznym „Odejdę” (nawet krzyczą jak w „Serious Samie”).

Na sam koniec dostajemy mocny, dwuczęściowy „Pęknięty dom”, opisujący podział naszego kraju, gdzie czuć tutaj echa „Prosto”, tylko szybkie i przebojowe oraz podniosła „Apokalipsa” (te organy i perkusja – świetne).

Chociaż Kult jest znacznie bardziej przebojowy, to nie ucieka od obserwacji obyczajowo-politycznych. Niby o tym opowiadał od zawsze, ale nadal nie stracił pazura. Nie boi się piętnować korupcji, zepsucia, znieczulicy i podziałów. Charakterystyczny głos Kazika dopełnia całości tego lekkiego wydawnictwa. Bardziej mi się podobało „Prosto”, ale nomen omen wstydu nie ma.

7/10

Radosław Ostrowski

Krzysztof Zalewski – Złoto

z20994092IH,Zloto---nowa-plyta-Krzysztofa-Zalewskiego

Ten chłopak wiele, wiele lat temu wygrał jeden z talent showów, nagrał płytę i… zniknął. Na 10 lat, by przypomnieć o sobie drugim albumem, wchodząc do ścisłej czołówki świeżej krwi polskiej muzyki. Teraz Krzysztof Zalewski po trzech latach serwuje nowe wydawnictwo. Nie wiem jednak czy tytuł sugeruje jaki status ma ta płyta osiągnąć, ale wyszło zaskakujące dzieło.

Gitary wydają się dominować, jednak nie jest to stricte rockowy album, tylko bardziej wysmakowany pop spod znaku alternatywy. Tak jest w otwierającym całość singlowym „Miłość miłość” z wpadającym w ucho refrenem. Nie znaczy to jednak, że brakuje rockowej energii jak w niemal onirycznym „Chłopcu” z ponurymi organami skontrastowanymi z szybką i skoczną gitarą. Następuje kolejna wolta, czyli zaczynający się akustycznie nostalgiczny „Podróżnik” oraz bardziej psychodeliczna „Głowa” z minimalistyczną, wręcz orientalną perkusją, pobrudzoną gitarą i kosmiczną elektroniką. Także oszczędna w środkach jest „Luka” (ten leciutki bas!!!), by rozkręcić się z sekundy na sekundę, dokładając perkusję i klawisze. Ogień czuć w niemal punkowym (w duchu) „Polsko”, a także w „Na drugi brzeg” (ta gitara robi robotę), by jeszcze bardziej podkręcić atmosferę „Uchodźcą”.

Kompletna zmiana klimatu następuje w „Otu”, które jest po prostu skoczne i mogłoby spokojnie śmigać w radiowych stacjach. Również radio friendly (co w żadnym wypadku nie oznacza dziadostwa) jest „Jak dobrze” z oniryczną gitarą, psychodelicznym solo smyków oraz wspierającą wokalnie Natalią Przybysz.

Sam Zalef zaskakuje swoją spokojną barwą głosu oraz refleksyjnymi tekstami, gdzie z jednej strony opowiada o swojej samotności, miłości, ale też nie boi się dotykać kwestii imigrantów. Nie ociera się nigdy o banał, chociaż można było to zrobić bardzo łatwo. I mimo takiego rozrzutu, wszystko zachowuje spójność. Nie wiem, czy ten album osiągnie statu złotej, ale pokazuje nieszablonowość oraz szczerość Zalewskiego. I trudno się od tego oderwać.

8/10

Radosław Ostrowski

The Rolling Stones – Blue & Lonesome

blue & lonesome

Czy ktoś z fanów muzyki rockowej nie zna tych dinozaurów? Stonesi po 10 latach wracają z nowym materiałem. Używam słowa nowy, gdyż nie ma tu żadnej własnej kompozycji. Jagger i spółka wpadli na pomysł, by wrócić do bluesowych korzeni z początku działalności. Wsparci przez producenta Dona Wasa, zamknęli się w studiu Marka Knopflera na trzy dni, a wyszło „Blue & Lonesome”.

Brzmi to tak, jakby ktoś wykopał niepublikowane nagrania z lat 60., jest sporo brudu i „postarzenia” dźwięku. To czuć od samego początku, czyli „Just Your Fool”, a duch klasycznego bluesa jest obecny do samego finału. Mick szaleje na harmonijce, Richards na gitarze nie zawsze czysto gra, a sekcja rytmiczna płynie po muzyce. Czasami odezwie się jeszcze fortepian i klawisze, dodając odrobiny smaczku. Tempo jest raczej dość średnie, ale nawet wtedy potrafią zaszaleć. Tak jest w zadziornym „Commit z Crime”, spokojnym, ale pełnym soczystych riffów utworze tytułowym czy „All of Your Love”, gdzie szaleje fortepian. Czadu nie zabrakło w szybkim „I Gotta Go” czy spokojniejszym „Everybody Knows About My Good Thing”, gdzie na jednej z gitar gra sam Eric Clapton, brzmiący jak z czasów swojej świetności (muzyk pojawia się jeszcze w finałowym „I Can’t Quit You Baby”), by potem znowu zaszaleć w „Ride’ Em On High” oraz „Hate To See You Go”.

I nie mogę wyjść ze zdumienia, że panowie nadal mają w sobie tą energię z początków drogi. Wszystko tu pasuje do siebie i – co w przypadku albumów z coverami nie jest takie oczywiste – nie ma tutaj poczucia skoku na kasę, odcinania kuponów. Jagger nadal ma głos jak dzwon, a na harmonijce gra jak mistrz. Czuć tutaj autentyzm, chociaż wszystko zrobione jest po bożemu. Co Stonesi wymyślą następnym razem? Aż boję się pomyśleć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pink Martini – Je dis uoi!

Pink_Martini_-_Je_dis_oui%21

Jedna z najsłynniejszych orkiestr muzyki rozrywkowej, grająca nieśmiertelne standardy muzyki światowej powraca. Cudnie śpiewająca China Forbes oraz mózg grupy, pianista Thomas Lauderdale po dwóch latach (i albumie nagranym z The von Trapps) daje kolejnego pozytywnego kopa.

„Je dis oui!” może sugerować, że tym razem spędzimy czas we Francji. Potęgowane jest to wrażenie przez otwierający całość zwiewne „Joli garcon” – zaczynające się delikatnym popisem fortepianu i smyczków, by potem wystrzelić sambą, gdzie dęciaki mają szansę się wykazać. Jednak język francuski nie jest jedynym, który będzie nam towarzyszył w tej eskapadzie, bo jest też angielski i portugalski. Równie lekkie i wręcz taneczne jest „The Butterfly Song”, gdzie wybija się chórek w tle oraz delikatna gra dęciaków. Odrobinę większy rozmach połączony z orientalnym klimatem (perkusja, smyczki, flety) czuć w bajkowym „Kaj Kolah Khan”. Nawet gitara elektryczna brzmi cudownie. I następuje po tym krótkie spowolnienie w sentymentalnym „Ov Sirun Sirun”, tym razem śpiewanym przez… mężczyzn. Bardziej melancholijna jest „Love for Sale”, gdzie dominuje fortepian z oszczędną perkusją. Jedynie końcówka ma większy rozmach, gdy odzywa się trąbka oraz smyczki.

Zmienia się całkowicie klimat, gdy słyszymy „Solidao” zaczynający się rzewnymi smyczkami i trąbkami, by zakręcić w bardziej południowoamerykańskie rytmy. Chociaż ta mandolina i chórek w tle zaskakuje. I kolejna wolta, tym razem w Orient w „Al Bint Al Shalabiya” – chórek, delikatna gitara, flety, nawet akordeon pasuje tutaj idealnie, a także w prześlicznie zaaranżowanym „Askim Baradi”. Odzywa się też klasyczny fortepian w rozmarzonym „Finnisma Di”. I tak mógłbym wymieniać, ale nie byłbym stanie opisać tej palety dźwiękowych barw. Zwłaszcza, że muzyków wspomagają tacy goście jak Rufus Wainwright (czarujący „Blue Moon”) czy Timothy Nishimoto (barwna „Pata Pata”).

„Je dis oui!” potwierdza klasę oraz elegancję zespołu Pink Martini. Mozna wykorzystać ten album jako przewodnik po świecie muzyki światowej i nie ma szansy na znużenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Kayah – Gdy pada śnieg

gdy-pada-snieg-b-iext46304123

Czuć, że się zbliżają święta, bo jest nasyp płyt z kolędami, pastorałkami. Ponieważ każdy już ma i nie wypada być gorszym, swój album okołoświąteczny postanowiła wydać i nagrać Kayah – jedna z najbardziej wyrazistych wokalistek polskiej sceny muzycznej. Wsparta przez Jana Smoczyńskiego, sięgnęła po klasykę, ale postanowiła zrobić ją po swojemu.

Jeśli chodzi o piosenki, to nie ma żadnych niespodzianek, ale bardzo zaskakuje aranżacja i wykorzystanie orkiestry symfonicznej, nadając rozmachu (chór też musi być). I ten rozmach dodaje blasku, jak w przypadku „Cichej nocy”, gdzie poza lekkimi smyczkami przewija się trąbka, harfa oraz orientalna perkusja (na koniec). Bardziej jazzowe „W żłobie leży” z latającym fortepianem, okraszony orientalnym instrumentarium w tle może wywołać szok, ale jest to naprawdę oryginalne podejście. Stonowane jest pianistyczne „Wśród nocnej ciszy”, jednak obecność gitary akustycznej pomaga przy tworzeniu intymnej atmosfery oraz „Jezus Malusieńki”. To jednak zmyłka, by przyspieszyć niczym Pendolino w „Przybieżeli do Betlejem” (końcówka niemal gospelowa).

Żeby jednak nie było, iż jest to tylko odświeżanie kotletów, dostajemy kilka nowych piosenek. Taka jest piosenka tytułowa – bardzo delikatna niczym śnieżny puch, gdzie wybija się żwawa perkusja oraz cymbałki. No i ten chórek dziecięcy śpiewający „Wśród nocnej ciszy” – bezcenne. Drugim zaskoczeniem jest wybrany na singla „Pusty talerzyk” – melancholijna pieśń o tym, żeby samemu świąt nie spędzać (trąbka dodaje smaczku). Przynajmniej tak to odbieram. Także „Nie było miejsca dla ciebie” jest kompletną nowością. A jako bonus dostajemy jeszcze nieśmiertelne „Ding Dong”, czyli klasyka amerykańska, ale z polskim tłumaczeniem. Zgrabnie wykonana.

Kayah czaruje swoim głosem, chociaż w paru miejscach bywało zbyt ekspresyjnie (końcówka „Cichej nocy”) i może to doprowadzić nawet zatwardziałych fanów do bólu uszu. Jazzowo-symfoniczny entourage to strzał w dziesiątkę, przez co nie ma efektu znużenia, irytacji. Smaczne danie, ale czy za rok będę do tego wracał? Czas pokaże.

7/10

Radosław Ostrowski

Collage – Moonshine

280__collage_moonshine

Jest rok 1995. W Polsce coraz bardziej rozwija się muzyka rockowa, a takie zespoły jak Hey, Wilki, IRA czy Closterkeller stają się mega popularne. Niejako na obrzeżu tych formacji działała progresywna formacja Collage kierowana przez gitarzystę Mirosława Gila (gitara) oraz Wojciecha Szadkowskiego (perkusja). Grupa do tej pory wydała dwie płyty, ale to wydany w tym roku „Moonshine” miał być wielkim hitem.

Album zawiera tylko dziewięć piosenek, ale ilość w tym wypadku mocno poszła w jakość. Początek jest iście epicki i spektakularny. W „Heroes Cry” są i potężne smyczki, szybkie popisy sekcji rytmicznej (środek utworu) z niemal łkającymi riffami Gila. Sześć minut czystego raju, wspartego jeszcze przez anielski wokal Roberta Amiriana. Płynnie to przechodzi do 14-minutowego kolosa „In Your Eyes”. Zaczyna się od refleksyjno-melancholijnych smyczków. Wtedy odzywa się romantyczny fortepian wspierany przez akustyczną gitarę, by po dwóch minutach wszystkie instrumenty eksplodowały pełnią dźwięków, nieopisanych barw, gdzie znowu wybija się Mirosław Gil grający niczym Rothery z Gilmourem razem wzięci oraz szybki, liryczny klawiszowiec Krzysztof Palczewski. Wydaje się, że takich piosenek już się nie robi. Wyciszenie daje nam „Lovely Day” z rozmarzonymi klawiszami (niemal jakbyśmy byli w ogrodzie), fortepianem oraz akustyczną gitarą. Naprawdę można odlecieć na kilka minut, nawet mocniejsze uderzenie (wręcz strzelająca perkusja) w połowie utworu nie zmienia tego klimatu, by przejść do największego przeboju: „Living In the Moonlight”, gdzie Amirian dosłownie szarpie swoim głosem. Bardziej spektakularny, wręcz momentami metalowy jest „The Blues” (szarpiący początek – znowu Mr. Gil robi szoł), by wyleczyć nas wszystkich bajkowym „Wings In the Night”, zmieniającym tempo niczym w kalejdoskopie.

Gwałtowne przyspieszenia, szybkie tempo sekcji, klawiszy przeplata się ze spokojnym głosem Amiriana, dominującym nad wszystkim. Ta zbitka i tasowanie klimatem brzmi po prostu znakomicie, zwłaszcza finał z orientalną perkusją oraz zapętlonymi klawiszami. Równie spektakularna i widowiskowa jest kompozycja tytułowa, zaczynająca się z wysokiego C, by znów zaatakować tnącymi smyczkami w tle, akustycznym środkiem z magiczną elektroniką w tle (moog, flety, smyczki), by wyciszyć się w finale. A w nim dostajemy „War Is Over”. Początek to akustyczna gitara z tańczącym wręcz fortepianem. Nawet gitara elektryczna gra troszkę spokojniej, bez szarży, by od środka nadać pięknego uderzenia, na szczęście bez pójścia w patos.

„Moonshine” to praktycznie kompletne dzieło, które mimo 20 lat na karku pokazuje czym był polski prog-rock. Nadal ma piękne melodie, fantastyczną grę członków zespołu oraz cudowny wokal Amiriana. Krążą pogłoski, że wraca do studia i nagrywa nowy materiał. Troszkę się martwię, bo doszło do kilku roszad (o ile Karol Wróblewski na wokalu jest świetny, o tyle odejście Mirosława Gila wydaje się silnym ciosem). Zobaczymy jak to wyjdzie.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

KT Tunstall – KIN

KIN_by_KT_Tunstall

Ta szkocka wokalistka znowu zaskoczyła. Dwa lata temu wydała bardziej folkowy „Invisible Empire // Crescent Moon” i zaplanowała rzucenie muzyki rozrywkowej w cholerę, na rzecz pisania dla filmu. Na szczęście dla fanów, rozmyśliła się i wróciła do studia, by powalczyć nad swoim piątym dziełem, czyli „KIN”.

Za produkcję odpowiada Tony Hoffer (współpraca m.in. z Air, Beckiem, M83, Ladyhawke), więc tym razem niminalistycznego, gitarowego grania nie będzie. A co jest w zamian? Pop zmieszany z rockiem i indie, co czuć już w otwierającym całość chwytliwym „Hard Girls”. Z jednej strony troszkę czuć tutaj echa lat 80. (chropowata elektronika, metaliczny bas), ale jednocześnie jest to zrealizowane tu i teraz (przyjemna, lekka gitara). „Turned a Light On” to bardziej wyciszone i stonowane nagranie, jakiego nie powstydziłby się Beck z ostatniej płyty, czyli jest akustyczne, ale też wzbogacono klawiszami tło. I żeby nie było nudno środek utworu przełamano szybszym rytmem oraz melorecytującym wokalem KT, nakładającym się na siebie. Delikatną zmianę dynamiki daje singlowy „Maybe It’s a Good Thing”, gdzie znowu wybija się szybsza, folkowa gitara oraz zapętlone wokalizy w tle niczym wycie wilka. Podobnie rzecz ma się z „Evil Eye”, przypominającym troszkę „Hold On” sprzed 6 lat.

Chwila spokoju i wyciszenia pojawia się dopiero w utworze nr 6, czyli „On My Star”. Łagodne tempo, delikatna trąbka w tle oraz rozmarzony wokal – piękne jak diabli. Tak samo świetny jest duet z Jamesem Bayem, czyli „Two Way” z pobrudzoną i agresywniejszą gitarą. Bardziej energetyczne jest „Run on Home”, gdzie wracamy do stylistyki indie pop/rocka (gitara, chórki, łagodna elektronika), by potem ukoić tytułowym utworem, gdzie najważniejsze są smyczki.

Cóż mogę powiedzieć? „KIN” to, mimo spokojniejszych fragmentów, bardzo pogodna, przebojowa, ale nie plastikowe dzieło spod znaku indie. Sama Tunstall też czaruje swoim nietuzinkowym głosem, bez irytacji i egzaltacji. Na tą porę roku, to taki energetyczny zastrzyk byłby nawet wskazany. Naprawdę przyjemne dzieło.

7,5/10

Radosław Ostrowski