Ray Wilson – Makes Me Think of Home

makes-me-think-of-home-b-iext44835102

Ten Szkot mieszkający od lat w Polsce w 2016 roku nie próżnował. Najpierw wydał akustyczny hołd dla zmarłego przyjaciela („Song for a Friend”), to jeszcze zdążył przygotować drugi, kompletnie inny materiał. I pytanie, czy warto dać szansę nowemu Wilsonowi? To album bardziej rockowy i z większą energią od poprzednika, co było w pełni zrozumiałe.

Zaczyna się od szumu wiatru oraz dźwięków dud. Potem jednak wchodzi gitara z perkusją, by zaprowadzić po nastrojowej balladzie „They Never Should Have Sent You Roses”, przypominającą klimatem najlepsze lata U2. Podobnie spokojniejszy wydaje się „The Next Life” z syreną w refrenie i solówką saksofonu. Bardziej akustyczne jest „Tennessee Mountains”, pachnące jesienią. Nieoczywisty jest w tym zestawie „Worship the Sun”, gdzie mamy zapętloną gitarę elektryczną, delikatne wsparcie akustycznej, by w finale strzelić solówką gitarowo-saksofonową. No i wtedy pojawia się tytułowy utwór – prawdziwa petarda idąca w strone bardziej progrockowych brzmień. Melancholijny fortepian, minimalistyczna perkusja, krótkie wejście gitar,  by w refrenie mocniej i intensywniej uderzyć, zwłaszcza ekspresyjnym wokalem, wyciszyć (przepiękny flet), znowu podgrzać, by na koniec jeszcze saksofon z gitarą (widocznie ulubione instrumenty Wilsona) mogły powiedzieć ostatnie słowo.

Potem jest już zdecydowanie spokojniej, ale nie nudno. Bardziej w folk jedzie „Amen for That”, gdzie Wilson ze swoim ciepłym głosem daje ognia. W „Anyone Out There” wpadają w ucho stonowane perkusjonalia w tle, a w „Don’t Wait for Me” stonowana i ciepła gitara z klawiszami. Wilson trzyma fason i gra bardzo delikatne, wręcz eteryczne piosenki, które trzymają się mocno dzięki jego ekspresyjnej barwie głosu.

„Makes Me Think of Home” bardziej pasowałoby do osłuchu na jesienne wieczory, ale skoro jeszcze za oknami jest jesień, to czemu by nie. Wiele utworów nie zostanie w pamięci na długo, ale te najdłuższe (w tym tytułowa) mają taką moc, że ciągną ładnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Archive – The False Foundation

the-false-foundation-b-iext37640356

Jeden z najpopularniejszych w Polsce zespołów zagranicznych, czyli Archive ostatnio co rok wydaje swoje nowe płyty, eksperymentując z elektroniką, brzmieniami alternatywnymi i progresywnymi. Po świetnym „Axiomie” (2014) oraz bardziej przebojowym „Restriction” (2015) serwuje kolejną dziwną, ale piękną mieszankę muzyczną na „The False Foundation”.

Jest to też pierwszy album (przesłuchany przeze mnie), w którym nie pojawiają się panie na wokalu. Zaczyna się dość spokojnym (nawet sennym) „Blue Faces” prowadzonym przez bardzo delikatne dźwięki fortepianu oraz sporadyczne szumy. W połowie te dziwaczne dźwięki tła zaczynają przybierać na sile niczym wbijane wiertło do mózgu, a gdy wchodzi jeszcze perkusja, wywołuje to jeszcze większą dezorientację, jakbyśmy wrócili do „Restriction”. Pulsujący ambient, wokale w tle oraz zapętlony szum wprowadzający od razu do następnego utworu – „Driving in Nails” z pulsującą, minimalistyczną perkusją wziętą żywcem od Nine Inch Nails czy innego industrialnego składu. Do tego jeszcze pełno mało przyjemnych w odsłuchu plam dźwiękowych, które wprawiają w tajemniczy rytm (coś jakby uderzenia) i dopiero w połowie pojawia się wokal Dariusa Keelera, kompletnie zmieniając klimat. Jest bardziej przestrzenna elektronika, anielski chór w tle i elektroniczna perkusja, wracając do ambientu.

Brzmi dziwnie? To dopiero rozgrzewka, gdyż „The Pull Out” zaczyna się dziwaczną zbieraniną fortepianu, szumów, zapętlonego jakiego głosu i przez kilkanaście sekund repeta. Dopiero potem odzywa się surowa elektronika pomieszana z kosmicznymi dźwiękami, imitującymi trąbki, pulsującym jazgotem oraz pojedynczymi uderzeniami perkusji. Na koniec serwując mieszaninę fortepianu i wszelkich loopów. Gdy już traciłem nadzieję na znalezienie czegoś dobrego, pojawił się utwór tytułowy. Nadal są szumy i rytmiczna perkusja galopująca jak szalona (jak na tą grupę), ale wreszcie jest jakaś melodia sprawiająca frajdę. Nawet jeśli nawarstwiające się tło jest ścianą chaosu. Wtedy pojawia się wyciszający „Bright Lights” z wolnym i kompletnie spokojnym tłem elektroniki, wypieranym przez łagodne wejścia fortepianu, podobnie melancholijny „A Thousand Thoughts” oraz wspólnym zaśpiewem. Wtedy wraca hałas pod postacią strzelającego „Splinters”, który nasila się z minuty na minutę swoim echem.

Na szczęście to tylko chwila, gdyż spokój dominuje „Sell Out”, chociaż perkusja zaczyna działać coraz intensywniej (bardzo podniośle i patetycznie, by pod koniec ulec mechanizacji). Dynamika wraca do przestrzennego (i odrobinę gitarowego) „Stay Tribal”. Na finał dostajemy wręcz dyskotekowo-ambientowy „The Weight of the World”. Dyskotekowy, bo zaczyna się dyskotekową perkusją, by potem przejść w atomowe wręcz podkłady elektroniki, gdy następuje wejście westernowego fortepianu oraz cisza, by wrócić do swojego tempa dodając dziwaczną, charczącą wokalizę, klaskanie, pękiem kluczy, na koniec dając tylko fortepian.

Sam wokal Kellera jest różnorodny: od wrzasku po wręcz szept i melancholię. Co z tego, skoro forma jest dla mnie dość ciężko strawna? Grupa coraz bardziej idzie w stronę elektroniki, ambientu, łamańców i przesterów, tym razem przesadzając. Niestety, fundamenty mojego zaufania zostały nadszarpniete mocno.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Airbourne – Breakin’ Outta Hell

Breakinouttahell

Wydawało się, że w Australii jedyną hard rockową kapelą grającą na jedno kopyto, założoną przez dwóch braci jest AC/DC. Jednak pojawiła się tam młodsza konkurencja w postaci braci O’Keefe kierujących kwartetem gitarowo-elektrycznym pod nazwą Airbourne. Ich czwarty album tylko utwierdza w kierunku utrzymywanym przez tą formację od wielu lat.

Na „Beakin’ Outta Hell” mamy solidną porcję hard rocka, ale jednocześnie muzycy robią wszystko, by było to różnorodne. Nie brakuje szybkich, dynamicznych porcji wsparty surowymi riffami (tytułowy utwór) oraz strzałami rytmicznej perkusji. Nie może też zabraknąć obowiązkowego zaśpiewu w refrenach, by ludzie śpiewali to na koncertach (wolniejszy „Rivalry”), nośnych refrenów („Get Back Up”) oraz potężnej dawki energii (praktycznie każdy kawałek). Nawet galop jest tutaj tak przyjemny, że nie jestem w stanie się przyczepić („Thin The Blood”, którego nie powstydziłby się sam Motorhead). Słychać, ze ci ludzie czują się dobrze w swoim towarzystwie i wypadają świetnie. Problem w tym, że w zasadzie nie ma tutaj niczego, co by mnie zaskoczyło. To bardzo udany, ale klon AC/DC, tylko młodszy. Nawet wokal O’Keefe’a przypomina Briana Johnsona. Więc ci, co nie kochają prostego, ale dynamicznego łojenia, nie mają tu czego szukać.

Dla mnie to solidne, ostre granie, które raz na jakiś czas wypada sobie odpalić. Doceniam konsekwentne podążanie wyznaczoną ścieżką oraz potężnego kopa. „Breakin’ Outta Hell” na pewno sprawdzi się na koncertach i prywatnych imprezach (jeśli będzie się na nich grało rocka). Poprzednik bardziej mi się podobał, chociaż jest to podobny poziom.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Hunter – NieWolnOść

ru-1-r-640,0-n-22968550Ymc

Pochodząca ze Szczytna metalowa grupa Hunter to jedna z wyrazistych kapel od ostrego grania w Polsce, gdzie czuć silne inspiracje Metalliką oraz innymi klasykami tego gatunku, co jest także zasługą mocnej warstwy tekstowej. Nie inaczej jest z nowym wydawnictwem grupy Pawła Grzegorczyka, której tytuł mówi więcej, niż zwykle.

Agresywny i silny wokal, wsparcie ostrej sekcji rytmicznej oraz mocarnej gitary czuć od samego początku w utworze tytułowym. Nawet drobne wejście fortepianu i niepokojących fletów w środku, tylko potęguje poczucie niepokoju, mimo patetycznego charakteru. Ale jak widać o takich sprawach jak wolność (i jej brak) trzeba powiedzieć głośno i ostro. Nie inaczej jest w „NieWinnym”, gdzie na początku mamy przejmujące solo skrzypiec, którym towarzyszy szum wiatru uderzający o jakieś szklane przedmioty, by potem wejść w marszowe tempo oraz psychodeliczny środek (dziwacznie brzmiąca gitara). Patos pojawia się na początku „Gorzkiego” (ta perkusja), by pójść w mroczniejsze rejony, prowadzeni przez wolniejsze smyczki Jelonka oraz siarczyste solówki gitarowe, będące skutkiem przyspieszenia (brutalny „PodNiebny”).

Nawet jeśli pojawia się odrobina muzycznego uspokojenia, nie ma mowy o zmianie mrocznego klimatu. Tak jest w „Rzeźnickim”, gdzie do wolnych riffów oraz uderzeń perkusji, dochodzi plumkanie, by z każdą sekundą zrobiło się coraz ciężej i wściekle. Nie inaczej jest w nerwowym „Niewesołowskim” (nie, nie jest to utwór o pewnym polityku, znanym o ostrej retoryki), gdzie trudno zapomnieć smyków w tle. Pozornie kołysankowy wstęp „NieRządnickiego” (bas i klawisze niczym cymbałki), marszowe „NieMy” – kapela nie bawi się w półśrodki, a spójny klimat tylko pomaga w tym mrocznym świecie.

Drak swoim głosem może się nie bawi, ale współgra z tym całym dziełem – jest mroczny, ciężki, ekspresyjny i pełen siły. Gorzki portret świata, gdzie rządzi bezkarność, nieuczciwość, przemoc działa i trafia w punkt, unikając przy tym publicystyki. Mocne, aktualne i bezwzględnie szczere.

8/10

Radosław Ostrowski

Acid Drinkers – P.E.E.P. Show

peep show

Wielokrotnie poznawałem dorobek tej metalowej grupy kierowanej przez niezmordowanego Titusa. Kiedy pojawiły się wieści, że grupę opuszcza perkusista Ślimak, przyspieszyło to moją decyzję w zapoznaniu się z nowym, ostatnim materiałem w klasycznym składzie grupy.

I jest ostro, ciężko, agresywnie, ale i melodyjnie. To mordercze tempo jest odczuwalne już przy „Let’em Bleed”, gdzie wszystko pędzi w galopującym tempie, pozwalając sobie na odrobinę spowolnienia przy refrenie. Nie inaczej jest w przypadku speedowego „Monkey Mosh”, niemal pędzącej na sterydach czy bardziej surowym, ale pełnym popisów gitarowo-perkusyjnych „Sociopath” (w refrenie przewija się w tle takie echo, które buduje odrobinę niepokoju). Czasami gitara sprawia wrażenie lekko podchmielowej (początek „Become a Bitch”), unosi się mocno duch Black Sabbath (epickie i wręcz marszowe „Thy Will Be Done” z riffem w środku przypominającym… muzykę z Commodore czy innej starej konsoli gier) czy przyspieszonego punka („50? Don’t Slow Down”), wprowadzając chaos i zadymę („The Cannibal” z orientalnym środkiem czy „Diamond Throats”).

Miało być więcej łojenia oraz masakrowania przeciwników? I jest, aczkolwiek wyjątkiem od tej reguły jest powolny, ale ciężki finał w postaci „After The Vulture”. W zasadzie trudno wyróżnić i wyłuskać poszczególne utwory, a Titus ze swoim gardłem drze się, dając takiego ognia jakiego nie było na naszym podwórku od bardzo dawna. Kwasożłopy mocno trzymają za pysk i nie puszczają aż do samego końca. Mogę tylko pozazdrościć im energii, mimo ponad 30 lat grania na scenie, chociaż można odnieść wrażenie przesytu.

7,5/10

Sorry Boys – Roma

00061D7JS44B6W5W-C122-F4

O grupie Sorry Boys pierwszy raz usłyszałem trzy lata temu, gdy poznałem cudowny album „Volcano”, pełen pięknych dźwięków dla fanów muzyki alternatywnej, wspieranej przez charyzmatyczny wokal Beli Komosińskiej. Teraz grupa wraca z trzecim albumem, który – podobno – pozamiatał i zniszczył konkurencję na łopatki. Czy tak jest na pewno? I o co chodzi tutaj z tym Rzymem?

„Roma” jest tutaj bardzo bogata w dźwięki oraz aranżacje, co pokazuje otwierający całość „Apollo”. Z jednej strony pulsująca elektronika z basem, z drugiej harfa oraz wokaliza w tle. Po minucie jednak robi się jeszcze ciekawiej, gdy w refrenie dochodzi do intensyfikacji dźwięków: smyczki, gitara elektryczna, organy, fortepian. Można przez chwilę odnieść wrażenie przesytu, ale to wszystko świetnie uzupełnia i komponuje, by pod koniec rozpłynąć się w spokoju. Równie otwierający się śpiewem a capella „Lord” wywołuje ciary, potem dołączają dęciaki, zapętlające się nawzajem. Zaśpiew wraca też w refrenie, gdzie cudna jest gitara elektryczna z magiczną elektroniką. Wreszcie jest singlowe „Wracam” okraszone kurpiowskim wstępem (ten refren brzmi niesamowicie), by potem w refrenie zaatakować akordeonem, oszczędną perkusją oraz mandoliną. I jakby tego mało Bela śpiewa (co jest rzadkie w przypadku tej grupy) po polsku równie przyjemnie jak po angielsku.

W tym większą konsternację wprawił mnie tytułowy utwór, który był bardzo stonowany, z łagodnym fortepianem na początku i nostalgiczną gitarą jakby z lat 60., by coraz intensywniej weszły klawisze oraz dziwaczna elektronika w tle, a na sam koniec jeszcze cymbały (pewnie pożyczone od Jankiela). Nieoczywiste, ale i podniosłe „Alleluia” pełne jest gitar, ustępujących miejsca trąbkom, fortepianu oraz chórowi. Podobnie piękne jest „Mojo”, gdzie przewijają się werble oraz smyczki z akustyczną gitarą. Cudownie się to rozkręca i wprawia w stan niemal kontemplacyjny. Tak jak dynamiczna (nie na początku) „Supernowa” z bajecznymi fletami, pełna elektroniki (podanej ze smakiem) „Miasto Chopina” z „mechaniczną” gitarą oraz japońskimi smyczkami pod koniec czy będąca kompletnym koktajlem Mołotowa „Water”.

Być może to tylko moje nadwrażliwe uszy, ale grupie najbliżej tutaj do… Florence + The Machine, gdzie również mamy do czynienia z mozaikową mieszanką różnorodnych dźwięków, pozornie niepasujących do siebie. Równie natchniona Komosińska jest po prostu zjawiskowa, bez względu na to w jakim języku śpiewa. Wszystko tu się spina w jedną logiczną całość: jaką? Przeczytajcie tytuł tej płyty wspak i zobaczcie co wyjdzie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Paul Gilbert – I Can Destroy

i can destroy

Jeden z najbardziej rozchwytywanych gitarzystów rockowych (założyciel Mr. Big) powraca z nowym materiałem. „I Can Destroy” najpierw zostało wydane w Japonii, by pół roku później trafić na rynek europejski i amerykański. Wydawało się, że będzie dobrze, zwłaszcza, gdy producentem jest sam Kevin Shirley, a wsparcia udzielili gitarzyści Freddie Nelson i Tony Spinner, basista Kevin Chown oraz perkusista Thomas Lang. Tylko czy naprawdę dojdzie do zadymy czy będzie spokojniej?

Początek obiecuje wiele, bo „Everybody Used Your Goddamn Turn Signal” ma świetne riffy miedzy zwrotkami (ciężkie i improwizowane), klasycznego Hammonda i zgraną sekcję rytmiczną. Tytułowy utwór łoi aż miło, a ciężkie bluesowe zwrotki skontrastowano nośnym refrenem oraz bardzo szybkimi popisami gitary, stojąc w kierunku klasycznego hard rocka. Zmianę klimatu daje bardziej zwarty i przebojowy „Knocking on a Locked Door” – lżejszy i delikatniejszy, z chórkiem w refrenie, podobnie jak bluesowy „One Woman Too Many”. Z kolei „Woman Stop” ma bardziej „pijaną” gitarę oraz wolniejsze tempo. „Gonna Make Me Love You” to już powrót do szybkiego tempa (sekcja rytmiczna), chwytliwego refrenu oraz fajnego, rock’n’rollowego klimatu, tak jak zadziorniejszy „I Am Not The One (Who Wants to Be with You)”, by w finale zaatakować soczystą solówką.

Spokój wraca w nastrojowym „Blues Just Saving My Life”, chociaż wielu może ten utwór znużyć, ale riff Nelsona ratuje sytuację. Od tego momentu robi się nużąco – niby są jakieś energetyki, ale nie czuć tej mocy z riffów oraz ogólnego brzmienia. Słychać zawodowstwo muzyków, ale zarówno „Make It (If We Try)” usypia, a akustyczne „Love We Had” brzmi ładnie, lecz kompletnie nie pasuje do reszty. Bardziej w stronę popu idzie „I Will Be Remembered” oraz „Adventured and Trouble” (pod koniec mocno i ostro przyspiesza, co ratuje przed zapomnieniem).

„I Can Destroy” może nie rozłoży na łopatki, ale zaserwuje przyjemną dawkę dynamicznego, gitarowego grania. Sam wokal Gilberta jest bardzo przyzwoity i pasuje do brzmienia, a teksty są ok. Jeśli chcecie zacząć z hukiem nowy 2017 rok, to będzie odpowiedni materiał.

7/10

Radosław Ostrowski

Gaby Moreno – Illusion

ilusion

Dla wielu osób ta wokalistka pozostaje postacią anonimową. Gaby Moreno ma 35 lat i pochodzi z Gwatemali, śpiewając jazzu zmieszanego z soulem, a jej płyty rzadko były wydawane poza ojczyzną. Po raz pierwszy usłyszałem o niej 3 lata temu, gdy zaśpiewała na płycie „Didn’t It Rain” Hugh Lauriego. I teraz trafiła mi do rąk najnowsza płyta.

„Illusion” to album bardzo staroświecki w brzmieniu materiał, co daje się odczuć już w otwierającym całość „Nobody To Love” z eleganckim fortepianem, stonowaną gitara oraz organami. Nie zabrakło miejsca dla klasycznego, pianistycznego bluesa („Pale Bright Lights”), przyjemnego soulu w starym stylu („Love Is Gone”), country (śpiewane po hiszpańsku „Maldicion,  Bendicion” oraz „Fronteras” z pluskającymi smyczkami w tle). Czyli rozrzut jest tutaj spory. Wszystko broni się dzięki aranżacjom oraz instrumentom tak pięknie uzupełniającymi się ze sobą: mandolina z fortepianem i skrzypcami w „O, Me” przypomina troszkę Russian Red, gwałtowniejszy fortepianowy wstęp w rozmarzonym „Aldous”, nostalgiczna „Hermana Rosetta” z zapętloną gitarą i minimalistyczną perkusją czy saksofon w „Solemncholy”. Wszystko to tworzy bardzo przyjemną oprawę, chociaż nie mamy tutaj niczego nowego.

Sama Gaby ma wokal eteryczny, wręcz dziewczęcy, ale potrafi pójść tak ekspresyjnie, że nawet się tego nie spodziewacie (brawurowa „La Malaguena”). I to wystarczy, by miło spędzić czas w towarzystwie panny z Gwatemali.

7/10

Radosław Ostrowski

She & Him – Christmas Party

she7him

Wiem, że wielu z was może już mieć dość piosenek około świątecznych, jednak nie mogłem sobie odpuścić sobie tego wydawnictwa. Duet She & Him (śpiewająca aktorka Zooey Deschanel oraz gitarzysta i producent M. Ward) pojawiał się tu wielokrotnie, grając utwory utrzymane w stylistyce rock’n’rolla z lat 50. i 60. Pięć lat temu już wydali album świąteczny („A Very She & Him Christmas”), który nie był do końca takim oczywistym albumem. Teraz powrócili do klimatów bożonarodzeniowych i… wyszło całkiem nieźle.

Z jednej strony jest to bardzo bezpieczny zestaw z nieśmiertelnym „Let It Snow” (bardzo delikatna i ciepła gitara) czy otwierającym całość „All I Want for Christmas Is You”, jednak jest to ugryzione z innej strony (w tym ostatnim pojawia się nawet saksofon), bardziej stonowane oraz – tak jak przy poprzednim albumie – nie nadużywa się tutaj dzwoneczków, brnąc jednocześnie w retro stylistykę. A całość trwa niecałe pół godziny, niczym łyknięcie pastylki. Piosenki są dość krótkie, ale duet stara się, by to wszystko zróżnicować. Przyspiesza tempo („Must Be Santa” z akordeonem, meksykańskimi trąbkami oraz wspólnym zaśpiewem), dodaje inne instrumenty, poza perkusją i gitarą, co też dodaje kolorytu (Hammond w „Happy Holiday”), raz pierwsze skrzypce wokalne zagra Ward (daje radę w niepozbawionym pazura „Run Run Rudolph”), a nawet skręca w stroję Hawajów (nieoczywiste i śliczne „Mele Kalikimaka”).

Jednocześnie wszystko to jest bardzo spójne, pełne nostalgicznego klimatu oraz – przynajmniej ja to tak odebrałem – tęsknoty za dawnymi Świętami, gdy było się dzieckiem. Mógłbym wymieniać dalsze utwory, ale nie wiem, czy byłby w tym sens. Ona z Nim nadal trzymają się swojego stylu i nagrali ładny album świąteczny z klasą, smakiem, bez wchodzenia w kicz. No i jak zawsze urocza Zooey, którą po prostu uwielbiam. Takiej świątecznej imprezy nie przegapiłbym za nic.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Olafur Arnalds – Island Songs

island-songs-b-iext43305399-500x500

Islandię muzycznie kojarzymy z dziwacznością i melancholią, co jest zasługą takich wykonawców jak Bjork czy Sigur Ros. Do tego grona niejako wpisuje się producent oraz multiinstrumentalista Olafur Arnalds, znany mi jako autor ścieżki dźwiękowej do serialu „Broadchurch”. Tym razem jednak serwuje bardziej stonowany materiał nagrany w siedem tygodni, z siedmioma wykonawcami wspierającymi go (i wszyscy śpiewają po islandzku). I tak narodziło się „Island Songs”.

Muzyka jest tutaj bardzo minimalistyczna, przynajmniej w otwierającym całość „Arbakkinn”. Powoli, w tle przebija się fortepian, towarzyszący recytującemu Einarowi Greggowi Einerssonowi, do którego dołączają potem „łkające” smyczki. Zupełnie inaczej brzmi „1995”, gdzie dominuje… akordeon i jest to kompozycja instrumentalna czy chóralne „Raddir” – tak majestatycznie, jakby się obcowało z tajemnicą. Bardziej elektronikę czuć w stonowanym, lecz pulsującym „Oldurot” współtworzonym przez Atli Olvarssona – chóralno-symfoniczny, z pięknym solo skrzypiec. Zapętlony fortepian z nisko grającymi dęciakami w cichym „Dalurze” czy wreszcie śpiewająca Nanna Bryndis Hilmarsdottir (wokalistka Of Monsters nad Men) w poruszającym, singlowym „Particles” – pozornie nic się nie dzieje, ale jak się porządnie wsłuchać, to nie ma miejsca na nudę.

„Island Songs” to album bardzo kontemplacyjny, stawiający na klimat, nastrój i emocje. Muzyka bardziej idąca w stronę klasycznych brzmień (troszkę podobnie jak Max Richter), ale naznaczona tym charakterystycznym, islandzkim brzmieniem. Właśnie tak muzycznie wygląda zima, więc jeśli tęsknicie za śniegiem i mrozem, wsłuchajcie się w „Island Songs”.

7,5/10

Radosław Ostrowski