The Animals – The Animals

The_Animals_%28American_album%29

Zespół jednego przeboju – taka instytucja działa niemal od początku istnienia muzyki rozrywkowej. Jedną z takich grup był działający w latach 60. The Animals. Brytyjska formacja płynąca na fali rock’n’rolla działała a do 1983 roku (wtedy wydali ostatni album) w składzie: Eric Burdon (wokal), Alan Price (klawisze), Hilton Valentine (gitara), Chas Chandler (gitara basowa) i John Steel (perkusja). Wszystko zaczęło się od debiutu z 1964 roku.

Za produkcję odpowiadał mistrz tego okresu Mickie Most, który współpracował m.in.  Herman’s Hermitts, Lulu, Donovanem czy Suzi Quatro. I jak wiele zespołów z tego zespołu, zaczynało od debiutu z coverami. I właśnie tu pojawia się ich najbardziej rozpoznawalne dzieło, czyli „House of The Rising Sun” (tradycyjny utwór, zagrany po raz pierwszy przez Boba Dylana), ale to klawiszowe popisy Price’a czynią tą wersję niezapomnianą. Dalej jest czysty i bezpretensjonalny rock’n’roll  epoki. Nie brakuje zarówno bardziej imprezowych utworów („The Girl Can’t Help It”, „Talkin’ ‘Bout You”), czuć troszkę podobieństwo do Bookera T & The M.G.’s (sprawdźcie „Blue Feeling”), a gitara Valentine’a skręca czasem w stronę country („Baby Let Me Take You Home”), a nawet bluesa („I’m Mad Again”). Nie zabrakło te miejsca na chórki („The Right Time”) czy wspólny zaśpiew zespołu. Pozwala wejść w klimat epoki, gdy grywano raczej krótkie piosenki, mające podbić listy przebojów.

Trudno nie odmówić siły głosu Burdona przypominającego… Jima Morrisona. I nie ma w tym cienia przesady, wystarczy się wsłuchać się w każdy utwór. Wersja zremasterowana tego wydawnictwa (poza odnowionym dźwiękiem) zawiera jeden, ale za to jaki bonus – „Talkin’ ‘Bout You” w wersji pełnej, trwającej ponad 7 minut. I ten powoli rozkręcający się utwór jest prawdziwą petardą dla fanów klasycznego rock’n’rolla. Mimo lat nadal ma energię i tą lekkość, która wyróżniała twórców tego gatunku muzycznego.

7/10

Radosław Ostrowski

The xx – I See You

i see you

Pamiętacie takie trio elektroniczne The xx? Grupa kierowana przez Jamiego Smitha coraz bardziej przykuwała fanów elektronicznego, lecz niepozbawionej przebojowości grania. Nie inaczej jest na najnowszy wydawnictwie „I See You”.

Całość otwiera „Dangerous” niczym jakiś retro kawałek. Takie miałem wrażenie, gdy usłyszałem trąbki. Ale zamilkły i na ich miejsce wszedł mechaniczna perkusja oraz dość grubo brzmiący bas, do którego wracają trąbeczki z początku. Wchodzą w refrenie jak w masło, stanowiąc spójny fragment. Raz odsłuchane nie odczepi się od was nigdy. Podobne dźwiękowe wariactwa mamy w „Say Something Loving”, gdzie zostaje zapętlony dźwięk fortepianu przerobiony na gitarę. Wtedy pojawiają się w tle przyjemne pasaże, ładne smyczki oraz oszczędna perkusja. Buja to przyjemnie, niczym piosenka r’n’b, tylko lepsza. Przestrzeń roznosząca dźwięk jest tutaj spora, ale to nic w porównaniu z niesamowitym „Lips”, gdzie wokale Romy Croft, Jamiego Smitha i Olivera Sim na początku są wręcz sakralne, by potem wejść w pięknie przerobione cymbałki, klaskanie oraz lżejszą gitarę.

„A Violente Noise” troszkę skręca pod współczesne house’owe rytmy, jednak jest mniej agresywny niż wskazuje na to tytuł. Nie brakuje też klimatycznych eksperymentów jak w „Performance” (szumiące niczym smyki wejścia gitary z basem) czy skrętów w bardziej taneczne klimaty („Brave for You” czy singlowe „On Hold” z zapętlonym refrenem).

Dziesięć piosenek mija szybko, troszkę za szybko, ale kompozycje zachwycają spójnym, romantycznym klimatem oraz świetnie zgranymi wokalami członków zespołu. I jest to podobny styl jak u poprzednika, chociaż bardziej rozbudowany. Jak tak świetnie zaczyna się rok 2017, to co będzie dalej?

8/10

Radosław Ostrowski

Metallica – Hardwired… to Self-Destructed

hardwired

Kto nie pamięta lub kojarzy jednej z najpopularniejszych kapel metalowych kierowana przez charyzmatycznego Jamesa Hetfielda? Mało kto jednak chce pamiętać nagraną w 2011 roku płytę z Lou Reedem „Lulu”, będącą kompletną katastrofą. Dlatego trzeba było czekać pięć lat na nowe wydawnictwo i by zatrzeć złe wrażenie po poprzedniku wydano to aż na dwóch płytach, a wsparcia producenckiego udzielił Greg Fidelman, z którym nagrali „Death Magnetic”.

I już od samego początku trzyma brutalnie za mordę. Bo nie inaczej można nazwać otwierający całość „Hardwired”, który jest czystą młócką z galopującą niczym polska kawaleria perkusją oraz krótkimi wejściami riffów duetu Hetfield/Hammett (w połowie). I kiedy spodziewamy się dalej czystej, bezkompromisowej rzezi dostajemy najlepszy kawałek, czyli epicki „Atlas, Rise”. Na początku dostajemy prawdziwą salwę od Ulricha, by potem otrzymać odrobinę żużlu na gitarze, by potem dać wskoczyć Hetfieldowi ze swoim głosem. A w refrenie znowu robi się bardziej podniośle (w połowie dominują huki perkusji oraz siarczyste riffy, jakie powinni grać giganci), by zakończyć po prostu z hukiem, niczym Iron Maiden. Na szczęście ekipa nie zapomina o nagrywaniu takich kawałków, żeby to w radiu puścili, ale robią je po swojemu. Wolne, ale siermiężne, hard rockowe „Now That We’re Dead”, gdzie bardzo ciekawie gra perkusja. Siarczyście i epicko robi się przy (pozornie) wolnym „Moth Into Flame” z zarąbistym i agresywnym niczym diabeł riffami zgranymi z perkusją. Wolniej oraz bardziej nastrojowo się robi przy mocarnym „Dream No More”, gdzie Hammett cudownie tnie swoimi riffami jakby to grało Black Sabbath. Podobnie wybrzmiewa ponad 8-minutowy „Halo on Fire”, wydawałoby się najspokojniejszy utwór na całym wydawnictwie. Ale tylko w zwrotkach, gdy w refrenie robi się coraz mocniej. Nie inaczej jest w przypadku marszowego „Confussion”, idącego niczym walec „Here Comes Revenge” czy najlepszego na drugim krążku „Spit Out The Bone”.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, ze Metallica wraca do znakomitej formy, w czym pomaga świetna produkcja. Hetfield ma głos mocny niczym dzwon, siarczysty jak diabli, a Hammett gra tak na gitarze, że słucha się tego z niekłamaną przyjemnością. A jeśli komuś jest mało wrażeń to jest jeszcze wydanie deluxe z dodatkowym krążkiem. Co w nim dostajemy? Głównie utwory w wersjach koncertowych, ale są też umieszczone wcześniej w różnych tribute albumach covery m.in. Rainbow (potężny „Ronnie Rising Medley”) czy Deep Purple („When a Blind Man Cries”). I brzmi to znakomicie. Hetfield i spółka robią prawdziwą rzeź, przypominając wszystko, a co byli kochani – trasowa energia, ciężkie riffy, gwałtowne wejścia perkusji oraz silna charyzma Hetfielda. Najlepszy album Metalliki od bardzo dawna.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – Marmur

tacohemingway-marmur

Każdy osobnik, który nawet nie zna się na rapie, to słyszał o Taco Hemingwayu. Do tej pory nagrywał tylko i wyłącznie EP-ki, ale wszystko musiało się zmienić z wydaniem pełnego albumu, wydanego przez Asfalt Records. I tak pojawił się „Marmur”, będący concept-albumem. Tytułowy „Marmur” to hotel w Gdańsku, do którego trafia nasz bohater, gdzie nie można korzystać z technologicznych cacek.

Taco od samego początku wspierany przez producenta Rumaka, robi w zasadzie to, co zawsze. Tytułowy utwór zaczyna się przyjemnym basem oraz żeńska wokalizą, zastąpioną przez pachnącą latami 80. pulsującą elektroniką, do której dochodzą różne zabawy perkusją. A na sam koniec dostajemy nocnego portiera (naprawdę). Potem dostajemy zapis audio wiadomości „Witaj w hotelu Marmur”, by wejść w surowy „Żyrandol” (ta perkusja robi robotę z cykaczami) oraz ciepłymi klawiszami, a także melancholijnej „Krwawej jesieni”.

Rumak ciągle zaskakuje – stosuje różnego rodzaju echa („Mgła I (Siwe włosy)”, „Tsunami Blond”), przełamuje tempo perkusji (dyskotekowy „Świat jest WFem”), wrzuca fortepian („Mgła II (Mówisz, masz)”), dodaje nawet kotły („Świecące prostokąty”) czy gitarę elektryczną („Ślepe sumy”), ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu zmęczenia materiału. Minimalistyczny styl z każdym utworem staje się coraz bardziej męczący, odwracając kompletnie uwagę od nawijki Taco.

Sam Taco wrzuca setki aluzji i odniesień do popkultury, przez co mam poczucie niepotrzebnie megalomański. Niby opowiada o przełamywaniu kryzysu twórczego, ale też pojawia się sen z kobietą w roli głównej („Tsunami blond”), działanie technologii („Świecące prostokąty”), konfrontacja z kibicami („Krwawa jesień”) oraz pojawiający się tajemniczy pasażer („To by było na tyle”). Wymaga to większego zaangażowania, gdyż wiele rzeczy można nie wychwycić za pierwszym razem. Ale nawet i to nie jest w stanie wynagrodzić spędzonego czasu (wyjątkiem jest troszkę inna wersja „Deszczu na betonie” ze zmienioną zwrotką finałową).

I chyba po raz pierwszy mam wrażenie, ze Taco zwyczajnie przekombinował. Koncepcja świetna, ale czegoś tutaj zabrakło, przynudzało. Gdyby wziął się za to Łona, Sokół czy Ostry, byłoby zapewne lepsze. A tak pozostaje zawód.

6/10

Radosław Ostrowski

Fisz Emade Tworzywo – Drony

drony-b-iext45097080

Fisz i Emade znani wcześniej jako Tworzywo Sztuczne, teraz jako Fisz Emade Tworzywo to jeden z najbardziej nieoczywistych grup hip-hopowych, które chodzą swoją ścieżką, mieszają bity z żywym instrumentarium. Ostatnio swoim „Mamutem” skręcili w coraz bardziej elektroniczne eksperymenty, podbijając nawet taneczne parkiety. Tą ścieżkę kontynuują „Drony”.

Bartek i Piotr Waglewscy tym razem postanowili stworzyć concept-album opowiadający o życiu we współczesnym świecie, pełen gadżetów i wynalazków, bez których nasze życie wydaje się już niemożliwe. To daje już otwierający całość „Telefon”, który z jednej strony ma wszelki potencjał do podbijania parkietów (sekcja rytmiczna pulsuje, podobnie jak delikatne elektroniczne pasaże w zwrotkach) i próbuje być zagwozdką nie dla idiotów. Podobnie zaczyna się też ejtisowski „Parasol” z zapętlonym, przyspieszonym fortepianem oraz wręcz metalicznym basem. Najlepszy aranżacyjnie dla mnie są „Fanatycy” z mocną, dyskotekową perkusją, funkową gitarą oraz płynnymi smyczkami (prawie jak z „Wojny”) oraz minimalistyczny „Biegnij dalej sam”. Zupełnie w konsternację wprawiły mnie „Kręte drogi” z zapętloną gitarą akustyczną oraz mieszanką łagodnych perkusjonaliów, etnicznych wokaliz z mocnym bitem sklejonym z elektroniką.

Waglewscy robią wszystko, by nie przynudzać, a parę efektów zaskakuje – mieszający Orient z ambientem „Duch”, pulsujące „Samochody” ze staroświecką elektroniką, cykaczami oraz przerobionym głosem Fisza, delikatne „Skąd przybywasz” czy niemal akustyczny „Komputer”. Im dalej jednak, tym bardziej przewidywalne są chwyty rodzeństwa. Dodatkowo fani rapu się wściekną, bo tutaj tego gatunku jak na lekarstwo.

Fisz coraz bardziej skręca w stronę śpiewania niż rapowania, co wydaje się zrozumiałe (ci, co słyszeli jego rockowe wcielenie w postaci Kim Nowak wiedzą, co potrafi) i radzi sobie dobrze. Tekstowo jest dość zróżnicowanie, ale wszystko zmierza w oczywistym kierunku: technologia zabija człowieczeństwo, a prywatność oddajemy dla ideologii w rodzaju bezpieczeństwa narodowego (latające drony). Można było z tego wycisnąć dużo więcej.

„Drony” nie przebiją „Mamuta” zarówno pod względem produkcji czy energii, ale Fisz z Emadem poniżej pewnego pułapu zwyczajnie nie schodzi. To po prostu dobry materiał, który blado prezentuje się w porównaniu z konkurencją.

7/10

Radosław Ostrowski

Dropkick Murphys – 11 Short Stories of Pain & Glory

11shortstories

Kto nie kojarzyłby tej bostońskiej grupy mieszającej punkowego ducha z celtycką tradycją? Dropkick Muphys pod wodzą Ala Barra musiała poradzić sobie z odejściem dudiarza Scurffy’ego Wallace’a. Nie zrobili sobie nic z tego i po czterech latach wracają z premierowym wydawnictwem, trzeci raz ufając producentowi Tedowi Huffowi.

Jak sama nazwa wskazuje jest tu jedenaście utworów. Czy są one o bólu i chwale? Zaczyna się bardzo podniosłym wejściem fletu oraz perkusji brzmiącej niczym morski sztorm w postaci „The Lonesome Boatman”. I po tym wstępie pojawia się silny zaśpiew, do którego dołącza szybka sekcja rytmiczna. Poza tym jest to instrumentalny utwór. Niech was to jednak nie zmyli, dalej mamy to, z czego znany jest bostoński skład. Jest szybko, gitarowo, energetycznie i przebojowo, co dostajemy już w „Rebels with z Cause”. Spokojniejsze, ale tylko przez tempo jest singlowy „Blood”, który ma wszelkie zadatki na koncertowy hit. Także krótki akustyczny wstęp w klaskanym, rock’n’rollowym „Sandlot” nie był oczywistością, ale spokojniejszy „First Class Lover” miesza celtyckie klimaty (flety, mandolina, werble) z bardziej rockowym entouragem. Podobnie fortepianowy „Paying My Way” (jeszcze pod koniec ta harmonijka szaleje), ale „I Had a Hat” to już typowa szybka jazda, gdzie dzieje się wiele, a wspólne śpiewanie daje dodatkowego czadu. I w zasadzie dalej jest tak samo czadersko i imprezowo, ze będziecie chcieli podśpiewywać te piosenki razem z kolegami po piwku. Lub po dwóch.

Ale w zasadzie procenty nie będą wam do tego potrzebne. Chemia jest silna, energia płynnie przechodzi na słuchacza i ma ochotę na więcej. Tylko 11 utworów, ale za to jakich – takiego kopniaka nie daje nawet AC/DC. I nie, nie przesadzam. I oby cały taki był 2017 rok.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mech – Zjednoczone siły natury

zjednoczone siły natury

Dawno, dawno temu działał taki polski zespół rockowy Mech. Nadal działa (reaktywował się w 2004 roku po 17 letniej przerwie) kierowany przez Macieja Januszko, którego wokal jako żywo przypomina Ozzy’ego Osborne’a. Jednak nie o tym chciałem opowiedzieć, ale o początkach, gdy grupa nazywała się Zjednoczone Siły Natury Mech i miała dwóch wokalistów: Januszkę oraz Roberta Milewskiego vel Millorda. Co wtedy grywał Mech?

Wytwórnia GAD Records zremasterowała (dzięki wsparciu Milewskiego) pierwszy album grupy, noszący tytuł taki jak ona sama. Na początek dostajemy „Marsz”, a jak marsz to muszą być werble niczym w armii, do których dołączają płynne klawisze oraz podrasowana gitara elektryczna. Brzmi to podniośle, by w połowie uspokoić się za pomocą imitujących morze perkusjonaliów. I wtedy dostajemy ponad dziesięciominutową suitę „Atlantis”, gdzie czuć mocno ducha Yes (ta gitara i Moog!!!), gdzie muzycy popisują się swoimi umiejętnościami, tworząc wręcz sielski, przyjemny klimat. Dopiero w czwartej minucie pojawia się wokal, wspierany przez akustyczną gitarę. I ta sielska atmosfera tworzona prez klawiszę oraz gitarę zostają zdemolowane przez pędzącą na złamanie karku perkusję, przez co reszta muzyków dostosowuje się do tego tempa, by potem każdy z muzyków rzucił krótką solówkę. „Dialog” początkowo przypomina Pink Floyd (perkusja i krótkie gitarowe wejścia), tylko klawisze imitujące smyczki pędzą na złamanie karku i jest dialogiem między Januszką i Milewskim (piękne, dźwięczne głosy), a gitara niemal łka w połowie. Mroczniejszy (na początku) jest „Guliwer”, gdzie przebijaja się od niego pojedyncze strzały perkusji oraz Moog. Wtedy zaczyna piękny dialog gitara z klawiszami. „Antidotum” z kolei zaczyna się wręcz kojąco, ciepłymi klawiszami, do których dołącza gitara akustyczna. Po krótkiej chwili włącza się także sekcja rytmiczna. Wsystko pędzi ze świetnymi riffami, by wraz z wokalami weszło w stronę improwizowanego jazzu. Wrescie jest rozmarzony, ale krótki „Ogród snów” pozwalający się romarzyć.

Na koniec wydawca dorzuca jeszcze dwa dodatkowe utwory. Pierwszy został znaleziony w wersji winylowej, czyli instrumentalny, lightowy „Romantic blues”, a drugim jest koncertowa wersja „Atlantis Suite”. Chociaz te utwory nie do końca brzmią najlepiej i odstają od reszty, to stanowią pięknie uzupełnienie tego zapomnianego wydawnictwa. Progresywny Mech garściami czerpał z klasyków tego gatunku jak Genesis czy Yes, ale u nas brzmiało to świeżo i nowatorsko. I po latach nadal taki jest – imponuje rozmachem oraz maestrią muzyków. Very impressive.

8/10

Radosław Ostrowski

Meller Gołyźniak Duda – Breaking Habits

1476204040

Bywa już tak, że muzycy z różnych zespołów postanawiają się spotkać, połączyć siły i razem coś nagrać. Tak też się stało w tym przypadku, więc ku wyjaśnieniu przedstawię sprawców tego zamieszania. Maciej Meller to gitarzysta progresywnego zespołu Quidam, Maciej Gołyźniak to perkusista alternatywnego Sorry Boys, współpracujący także z Moniką Brodką i Natalią Nykiel, a Mariusz Duda to basista oraz wokalista Riverside. Panowie znają się od lat, ale do tej pory nie mieli szansy zagrać wspólnie. Właśnie niedawno wydali wspólny album „Breaking Habits”.

Jak sama nazwa wskazuje, muzycy przełamują swoje muzyczne nawyki i tworzą nową całość. Jest tylko (lub aż) osiem utworów, trwających niecałe 45 minut. Zaczyna się od mocnego uderzenia, bo tak można nazwać „Birds of Prey” z surowymi riffami, szybkimi uderzeniami perkusji oraz odbijającym się niczym echo wokalowi Dudy (przynajmniej na początku). I do trzeciej minuty Meller odjeżdża w kierunku psychodelii, a perkusja coraz bardziej nakręca się niczym bolid Formuły 1. „Feet on the Desk” idzie w stronę niemal klasycznego, ciężkiego bluesa (na początku nie byłem w stanie rozpoznać Dudy – głos nie do poznania, dopiero w refrenie brzmi jak on) z wolnymi uderzeniami perkusji, by pod koniec gitara zrobiła się cięższa. Najkrótszy w zestawie „Shapeshifter” jest najbardziej przystępny. Podobnie jak instrumentalny utwór tytułowy, gdzie każdy z muzyków wykorzystuje swój czas, tworząc mroczny klimat: wolno uderza, oszczędna perkusja, podobnie spokojniejsza wydaje się gitara z basem, ale poczucie niepokoju pozostaje. Muzyka coraz bardziej się nasila (uspokaja się tylko w środku), by wyciszyć się na końcu. Psychodelia wraca do stonerowego „Against the Tine”, by pod koniec zmienić kompletnie tempo akustyczną gitarą. Surowy i wręcz metalliczny „Tattoo” chwyta świetnym basem oraz podniosłym wokalem Dudy. I wtdy dostajemy prawie 10-minutową petardę w postaci „Floating Over”, gdzie wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie: od spokojnych solówek a’la David Gilmour po ostrzejsze wejście perkusji, mocne riffy i płynący bas. A na sam koniec dostajemy tak samo ostre wejście jak początek w postaci „Into the Wild”.

Trudno powiedzieć czy to jednorazowa akcja, czy będzie też ciąg dalszy, ale jedno jest pewne. To jedna z najlepszych płyt rockowych mijającego 2016 roku. Czuć silną chemię między triem, wszystko jest zbalansowane, nie ma rywalizacji, tylko jest to sprawnie działająca maszyna, która świetnie sprawdzi się na koncertach, melodie porywają i produkcja jest znakomita. Czekam na więcej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Agata Sadowska – Słowa

słowa

Przyszedł czas na debiutantkę, w dodatku pochodzącą z moich okolic, czyli Warmii i Mazur. Agata Sadowska urodziła się w Olsztynie, wychowała w Kętrzynie, ale szkołę muzyczną ukończyła w Gdańsku. W 2015 roku wydała swoją EP-kę, ale dopiero rok później wyszedł debiutancki album. Czy warto było czekać?

Za produkcję odpowiada Grzegorz Jabłoński – klawiszowiec zespołu Poluzjanci, a wokalistkę wsparli jeszcze basista Piotr Żaczek i perkusista Robert Luty, a żeby było jeszcze ciekawiej to chórki robi Ania Szarmach. Wyszedł ładny, popowy materiał, co w dzisiejszych czasach nie jest wcale takie oczywiste. Tytułowy utwór wprowadza w bardzo przyjemny klimat, z delikatnymi wejściami gitary oraz fortepianu. I pomyślałem sobie: jak tak przyjemnie się zaczyna, to dalej powinno być tylko lepiej. Na pewno jest różnorodnie: nie brakuje domieszki jazzu z akustyczną gitarą i trąbki („Zbyt blisko”), szybszy fortepian z bębenkami („Piękniej”), cudny klarnet z trąbkami („Nie na sprzedaż”), delikatne cymbałki i klawisze udające dzwonki (nostalgiczne „Albumy zdjęć”). Nawet jeśli robi się aranżacyjnie troszkę zbyt słodko („Może kiedyś” czy „Małe przyjemności”), nie wywołuje to jednak mocnego bólu zębów. Ale to na szczęście małe drobiazgi, nie psujące dobrego wrażenia z odsłuchu.

„Słowa” są bardzo refleksyjnym, skręcającym w stronę jazzu albumem, gdzie niegłupie teksty, ciepła muzyka (pomysłowe aranżacje) zmieszane razem z bardzo eterycznym wokalem Agaty, tworzy bardzo przyjemną mieszankę na wieczór. Dla tych, którzy szukają niegłupiej i dającej do refleksji muzyki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wendy Lands – Władysław Szpilman – piosenki

szpilman - piosenki

Kanadyjska wokalistka jazzowa Wendy Lands od wielu lat skupiła uwagę swoich rodaków. W 2002 roku wydała album z utworami Władysława Szpilmana śpiewanymi po angielsku. Teraz wyszła reedycja tego wydawnictwa, dokonana przez Polskie Radio ubrana w prostszy i łatwiejszy do zapamiętania tytuł „Władysław Szpilman – piosenki”.

Nie dodano niczego nowego, tylko te same utwory, co 15 lat temu, ale nareszcie trafiają do naszego podwórka. I jest to zestaw bardzo stonowany, liryczny i ciepły. To właśnie gitara, a nie fortepian dominuje na całym wydawnictwie. Czy to w lirycznym „Fall in Love Again”, przypominającym bossa novę „Turn Away”. I wtedy następuje wolta w stronę country pod postacią „I Wish You’d Ask to Dance With Me”, gdzie pojawiają się smyczki i akustyczna gitara, jednak nie wywołuje to irytacji. Równie czarujące jest „Dancing with Antonio”, gdzie najbardziej pamięta się solówkę gitary i smyczka czy z przebijającą się niczym echo gitarą elektryczną w „Someday We Will Love Again”.

Piosenki są naprawdę ładne i przyjemnie zaaranżowane, chociaż można odnieść wrażenie pewnej monotonii. Dominacja gitary akustycznej oraz sekcji rytmicznej robiącej za tło jest bardzo silna, dlatego wszelkie dodatki są mile widziane. I nie ważne czy to „westernowa” gitara elektryczna („True and Tender”), troszkę ożywiony kontrabas („Smoke and Mirrors”), odrobinę popowa perkusja („My Memories of You”) czy fortepian („Hold Me a Moment”).

Sama Wendy ma bardzo delikatny i ciepły głos, budzący skojarzenia z Norą Jones, pasując do całości tego wydawnictwa. Trzeba przyznać, że takie wersje utworów Szpilmana mogą się podobać fanom jazzu. Lekko zaśpiewane, klimatyczne dzieło, pasujące idealnie do obecnej aury.

7/10

Radosław Ostrowski