DMA’s – Hills End

HillsEndDMAs

Australia muzycznie zawsze będzie mi się kojarzyć z Nickiem Cavem oraz jego zespołem The Bad Seeds, czyli muzyką pełną mroku i niepokoju. Ale ten kraj ma inne muzyczne oblicza. Jedną z takich twarzy jest grająca indie rocka trio DMA’s w składzie: Johnny Took, Matt Mason i Tommy O’Dell. Chociaż kapela powstała w 2012 roku, to na debiutancki album trzeba było czekać 4 lata.

Zaczyna się melodyjnie i jednocześnie „garażowo” w „Timeless”, gdzie fajnie przygrywają gitarki, a jednocześnie czuć ducha britpopu. Szybciej się robi w „Lay Down” z bardziej melodyjną gitarą oraz chwytliwym refrenem. I kiedy wydaje się, że będziemy rozkręcać imprezę na całego pojawia się akustyczne „Delete”, które pod koniec dostaje kopa. Niezły „Too Soon” to powrót do britpopowej stylistyki, a refleksyjnie robi się w ładnym „In the Mood” z melancholijnie brzmiącą gitarą oraz klawiszami, a także w „Step Up The Morphine” czy lirycznym „So We Know” (końcówka mocno ożywiona).

Brud w postaci elektroniki powraca w przebojowym „Melbourne”, gdzie pod koniec dochodzi do gwałtownego przyspieszenia. I to balansowanie między lekkością, nastrojem, a bardziej dynamicznym graniem prześladuje do samego końca. Z tego momentu najbardziej w pamięci zostaje „Straight Dimensions” (klawesyn w tle) i wręcz minimalistyczny „Blown Away” (perkusja rządzi).

„Hills End” to rozmarzona, delikatna gitarowa muzyka, pachnąca dokonaniami Oasis czy Travis. Nie tworzą niczego nowego i nie zaskakują, ale trudno odmówić dobrej energii, luzu oraz miłego spędzenia czasu. Czasami to wystarczy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tede & MłodyGrzech – Goooo!

goooo

Skoro jest karnawał, to potrzebny jest taki album, który idealnie będzie pasował na imprezkę. Dlatego takie wydawnictwo trafiło mi (prosto z Internetu) dzieło autorstwa Jacka Granieckiego, czyli Tedego. Raper tym razem po wsparcie Młodego Grzecha i skleił swoje kawałki z ostatnich wydawnictw, mieszając je… z tanecznymi klasykami lat 90.

Zaczyna się od krótkiego intra, gdzie podkład zwięto prosto od Nasa i otrzymujemy krótkie wyjaśnienie, dlaczego powstało to dzieło („zajebmy dresiarzom ich dresiarską muzykę”). Sklejka polega na tym, że podkład jest taneczny, a nawijka jest Tedego. Wyobraźnie połączenie takich wykonawców jak Vengaboys, Haddaway, Robert Miles czy Alexia, a w tle nawija pan Tedeusz z „kurta_rolsona” i „Vanillahajs”. I tak mamy takie prawdziwe petardy w postaci „Ej ziomek” (w tle „Vamos a la play la” Loony), gdzie wszystko strzela i wybucha, „Martwe ziomki” (tutaj mamy „Believe” Cher), „Nie banglasz” (nieśmiertelne „Coco Jambo” Mr. President) czy „Wyje wyje bane” („Children” Roberta Milesa). A jeśli jeszcze wam mało, to jeszcze jest strzelający „John Rambo” (w tle – a jakże by inaczej „Boom Boom Boom” Vengaboys), naszpikowany elektroniką „Feat” (ja wolę oryginał, a podkład wzięty od DJ Intrafica i jego „Live”) czy „Michael Kors”, gdzie gościnnie udziela się Abel („What Is Love” Haddawaya).

Żeby jednak nie było, jest jeden mocny kiks.  Dziwaczna dla mnie jest „Pażałsta”, do której podkład jest tak porąbany, że nie da się tego słuchać (a refren z echem naszego gospodarza – koszmar, tak jak wrzucenie w finale Rednex). Na koniec dostajemy bardzo melancholijny „WWA żegna”. MłodyGrzech wykonał niesamowitą robotę na tym blendzie, gdzie kawałki są zgrane ze sobą (poza w/w kiksem). Można ściągnąć to dzieło przez Internet, jeśli ktoś jest na tyle odważny.

8/10

Radosław Ostrowski

LP – Lost on You

Lost_on_You

Ten inicjał najczęściej oznacza płytę długogrającą. Gdy doda się do tego skrótu liczbę 3, to będziemy mieli Listę Przebojów Trójki. Jednak pewna Amerykanka wyglądająca jak młody Bob Dylan, postanowiła sobie nadać taki pseudonim. Naprawdę nazywa się Laura Pergolizzi i chociaż tworzy od 2001 roku, dopiero teraz przebiła się do słuchaczy ze swoim czwartym wydawnictwem.

To gitarowe granie, chociaż pamięta się z niego… gwizdy. Tak było w przypadku singlowego utworu tytułowego i „Other People”. Zaczyna się jednak niemal onirycznie, bo tak trzeba nazwać „Muddy Waters” ze stonowaną perkusją oraz etnicznymi wokalizami w tle. Szamańska robota, a mieszanie gatunków staje się powoli normą. Zapętlona perkusja i klaskanie w „No Witness”, skręty w bardziej popowe rewiry (klawisze w skocznym „Up Against Me”) czy bardzo delikatne, wręcz przestrzenne riffy („Tightrope”),  wplecionymi smyczkami („Other People”). Imponuje tutaj pomysłowa aranżacja poszczególnych utworów, gdzie pozornie proste instrumenty tworzą bardzo przyjemną całość jak w „Into the Wild” czy mroczniejsze „Strange”  z chórem w tle.

Sam wokal Laury jest taki bardzo męski, wręcz chropowaty, dla wielu może być on nawet irytujący. Mi on nie przeszkadzał i nie psuł pozytywnego odbioru całości. Dziesięć piosenek, które płynnie i zgrabnie przechodzi z jednego nastroju w drugi, ale niespecjalnie zostaje na długo. Jednak jestem na tyle zaintrygowany, że czekam na następne dzieło LP.

7/10

Radosław Ostrowski

Lindsey Stirling – Brave Enough

Brave_Enough_-_Lindsey_Sterling

Tą skrzypaczkę, łączącą muzykę elektroniczną (a szczerze mówiąc taneczną) ze swoimi popisami na instrumencie spotkałem dwukrotnie, za każdym razem będąc zmieszanym i lekko wstrząśniętym. Nie wiem, na co liczyłem mierząc się z trzecim wydawnictwem Amerykanki, ale dostałem w zasadzie to, co wcześniej.

I rzeczywiście trzeba niesporej odwagi, by stworzyć taki nieoczywisty kolaż.  Przedsmak daje nam „Lost Girls”, gdzie pięknie grają smyczki, w tle słyszymy przestrzenną elektronikę i harfę. Ale po minucie, gdy pojawia się zniekształcony wokal to wiedzcie, że coś się dzieje. Bo wtedy dochodzi dyskotekowa perkusja mieszana w niemal dubstepowy rytm – będziecie porażeni. Tak samo zaskakuje utwór tytułowy z pobrudzonymi, głośnymi klawiszami oraz ciepłym wokalem Christiny Perri. Niby takie r’n’b ze smyczkami, jakby grał na nich sam Bruce Lee. Równie intrygujące jest sklejające fortepian z cymbałkami oraz krótkimi uderzeniami perkusji „The Arena”, które wydaje się najładniejszym utworem w całym zestawie.

A im dalej, tym bardziej eksperymentalnie. Nie brakuje dubstepowej perkusji („The Phoenix”, niemal psychodeliczne), klaskania („Where Did We Go”), skrętów w pulsujące rewiry r’n’b ale też i cudnego fortepianu („Those Days”) czy orientalnej perkusji („Mirage”). Do tego jeszcze pełno gości, którzy swoimi głosami uatrakcyjniają ten koktajl tacy jak ZZ Ward, Caray Frey czy Rooty.

Chociaż nie brakuje paru kiksów („Don’t Let This Feeling Fade”, gdzie miesza się elektronikę, skrzypce i… rap), to jednak znowu pani Stirling mnie zaintrygowała i pokazała klasę jako skrzypaczka. Nie do końca moja bajka, ale parę razy zaskoczyła mnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Ryan Adams – Prisoner

Ryanadamsprisoner

Amerykański wokalista indie rockowy, który nie jest w żadnym wypadku spokrewniony z Bryanem Adamsem wraca z autorskim materiałem. Coverowy „1989”, gdzie mierzył się z materiałem Taylor Swift wprawił wielu w zakłopotanie, ale tym razem nie będzie raczej udziwnień na 16 (!!!) albumie Adamsa.

Zaczyna się od organowego „Do You Still Love Me”, do których dołącza „kopiąca” gitara elektryczna i przygrywający w tle… klawesyn. A na koniec dostajemy pobrudzony riff. Pachnie to surowym, starym rockiem z lat 70. i 80. Także w tytułowym „Prisonerze” czuć tego ducha melodyjnego, romantycznego rocka, a nawet nie boi się iść w stronę country („Doomsday” z harmonijką ustną na otwarciu) czy zahaczyć o Toma Petty’ego („Haunted House”).  Ale najbliżej Adamsowi jest do Bruce’a Springsteena i nie chodzi mi tylko o barwę głosu, ale i o instrumentarium, ze szczególnym polubieniem gitary elektrycznej i/lub akustycznej („To Be Without You”). Bardzo oszczędnie korzysta z elektroniki (rozmarzone „Shiver and Shake”), a gitara brzmi niemal jak  brytyjskiej nowej fali (śliczne „Anything I Say To You Now” czy półakustyczne „Breakdown”).

Amerykanin barwnie tworzy swoją muzykę pełną gitarowych dźwięków. I nie ma tutaj miejsca na nudę, bo Amerykanin gra bardzo różnorodnie. Zarówno troszkę żwawsze numery („Broken Anyway”), jak i bardziej nastrojowe ballady na akustyku („Tightrope” z jazzowym wejście fortepianu oraz saksofonu). A że piosenek jest dwanaście, to nie można narzekać. I rzeczywiście czuje się jak więzień po jej przesłuchaniu.

8/10

Radosław Ostrowski

Blackfield – V

Blackfield_V_album_cover_image

Nie ma drugiej art rockowej grupy jak Blackfield. Kierowany przez kompozytorsko-wokalny duet Steven Wilson/Aviv Geffen do tej pory wydał cztery dobrze przyjęte płyty. Dlatego czekano na „V”  wielkimi nadziejami. Zwiększyły się na wieść, że producencko wsparł ich sam Alan Parsons – legenda art rocka. Czy mogło to nie wypalić?

Zaczyna się ładnie, bo od smyczkowego intra „A Drop In the Ocean”, gdzie w połowie klimat jest bardziej melancholijny, by zakończyć wszystko szumem wiatru. To jednak tylko zmyłka do ostrego i intensywnego „Family Man”, gdzie perkusja uderza nieprzyjemnie, a w tle elektronika buduje atmosferę strachu. Tak samo jak „ciachająca” gitara. Melancholia wraca do singlowego „How Was Your Ride?”, gdzie dominuje fortepian, by szarpnąć w połowie krótkim riffem oraz grą sekcji rytmicznej. Folkowy wstęp w „We’ll Never Be Apart” to haczyk, który ma wprawić w dezorientację, gdyż wejścia gitary, wspólny zaśpiew Wilsona z Geffenem (tu dominuje ten drugi). Odskocznią od rockowego wejścia jest akustyczne „Sorrys”, dające odrobinę ukojenia. Podobnie jak przestrzenny, pianistyczny „Life is an Ocean” (przerobione cyfrowo głos w tle), by pod koniec z hukiem uderzyć. Powrót do czarowania gitarą przypada na szybkie „Lately”, które poraża riffami Wilsona oraz potężną dawką energii, by uderzyło pianistyczno-smyczkowe „October” oraz bluesowe „The Jackal”.

Wilson potwierdza swoje umiejętności gitarzysty, a ciepły głos współgra z klimatem całego wydawnictwa. Szorstki Geffen udziela się tym razem mniej niż na poprzednim albumie (i bardzo dobrze), a brzmieniowy rozrzut między rockiem a progresywnością daje prawdziwego kopa. „Piątka” przypomina wszystko, za co kochało się Blackfield i będzie na pewno często grana.

8/10

Radosław Ostrowski

Steve Gunn – Eyes on the Lines

STEVE%20GUNN%20EYES%20ON%20THE%20LINES19

Kolejny muzyk, który ukochał sobie nad życie gitarę. Tym razem padło na Steve’a Gunna – głównie współpracującego z Kurtem Vile mieszkańca Pensylwanii. Wydawał wiele solowych płyt, znanych wąskiemu gronu odbiorców. Czy sytuację zmienią „Eyes on the Lines”?

To delikatne rockowe granie z domieszką folku. Tak można sugerować po otwierającym całość „Ancient Jules”. Bardziej żywiołowe (o ile możemy w przypadku takiej delikatnej muzyki powiedzieć) jest „Full Monty Moon”, którego pozytywna energia rozsadza na łopatki czy wręcz rozmarzony „The Drop”. Nie mówiąc o pięknej gitarze w „Condition Wild” czy niemal akustycznym „Nature Driver”. Problem w tym, że kompozycje zaczynają się coraz bardziej zlewać ze sobą. Nawet riffy gitary stają się bardzo podobne do siebie, ale jest tylko dziewięć piosenek. I co z tego, skoro żadne z nich nie zostaje w pamięci na długo.

Sam Gunn gra bardzo porządnie i delikatnie, jednak nie wbija się mocno w pamięć. Takich riffów były setki, jeśli nie tysiące. „Eyes on the Lines” ma niezły klimat i spoko wokal, ale to jest zdecydowanie za mało. Spłynęło to po mnie jak po kaczce.

4/10

Radosław Ostrowski

Europe – The Final Countdown (remastered)

Europe-the_final_countdown

Kto nie znał szwedzkiego zespołu Europe? Ostatnie lata kapeli to najlepszy okres, gdzie zmienili styl i zaczęli grać hard rocka z bluesem. To oblicze bardzo mi się podobało, ale tym razem wracam do początków grupy. Czyli jest rok 1986 i grupa pod wodzą Joeya Tempesta nagrała swoje najbardziej komercyjne i najpopularniejsze dzieło – „The Final Countdown”

Za produkcję odpowiadał Kevin Elser, który współpracował m.in. z Journey, Mr. Big czy Lynyrd Skynyrd. Zaczyna się wszystko od tytułowej kompozycji, którą radiowe stacje katowały w nieskończoność – podniosłe klawisze, niezapomniany riff pod koniec i ogólny czad. W podobnym kierunku, choć bardziej ostro, jest w „Rock the Night” zaczynający się mocną perkusją, organowymi klawiszami oraz nośnym refrenem. Wtedy następuje wyciszenie w postaci nastrojowej (i troszkę kiczowatej) „Carrie”, ale daje wracamy do glam rocka. „Danger on the Track” wypada całkiem nieźle, dzięki fajnym riffom w środku, podobnie „Ninja”, chociaż klawisze strasznie się zestarzały. Z „Cherokee” najbardziej pamięta się perkusyjny wstęp, a balladowe „Time Has Come” zwyczajnie przynudza swoim patosem.

Innymi słowy, to był (jak na swoje lata) świetny album, wobec którego czas obszedł się bezlitośnie. Melodyka jeszcze się broni, także riffy Johna Noruma. W zremasterowanej edycji są jeszcze umieszczone trzy utwory koncertowe, które pokazują energię oraz sceniczną siłę. Poza tym można sięgnąć, chyba że jest się fanem zespołu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mexrrissey – No Manchester

No Manchester

Czy znacie jakąś znaną meksykańską grupę? Wpadła mi w rękę płyta debiutancka grupa meksykańskich mariachi pochodząca z różnych kapel, postanowiła połączyć siły. A są to: Chetes (gitara), Jay De La Cueva (bas), Ceci Bstida (klawisze), Adan Jodorovsky (gitara), Liber Teraz (gitara), Alejandro Flores (skrzypce), Alex Gonzales (trąbki), Ricard Najera (perkusja), Sergio Mendoza (akordeon), Jacob Valenzuela (trąbka) oraz Camilo Lara (elektronika). Innymi słowy muzycy z takich zespołów jak Zurdok, Tijuana No czy Calexico postanowili razem zmierzyć się z utworami Morrisseya i The Smiths. Tak powstał debiutancki „No Manchester”.

I jest to największy kant jaki ostatnio widziałem, bo nagrali tylko siedem utworów, a żebyśmy nie wyrzucili całości zbyt szybko dorzucili jeszcze pięć piosenek w wersji koncertowej. Pachnie to meksykańskim stylem, bo jest typowa dla tego kraju trąbka. No i wszystko jest śpiewane po hiszpańsku – ole! Ładnie to gra w tle, nawet czuć odrobinę melancholii („El primero del gang” czy „Mexico”), skrętów w dyskotekę („Cada dia es Domingo”) czy płynnego rock’n’rolla („International Playgirl”). Same wokale (śpiewają muzycy na przemian) są całkiem niezłe, ale niespecjalnie zapada w pamięć.

Za krótkie, mało angażujące i niby jest, a jakby nieobecna. Nie wiem, czy to będzie jednorazowa eskapada czy może coś więcej, ale to jest spore rozczarowanie.

5/10

Radosław Ostrowski

Flo Morrissey & Matthew E. White – Gentlewoman, Ruby Man

Gentlewoman_Ruby_Man

Zdarzają się różnego rodzaju duety, które dzielą czasami tysiące kilometry, ale jak wiadomo, muzyka nie zna granic. I tak jest tutaj: brytyjska wokalistka folkowa Flo Morrissey oraz amerykański muzyk Matthew E. White – każde ze skromnym własnym dorobkiem, postanowili połączyć swoje siły, nagrywając własny album.

Fajny tytuł rzuca się w oczy „Gentlewoman, Ruby Man” i jest to zestaw  z coverami. Ale żeby było ciekawiej, brzmi to niemal jakby te utwory powstały w latach 70., chociaż są tutaj tacy wykonawcy (przerobieni) jak Frank Ocean, James Blake czy Charlotte Gainsbourgh, czyli twórcy bardziej współcześni. Z drugiej strony jest Bee Gees, Leonard Cohen i The Velvet Underground. Zaczyna się bardzo przyjemnym “Look At What The Light Did Now”, gdzie najważniejsza jest tutaj gitara pachnąca troszkę soulem i ciepły fortepian., a w refrenie jak łączą się te głosy ze sobą, to czułem się jak hippis. W podobnym stylu jest liryczne, wręcz intymne „Thinking Bout You” czy bardziej podniosłym „Looking for You”, gdzie wybijają się kotły oraz Moog.

Trudno odmówić rozmarzenia oraz rozbudowanych aranżacji z chórkami w tle („The Colour Is Anything”), wprowadzane są smyczki i staroświecko brzmiący fortepian („Everybody Loves the Sunshine”), pięknie przygrywające klawisze („Grease”) czy elektryczna gitara czasami kojąca („Suzanne”), ale też i grająca z pazurem („Sunday Morning”) czy wręcz surowo (organowe „Heaven Can Wait”). Także finałowy „Govindam” zachwyca nie tylko aranżacją, lecz także zapętleniem melodii i jej przyspieszeniu.

Obydwa głosy brzmią po prostu znakomicie. Zarówno delikatny, wręcz ciepły głos Flo w połączeniu z surowym White’m daje interesujące połączenie. A retro stylistyka dodaje tylko smaczku. Będę jeszcze wracał do „Gentlewoman, Ruby Man”, bo takiej energii oraz ciepła nie słyszałem od bardzo dawna.

8,5/10

Radosław Ostrowski