Miss Montreal – Don’t Wake Me Up

miss-montreal-dont-wake-me-up

To moje drugie spotkanie z holenderską wokalistką Roos-Anne Hans, ukrywającą się pod pseudonimem Miss Montreal. Wydany w 2014 roku „Irrational” był dla mnie czymś świeżym oraz ciekawym doświadczeniem. Liczyłem, że „Don’t Wake Me Up” będzie czymś podobnym.

Początek jest tajemniczy – tykanie zegara i budująca mroczny klimat elektronika, do której dołączają odbijające się niczym echo dźwięki smyczka oraz nakładającymi się wokalami w refrenie. I zgodnie z tytułem tego utworu, nie mam nic więcej do powiedzenia. „Nothing Left to Say” chwyta do końca, by dalej zaskoczyć kolejnymi instrumentami wchodzącymi do gry. Jednak tytułowy utwór rozdrażnił mnie swoją popową perkusją oraz dziwacznie przerobioną gitarą na samym początku, ale na dodatek mamy jeszcze mamy irytujące chórki. Koszmarek. Kiedy wydawało się, że gorzej nie będzie pojawia się „What If”, czyli nudna balladka z paskudnym fortepianem i kompletnie pozbawiona jakiegokolwiek pomysłu (gitara brzmi ok, ale to tyle). Dyskotekowy flirt z elektroniką w postaci „One Last Drink” mówiąc wprost nie pasował mi tu w ogóle – głośny, nachalny plastik.

Dlatego tak wielką ulgą dla mnie było folkowe „House Upon the Hill” oraz „Sail”. Od tego momentu zaczyna się lepsza połowa wydawnictwa. Nawet zbyt krzykliwe chórki („Tic Toc”) nie były w stanie mnie wywrócić z równowagi, a na pierwszy plan zaczął się wysuwać fortepian („This Is What It Means”). Wtedy przypomina o sobie początek wydawnictwa w postaci „Love You Now”, które brzmi całkiem nieźle.

„Don’t Wake Me Up” zwyczajnie rozczarowało zbyt plastikowym podejściem do całości. Nawet te folkowe (przyjemne) piosenki dają radę, jednak przez sporą część męczyłem się podczas odsłuchu. Przesłuchać i zapomnieć.

5/10

Radosław Ostrowski

Kuba Leciej – Echo

10325263_927580050657382_735570079983357966_n1

Debiutant, który zrealizował swój album dzięki wsparciu finansowemu na jednym z portali crowfundingowych. Kuba Leciej jest wokalistą i gitarzystą, współpracującym m.in. ze Slums Sttack, Don Guralesko czy Kaena. Wiem, że to dość kontrowersyjne rekomendacje, ale nie należy się zrażać. Przy debiucie artystę wsparli muzycy Lombardu, a debiutanckie „Echo” pachnie pop-rockiem. Czy jest dobrze?

Początek jest dość mocny, bo „Aylan” ma perkusyjnego kopa oraz surową elektronikę niczym z lat 90. I wypada całkiem przyzwoicie. Dalej jest na podobnym poziomie: mroczne „Nie odwracam się” z pobrudzoną gitarą oraz szybką końcówką czy nie pozbawione chwytliwego riffu „Nie umiem wiele dać” z przesterowaną elektroniką. Na mnie największe wrażenie zrobił osobisty „Synu”, gdzie gitara ma więcej do powiedzenia oraz melancholijne „Więcej”, które pilotowało całe wydawnictwo. Z drugiej połowy warto zwrócić uwagę na „Postalenko” oraz „Przepraszam Cię”.

Samo „Echo” jest całkiem solidnym wydawnictwem bez jakiś wielkich sukcesów, ale i wpadek nie ma tutaj specjalnie dużych. To ten rodzaj muzyki, który sprawdzi się bez zarzutu w radiu, jednak niespecjalnie wyróżnia się z tłumu. Sam Leciej wokalnie daje radę, a teksty nie irytują. To już sporo, ale brakuje jakiegoś pazura w tym niby rockowym graniu.

6/10

Radosław Ostrowski

Sampha – Process

Process_-_Sampha_album

Jeśli pojawia się jakiś nowy talent, który podbija powoli listy przebojów z całego świata, kompletnie zaskakując wszystkich, możemy być pewni, że pochodzi on z Wielkiej Brytanii. Tak jest w przypadku niejakiego Samphy – młodego kompozytora i wokalisty, płynącego w kierunku soulu, elektroniki i r’n’b. Do tej pory tworzył m.in. dla Jessie Ware, Drake’a, Solange czy Kanye Westa, ale tym razem postanowił stworzyć coś na własne konto. Tak narodził „Process”, współprodukowany przez samego artystę oraz Rodaidha McDonalda (współpraca m.in. z The xx, Vampire Weekend czy Daughter).

I te wpływy są bardzo mocno odczuwalne, co czuć już w otwierającym całość „Plastic 100°C”, pełnym dźwięków harfy, tykającej gitary oraz odbijającej się niczym echo perkusji. Jest w tej minimalistycznej formie coś, co intryguje i nie daje spokoju. Znacznie bogaciej i przebojowo robi się w „Blood on Me”, któremu najbliżej do The xx. Wokalizy w tle, szybka perkusja, fortepian – to wszystko ubarwia i tworzy bardzo mocne dzieło. Tak samo jak ubarwiona akustycznymi gitarami „Kora Sings”, pełna przebojowości i skoczności, by automatycznie wyciszyć się w intymnym „(No One Knows Me) Like the Piano”. I takie też na początku wydaje się „Take Me Inside”, gdzie mamy ładny fortepian, do którego dochodzą powoli smyczki. Ale ostatnie pół minuty to elektroniczna magia.

Powrót do sampli oraz czarów klawiszowych daje nam „Reverse Faults” oraz pulsujące „Under” z zapętlonym refrenem. Dalej jest równie czarująco, a bardzo delikatny wokal Samphy może sprawić do rozmiękczenia kilku pań (wystarczy posłuchać rozmarzonego „Incomplete Kisses”).

Tylko mam jeden mały problem – „Process” jest świetnie zrobiony i zrealizowany, ale wprawił mnie w obojętność. Może to kwestia kolejnych odsłuchów, by przekonać się do całości. Szanuję i doceniam.

7/10

Radosław Ostrowski

Steve Vai – Passion and Warfare [25th Anniversary Edition]

SteveVaiPassionAndWarfare

Nazwisko Steve’a Vaia niewiele mi mówiło. Ale jak się okazało, trzeba było bliżej poznać się z tym ciekawym gitarzystą. Muzyk współpracował z Frankiem Zappą, grał w Whitesnake i uczył go sam Joe Satriani. To mocna rekomendacja, a okazją do bliższego poznania tej rockowej duszy było wznowienie drugiej solowej płyty „Passion and Warfare” z 1990 roku.

Przy nagrywaniu muzykowi towarzyszyli: klawiszowiec David Rosenthal (współpraca m.in. z Billym Joelem, Rainbow, Brucem Springsteenem), perkusista Chris Frazier (Whitesnake) i Tris Imboden (Chicago) oraz basista Stuart Hamm (Joe Satriani). Początek jest krótki i podniosły w postaci „Liberty”, ale potem wchodzi ogniste „Erotic Massages”, gdzie czuć troszkę ducha Whitesnake, a bas z klawiszami tworzą zgrabny duet. A gdy pod koniec grzmi piorun, to atmosfera jest mocno nieprzyjemna. I znowu riffy podkręcają aurę. Ducha klasycznego rocka czuć w płynącym „The Animal”, gdzie znowu przygrywają delikatnie klawisze, a zapętlone riffy przypominają Satrianiego.

Kiedy wydaje się, że tak już zostanie następuje wolta w postaci dynamicznego „Answers”.Zaczyna się akustyczną gitarą, szybkimi popisami niemal dyskotekowej perkusji oraz metalicznego basu, by powoli dać głos gitarze elektrycznej i popisującym się klawiszom. Tak samo mocny jest kolos „The Riddle”, zaczynający się od zgranej sekcji rytmicznej oraz szybkich popisów Vaia. Nie sposób zapomnieć delikatnej gry klawiszy (środkowa partia utworu) oraz akustycznej gitary zmieniającej nastrój w połowie, a także wokali pod koniec. Najbardziej pamiętam czarującą, wręcz baśniową „Ballerinę 12/24” (ta akustyczna gitara na początku), ale pod koniec słychać dziwne oddychanie. To jednak wstęp do melancholijnego „For the Love of God” gdzie znowu gitara czaruje, a następnie do rock’n’rollowego jak diabli „The Audience is Listening” poprzedzonego krótkim wstępem, gdzie nasz bohater jako chłopiec jest zapowiadany przez nauczycielkę i zapewnia, że będzie najlepszym gitarzystą (jej reakcje na popisy Vaia robią niesamowite wrażenie nawet teraz). Jest też bluesowy „Blue Powder”, pachnący odrobinę Dalekim Wschodem.

Żeby jednak nie było tak słodko, pojawiają się odrobinę słabsze fragmenty jak troszkę kiczowaty „I Would Love To” (elektronika tutaj mocno się zestarzała) czy zbyt popisujący się i mało angażujący „Greasy’s Kid Stuff” połączony z psychodelicznym „Alien Water Kiss”. Także elektronika lekko się zestarzała w akustycznym „Sisters”, jednak nie irytuje to tak mocno, jak w poprzednich utworach, a pokręcony „Love Secrets” jest tak psychodeliczny, że mógłby go napisać Frank Zappa. Niezłe dziwadło.

Z okazji rocznicy dostajemy cztery dodatkowe kawałki. Pięknie brzmi liryczny „Lovely Elixir” z bardzo oszczędnym i delikatnym tłem. Druga jest alternatywna wersja „And We Are One” z niemal łkającą gitarą, wersja demo „As Abyss” z militarnym zapędem oraz orkiestrowa wersja „So Below” zrealizowana przez Nielsa Bye Nielsena (bajkowo to brzmi). I te dodatki (niewiele ich) dodają smaka do całości.

„Passion and Warfare” dobrze znosi próbę czasu, dając frajdę fanom muzyki rockowej. Nie brakuje ognia, riffów i pięknych kompozycji. Nie bez powodu album uważany jest za największe dokonanie Vaia. Od tego albumu można zacząć przygodę z rockamanem.

8/10

Radosław Ostrowski

The Gloaming – 2

the gloaming - 2

Irlandia zawsze kojarzy się z pięknymi krajobrazami oraz bardzo etniczną muzyką. Enya, The Fishtanks, Clannad – to najbardziej znane grupy z tej zielonej wyspy. Teraz do tego grona dołącza The Gloaming, działający od 6 lat. Tworzą go muzycy: Martin Hayes, Iarla O Lionaird, Caoimhin o Raghallaigh, Dennis Cahill oraz grający na fortepianie producent Thomas „Doveman” Bartlett. Zamiast jednak na początkach ich ścieżki, skupię się na drugim albumie wydanym w zeszłym roku pod prostym tytułem „2”.

Zaczyna się od wyciszonego, ale trzymającego za gardło „The Pilgrim’s Song”, gdzie w tle łagodnie przygrywa fortepian, któremu towarzyszą skrzypce. Instrumenty dominują całkowicie nad wokalem śpiewającym w gaelicku. Nie brakuje bardziej skocznych fragmentów (pozornie melancholijny „Fainleog” i „The Booley House”), ale i bardziej refleksyjnych (instrumentalny „The Hare” czy gitarowy „Oisin’s Song”). Trudno nie odmówić spójnego klimatu, wylewającego się z każdego dźwięku oraz instrumentu. Trudno wyróżnić jakiś poszczególny utwór czy kompozycję, co dla wielu może być sporą wadą. Nie brakuje w tym wszystkim emocji i charakteru, ale nie zapada to zbyt mocno w pamięć.

„2” brzmi jak Irlandia w całej swojej krasie – piękna, ciepła i potrafiąca poruszyć nawet najbardziej twarde serduszka. Trudno wybrać jakiś wyrazisty fragment, po prostu należy tą płytę wchłaniać w całości niczym potrawę. Wtedy da ona wiele satysfakcji.

7/10

Radosław Ostrowski

Kyvler – The Island

The Island

Nie od dziś wiadomo, że Wielka Brytania to ojczyzna progresywnych dźwięków: Genesis, Pink Floyd, Yes, Marillion. Można tak wymieniać i wymieniać, ale pojawił się nowy narybek. To grupa Kylver, która jest grupą stricte instrumentalną. Tworzy ją czterech kumpli z Newcastle nad Tyne i tworzą ją: Jonny Scott (gitara), James Bowmaker (gitara basowa), Barry Micheson (perkusja) oraz Neil Elliot (organy). W zeszłym roku wydali swój drugi materiał, w którym garściami czerpią z dokonań lat 70.

„The Island” zawiera jedynie pięć utworów, ale są tak długie, że nie ma jakiejkolwiek szansy usłyszenia tego w radiu. Na dzień dobry dostajemy „The Great Storm of 1703” – 13-minutowy fresk zrobiony  agresywnej gitary na początku, po którym każdy z instrumentów przejmuje i wygrywa swój fragment: potężne organy, marszowa perkusja, riffy stają się coraz bardziej intensywne. W drugiej minucie następuje zmiana melodii, wszystko wali jak szalone, by podkreślić charakter tego sztormu: przyspieszenia, spowolnienia, chwile wyciszenia, by uderzyć w ostatnich pięciu minutach niczym obuchem. I kiedy wydaje się, że będzie spokój wchodzi mały, ale bezwzględny „Hy-Brasil”, gdzie gitara i organy walą niczym syrena alarmowa, a ty próbujesz uciec nie wiadomo przed kim i dlaczego. Tempem przypomina fragment debiutu Sound of Contact. To jednak tylko rozgrzewka do „Monolith”. 9-minutowy kolos zaczyna się bardzo spokojnie, wręcz ospale z ładnymi dzwoneczkami niczym z pozytywki. Wtedy dołącza spokojna gitara akustyczna, łagodna elektryczna i te organy. Tylko one wprawiają w niepokój, tworząc wręcz metafizyczną atmosferę (od około 4 minuty) kompletnie atakując gitarowymi riffami wplecionymi z organami, by w finale zmienić się w niemal Black Sabbath.

Podobnie wybrzmiewa „The Abyss”, gdzie znowu na początku mamy dzwoneczki i dalej następuje coraz mocniejsze świdrowanie niczym płynąca fala. Niby w połowie robi się troszkę spokojniej (dzwoneczki przyjemne dla ucha), by pod koniec dać pole dla akustycznej gitary. A na finał dostajemy oniryczny „The Great Race”, co początkowo brzmi jak echo, by powoli dochodziły kolejne instrumenty. Po trzech minutach brutalnie się wycisza, by z większą mocą zaatakować.

Niby mało utworów, ale intensywność i biegłość warsztatowa robi imponujące wrażenie. Jeszcze nie raz usłyszymy o Kylverze, który już teraz potrafi oczarować. Czekam na więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Ten Typ Mes – Ała.

ten_typ_mes_0

Drugiego takiego rapera w naszym kraju jak Piotr Szmit aka Ten Typ Mes nie ma. I nie chodzi tylko o flow czy warsztat, ale o sporą dawkę ironii oraz dźwiękowego sznytu. Dlatego z pewną nieukrywaną pewnością sięgnąłem po „Ała.”. Czy będzie silny ból czy tylko drobne draśnięcie?

17 utworów i ponad godzinny materiał. Może to przyprawić o ból głowy. Do tego masa gości i różnych kompozytorów, producentów (m.in. Michał „Fox” Król, współpracujący z Marią Peszek, Kortez, Mateusz Holak RAU czy Szogun). Otwierające całość „Codzienność” nawet nie jest najgorsze – grube basy, żwawa perkusja i podkręcona elektronika. Do tego jeszcze chórki, Dawid Podsiadło i śpiewający na początku Mes, a także finałowa, instrumentalna końcówka z melancholijnym fortepianem. Konsternacja gwarantowana, ale wsłuchiwanie się w tekst daje sporo satysfakcji. A to dopiero początek, bo wchodzi „Mój terapeuta” – z jednej minimalistyczny podkład i potencjalny hit radiowy, z drugiej dosadny i ostry atak na terapeutów, przypominających bardziej wróżki czy szamanów. „Bledną” pachnie kosmosem – zimną, chłodną elektroniką z wplecioną wiolonczelą, podkreślającą depresyjny klimat. I Mes najpierw śpiewa, by potem zacząć nawijać, a na koniec atakują ładne chórki oraz jazzowa perkusja.

I kiedy wydaje się, że już dziwniej nie będzie, to pojawia się niemal czysty rap z cykaczami, bitami, czyli „Book Please” (do tego szeleszczące kartki), by pod koniec kompletnie zmienić klimat, dodając gitarę elektryczną oraz prosty komunikat. Tutaj Mes brzmi troszkę jak w starym stylu, ale bardziej nowocześnie. Tak samo wypływa niemal epicki „Przewóz osób” lub „Czy Ty to Ty” (i pływa tu VNM). „Pytajniki” to już skręt w jazz (Hammond, dęciaki, perkusja), który sprawił mi sporo frajdy, gdzieś tak do dwóch i pół minuty. A eksperymentalny minimalizm wraca w „Pokaż mi dom” oraz melancholijnym „Jak nigdy” (strzelająca pod koniec elektronika z cykaczami).

Szlag mnie trafił, gdy trafiłem na „Unisex” – pełen niemal dyskotekowego podkładu, pełnego house’u, elektronicznej perkusji oraz dubstepowych wstawek. Mes tutaj próbuje chyba podbić parkiety jak Fisz Emade ze swoim „Telefonem” (skojarzenie z „We Found Love” – posłuchajcie początku) i zwyczajnie przekombinował (w środku mamy jeszcze przerobiony głos i instrumentalną wstawkę z żywymi instrumentami pod koniec). Drugim takim mocnym dziwadłem jest dla mnie jazzowy „Ale psa byś przytulił” (saksofon mi pasuje, ale ta perkusja i cykadła to niekoniecznie), trzecim kolejny parkietowy skoczniak, czyli „W sumie nie różnią się” (takiej sieczki się nie spodziewałem).

Sama nawijka Mesa wywołuje we mnie mieszane uczucia. Nie chodzi o technikę, bo ta jest opanowana i świetna, z przyspieszeniami na czele oraz rzucającymi skojarzeniami (zgrabnie wpleciony Lennon czy Chris Brown), a pomysły na niektóre utwory są świetne („Book Please”, gdzie wszelkie próby czytania są przerywane wieściami z drugiej strony komputera, wizyta u psychiatry w „Moim terapeucie” czy krytyczne spojrzenie na ekologów w „Ale psa byś przytulił”). Z drugiej strony Mes kolejny raz próbuje śpiewać („pieje kogutem”), co nie brzmi tak strasznie (takie wejście w stronę czarnych brzmień), ale wywołuje dezorientację. Podobnie rzecz ma się z muzyka, która jest mieszanką różnych estetyk: od rapu po jazz i elektroniczną sieczkę, jakby ziom chciał złapać kilka srok za ogon. Fajnie brzmią te instrumentalne wstawki pod koniec grane na żywych instrumentach, ale można byłoby z tego zrezygnować. Taka niespójność mocno gryzie. Podobać się mogą zgrabne chórki wplecione w refrenach (a śpiewają m.in. Monika Borzym, Kinga Miśkiewicz i Maryla Modzelan).

To wszystko powoduje, że wiele osób „Ała.” odrzuci po pierwszym przesłuchaniu. I nie dziwię się temu, bo parę bardziej dyskotekowych flirtów można było sobie odpuścić, a w paru kawałkach zmienić teksty (relacje damsko-męskie nie brzmią zbyt interesująco, co słychać w „Unisex”), co na pewno nie zaszkodziłoby. Mes jednak zrobił to po swojemu i albo to kupujesz, albo wypierdalasz. Ja ciągle się waham, co do oceny, bo mimo kolejnych odsłuchów nie wszystko mi tu odpowiada. Mam wrażenie, że ten typ ma wywalone na opinie innych.

6/10

Radosław Ostrowski

Bon Jovi – This House Is Not For Sale (deluxe edition)

Artwork_for_Bon_Jovi%27s_album_This_House_Is_Not_for_Sale

Ostatnio zespół Bon Jovi jest w dużym dołku, z którego nie jest w stanie się wygrzebać. Na dodatek grupę opuścił gitarzysta Ritchie Sambora, który był jednym z filarów zespołu. Ale muzycy nie przejmują się tym i w zeszłym roku wydali nowy, 13 album z dwoma nowymi twarzami: gitarzystą Philem X oraz basistą Hugh McDonaldem (nieoficjalny członek zespołu od 1994 roku).

Za „This House Is Not For Sale” odpowiada od strony producenckiej sam Jon Bon Jovi oraz gitarzysta John Shanks. I początek jest naprawdę obiecujący, bo tytułowy kawałek ma moc i odrobinę czaderskiego, gitarowego grania. Koncertowy pewniak, gdzie czuć starego, dobrego Bon Jovi. Dalej jest równie dobrze: „Living with the Ghosts”, z drobnym wsparciem fortepianu w refrenie, strzelający, nośny „Knockout”. Wtedy pojawia się odrobina spokoju w postaci wolnego „Labor of Love”, które w refrenie troszkę ożywa. Wiadomo, każda rockowa kapela musi strzelić coś bardziej lirycznego i brzmi to nieźle. To jednak mały przystanek przed „Born Again Tomorrow”, gdzie drażni na początku popowa perkusja, ale riffy dają radę i sprawiają frajdę. Podobnie jak „New Year’s Day” czy „The Devils’ In The Temple”, chcący być bardziej punkowy od reszty. .

Nie przekonują mnie za to spokojniejsze ballady jak „Scars On This Guitar”, które zwyczajnie brzmią jak jedna z tysiąca tego typu piosenek. Ale i te bardziej ostre od połowy zaczynają być grane troszkę na jedno kopyto, czyli od „God Bless This Mess”. I nawet jeśli pojawią się dobre fragmenty jak w „Reunion”, to są one automatycznie gaszone (dziwacznie zagrany „Come On Up To Our House”, gdzie mamy… akordeon). Nawet te dodatkowe utwory trzeba uznać za tylko zapchajdziury. I wokal samego Jona zaczyna coraz bardziej irytować.

Niestety, ale coraz bardziej zespół Bongoviego nie ma zbyt wiele do zaoferowania stając się zespołem pop-rockowym jakich wiele. Nuda, dno, słabizna, którą chce się wyrzucić jak najszybciej z pamięci. Chociaż okładka jest całkiem spoko.

5/10

Radosław Ostrowski

AIR – Twentyears

Air_-_Twentyears_600_600

Duet AIR to francuscy spece od muzyki elektronicznej, chociaż flirtowali także z muzyką filmową. Ekipę od 1995 roku tworzą: Nicolas Godin i Jean-Benoit Dunckel. Jednak zamiast nowego wydawnictwa (od poprzedniego dzieła, czyli „Music for Museum” minęły 3 lata) w zeszłym roku wydali składankę podsumowującą 20 lat działalności.

I nie jest to tylko jedna płytka, ale dwie zawierające 31 utworów. I to nawet długich. Na początek dostajemy „La femme d’argent”, które zaczyna się od szumu wody, by pójść w stronę popu lat 60. i 70., gdzie wybija się bas, eleganckie klawisze oraz smyczki. Jednocześnie w tle słychać dziwne szumy, dźwiękowe plamy zahaczające o ambient. Podobnie czaruje eteryczny „Cherry Bossom Girl”, gdzie przewodzi wszystkim gitara akustyczna i elektroniczna perkusja. Ale wtedy pojawia się delikatny wokal Dunckela (byłem pewny, że to kobieta śpiewa) oraz flet, budujący niesamowitą atmosferę. „Kelly Watch the Stars” jest pełne pasaży, które pachną latami 80. Oraz tworzą klimat rodem z kina SF. A jak dodamy do tego przerobiony, „mechaniczny” wokal, odlot gwarantowany. Filmowo się czujemy podczas romantycznego „Playground Love” (utwór z filmu „Przekleństwa niewinności”), gdzie gościnnie udziela się niejaki Gordon Tracks oraz saksofon. Tym większym szokiem może być epickie i brudne „Sexy Boy” z nieprzyjemnym przerobionym głosem skontrastowanym z przestrzennymi klawiszami, gitarą elektryczną oraz eterycznym wokalem Dunckela. Im dalej, tym bardziej dźwięki atakują (zwłaszcza w refrenie), by zaskoczyć niemal minimalistyczną „Venus”, by w połowie skręcić troszkę w stronę new romantic. Kosmiczną aurę także można wyczuć w pozornie lirycznym „All I Need” (wersja radiowa), gdzie duet wsparła swoim głosem Beth Hirsch. Zupełnie do góry nogami ostaje wywrócone „Alpha Beta Gaga” z szybko pędzącą elektroniką skontrastowana spokojniejszą grą akustycznej gitary oraz gwizdania. A im dalej, tym bardziej muzyka zostaje ubarwiona smykami, klawiszami itp. „Kosmiczny” odlot wraca w oszczędnym „Moon Fever”, gdzie jest tylko fortepian oraz ambientowe tło. I jeszcze chór na końcu. Wtedy wkracza Beck w pachnącym dawnymi dyskotekami epickim „Don’t Be Light” (te smyki brzmią jakby grała cała orkiestra), gdzie miesza się wszystko: elektronika z „horrorowymi” smyczkami, kosmiczny ambient z gitarą elektryczną. Echa lat 70. czuć mocno w delikatnym „How Does It make You Feel” z przesterowanym głosem czy wręcz liryczny fortepian w „Once Upon a Time”.

Taka mieszanina może wywoływać dezorientację (przynajmniej na początku), ale duet AIR tak bawi się na przestrzeni lat, że potrafi cały czas zaintrygować zderzeniem żywych instrumentów z elektroniką (piękny „Alone in Kyoto”, oszczędny „Talisman”, pełen różnych wokali i eksperymtnwów „Run”).  AIR jeszcze dodało kilka bonusów. Są tutaj aż dwa niepublikowane wcześniej utwory „Roger That” i „Adis Abebah”, a także dwa utwory nagrane w radiu: „J’ai dormi sous l’eau” (nagrane w BBC w 1998 roku) oraz „Trente millions d’amis” (z KCRW 98).

Od tego albumu spokojnie można rozpocząć przygodę z duetem francuskiej elektroniki. Pełne podsumowanie całego dorobku, które zachęca do bliższego poznania.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Keren Ann – You’re Gonna Get Love

You're Gonna Get Love

Pochodząca z Izraela Keren Ann Ziegler to mało popularna w naszym kraju wokalistka i autorka piosenek. Do tej pory wydała sześć albumów, a na następne wydawnictwo trzeba było czekać pięć lat. Już sama okładka na tyle mnie zainteresowała, że nie mógłbym odpuścić „You’re Gonna Get Love”. Sami powiedzcie, czy nie wygląda ślicznie?

Od strony producenckiej wsparł artystkę Renaud Letang, współpracujący m.in. z Feist, Lianne La Havas czy Bjork. I jest to mieszanka popu z folkiem, którą wyczuwamy od otwierającego całość tytułowego utworu. Czego tu nie ma? Przyjemnie pulsujący bas, krótkie wejścia gitary oraz płynące smyczki zmieszane z elektroniką. Odrobinę melancholijnie robi się w „Bring Back”, przypominającym troszkę pop z lat 70. (chórki, smyczki, rozbujany bas i zgrana sekcja rytmiczna) oraz w „The Separated Twin”, gdzie cudownie przygrywa gitara akustyczna. Równie ładne jest „Insensible World” z dziwnymi szumami w tle oraz staroświeckimi Hammondami w refrenie. Bas, flet oraz staroświecka elektronika buduje też magiczny klimat w „Where Did You Go?” oraz bardziej przebojowym, pełnym gitar „Easy Money”.  Bardziej niepokojąco jest w pełnym nieprzyjemnej elektroniki „My Man Is Wanted But I Ain’t Gonna Turn Him In”, a „You Knew Me Then” wraca do gitarowej przestrzeni spod znaku Carly Simon.

Ta retro otoczka nie jest tylko i wyłącznie stylizacją. Wokalistka bardzo pasuje do niej ze swoim delikatnym, ale poruszającym wokalem (eteryczne „Again and Again”), aranżacje ciągle zaskakują (smyczek i klawisze w „The River That Swallows All the Rivers”), a teksty nie są tylko banalnymi opowiastkami.  Bardzo przyjemna płyta dająca wiele satysfakcji.

7,5/10

Radosław Ostrowski