Shamboo + Muniek – Tata

tata

Takie muzyczne spotkania po latach zawsze przyciągają fanów. Taka była sprawa z częstochowskim zespołem Shamboo, legendą punk-rocka lat 80. z Mackiem Maślikowskim na gitarze oraz wokalu. I tutaj jako basista swoją przygodę z muzyką rozpoczął Muniek Staszczyk. W 1987 roku zespół zawiesił działalność i wydawałoby się, że już nigdy więcej nie wrócą. Ale w 2011 doszło do reaktywacji. Maciu wrócił na wokalu i do gitary, wrócili starzy kumple: Jacek „Koniu” Śliwczyński, (wokal, gitara basowa) Tomek „Rychu” Raszewski (perkusja) oraz Krzysiek Sawczuk (wokal, gitara). I tak została wydana płyta „Tata”, gdzie dołączył do składu Muniek, udzielając się w kilku utworach.

„Tata” ma w sobie punkowego ducha końca PRL-u, ale nie czuć tutaj fałszu czy odcinania kuponów. I ten kop czuć od otwierającego całość tytułowego utworu. Nie brakuje przesterowanych gitar i wspólnego śpiewania w refrenie („Eskimosi”, pod koniec brzmiący jak utwór ze zdartej płyty), przerobione wokale („Rewolucja_2013”), nawet skręty w reggae („Armata” z mocnymi dęciakami), ale dominuje tutaj szybki, punkowy pazur. Gdy trzeba pędzą na złamanie karku („Dla Ciebie”, gdzie jeszcze mamy dodany głos dziecka czy „Ballada żołnierska”), a nawet idą w stronę gitarowego Orientu („Palikot się pali”) czy echa The Police (nomen omen „Policja”), gdzie dominują instrumentalne solówki gitary oraz perkusji, ale mam wrażenie, że za długo ciągnie się ten 5-minutowy kawałek.

Nawet pojawia się miejsce, gdzie czuć troszkę echa T.Love Alternative („Bohater cichej uroczystości”), zgrabnie wplatając jazz („Jazz jest bezlitosny”), zrobią nawet punkową wersje szant („Bronek dramatyczny”), miękcząc czasami fortepianem („Ściany”). Więc dzieje się tu sporo, ale i tekstowo jest co najmniej intrygująco: nie brakuje motywu rewolucji, nadmiernej militaryzacji i portretu cwaniactwa, ale też i odrobiny liryzmu oraz humoru czy nawet nostalgii. Macia ze swoim chropowatym głosem pasuje do całego punkowego image’u, a Muniek kradnie każdy utwór. Bardzo udana komitywa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Damian Wilson – Built for Fighting

Built-for-Fighting

Z Damianem Wilsonem spotkałem się podczas przesłuchiwania wspólnego albumu z Adamem Wakemanem. Ale ten gitarzysta i wokalista związany z zespołem Threegood, teraz jednak trafia do ręki mej solowe wydawnictwo, czyli „Built for Fighting”.

Od strony producenckiej wsparcia udzielił Andrew Holdsworth, a z artystą grali tacy uznani muzycy jak wspomniany Adam Wakeman, Bill Shanley (Ray Davies), Lee Pomeroy (Jeff Lynne’s ELO), czy Binzer Brennan (The Waterboys). Na początek dostajemy ładny numer „Thrill Me”, który  z delikatnej akustycznej gitary idzie w stronę klasycznego, chwytliwego rocka. „When I Was Young” bardziej idzie w stronę folku (akustyczna gitara), do której dołącza szybka perkusja. Takich drobnych detali, pozornie nie pasujących do rockowego tła jest więcej – pojawiają się skrzypce („Impossible” czy dynamiczne „Somebody”), bardzo liryczny fortepian („Fire”, który eksploduje pod koniec) czy bujająca gitara z organami („Sex & Vanilla”). Ogień i power pojawia się wraz z „Can’t Heal War”, którego nie powstydziliby się Ryan Adams, ale to tylko krótki moment, by wrócić do bardzo lirycznego „What Have We Done” z prześlicznym fortepianem oraz chwytającą za serducho trąbką.

Trudno ten album nazwać stricte prog-rockowym wydawnictwem. To rockowe granie, skręcające mocno w stronę folku, by zwieść czasami za nos. Tak jest z „Written in Anger”, które zaczyna się od delikatnego wejścia gitary akustycznej, by w połowie eksplodować siarczystymi riffami elektrycznymi czy bardzo energetycznym „All I Need” z ciepłymi klawiszami na początku. Wtedy muzyk pokazuje swoje najlepsze oblicze.

Te jedenaście piosenek ma dobre melodie, jest porządnie wykonana i zaśpiewana, ale czegoś mi tu zabrakło. Bardziej do mnie przemówiło wydawnictwo zrobione z Wakemanem, ale tutaj też jest kilka ciekawych numerów. Ale i tak jestem zaintrygowany tym delikatnym wokalem oraz muzyką.

7/10

Radosław Ostrowski

Nocny Kochanek – Zdrajcy metalu

zdrajcy_metalu

Kojarzycie taki zespół Night Mistress? Ja też nie słyszałem o nich, chociaż twórcę nazwy zespołu – Bartosza Walaszka (jedna druga składu Bracia Figo Fagot) – znałem nie od dzisiaj. Grupa ta pisała muzykę do kultowej (w wielu kręgach) serialu „Kapitan Bomba”, więc było gitarowo i ostro. Ci sami ludzie zmienili nazwę Night Mistress na Nocnego Kochanka i wydali do tej pory jedną płytę „Hewi Metal” w 2015 roku. Pora roszadą na stanowisku perkusisty (Dominika Wójcika zastąpił Tomasz Nachyła), pozostali muzycy w składzie: Artur Pochwała (bas), Robert Kazanowski (gitara), Artur Cieśla (gitara) i Krzysztof Sokołowski (wokal) na początku tego roku wydała drugi album – „Zdrajcy metalu”. Kto kogo zdradził i z czym to się je?

Zaczyna się od „Poniedziałku” i coraz intensywniejszych dźwięków budzików. Dopiero potem dostajemy ciężkie riffy w stylu Slayera, z mocnymi perkusyjnymi uderzeniami (i obowiązkowym galopem) oraz wrzaskami Sokołowskiego, przypominając Bruce’a Dickinsona z Iron Maiden (środek brzmi fantastycznie). A to dopiero rozgrzewka – nie zabrakło i niemal epickiego wstępu perkusyjnego, by popędzić w melodyjne hiciory („Dżentelmeni metalu”, „Dziabnięty”), z wystrzałowymi refrenami, które będą śpiewane na koncertach. Swoje też ma do zrobienia bas (epicka „Pigułka samogwałtu”, gdzie gitary tną niczym piła drewno), ale to tak naprawdę riffy rządzą.Brzmi to profesjonalnie, a muzycy parę razy zaskakują. Trudno przejść obojętnie wobec rozbudowanego wstępu do „Łatwa nie była” (refren też jest zajebisty i partie gitarowe pod koniec), wariackiej szanty „De pajrat bej”, robiącej sobie jaja z metalu „Smoków i gołych babach” (strasznie szybki, jakby grany na sterydach muzyków), nastrojowej ballady w stylu Scorpions („Dziewczyna z kebabem”) czy prostej rąbanki a’la AC/DC („Pierwszego nie przepijam”).

O tekstach nie da się powiedzieć na poważnie, gdyż tutaj widać potencjał parodystyczny zespołu. Picie, kac, panienki, zgrywa z metalowców, piractwo (internetowe), seks, zdrada gustu muzycznego (jak zamiast Slayera można słuchać George’a Michaela? ;)) – dzieje się tu wiele, a wszystko zrobione z przymrużeniem oka. Sam Sokołowski bardzo dobrze się odnajduje w tym wariackim domu (nawet troszkę przypomina Marka Piekarczyka z czasów TSA), muzycy grają metal tak jak się to robić powinno. Nigdy nie znałem grup parodiujących kapele metalowe czy grającej ciężkiego rocka. Wiele osób może tego nie przeżyć do dzisiaj. Zrobione z kopem i powerem, jaki jest wymagany, pozwalając jednocześnie na dystans.

8/10 + znak jakości

Renata Przemyk – Boogie Street

0006BD1DQU2OCOF1-C122

Dorobek Leonarda Cohena jest tak bogaty, że od zawsze inspirował innych artystów. Zmarłemu 7 listopada 2016 roku bardowi hołd postanowiła oddać Renata Przemyk. Album „Boogie Street” to zapis spektaklu opartego na „Księdze tęsknoty”, wystawionego w Teatrze Starym w Lublinie we wrześniu 2016 roku (z akceptacją oraz błogosławieństwem samego Cohena) przetłumaczone przez Daniela Wyszogrodzkiego oraz zaaranżowane przez Krzysztofa Herdzina. Będzie dobrze?

Całość otwiera i zamyka „Boogie Street”, gdzie Przemyk brzmi niczym na żydowskim rytuale (jednak druga wersja jest znacznie bogatsza i dynamiczniejsza). Tak zapowiada śpiewany a capella początek, do którego dołącza spokojny fortepian idąc w stronę melancholijnego jazzu. Niepokojąco (pojedyncze uderzenia fortepianu) budują aurę w „Oto jest”, gdzie pojawia się gitara elektryczna (wyrazista pod koniec) i zapętla się refren ze zwrotką, dopuszczając kolejne instrumenty (perkusja robi robotę) i chórek w refrenie. Melancholijniej się robi w „Dość kochałeś już”, gdzie słyszymy wspierającego artystkę Wojciecha Leonowicza oraz w spokojnym „Na pocałunków dnie”.

Kompletnym zaskoczeniem jest bluesowe „Dla ciebie tak” z soczystym riffem na początku oraz „Za sprawą kilku piosenek (tutaj Leonowicz solo). Mocne uderzenie, które trzyma za pysk aż do końca. Mroczniej się dzieje przy „Ponad mrokiem rzek” oraz szarpiących „Listach”, gdzie swoje robi minorowy fortepian. Wycisza się to wszystko w lirycznym „Odchodzi Aleksandra”, folkowym, szybkim „Słowiku” oraz bardzo lirycznej „Samej miłości”, serwując na koniec „Wiarę”.

Sama Przemyk pokazuje różne oblicza swojego głosu. W jednej chwili niemal wykrzykuje jakby z samego wnętrza siebie („Boogie Street”), by potem zaprezentować swoje bardziej delikatne oblicze. Wszystko to współgra z refleksyjnymi tekstami Cohena o dojrzałej miłości, przemijaniu i nadziei. Warto się wybrać na tą słynną ulicę.

8/10

Radosław Ostrowski

 

happysad – Ciało obce

cialo_obce

Chyba od zawsze byłem fanem zielonogórskie formacji happysad, która niejako zastąpiła ulubionych przez wielu ludzi Pidżamę Porno, łącząc chwytliwa melodyjność z miejscami bardzo refleksyjnymi tekstami, niepozbawionymi humoru. Wielu zarzucało, że ostatnie lata to zniżka formy, ale nawet ich powinien przekonać do siebie nowy album grupy – „Ciało obce”.

Już sama okładka intryguje, a na początek dostajemy krótkie i akustyczne intro w postaci „-1”. Dopiero „Dłoń” pokazuje, że grupa nadal eksperymentuje, mieszając punkowe gitary z elektroniką oraz saksofonem. Jest szybko, tajemniczo i energetycznie. Elektroniczne wstawki pod koniec i na początek każdego utworu tworzą kosmiczną aurę, która spaja wszystko ze sobą. Za to wielu zaskoczy bardzo wyciszony „Nie umiem kłamać” z przestrzennym tłem, by w refrenie zaatakować mocniejszymi gitarami. Największe wrażenie robi na mnie „Medellin”. Ten instrumentalny wstęp, gdzie gitara, klawisze i perkusja grają obok siebie, tworząc aurę niesamowitości. I w połowie wszystko wywraca się do góry nogami, skręcając w bardziej psychodeliczne rejony, co jest zasługą przesterowanej, agresywnej gitary, pulsującej elektroniki i szybkiej perkusji, by grać jak… Franz Ferdinand z czasów największej świetności.

Typowy, ale mroczniejszym wcieleniem grupy jest „Czwarty dzień” z niemal strzelającą perkusją na początku oraz ostrzejszymi klawiszami między zwrotkami. Gitary bardziej odzywają się w szorstkim „Długu”, gdzie nie brakuje miejsca dla rytmicznego basu, powtarzającej się gitarowej wstawki oraz pobrzękującej w tle elektronice. Z kolei singlowy „XXM” brzmi bardzo mechanicznie, ocierając się bardziej o lata 80. (dźwięki perkusji), by zaatakować punkową energią. Bardziej melodyjny jest utwór tytułowy, pełen melancholijnych dźwięków gitar oraz tła, a także rytmiczny „Idę”. Wyłamuje się z tego pianistyczna, wręcz depresyjna „Heroina”. Nawet brzmiąca niczym syrena gitara nie jest w stanie zmienić nastroju, wprawiając jednocześnie w trans, jedynie pod koniec atakuje saksofon, dodając psychodeliczny posmak. A wszystko wraca do normy przy „Nagich na mróz” – drugi, typowo happysadowy numer z czasów świetności. Wszystko układa się w spójną, bardziej melancholijną muzykę niż zwykle w dorobku tej grupy.

„Ciało obce” to próba stworzenia brzmienia grupy od nowa. Niezmienny pozostał wokal Kawalca oraz intrygujące teksty, mówiące o przyszłości, uzależnieniu, samotności i miłości. Poziom został zachowany, a wiele numerów zostanie w pamięci na długo. Ale jednak bardziej mi się podobały pierwsze płyty happysad i nic na to nie poradzę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Amy Macdonald – Under Stars (deluxe edition)

Under_Stars

Pamiętacie tą dziewczynę z gitarą, co 10 lat temu wypłynęła na cały świat dzięki przebojowi „This Is The Life”?  do tego czasu wydała jeszcze trzy płyty z paroma chwytliwymi przebojami, za fundament mając gitarę akustyczną. Teraz szkocka wokalistka Amy Macdonald wraca z piątym wydawnictwem. Czy równie udanym?

W zasadzie stylistycznie nic się nie zmieniło – to delikatna odmiana rocka zmieszana z popem. Jest nadal skocznie i przyjemnie, co czuć w pilotującym wydawnictwo „Dream On”. Tytułowy utwór serwuje pewną zmianę, gdzie mocniej brzmi gitara elektryczna, w tle grają spokojnie smyczki. Czasem odezwie się jeszcze elektronika („Automatic”), ale pojawi się też delikatny skręt w folk („Down by the Water”), wracając do elektrycznej gitary („Leap of Faith”) oraz delikatnego fortepianu (nastrojowe „Never Too Late”). Nby nie ma tutaj niczego, co byśmy nie znali, ale trudno odmówić całości uroku. Nawet jeśli piosenki powoli zaczynają się zlewać w jedno, oparte na podobnym schemacie. Nawet drobne ubarwienia (spokojna perkusja i łagodna gitara w „Prepare to Fall” czy chórek w refrenie „From the Ashes”) potrafią sprawić frajdę.

Trudno jednak odmówić Amy siły głosu, który nawet jeśli jest nadekspresyjny, to ma w sobie siłę przyciągania. Żeby jednak nam się nie nudziło, to w wersji deluxe mamy akustyczne wersje piosenek (nie wszystkich, tylko 7), przez co wypadają nawet lepiej niż w standardowych (choćby utwór tytułowy czy „Prepare to Fall”). I tu widać co gitara z perkusją są w stanie wyczarować. I za to lekko podciągam ocenę do pełnej

7/10

Radosław Ostrowski

VNM – Halflajf

vnm-halflajf

Jeden z młodszych i bezczelnych polskich raperów, który założył własną wytwórnię (od zeszłego roku) De Nekst Best. VNM konsekwentnie tworzy swój styl, mieszając bragowanie z odrobiną osobistej refleksji. Teraz jednak wraca z piątym wydawnictwem jeszcze z zeszłego roku. „Halflajf” (pół życia) wydawało się, że będzie bardziej do rozkminiania, ale co z tego wyszło?

Utworów jest 13, ale nie należy być aż tak przesądnym. Za bity odpowiadają prawdziwy spece jak Johnny Beets, Deemz czy SoDrumatic. Początek jest prosty i nawet liryczny, bo „naiVe” ma ładny fortepian z wplecionymi, prostą elektroniką, by pod koniec zmienia się tempo pod r’n’b („falujące” tło). I wtedy pojawia się dźwiękowy mindfuck w postaci połamanej „Zmiany”, pełnej dubstepowej perkusji i przerobionych wokaliz w tle. To akurat nic, bo tutaj Tomek próbuje śpiewać. Wreszcie pojawia się (oczywiście) przewodzący fortepian z nieoczywistym wokalem w tle i minimalistyczną perkusją na „Narcyzie”, by mocno uderzyć w tytułowym numerze, gdzie B. Melo ciska elektroniką niczym fanfarami.

Obowiązkowe są tutaj cykacze i oszczędna perkusja, ale pojawiają się bardzo rzadko. Nie sposób zapomnieć także „Cyphera 2.0” – Kazzushi idzie w bardzo futurystyczną stronę, ale nie zapomina o skreczach czy oszczędny  „brejnFAK” z „bzyczącym” tłem. Ale takiego „Jak Tsubasa” (co tu odwalił SoDrumatic) to ja nie jestem w stanie przetrawić, gdyż jest tu za gruby bit zmieszany, zwłaszcza refrenu, gdzie VNM zwyczajnie irytuje. Podobnie działa na mnie „Face-Swap” – elektronika, dzwony, imitacja smyków wypadają nieźle. Ale w połowie kompletnie zmienia się podkład, atakując perkusją.

Co robi VNM? Miesza, chociaż flow ma bardzo przyzwoity, nawijając o relacjach damsko-męskich („brejnFAK”), bragguje jakie to ma skile i jaki jest zajebisty, imprezuje. Przy okazji lokuje markę Uber (ciekawe, ile mu zapłacili ;)) i próbuje… śpiewać, co jest równie niebezpieczne jak u Mesa. Dodatkowo odniósł wrażenie, że sam nie pociągnie ze swoim flow, więc pozapraszał gości, co dało połowiczny sukces. Kradnie uwagę Monika Borzym i Wdowa, co nie powinno nikogo dziwić, podobnie jak Sarius. Ale już Cywiński swoim głosem zwyczajnie irytuje (być może dlatego, ze robi to po polsku), psując kompletnie jakość swoich nagrań. Nieźle radzi sobie Sarsa w „Triggerze”, co jest pewną niespodzianką.

Trudno mi jednoznacznie ocenić „Halflajf”, gdzie nasz koleżka opowiada niemal o tym samym i w paru momentach potrafi bawić się hasztagami oraz skojarzeniami z obejrzanych filmów, przesłuchanych piosenek. Ale „Klaud Najn” zrobił na mnie dużo większe wrażenie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Paweł Domagała – Opowiem ci o mnie

Opowiem_ci_o_mnie

Jak aktor bierze się za śpiewanie, to jest od razu oskarżenie o to, że zwyczajnie kaprysi i tak naprawdę próbuje zbić kapitał na swojej popularności. Ale od każdej reguły są wyjątki i zdarzają się dobrzy śpiewający aktorzy, co nawet wydają płyty jak Robert Downey Jr., Piotr Machalica czy ostatnio Julia Pietrucha. Do tego grona postanowił dołączyć aktor warszawskiego Teatru Dramatycznego, znany głównie z ról komediowych – Paweł Domagała.

Wsparty przez doświadczonego kompozytora oraz aranżera Łukasza Borowieckiego stworzył „Opowiem ci o sobie”. Zawiera on tylko 10 piosenek, napisanych przez Domagałę. Początek jest przyjemnie bujający – tak ładna jest „Zuza”. Nie brakuj odrobiny mroku (szorstka gitara oraz płynąca elektronika w „Hiobie”), ale tylko po to, by wejść w ciepły, niemal folkowy świat („Gdybyś była”) oraz przyjazny pop („Nie zdejmuj rąk”). Aranżacyjnie to naprawdę ładne piosenki, gdzie swoje robi przede wszystkim gitara akustyczna (gra sam artysta) oraz fortepian. Czasami jednak pojawia się nieoczywiste dźwięki jak kongi (pozytywne „Szczęście”) czy akordeon („Warszawa”). Co piosenka, to niespodzianka i chce się po odsłuchaniu jeszcze raz wejść w ten album.

A sam wokal jest więcej niż przyzwoity – bardzo delikatny, ciepły i nastrojowy, przypominający wielu chłopaków z gitarami. I jest całkowicie szczery w swoim śpiewaniu, opowiadając o prostych sprawach: wierze, miłości, troskach. Tu dzieje się wiele, a emocje dosłownie kipią. Jesteście ciekawi tej opowieści? Bo nie powinniście się zawieść.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dwa Sławy – Dandys Flow

dandys-flow-b-iext47362514

Raperski duet Dwa Sławy znany był z serwowania dość ironicznego spojrzenia na świat za pomocą bardzo krzywego zwierciadła. Tak było w przypadku kozackich „Ludzi sztosów”, ale Rado z Astkiem chyba zaczynają czuć zmęczenie tym wizerunkiem. Dlatego pierwszą reakcją na „Dandys Flow” może być konsternacja i szok.

Otwierający całość „Catering” brzmi bardzo współcześnie – zapętlona wokaliza, pulsująca elektronika, długie pasaże smyczków. Im dalej, tym coraz bardziej nieoczywiste szlaki przechodzimy. Nie brakuje tutaj skrętu w stronę r’n’b spod znaku The Weeknd („Piotr Pan”), minimalistyczna perkusja z zabarwieniem etnicznym („ATCS”, „Mogłoby się wydawać”), by w refrenie przyłożyć dubstepem, zaatakować agresywniejszą elektroniką („Furia”) i nawet zaatakować dyskotekowe parkiety („Pengaboys”) czy inspirować się The Streets („Estrogen”, który wydaje się być odpowiedzią na „Testosteron” Kayah). Rozrzut i strzał stylistyczny jest duży, ale udaje się zachowac w tym wszystkim spójność, co jest zasługą obydwu Sławów. Tutaj bity są zasługą głównie Marka Dulewicza, ale swoje dorzucił także P.A.F.F. (autor słynnego hymnu San Escobar), SoDrumatic czy Julas (powoli rozkręcające się „Zabierz mnie gdzieś”). Wiem, że dla wielu to skręcanie w stronę bardziej elektronicznych bitów, ale nie wywołuje to takiego rozpaprania jak chociażby u Tego Typa Mesa. Tutaj jest bardziej zachowawczo, chociaż ortodoksi i tak będą wściekli.

Panowie kompletnie odcinają się od poprzednika, chociaż nawijkę nadal mają pierwszorzędną. Nie brakuje zarówno dowcipnych hasztagów, wystrzałowych metafor (całe „Pengaboys”, gdzie m.in. Na moje wielowymiarowe metafory muszę sobie kupić drukarkę 3D)  gry słów („Tough Love”), odrobiny humoru (zakamuflowane „Outro”) oraz pomysłowego storytelling („Zabierz mnie gdzieś”).  A o czym mówią? Zarówno o swojej popularności, zmęczeniu życiem, relacjach damsko-męskich czy rozładowywaniu negatywnych emocji. Nie brakuje także przyspieszeń oraz inteligentnych obserwacji, ale to musicie sami się przekonać. Mi najbardziej chwyciło „Tough Love”, „Pengaboys” oraz refleksyjne „A może by tak”.

„Dandys Flow” to tym razem poważniejsze oblicze Sławów. Ci, co pokochali kompletnie miażdżących „Ludzi sztosów”, to nie znajdą tutaj dla siebie zbyt wiele, zaskakując bardziej dojrzałym spojrzeniem na świat. Dużo jest rozkminiania, ale i refleksji. Nieoczywisty miks, ale z wysokiej półki.

8/10

Radosław Ostrowski

Deep Purple – Burn (30th Anniversary Remastered)

Deep_Purple_-_Burn

Kto z fanów muzyki rockowej nie zna Deep Purple? Grupa z charyzmatycznym wokalistą Ianem Gillanem na pokładzie już w latach 70. robiła wielką furorę, a już wkrótce pojawi się nowe wydawnictwo. Jednak zanim do tego dojdzie, zrobimy mały krok w przeszłość. Jest rok 1974 i wychodzi album „Burn”. Wtedy doszło po konfliktu w grupie, którą opuścił Gillan i basista Roger Glover zastąpieni przez Davida Coverdale’a (później założył Whitesnake) i Glenna Hughesa. W tym nowym składzie wyszedł ósmy album grupy „Burn”.

Album zaczyna tytułowy utwór, gdzie mamy szybką perkusję, prosty gitarowy riff oraz mocne organy w tle. Do tego świetny riff w połowie (Blackmore kolejny raz pokazuje klasę), z dołączonymi klawiszami Lorda. Nie inaczej jest z pozornie wolniejszym „Might Just Take Your Life”, gdzie prym wiodą organy i bluesowy klimat, a także świetnie zaśpiewane wspólnie refreny (w środkowej części brzmi to znakomicie). Nie brakuje też ognia i mocy jak w „Lay Dawn, Stay Down” z bardzo szybkim wstępem fortepianowym (to w ogóle fortepian szaleje na drugim planie) oraz płynnym riffem. Dalej dostajemy chropowate i mroczne „Sail Away” z prostym (lecz skutecznym) refrenem opartym na krótkiej zmianie perkusyjnego rytmu, a także dziwaczne (lecz gitarowe) „You Fool No One” – takiego wstępu jeszcze nie zdążyło mi się słyszeć. Jakby nienagrana wcześniej piosenka Cream, ale psychodeliczny środek instrumentalny i riffy Blackmore’a wskazują na Purpurę.

Troszkę przebojowo się robi na „What’s Going On Here” z bluesowym fortepianem oraz mroczny „Mistreated”, który bardzo wolno się rozkręca, chociaż gitara i klawisze dwoją się, troją, atakują zewsząd, jednak bez specjalnego popisywania się (może poza zakończeniem). Wtedy dostajemy coś nieoczywistego w postaci instrumentalnego „A 200”, pełnego bardzo nieoczywistej elektroniki pachnącej odrobinę Orientem.

Ponieważ jest to remaster, to wszystkie dźwięki oczyszczono i przywrócono im blask, dając prawdziwego kopa. A żeby się nam nie nudziło, to dostajemy pięć dodatkowych utworów (remiksy). O dziwo Coverdale dobrze odnalazł się w grupie, godnie zastępując Gillana. „Burn” nie jest wymieniane jako jedna z wielkich płyt Deep Purple, ale brzmi ona bardzo dobrze, mimo upływu lat.

8/10

Radosław Ostrowski