Sexbomba – SPAM

ru-1-r-514,0-n-2208591NTjY

Działająca już od 1986 roku legionowska grupa Sexbomba tworzy coś między rockiem a punkiem, zdobywając rozgłos na legendarnym festiwalu w Jarocinie. Ostatnio jednak mało coś było o grupie słychać (ostatni hicior to było „Halo to ja” nagrane pod koniec lat 90.). Ale w zeszłym roku zaserwowali kolejne swoje dzieło „SPAM”, a między tym albumem a nagranym w 2013 „Abstrahujem” zmieniono gitarzystę (Adama Szymańskiego zastąpił Maciej Gortarewicz). I jak jest?

Ostro, głośno, agresywnie i… krótko. Zaczyna się od gwałtownego „Intra”, trwającego niecałą minutę, gdzie słyszymy nazwę zespołu, żebyśmy na 100% nie pomylili albumu. Tytułowy kawałek to dalszy ciąg ostrego i agresywnego punka. Nie brakuje miejsca i na melodyjną nutę („Jest źle” czy bardziej stonowane „Miasto monitorowane”), gdzie czuć ducha brytyjskich klasyków pokroju Ramones, gdzie jest szalona impreza. Gitara tnie mocno, razem z sekcją rytmiczną. I o dziwo, nie miałem poczucia koniunkturalizmu (może poza „Podziemną Polską”, ale to tylko jedyna poważna skaza).

Panowie, jak na buntowników pasowało, wściekają się na współczesny świat („Spam”, „Podziemna Polska”), pełen inwigilacji, komputerów i życia elektronicznego, permanentnej manipulacji („Nie wiem co”), a wszystko z gniewem, pazurem, nie przebierając czasami w słowach. Szanuje i doceniam, ale ja już chyba jestem za stary na taką muzykę. Na szczęście jest to pół godziny, więc nie ma szansy na znużenie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

 

Kenny Garrett – Do Your Dance!

kenny-garrett-do-your-dance

Dawno nie było albumu z muzyką jazzową. Czyżby twórcy tego nurtu muzycznego przestali robić dobre rzeczy czy po prostu ja nie miałem szczęścia trafić na taką ciekawą płytę? Chyba to drugie, ale jak wiadomo, pewne rzeczy muszą w końcu się zmienić. Tym razem sprawcą zamieszania jest saksofonista z Detroit Kenny Garrett, grający tzw. hard bop. Zaprosił doświadczonych kumpli (m.in. perkusista Rudy Bird, pianista Vendell Brown Jr., raper Mista Enz czy basista Corcoran Hotl) i zrobił coś, co chyba miało być do tańca. Przynajmniej to sugeruje tytuł.

Początek to długie (ponad 8-minutowe) „Philly” zaczynające się od spokojnego, by nie rzec usypiającego fortepianu, ale po minucie dołączą płynący saksofon z dynamiczną perkusją, by przyspieszyć całą imprezę, pędząc niemal na złamanie karku. A dwie minuty przed końcem miejsce saksofonu zajmuje fortepian. Klasyczne, wręcz swingujące jest w „Backyard Groove”, gdzie wszystkie instrumenty zgrywają się ze sobą, a przewodzi saksofon z fortepianem, prowadząc dźwiękowy taniec. Flirt z ziomami jest napędem do „Whitegrass Shot (Straight to the Head)” z mrocznym, nisko grającym fortepianem na pierwszym planie oraz równie niziutkim saksofonem, ubarwiając całość perkusjonaliami. Znakomite, by potem rozmarzyć się w „Bossa” – takiej przyjemnej bossanovie oraz tytułowym, bardzo tanecznym utworze, by na koniec dać krótką rapowaną wstawkę.

Zabawa jednak trwa dalej, gdyż wchodzi niczym burza „Calypso Heart” z brylującym fortepianem oraz fikuśnymi perkusjonaliami, przenoszącymi nas na Karaiby. Bardziej melancholijnie się robi na początku „Waltz (3 Sisters)”, gdzie coraz intensywniej zaczyna wybijać się perkusja. Mroczniej  robi się przy „Persian Steps”, dodając odrobinę Orientu (flety) oraz odrobiny noirowego sznytu. Napięcie jest tu prowadzone pierwszorzędnie i parę razy włos może zjeżyć, by na finał załagodzić atmosferę w klasycznym „Chasing the Wind”.

Garrett nie odkrywa jazzu na nowo, ale sprawia wielką frajdę melomanom, będąc wiernym klasycznym formom i jednocześnie parę razy zaskakuje. Jest silna chemia między muzykami i czuć, ze tworzenie tej płyty było wielką frajdą, a nie tylko pracą. To w tej muzyce jest bardzo dużo.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kazik Na Żywo – Ostatni koncert w mieście

ostatni koncert w mieście

Jaki jest najlepszy sposób na zakończenie działalności? Nagrane albumu z ostatniego koncertu przed decyzją o finale grupy. Tak zdecydowała zadziałać formacja Kazik Na Żywo, która siedem lat temu reaktywowała się w składzie: Kazik Staszewski, Adam Burzyński (gitara), Robert Friedrich (gitara), Tomasz Goehls (perkusja) i Michał Kwiatkowski (bas). Dwupłytowy album CD to zapis koncertu z warszawskiej Stodoły dnia 6 marca 2015 roku, a wersja z DVD to zapis koncertu z łódzkiej Wytwórni dnia 22 lutego 2015.

Co słyszymy? Największe przeboje formacji oraz utwory z ostatniej płyty „Bar la curva/Plamy na słońcu” z 2011 roku. Więc „Nie ma litości” dla nikogo, utwierdzimy się, że „Wszyscy artyści to prostytutki” no i „California uber alles”, jak traktowany jest „Konsument” i co robi „Andrzej Gołota”. Będziemy mieli „Świadomość”, że będzie głośno i ostro, a „Legenda ludowa” krąży, że Kazik nadal potrafi swoim głosem szarpnąć. Poszukamy odpowiedzi dlaczego „Nie ma Boga”, skąd się wzięła „Las maquinas de la muerte”, zastanowimy się, czy „Polska jest ważna” i zobaczymy jak „Łysy jedzie do Moskwy”. Przez te dwie godziny dzieje się wiele, gitary szaleją niczym w metalowej rzeźni, perkusja z basem tną równo i jest w tym wszystkim prawdziwy kopniak.

A między utworami Kazik próbuje (i to całkiem nieźle) bawić się w konferansjera, opowiadając o inspiracjach, genezie każdego utworu. Ostatni album ma tutaj sporą reprezentację, bo aż 6 utworów, ale nie zabrakło też takich klasyków jak „Celina”, „Ballada o kobiecie żołnierza” czy „Spalam się”. A w przypadku „Marzenia swoje miej” zagrano nawet dwa razy, gdyż miał być element improwizacji (dlatego jest to aż 8 minut). Sam głos już nie ma takiej mocy jak kiedyś, ale to i tak bardzo przyzwoity poziom. Innymi słowy, nie ma miejsca tutaj na nudę, a gitarzyści między utworami pozwalają sobie na krótkie riffy i improwizacje (m.in. „Kocham cię kochanie moje” w „Andrzeju Gołocie”), co zawsze uatrakcyjnia koncert. Dodatkowo został zagrany niezapomniany „Biały Gibson”, o którym pamiętają tylko najwięksi fani.

Jeśli to miało być pożegnanie z fanami, to nie można mówić o rozczarowaniu. Kazik i spółka nadal potrafią ostro przyłoić, a bardzo krytyczne teksty wobec naszej rzeczywistości pozostają nadal aktualne. Tak się powinno odchodzić z klasą.

8/10

Radosław Ostrowski

Ryan Adams – Heartbreaker (deluxe edition)

RyanAdamsHeartbreaker

W ciągu 17 lat swojej działalności Ryan Adams szedł szlakiem wyznaczonym lata temu przez Bruce’a Springsteena, co pokazywał swoim ostatnimi płytami („1989”, „Prisoner”). Początki jednak zwiastowały zupełnie inną drogę, ku country. Debiutancki album (niedawno wznowiony) został przecież wydany w Nashville, stolicy najbardziej amerykańskiego gatunku muzycznego, więc nie byłem pewny czego się spodziewać.

Na początek dostajemy… kłótnię między wokalistką a gitarzystą Davidem Rawlingsem dotyczącą jednej z piosenek Morrisseya, by przejść do szybkiego i skocznego „To Be Young (Is to Be Sad, Is to Be High)”, gdzie błyszczą akustyczne gitary. Bardziej melancholijne jest „My Winding Wheel”, co jest zasługą klawiszy w tle oraz niemal wyciszona „Amy” z pięknymi smyczkami oraz łagodzącymi fletami, gdzie czuć zapowiedź przyszłych dzieł Amerykanina. Melancholią pachnie „Oh My Sweet Carolina” z łkającą gitarą, fortepianem oraz kobiecym wokalem w refrenie, przez co chwyta za gardło. Tak samo jak minimalistyczne „Bartering Lines” czy „Damm Sam (I Love a Woman That Rains)”, będącą niemal klasycznym kawałkiem country. Musi też pojawić się obowiązkowo harmonijka ustna (idąca w stronę bluesa „Come Pick Me Up” czy tylko gitarowe „To Be the One”), bo jakże by inaczej.

Problem jednak w tym, że piosenki zaczynają się od pewnego momentu zlewać w jedno i to samo, chociaż zdarzają się wyjątki (czaderski rock w „Shakedown on 9th Street” czy pianistyczne „Sweet Lil Gal”), ale to są jednak rzadkie oraz krótkie momenty. Tutaj dominuje akustyczne brzmienie gitary oraz bardzo stonowany, niemal kowbojski głos Adamsa (ale niezbyt zmanierowany).

A co proponuje wydanie deluxe, poza poprawionym dźwiękiem? Drugą płytę z utworami w wersji demo oraz odrzuty z sesji nagraniowej. Zarówno inne wersje piosenek z albumu, jak i numery ostatecznie tam nie umieszczone jak przerobiona piosenka Morrisseya „Hairdresser on Fire Jam” czy „Petal in a Rainstorm”, gdzie słyszymy wszelkie kiksy, potknięcia muzyków oraz powtórki). To wnosi debiut Adamsa na wyższy poziom, ale nie zmienia faktu, że jest to zaledwie wprawka przed największymi dokonaniami.

7/10

Radosław Ostrowski

Daria Zawiałow – A kysz!

0006BHK8EIDEU4YL-C122

Debiut, który miał skupić uwagę słuchaczy w tym roku. Tą dziewczynę do śpiewania ciągłego od małego (a dokładnie „Od przedszkola do Opola”), by przejść do popularnego talent show i konsekwentnie przyłożyć debiutanckim albumem. Wreszcie (po dwóch intrygujących singlach) pojawia się to wydawnictwo, czyli „A kysz!”. Czy to znaczy, ze musimy uciekać?

Producencko Darię wsparł Michał Kush (członek zespołu Cush In Head), a całość napisała Daria oraz gitarzysta Piotr „Rubens” Rubik (nie mylić z tym kompozytorem od klaskania). I na dzień dobry dostajemy dwa, już znane utwory, czyli pobudzający „Malinowy chruśniak”, gdzie dochodzi do mariażu elektroniki z gitarą elektryczną (a jak zobaczycie teledysk, to wam już zostanie w głowie), doprowadzając niemal do implozji oraz „Kundel bury” z kotłami na początku oraz bardzo energetycznym refrenem. Na szczęście, to nie jedyne pociski w arsenale. Nie brakuje fragmentów rozmarzenia („Skupienie” z niemal eterycznym głosem w refrenie), lirycznej intymności (fortepianowe „Miłostki” z niemal dyskotekową perkusją), radiowego potencjału (oparte na harfie „Lwy” z zadziornym refrenem), a nawet folkowego zacięcia (mroczny „Chameleon”).

O dziwo, ta różnorodność robi gigantyczne wrażenie. Nawet pojawia się bardzo klasyczny walczyk („Nie wiem gdzie jestem”) rozpisany na smyczki i fortepian. A im dalej, tym coraz bardziej zaskakuje (trąbki, wokale w refrenie) czy wystrzałowym „Królem lulem”. Daria konsekwentnie opisuje najstarszy temat świata, ale robi to z niezwykłym wyczuciem. Nie brakuje zauroczenia, determinacji, ale i rozczarowania, niepewności, strachu. To wszystko brzmi po prostu wspaniale, a wokal może troszkę przypomina Melę Koteluk czy nawet Brodkę („Król Lul”), ale jest bardziej wyrazista i energiczna.

Ta mieszanka popu, rocka i elektroniki po prostu rozsadza. Pytanie, czy następne dokonania będą tak intensywne, przebojowe i inteligentnie zrobione? Czas pokaże, ale tutaj jest gigantyczny potencjał w tej dziewczynie. O takim debiucie wiele marzy, ale Daria to zrealizowała. Nie uciekać, tylko przytulić.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ryley Walker – Golden Sings That Have Been Sung

a1950601767_10

Amerykański muzyka folkowy Ryley Walker nie jest zbyt popularny w naszym kraju, gdyż i folk nie należy do zbyt lubianych gatunków muzycznych. Zresztą było przecież wielu chłopaków i mężczyzn z gitarami, więc dlaczego należałoby sobie nim głowę zawracać? Czwarty album wydany w zeszłym roku miał mi dać odpowiedź na to nurtujące pytanie.

Pierwsze, co się rzuca w przypadku „Golden Sings That Have Been Sung” jest bardzo ładna, ręcznie rysowana okładka oraz zawartość – tylko osiem piosenek. Początek jednak intryguje, gdyż „The Halfwit In Me” ma delikatne wejście gitary, ale wspierają ją przyjemne flety oraz bardziej dynamiczna perkusja płynąca razem z elektrykiem, by dać się zanurzyć. Płynnie przechodzimy do „A Chior Apart”, gdzie swoje robi rytmiczna, oszczędna perkusja oraz szybka gitara elektryczna. Buja to jak diabli!! By potem wyciszyć się w refleksyjnym „Funny Thing She Said”, gdzie wybija się na pierwszy plan fortepian ze smyczkami (odzywają się mocniej pod koniec). Bardziej to delikatny jazz (perkusja), ale i tak jest bardzo rozmarzone. Podobnie jak bardzo ciepłe, gitarowe „Sullen Mind” z psychodelicznym środkiem oraz sitarem pod koniec. Jedyne smęcący „You Ask Me Twice” wypadł szybko z pamięci, ale klimat zostaje zachowany. Znaczcie ciekawszy jest wybrany na singla „Roundaout”, gdzie wraca fortepian. Walker bywa troszkę powolny, ale nie usypia, by pod koniec uderzyć 8-minutowym „Age Old Tale”, gdzie nie brakuje psychodelii (dziwaczne dźwięki na samym początku, pojawiająca się harfa) oraz klimatu niesamowitości.

Do tego dostajemy bardzo stonowany wokal, idealnie pasujący do klimatu całości. Albumu bardziej jesiennego czy zimowego niż do zbliżającej się wiosny. Rozmarzona, delikatna, ale i bardzo ciepła. Warto dać szansę tym dźwiękom.

8/10

Radosław Ostrowski

Michael Buble – Nobody But Me

Michael_Buble_Nobody_But_Me

To jeden z najpopularniejszych kanadyjskich wokalistów popowych, kojarzony dzięki eleganckiemu brzmieniu, czerpiącemu z tradycji swingu oraz muzyki lat 50. i 60. Nie jest on żadnym bublem, ale zawsze słuchanie jego głosu sprawia sporą przyjemność. Zwłaszcza paniom, co mnie nie dziwi. Taki jest Michael Buble i sięgając po nową, dziewiątą płytę, nie spodziewałem się zmian.

Od strony producenckiej odpowiada sztab producentów (m.in. sam wokalista, Alan Chang i Johan Carlsson), co musiało się odbić na jakości. Początek to akustyczna gitara w „I Believe In You”, które niebezpiecznie idzie w folkowo-popowe szlaki, do których artysta zwyczajnie nie pasuje. Ale potem wchodzą swingujące dęciaki i już jesteśmy w domu, bo „My Kind of Girl” jest po prostu fantastyczne, ale tytułowy utwór jest mieszanką swingującego fortepianu, leciutkiej perkusji i trąbeczek, a szokiem jest krótka wstawka rapera Black Througha. Drugim niewypałem jest mieszająca pop z harmonijką oraz rapowaniem „Today’s Yesterday Tomorrow”. Tutaj bardziej pasowałaby jakaś młodociana gwiazdka popu, a nie Buble. Ale najlepiej nasz elegancik sprawdza się w nastrojowych, lirycznych piosenkach jak zwiewna „On an Evening In Roma” (płyną te smyczki na początku, a akordeon ładnie przygrywa w tle), „The Very Thought of You” czy dostępne w wersji deluxe „This Girl Is Mine”. Fajną i miła odskocznią jest zgrabny, grany na ukulele „Someday”, czyli duecik z Meghan Trainor.

Dodatkowa wersja ma aż trzy nowe kawałki (alternatywnej wersji utworu tytułowego z solówką trąbki zamiast rapowania jest pewnym urozmaiceniem), ale nie warto sobie nimi głowy zawracać. Wyjątkiem jest prześliczny cover „God Only Knows” zespołu The Beach Boys.

O klasie i głosie samego Buble nie trzeba nikogo przekonywać, ale czy nasz wokalista jest w stanie czymś zaskoczyć? Widać, że próbuje szukać czegoś nowego, ale to w klasycznym sztafażu prezentuje się najlepiej. Dobry poziom udało się zachować, mimo paru wpadek.

7/10

Radosław Ostrowski

Rendez-Vous – Raz dane

Razdane

W Polsce lat 80. muzyczna nowa fala przyjęła się bardzo dobrze, o czym świadczy popularność takich zespołów jak Tilt, Brygada Kryzys, Rezerwat czy muzyka Lecha Janerki. Jednym z takich zapomnianych grup był Rendez-Vous, kierowanym przez Ziemowita Kosmowskiego, ale po wydaniu debiutanckiej płyty w 1986 roku rozpadła się. W 2001 roku doszło do reaktywacji jako trio (poza Ziemkiem grają basista Bogdan Banasiak i perkusista Piotr Pniak, nowy narybek) i dopiero w tym roku wydali drugi album. Ale czy 30 lat przerwy nie osłabiło grupy?

Słychać mocne zakorzenienie w latach 80., co słychać w brzmieniu gitary oraz perkusyjnej elektronice, w 13 piosenkach jakie dostajemy. Na początek mamy odnoszący się do pojawiającego się na koniec nowej wersji przeboju „A na plaży… Anna”, czyli „Tej Anny już tu nie ma”. To bardzo melancholijna ballada z odrobinę nostalgicznym klimatem, który przez większość płyty będzie nam towarzyszył. Czasem odezwie się metaliczny bas („Daleka droga do Darłowa” z siarczystym riffem w środku), szybciej uderzy perkusja („Myśli”), zapachnie lżejszym bluesiskiem („At the Cross Roads”), a gitara lekko podskoczy („Jak z nut”). Espól stara się grać różnorodnie, raz spowalniając tempo („Replay”), dodając ciepły kobiecy głos („Fale, koja, gniew”) czy wejście w folk („Blue, Blue, Blue”, gdzie udziela się także Yan Shary) oraz Orient (perkusja w „Prez auta szybę”). Ne boją się też pójść nawet w disco (tytułowy utwór).

Brzmi to bardzo refleksyjnie, a teksty Ziemka opowiadają głównie o przemijaniu, zmęczeniu, miłości i samotności. Nie idzie w żadnym wypadku w stronę banału, chociaż wszystko opowiedziane jest bardzo prosto. Także sam wokal Ziemka – bardzo charakterystyczny, w dużej mierze spokojny, ale pełen emocji oraz pasji. Spina w całość wszystko, co tutaj słyszymy.

„Raz dane” nie jest skokiem na kasę dla fanów muzyki sprzed trzech dekad, ale konsekwentnie wyznaczoną drogą Ziemka i spółki. Pozostaje mieć nadzieję, że na nowy album nie trzeba będzie czekać prawie 30 lat i kolejne wydawnictwo też będzie na tym poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Alicia Keys – Here

Alicia_Keys_-_Here_Album_Cover

Był taki czas, że Alicia Keys była jedną z najpopularniejszych czarnoskórych wokalistek w nurcie soul i r’n’b na przełomie wieków. Ale to było tak dawno, że kolejne płyty spotykały się z coraz mniejszym zainteresowaniem odbiorców. Ale czy ostatnie wydawnictwo, czyli „Here” mogło zmienić ten stan rzeczy?

Pierwsze, co rzuca się w oczy to okładka – bardzo w stylu lat 70., z naturalnym wyglądem oraz obłędnie wyglądającymi włosami. Otoczona sztabem producentów (w tym swoim partnerem, Swizz Beatsem), niejako znowu tworzy intymny, kobiecy portret. Otwierający całość „The Beginning (Interlude)”, mimo obecności fortepianu jest bardziej epicki niż się to wydaje. W tle dochodzą smyczki i dęciaki, a sama Alicia melorecytuje o swoim miejscu na scenie.

Brzmieniowo to soul zmieszany z r’n’b, gdzie niezawodny fortepian, z którym artystka jest kojarzona od początku, zostaje wrzucony w niemal hip-hopowo brzmiącą perkusję (tu akurat swoje robi Pharell Williams), nawet jeśli pojawia się zapętlenie („Pawn It All”), to nie jest irytujące. Dodatkowo we wszystko wplecione zostały krótkie przerywniki, podbudowujące album w spójną opowieść, a przed każdym utworem jest drobny dodatek. Nie brakuje tutaj kompletnie nieoczywistych sytuacji jak akustyczne „Kill Your Mama” (grana tylko na gitarze), gospelowe chórki („The Gospel”) oraz bardzo delikatne klawisze („She Don’t Really Care/1 Luv” z samplami od Nasa), które potrafią szarpnąć („Illusion of Bliss”) swoim depresyjnym klimatem. Takiej ciężkiej emocjonalnie płyty się nie spodziewałem.

Równie mocne jest pozornie delikatne „Blended Family” (gościnnie udziela się sam A$AP Rocky), a także zawierające kotły w tle oraz cykacze („Work On It”), a w błogi nastrój wprawi niemal karaibskie (te perkusjonalia robią cuda) „Girl Can’t Be Herself” oraz bardzo przyjemne, pełne ciepłych dźwięków „More Than We Know”. W ogóle zakończenie brzmi bardziej pogodne, niemal dając pewne światło w tym brudnym świecie.

Za to wiele dzieje się na polu tekstowym: nie brakuje rozliczenia z przeszłością – biedą i walką o przetrwanie, uzależnienia, samotności, niedostosowaniu. Artystka nie boi się nawet rapować, a nie tylko śpiewać czy mruczeć do ucha („Where Do We Begin Now”). A jednocześnie wszystko jest tutaj skupione na detalach, które tworzą niesamowitą mozaikę dźwiękową, zachwycając i wciągając aż do samego końca. I nie zawaham się stwierdzić, że takiej poruszającej muzyki nie słyszałem od dawna.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Sarah Blasko – Eternal Return

Sarah_Blasko_Eternal_Return_album_cover

Kolejny ciekawy narybek z Australii. Wokalistka ta do tej pory wydała pięć płyt, a w ręce trafiła ostatnia z nich, wydana dwa lata temu. O Sarze usłyszałem parę lat temu, ale nigdy nie miałem okazji zmierzenia się z jej dorobkiem. Ale czemu by nie zacząć od końca?

Za produkcję „Eternal Return” odpowiada Burke Reid, balansującego między Australią i Kanadą. I jest to bardzo mieszająca to, co niezależne z tym, co mainstreamowe (chociaż granica między jednym a drugim dawno się zatarła). „I’m Ready” to popis perkusyjnych strzałów zmieszanych z odrobinę ambientowym tłem, zaś w refrenie jeszcze dostajemy nasilającą się elektronikę. I te syntezatory są tutaj wykorzystane z głową, troszkę przypominającą lata 80. (rozmarzone „I Wanna Be Your Man” czy tajemnicze „Better With You”), co jest zdecydowanie na plus.

Co nie znaczy, ze reszta instrumentarium to tylko zbędny dodatek. Funkowy bas („I’d Be Lost”) i delikatna perkusja („Maybe This Time”), nawet gitara elektryczna („Luxurious”) też mają co robić, jednak dominuje tutaj syntezator oraz bardzo eteryczny głos Sary, tworzący bardzo mocny i ostry duet. Wystarczy posłuchać czarującego spokojnym rytmem oraz magią „Beyond” czy najbardziej nostalgiczny z tego zestawu „Only One”.

Sięganie po retro elektronikę stało się strasznie modnym zjawiskiem ostatnio, a „Eternal Return” to spójne, niepozbawione odrobiny mroku dzieło, konsekwentnie stawiające na klimat oraz cudownym głosem wsparte. Fani muzyki z lat 80. znajdą tu wiele dla siebie. To czasami wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski