
Kolejny ciekawy narybek z Australii. Wokalistka ta do tej pory wydała pięć płyt, a w ręce trafiła ostatnia z nich, wydana dwa lata temu. O Sarze usłyszałem parę lat temu, ale nigdy nie miałem okazji zmierzenia się z jej dorobkiem. Ale czemu by nie zacząć od końca?
Za produkcję „Eternal Return” odpowiada Burke Reid, balansującego między Australią i Kanadą. I jest to bardzo mieszająca to, co niezależne z tym, co mainstreamowe (chociaż granica między jednym a drugim dawno się zatarła). „I’m Ready” to popis perkusyjnych strzałów zmieszanych z odrobinę ambientowym tłem, zaś w refrenie jeszcze dostajemy nasilającą się elektronikę. I te syntezatory są tutaj wykorzystane z głową, troszkę przypominającą lata 80. (rozmarzone „I Wanna Be Your Man” czy tajemnicze „Better With You”), co jest zdecydowanie na plus.
Co nie znaczy, ze reszta instrumentarium to tylko zbędny dodatek. Funkowy bas („I’d Be Lost”) i delikatna perkusja („Maybe This Time”), nawet gitara elektryczna („Luxurious”) też mają co robić, jednak dominuje tutaj syntezator oraz bardzo eteryczny głos Sary, tworzący bardzo mocny i ostry duet. Wystarczy posłuchać czarującego spokojnym rytmem oraz magią „Beyond” czy najbardziej nostalgiczny z tego zestawu „Only One”.
Sięganie po retro elektronikę stało się strasznie modnym zjawiskiem ostatnio, a „Eternal Return” to spójne, niepozbawione odrobiny mroku dzieło, konsekwentnie stawiające na klimat oraz cudownym głosem wsparte. Fani muzyki z lat 80. znajdą tu wiele dla siebie. To czasami wystarczy.
7/10
Radosław Ostrowski
