Branford Marsalis Quartet – Upward Spiral

Upward Spiral

Dawno nie było już albumu jazzowego, więc pora nadrobić tą zaległość. I sięgam po jednego z weteranów gatunku – saksofonistę Branforda Marsalisa oraz jego kwartet, który tworzą: Joey Calderazzo (fortepian), Eric Revis (gitara basowa) oraz Justin Faulkner (perkusja). Żeby było jednak ciekawiej muzycy zaprosili do współpracy wokalistę Kurta Ellinga i w tym składzie powstało „Upward Spiral”.

Jest to w sporej części cover album, gdzie wzięto się m.in. za kompozycje George’a Gershwina, Chrisa Whitleya, Lestera Lee czy Freda Herscha. Więc jest zwiewnie, elegancko i stylowo, niczym za dawnych lat. Można się poczuć jak w zadymionej knajpie, gdzie gra zespół. Lekkie „There’s a Boat Dat’s Leavin’ Soon New York” (popisuje się fortepian w połowie), melancholijna „Blue Gardenia” (tutaj wybija się frontman kwartetu), śliczne „From One Island to Another” z mocniejszą perkusją oraz szybszym fortepianem, a w połowie rozkręca się saksofon. I wtedy pojawia się pierwsza niespodzianka – jest nią „Practical Arrangement”, które trzy lata temu wykonał Sting. Wersja Marsalisa jest znacznie wydłużona (trwa prawie 10 minut), więcej w niej ma do powiedzenia liryczny fortepian, a wokal Ellinga brzmi po prostu lepiej niż Stinga.

I wracamy do klasyki, czyli jest zwiewna „Doxy” oraz minimalistyczne „I’m a Fool”, gdzie słyszymy tylko saksofon. Spodobać się może rozmarzona „West Virginia Rose” czy delikatna bossa nova „So Tinha de Ser Come Voce” z żwawszym saksofonem pod koniec.

A wtedy dostajemy dwie kompozycje samego gospodarza – „Momma Said”, gdzie każdy z instrumentów ma swoje pięć minut, by pod koniec wręcz eksplodować (ale na chwilę). Zupełnie inaczej jest w przypadku spokojniejszej „Cassandra Song”, która przez ostatnie 3 minuty jest popisem instrumentalnym, by zakończyć całość nieśmiertelnym „Blue Velvet”. A na finał utwór pianisty, czyli kompozycja tytułow – mimo długiego czasu trwania jest lekka i bardzo przyjemna w odsłuchu.

Można się przyczepić, że za dużo jest coverów w tym zestawie i to wszystko już było. Ale Marsalis z zespołem grają z taką energią i bez spiny, a dodatkowe wsparcie od Ellinga jest zdecydowanie plusem, dającym sporą satysfakcję z odsłuchu. Warto zaryzykować, zwłaszcza jak się nie jest fanem jazzu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dave Kerzner – New World (deluxe edition)

New_World

Dla fanów rocka progresywnego nazwisko Dave Kerzner nierozerwalnie łączy się z debiutancką kapelą Sound of Contact, która trzy lata temu wydała swój pierwszy album, a frontmanem był wokalista i perkusista Simon Collins. Kerzner był tam klawiszowcem oraz autorem utworów. Jednak po wydaniu debiutu doszło do spięć w grupie i Kerzner odszedł (na szczęście wrócił i już pracuje z resztą nad nowym materiałem). Jednak w tym czasie (czyli w 2014) wydał solowy album, a ocenione tutaj wydanie zawiera dwie płyty i trwa ponad dwie godziny.

Zaczynamy od mocnego uderzenia, czyli 4-częściowego „Stranted”. Najpierw słyszymy jakiś szum i sygnał z komputera, potem „Hello” niczym echo – tykanie zegara, kroki, plumkanie w tle, walenie młotem i wtedy wchodzi fortepian do tego futurystycznego tła, wspierana przez gitarę Steve’a Hacketta (dawnego członka Genesis) i czujemy się jakbyśmy słuchali zaginionego prog-rockowego klasyka z lat 70. Perkusja ciosa niczym za Pink Floyd (nawet Kerzner ma głos troszkę podobny do Gilmoura). Jeszcze pojawiają się chórki, mocne, kosmiczne wręcz uderzenia perkusji (wręcz marszowo-militarne), klawisze grają delikatnie, ale pod koniec wchodzi kosmiczna elektronika oraz wyciszający całość fortepian. I przechodzimy do lżejszego „Into the Sun” z prześlicznym żeńskim chórkiem w środku. Bardziej przebojowy jest „The Lie”, który troszkę przypomina… RPWL i jest szybszy na tej części płyty. Wtedy pojawia się podniosły, instrumentalny „The Traveller” ze smyczkami oraz mechaniczno-kosmiczną elektroniką. To tylko dwuminutowa przerwa dla odrobinę onirycznego „Secret”, po krótkim jest krótki przerywnik pianistyczny „Reflection”, zakończonego tykaniem zegara. Ten dźwięk rozpoczyna akustyczne „Under Control”, które w refrenie brzmi po prostu mrocznie i niepokojąco, by pod koniec jeszcze wskoczyć chwytliwym fortepianem.

A po tym kolejny rozbudowany kolos, czyli „Redemption Suite”. Zaczyna się podniośle ze smyczkami, werblami oraz fortepianem, by potem wskoczyła szybsza gra gitary Francisa Dunnery’ego (It Bites) oraz nieprawdopodobna solówka perkusji.Wtedy w połowie następuje wyciszenie, pojawia się „komputerowy” głos żeński, smyczki niemal chóralne, by potem wszedł bas i powrócić do mocnego uderzenia, wyciszonego na sam koniec przez flety oraz fortepian. „In the Garden” zaczyna się magicznie od akustycznej gitary, wolnej perkusji, by wzbogacić całość elektryczną gitarą, zachowując niemal baśniową aurę. Podobnie spokojniejszy jest „No Way Out” z łkającą gitarą w środku, by na finał dostać „Recurring Dream” – też gitara płacze, a nawet wyje.  Ale to dopiero pierwsza płyta.

Na początek drugiej dostajemy recytowane „Biodome” z kosmicznymi wstawkami oraz odgłosami latających pojazdów, dzieci. Wtedy pojawiają się śliczne klawisze w „Crossing of Fates” (gościnnie gra Keith Emerson z Emerson, Lake & Palmer), by zrobić miejsce dla podniosłych smyczków oraz żwawej gitary. Skrętem w stronę bardziej orientalną jest eteryczna „Theta” ze świętnymi bębenkami, kontynuowaną przez „My Old Friend” (tutaj więcej do powiedzenia ma gitara oraz klawisze), a w refrenie jest dynamiczniej. Równie mocny jest „Ocean of Stars” czy szybki, pianistyczny „Sollitude” z poruszającą wokalizą, a nawet przypominający ELO „Nothing” (prawdziwa petarda i jedyny przebojowy numer). Ale najlepsze dostajemy na sam koniec – 20-minutową suitę „Redemption”, która ma taką samą moc jak otwierający „Stranted”.

Sam Kerzner ma głos przypominający późnego Davida Gilmoura, ale to nie jest w żadnym wypadku wada. Samo wydawnictwo, poza masą piosenek oraz rozmachem, imponuje realizacją – produkcja jest pierwszorzędna, z muzyk garściami czerpie z tradycji gatunku prog rocka. I robi to niesamowite wrażenie, a „New World” chce się odpalić jeszcze raz i jeszcze raz. Tak bogato jest tutaj.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zaz – Sur la route (live 2015)

sur la route

Ta Francuzka od kilku lat zdobywa serca ludzi na całym świecie, nawet tych nieznających jej języka ojczystego. Do tej pory wydała trzy płyty studyjne oraz jedną koncertową. W zeszłym roku, po wydaniu płyty „Paris” ze szlagierami o tym mieście, Zaz ruszyła w trasę koncertową po całym świecie i wydając album będący zapisem tego wydarzenia.

Co znajdujemy na „Sur la route”? Od razu słychać, że jest to album live, bo udział publiczności jest mocno i wyraźnie odczuwalny. Słyszymy klaskanie, gwizdy oraz krzyki (a nawet wspólne śpiewanie), a mimo to dźwięk instrumentów jest czysty, przestrzenny. Rzuca się też w oczy troszkę inne aranżacja niż w wersjach płytowych, co zdecydowanie jest zaletą. „On ira” zaczyna się od poruszających wokaliz, a potem dołącza akordeon, gitara akustyczna, smyczki i perkusja. Skoczność zachowało „Le long de la route”, gdzie dołączyła harmonijka ustna, przez co czułem się troszkę jakbym słuchał przy ognisku. Do tego jeszcze te solówki trąbki, harmonijki oraz gitary od koniec – rewelacja. Podobnie jest w „Comme ci, comme ca”, które dostało wsparcie trąbek i przecudnej urody solówkę gitary pod koniec. Uwodzi też łagodnie jazzujące „Cette journee”, a „Eblouie par la nuit” zmieniło się w wyciszoną, liryczną balladę z organami w tle oraz reggae’ową gitarą czy wyciszone „Si”. „Si je perds” zaskakuje środkiem idącym w stronę mroku (przesterowana gitara, szybka gra fortepianu, mocne uderzenia perkusji).

Zaz potwierdza swoją klasę jako wokalistka – magnetyzuje swoją barwą głosu, improwizowanymi wokalizami, delikatnością zmieszaną z ekspresją. A na sam koniec dostajemy premierowy utwór – „Si jamais j’oublie”, który wywołał furorę na listach przebojów. Prosta (ale nie prostacka) piosenka na gitarę akustyczną, perkusję i klawisze czaruje swoimi dźwiękami oraz melancholijną aurą.

A jeśli wam będzie mało wrażeń, to do płyty CD jest dołączone koncertowe DVD, a im bardziej słucham, tym coraz bardziej podoba mi się dorobek Francuzki. I czekam na nową płytę, jakakolwiek ona będzie.

8/10

Radosław Ostrowski

Lady Pank – Akustycznie

Akustycznie

Tego zespołu przedstawiać nie trzeba. Panasewicz i Borysewicz działają ze sobą od wielu dekad, ale ostatnie lata to raczej zjadanie swojego ogona. Ciekawe, czy zeszłoroczna płyta akustyczna jest w stanie czymś zaskoczyć? Album jest zapisem trasy koncertowej z 2015 roku po całej Polsce.

Co do tej akustyczności, to rzeczywiście czuć brzmienie unplugged, jednak charakterystyczny styl gry Jana Borysewicza może wielu wprawić w konsternację, jakby była tam podłączona gitara elektryczna. Ale to tylko złudzenie słuchowe. Zestaw to mieszanka zarówno nieśmiertelnych hitów, jak i nowszych piosenek („Wenus, Mars”, „Dobra konsternacja”) i brzmi to naprawdę przyzwoicie. Linie melodyczne zachowane, parę razy odzywa się fortepian („Marchewkowe pole”), wyczuwa się dziwaczne plumkanie („Młode orły”) oraz wręcz kosmiczna elektronika („Dobra konstelacja” z ciekawą perkusją). Na szczęście ją też takie mniej znane utwory zespołu (mniej znane osobom, które nie są fanom grupy) jak „To tylko rock’n’roll” czy „Raport z N.”, co jest tylko plusem. Podobnie jak reakcje publiczności oraz gitarowe popisy Borysewicza, który nawet na normalnej gitarze czaruje niczym magik (końcówka „Zabić strach”). Ale w przypadku Janusza Panasewicza, to jego głos nie do końca wytrzymał próbę czasu i miejscami zwyczajnie fałszuje. Z drugiej strony wyobrażacie sobie Lady Pank bez tego głosu.

14 piosenek tutaj brzmi dobrze, potwierdzając, że nawet w wersjach akustycznych kapela potrafi oczarować i grać na swoim poziomie. A że to poziom bardzo porządny, to się czepiał nie będzie. Dobre wydawnictwo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Phil Collins – …But Seriously (deluxe edition)

but seriously

Jest rok 1989, a Phil Collins nie próżnuje zarówno solowo, jak i z zespołem Genesis. Właśnie w tym okresie transformacji Phil nagrał czwarty album, wyprodukowany wspólnie z Hugh Padhamem. Wiadomo, zwycięskiego składu się nie zmienia. Ale nie do końca można powiedzieć, że …”But Seriously” to powtórka z rozrywki.

To nadal przyjemne pop rockowe granie, zmieszane z elektroniką oraz jazzowo-soulowymi wstawkami. Mocne uderzenie dostajemy w „Hang is Long Enough”, gdzie trąbki szaleją w refrenie, odzywa się także funkująca gitara (na końcu taka mechaniczna niczym silnik auta). Nie zabrakło też minimalistycznych ballad, gdzie pierwsze skrzypce gra perkusja oraz klawisze. Tak działa „That’s Just Way It Is” (w tle brudzi gitara, a pod koniec wchodzą werble), gitarowe „Do You Remember?”, nieśmiertelne „Another Day in Paradise” czy „I Wish It Would Rain Now” (na gitarze tnie sam Eric Clapton). Ale gdy trzeba mocniej uderzy, zwłaszcza trąbeczki zaatakują jak w „Something Happened on The Way to Heaven” – przebojowe i dynamiczne jak to tylko możliwe, a pok koniec gitara szaleje i to mocno. Największym zaskoczeniem jest 8-minutowe „Colours” – na początku spokojne i odrobinę patetyczne (uderzenia perkusji), by w połowie zapachnieć najpierw Afryką i kompletnie zmienić nastrój oraz tempo, serwując gitarę z dęciakami.

Warto też wyróżnić saksofonowe „All of My Life”, instrumentalne „Saturday Night and Sunday Morning” oraz niepokojące (przynajmniej na początku) „Find a Way to My Heart”, zmieniające się w bardzo pogodne nagranie, wracające na koniec do tego mroku.

I tak jak poprzednio, wujek Phil potwierdza swoją formę wokalną oraz tekstową. Jeszcze mocniej to słychać na drugiej płycie z dodatkowymi kawałkami (głównie w wersjach koncertowych oraz demach). Na szczęście nie są one odtworzone w skali 1:1 (wersje live), ale dostajemy jeszcze dwa kawałki ze strony B. I to są ciekawe numery: „That’s How I Feel” jest szybki i dynamiczny, a pozornie spokojniejszy „You’ve Been In Love (That Little Bit Too Long)” ma ostrą w środku gitarę elektryczną.

Co mogę powiedzieć poza tym, że Collins w latach 80. naprawdę rządził z tym swoim pop-rockowym graniem? W zasadzie nic. Wujek Phil dobrze zrobił remasterując swoją dyskografię, bo wszystko brzmi tak jak powinno. Takich albumów już się nie robi.

8/10

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – WOSK

taco-hemingway-wosk_1

Filip Szcześniak znany też bardziej jako Taco Hemingway to jedna z najciekawszych postaci polskiego rapu. W swoim dorobku ma trzy EP-ki, które jednak spotkały się z bardzo ciepłym przyjęciem. W tym roku zaskoczył wszystkich wydając czwartą EP-kę, czyli „WOSK”. Materiał ten zapowiadał nie znajdujący się na tym albumie utwór „Deszcz na betonie”, który można znaleźć na YouTube.

Wspierany przez niezawodnego producenta Rumaka, Taco uważnie się przygląda rzeczywistości, ale jest bardziej mroczny i niepokojący. Tak się dzieje w tytułowym utworze, gdzie jest pełno pulsującej elektroniki, a w tle jedzie samochód. Drugą niespodzianką jest francuski żeński głos w tłustym, niemal soulowym „BXL”, gdzie poza perkusją wpada w ucho delikatna solówka skrzypiec. Nawet wyciszone, niemal oniryczne „Szczerze” z ejtisowskim tłem, łączą się z całą resztą (na początku szybki kurs języka angielskiego). Najbardziej mnie zaskoczył pozornie skoczny, chociaż minimalistyczny „Wiatr” z metalicznym basem. Chwytliwy numer z bardzo refleksyjnym tekstem. „515” zaczyna się krótkim, pianistycznym fragmentem, zapętlonym jak diabli oraz metaliczną perkusją. A na koniec dostajemy „Koła”, gdzie gościnnie pojawia się Dawid Podsiadło – mówiący a nie śpiewający.

Muzycznie jest to płyta bardziej minimalistyczna, pełniejsza elektroniki niż wszystko do tej pory, ale jednocześnie słychać czyje to dzieło. I chce się do tego wracać, by znajdować więcej. Sam Taco ma porządne flow, a kilka razy nawet przyspiesza („Szczerze”), dodatkowo uważnie pisze zarówno o swoich lękach, wahaniach związanych z tym, kim chce być – jak być sobą i przetrwać nie tylko w szołbiznesie. Rozmyśla też nad związkiem (pokłosie „Deszczu na betonie” w „Wietrze”), rozwojem i jego kierunkiem, kobietami („515”). A wszystko bez prostactwa i z głową, za co zyskał wielu fanów.

A ja słuchając „WOSK-u” zastanawiam się, czy uda się plan Taco, żeby „być drugą Nosowską niż drugim 2Paciem”. I czekam w końcu na longplaya, którym pozamiata, potwierdzając, ze to zainteresowanie nim nie jest przypadkiem. Wszystko idzie w dobrym kierunku – z tych EP-ek, ta mi się najbardziej podoba.

8/10

Radosław Ostrowski

Alicja Janosz – Retronowa

alicja-janosz-retronowa-okladka-plyty

Pamiętacie taką blondwłosą dziewczynę, co wygrała pierwszą edycję „Idola”? Ja też o niej szybko zapomniałem, ale ona nie zapomniała o nas. Alicja Janosz – bo o niej mowa – zmieniła mocno swoje emploi wracając pięć lat temu z albumem „Vintage”. Tej obranej ścieżki trzyma się także przy swoim trzecim dziele zwanym „Retronowa”.

Produkcja ta została zrealizowana w studio RecPublica, od strony producenckiej wsparta przez męża artystki – Bartosza Niebieleckiego oraz zagrana przez zespół HooDoo Band. Efekt to mieszanka retro popu ze współczesnym sznytem. Czuć troszkę klimat lat 60. i 70. (bujające „Byłoby zdążyć” z fajnymi dęciakami i cymbałkami na początku), ale wpleciony z elektroniką delikatnie naznaczającą swoją obecnością. Gdy trzeba, to następuje przyspieszenie (gitarowy „Put Your Hands Up”), ale bez przesady. Uwiedzie Hammond („Gdy przychodzi noc” czy klaskany, niemal bluesowe „Wszystko co mam”), skręcimy parę razy w stronę soulu (cudowny chórek w „I tylko Ty” czy pełen dęciaków „Candy”), by zachwycić delikatną balladką „Choć raz” – ta gitara i ten saksofon – jak to trzyma.

Jeśli komuś po odsłuchu będą się nasuwać skojarzenia z Amy Winehouse, to nie jest to w żadnym wypadku problem z uszami. To porównanie nasila się po usłyszeniu takiego skocznego „One More Reason” czy melancholijnego „Wiem”. Mógłbym dalej jeszcze wymieniać, ale całość jest tak spójna i chwytliwa, że nie ma to żadnego sensu. Brzmi to bardzo przyjemnie, muzycy znają się na swojej robocie, aranżacyjnie wszystko ze sobą gra.

Dodatkowo sama Janosz pasuje do tego świata retro-popu, godnie zastępując na tym miejscu Anię Dąbrowską. A i teksty nie są idiotyczne czy obrażające inteligencji. Zrobione ze smakiem i lekkością. Nawet te piosenki śpiewane po angielsku nie wywołują zgryzu z cała resztą. Niby retro, a brzmi jako nowe.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ben Harper & The Innocents Criminals – Call it What It Is

Call_It_What_It_Is

Bena Harpera poznałem, gdy przesłuchiwałem jego album w duecie z Charliem Musselwhitem. W zeszłym roku powołał grupę The Innocent Criminals, którą tworzą: basista Juan Nelson, perkusiści Leon Mobley i Oliver Charles oraz klawiszowiec Jason Yates. Właśnie w tym składzie grupa wydała w zeszłym roku album „Call It What Is It”.

Zaczyna się brudno i ostro, czyli „When Sex Was Dirty”, gdzie perkusja strzela na początku każdej linijki, by pod koniec zaserwować gitarę. Dalej jest różnorodnie – od spokojniejszych, akustycznych fragmentów (początek blusiska „Deeper and Deeper” czy wolny, lecz gęsty utwór tytułowy) po szybsze, także gitarowe numery (skręcający w stronę dynamicznego folku „How Dark Is Gone”). Nie zabrakło też nawet bujania jak w łagodnym „Shine” z ciekawymi dzwoneczkami oraz lżejsza gitarą czy „All That Has Grown” z troszkę podchmieloną gitarą. A gdy trzeba troszkę podostrzyć, to pojawia się „Pink Balloon” czy reggae’owy „Finding Our Way”.

Szkoda, że jest to tylko jedenaście utworów, bo Harper ma urok czar i jest w formie. Surowy wokal w połaczeniu z gitarą daje dobre efekty. Nie wiem jak to się nazywa, ale bardzo spodobało mi się to wydawnictwo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tom Jones – Long Lost Suitcase

LongLostSuitcase

Tego człowieka i tego głosu przedstawiać nie trzeba. Kto ie słyszał takich utworów jak „Delilah”, „it’s Not Unusual”, „She’s a Lady” czy „Sex Bomb”, te nie wie, jak potężny głos oraz wielkimi hitami były te utwory Toma Jonesa. Ostatnimi laty wokalista złagodniał i skręci w kierunku soulu zmieszanego z bluesem, a nawet bardziej gospelowych utworów. Potwierdza to też najnowsze wydawnictwo Walijczyka, stanowiące niejako trzecią część cyklu rozpoczętego sześć lat temu wspólnie z producentem Ethanem Jamesem.

Są tutaj piosenki z lat 50. i 60., czyli z czasów, gdy Jones zaczynał swoją karierę, czyli kolejny cover album. Zaczyna się dość spokojnie, bo akustyczne „Opportunity to Cry” i „Honey, Honey” nagrane w duecie z Imeldą May – czyli klimaty country niespecjalnie porywają. I już miałem wyrzucić ten album za okno, ale stał się cud. Jones skręca w stronę klasycznego bluesa oraz rocka, w którym czuje się zdecydowanie lepiej. „Take My Love (I Want to Give It)” pokazuje to bardzo – mocny jak dzwon wokal Jonesa w tym repertuarze pasuje idealnie. Następuje chwilowe uspokojenie w wolnym „Bring It On Home”, by potem zaserwować petardę w postaci zadziornego „Everybody Loves a Train”. Jak Jones na początku niskim głosem, buduje klimat, by potem dołożyć do pieca – to trzeba przesłucha. Podobnie jak w niesamowitym „Elvis Presley Blues” z zapętloną gitarą.

Zdarzają się chwile spokojniejsze jak słabszy „He Was a Friend of Mine” czy zaskakująco skoczny, wręcz folkowy „Factory Girl” (tego się nie spodziewałem), ale za to dostajemy pełne pazura kawałki jak „I Wish You Would” (miałem wrażenie, że to Page gra na gitarze) i wyciszonym środkiem jakby ktoś chciał zagrać jak The Doors czy bujający „‚Til My Back Ain’t Got No Bone” z ciekawymi klawiszami w środku.

„Long Lost Suitcase” to album kompletnie nieobliczalny i pokazuje zupełnie inne oblicze Jonesa – bluesmana, mieszającego czasem rocka z folkiem. Nie ma tu jednak mowy o stępieniu czy zmęczeniu materiału, tylko o świeżym obliczu Walijczyka. To najlepszy album Jonesa ostatnich lat i ciekawe, co będzie za kilka lat?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Phil Collins – No Jacket Required (deluxe edition)

no jacket required

Kontynuujemy – po dłuższej przerwie – podróż muzyczną ze zremasterowanym dorobkiem Phila Collinsa. Jest rok 1985. Po dużych komercyjnych sukcesach poprzednich płyt, artysta postanowił jeszcze raz pokazać swoje umiejętności razem z producentem Hugh Padhamem (wiadomo, zwycięskiego składu się nie zmienia), co zaowocowało kolejnym sukcesem kasowym. „No Jacket Required” to kontynuacja szlaku wyznaczonego przez poprzedników.

Innymi słowy – przebojowy pop-rock z domieszką jazzowych klimatów. I to dostajemy na sam początek – „Sussudio” to mieszanka dęciaków, dyskotekowej perkusji, funkowej gitary. Szybki rytm i jednocześnie potężny energetyk, będący murowanym kandydatem na parkiety. Szybkie tempo jest podtrzymywane przez „Only You Know And I Know” z kojarzącą się z… „Jump” Van Halen klawiszami oraz niezawodnymi trąbeczkami w tle, a połowie jeszcze zaszaleje gitarka. Wszystko się zmienia w orientalnym „Long Long Way To Go”, gdzie klawisze i perkusja pachną Dalekim Wschodem, a żeby było jeszcze fajniej, to w refrenie śpiewa… Sting. To jednak tylko chwilka na złapanie oddechu, gdyż wracamy do szybkiego, parkietowego grania pod postacią „I Don’t Wanna Know”, by poprzytulać się w stonowanym „One More Night” z saksofonem na końcu. Co jak co, ale Collins i ballada to zawsze było idealne połączenie.

Powrót do lekko orientalnych klimatów jest obecny w „Don’t Lose My Number” – szybka perkusja, „japońskie” klawisze, zadziorniejsza gitara i czuć ten power, a „Sussudiowy” klimat wraca w bardzo energetycznym „Who Said I Whould?”, gdzie Phil bawi się wszystkim – dęciakami, klawiszami, nawet obrabianiem głosu, a w „Doesn’t Anybody Stay Toghther Anyone” miesza szybki, perkusyjny rytm z delikatnym fortepianem, łącząc ogień z wodą. Nie inaczej jest w „Inside Out”, gdzie Phil znowu popisuje się na perkusji, a towarzyszą mu pulsujące klawisze i „garażowa” gitara w refrenie, a w zwrotkach bardziej reggae’owa. Na koniec dostajemy dwa równie przebojowe kawałki jak reszta – „Take Me Home” na skoczne klawisze, a w refrenie słyszymy Stinga oraz Petera Gabriela, z kolei „We Said Hello Goodbye” jest wyciszoną, łagodną balladą z prześlicznym orkiestrowym wstępem.

Poza dźwiękowym remasteringiem (brzmi to znakomicie), dostajemy jeszcze drugą płytę z dodatkami. Dominują tutaj nagrania koncertowe z lat 90., gdzie widać jak wielkim, scenicznym zwierzęciem jest Collins. Jak kontaktuje się z widownią i ma taki ogień w sobie, jakiego wielu muzyków rockowych mogłoby mu pozazdrościć. Plus jeszcze trzy utwory w wersjach demo.

Mimo upływu lat „No Jacket Required” pozostaje świetnym popowym albumem, który godnie znosi próbę czasu. Nadal potrafi uwieść i oczarować, a słuchanie sprawia ogromną przyjemność.

8/10

Radosław Ostrowski