Kojarzycie jakieś dobre, niemieckie zespoły śpiewające w swoim ojczystym języku? Dobra, Rammstein. Ale coś jeszcze? Ja też nie znałem aż trafił na grupę punkrockowców z Eifel. Działają od 2002 roku i początkowo myślałem, że to tylko jedna osoba – w dodatku kobieta. A tak naprawdę to czterech kolesi, którzy od niedawna mają nowego wokalistę (Svena Lauera zastąpił Nicholas Muller) i to z nim nagrali swój nowy, piaty album.
O mein God. Brzmi to nieschludnie, jakby nagrywane było w garażu, ale muzycy bawią się tutaj przednio. Gitarka gra przebojowo (niemal funkowy utwór tytułowy z dęciakami w tle, nie wiedzieć czemu kojarzacy mi się z… Jackiem Whitem), bywa też skocznie (pobrudzona „Ein bisschen Paranoia”), nawet metalicznie (bas i gitara w „Faustschlag”), a nawet klawisze będą miały coś do powiedzenia (najlepsze w zestawie „Intrige, Intrige”). Tempo jest raczej umiarkowane niż szybkie, ale i tak przyjemnie się tego słucha. Nie brakuje nawet odrobiny melancholii (niezłe „70 Siegel”). Niby nie jest to coś, czego nie słyszałem, ale ten język niemiecki jest takim smaczkiem, że nie da się go przeoczyć.
Fajne, skocznie granie i solidne, jak to u Niemców. Jupiter Jones nie zaskakuje niczym nowym, ale pozwala się rozluźnić i odprężyć po cięższym dniu pracy. To też jest wiele.
Ta młoda i zdolna Brytyjka rozkochała swoich krajan pięć lat temu swoim debiutanckim albumem, gdzie szalała w szeroko pojętej muzyce indie pop. Porównywano jej barwę głosu do Stevie Nicks i Annie Lennox, ale dopiero w tym roku wydała swój drugi materiał, w całości wyprodukowany przez siebie. Zaiste, dziwne rzeczy się dzieją.
Tutaj mamy miks jazzu, popu, bluesa i soulu. Otwierający całość „Faded” brzmi jak album ze starej płyty i taką też ma stylistykę – jakieś klaskanie zamiast perkusji oraz zapętlony fortepian, do których w refrenie wpływają smyczki. Poczucie cofnięcia się w czasie o jakieś 40, nawet 50 lat było bardzo mocno odczuwalne aż do samego końca. Skoczniejsze jest „Here I Am”, które pozwala wejść na parkiecik (a na finał chórek robiący robotę), by przejść w melancholijny „Elizabeth Taylor”, gdzie Claire swoim głosem dosłownie szarpie („Another Lesson Learned”). I kiedy wydaje się, że będzie nam tylko towarzyszył fortepian ze smyczkami (nie żebym miał coś przeciwko), pojawia się współcześniejsza perkusja oraz lżejsza gitara elektryczna do troszkę tanecznego „Swimming”, gdzie jeszcze pojawiają się bardzo „morskie” klawisze. Wtedy wchodzi tytułowy utwór z harfą oraz grającymi walca smyczkami (wybija się wiolonczela) z basem. Troszkę mi to przypominało… Portishead. „Wherever You Want It” mogłaby nagrać na początku swojej drogi Regina Spektor, a wokal niczym echo przestrzenny. Szum wody oraz akustyczna gitara towarzyszą w folkowo-skocznym „The Valley”, by potem przejść w jazzowe „Hanging In the Stars” z dziwnym szumem w tle oraz przepięknym fortepianowym wstępem.
Kompozycje brzmią bardzo staroświecko, jednak nie jest to bezczelna stylizacja na retro. Artystka podobnie jak Marissa Nadler, bierze pewne elementy z przeszłości, by zagrać je po swojemu i stworzyć własną, świeżą jakość. Do tego bardzo wrażliwe teksty, pełne intymnych zwierzeń, jednak nie skierowane dla małolatów oraz gimbazy. Do tego jeszcze ten bardzo młodzieńczy, ale i pełen emocji wokal panny Maguire. To zdecydowanie moje klimaty, a i jesienna pora zdecydowanie pasuje do klimatu tego wydawnictwa. Co ja więcej mogę powiedzieć: posłuchajcie i dajcie się uwieść tak jak ja.
Czarna muzyka, czyli soul i r’n’b to nie do końca moje klimaty, gdyż poszczególne kawałki zlewają się ze sobą. Ale trzeba sprobować zmierzyć się z każdym gatunkiem muzycznym. Tak też pojawiła się piąta plyta niejakiej Chrisette Michele – bardzo popularnej i znanej artystki w USA. I muszę przyznać, że jest na czym ucho zawiesić, aczkolwiek… hmm.
To mieszanka soulu, r’n’b i hip-hopu, czyli sporo elektroniki, bitowania oraz nawijania mieszanego ze śpiewaniem. Musiały pojawić się cykacze (pokręcone „Steady”), obowiązkowy fortepian („Meant To Be”) oraz fragmenty bujające z pstryknięciami („Soulmate”). Standard znaczy się, który jednak parę razy zaskakuje, chociaż są to bardzo subtelne i delikatne zmiany. Tak jest ze zdominowanym przez pianino „Equal”, gdzie gościnnie bawi się Rick Ross, pełen ejtisowskiej elektroniki „These Stones” czy wplatające gitarę „Indy Girl”. Jednak przez większą część czasu dzieje się niewiele – utwory wchodzą i wychodzą jednym uchem, a całkiem niezły wokal pani Michele nie jest w stanie zmienić tego stanu.
Jednak dla fanów mam wieść, że jest tez dostępna wersja deluxe z dodatkowymi sześcioma utworami. Tutaj wyróżnia się minimalistyczny „Private Destination”, strzelający „Black Girl Magic” czy rozmarzony „Edge of the Bar”. Sporo jak na dodatkową zawartość, czyli czy to jest powód, by kupować oryginał? Nie jestem przekonany.
Nazwa zespołu może kojarzyć się z „Boską komedią” Dantego, jednak w żadnym wypadku nie opiera się na tym klasyku literatury światowej. Kierowana od 1989 roku przez Neila Hannona ferajna Irlandczyków tworzy 15-osobowy (!!!) zespół, będący w zasadzie małą orkiestrą, grającą na takich instrumentach jak smyczki, trąbka, puzon, perkusja, podwójny bas. Na nowe wydawnictwo trzeba było czekać aż 6 lat, ale warto było.
Zaczyna się od szybkich smyczków grających walca, do których dołączają barwne perkusjonalia oraz fortepian („Napoleon Complex”). Wszystko to brzmi jakby powstało w latach 70., a parę piosenek (tytułowy utwór z chórem śpiewającym w tle) może wprawić w konsternację, z drugiej zachwycić wysmakowaną aranżacją jakiej dzisiaj nie ma zbyt często. Nie brakuje instrumentów niemal z innej epoki (klawesyn w singlowym „Catherine the Great”), a nawet te współczesne tworzą intrygującą mieszankę (zwiewny akordeon w lekkim „The Pact”), piosenki są odpowiednio skoczne i przystępne w odbiorze („Funny Peculiar” z gitarą i fortepianem grającym równolegle), a zespół nawet parę razy skręca w soft rocka (5-minutowe „To the Rescue” czy „How You Can Leave Me On My Own” z… osłem w tle). Taka mieszanka bardzo zaskakuje elegancją, stylem oraz lekkością formy, a to jest dla mnie największą niespodzianką.
W zasadzie trudno wyróżnić jakikolwiek utwór, bo całość ma równy poziom (poza w/w można dorzucić pokręcone „A Desperate Man”, okraszone orientalnymi dźwiękami), a wokal Hannona jest dość surowy i może odrzucić na początku. Jednak to jest jedyna poważniejsza wada tej czarującej i magicznej płyty.
Brytyjska formacja Marillion to jedna z tych kapel, które w latach 80. wskrzesiły rocka progresywnego, dzięki czemu ten gatunek przetrwał do dnia dzisiejszego. Jednak wraz z odejściem charyzmatycznego wokalisty Fisha, zespół nigdy nie osiągnął takiego komercyjnego sukcesu (artystycznego zdaniem fanów też nie). Ale nawet ze Stevem Hogarthem na wokalu udało się wiele osiągnąć. Po 4 latach przerwy, gang z Aylesbury postanowił przypomnieć się i pokazał nowy materiał z mrożącym tytułem „FEAR”.
Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że jest tylko 5 utworów. Trzy z nich dzielą się na mniejsze części, tworząc bardzo mroczny obraz współczesnego świata. „El Dorado” zaczyna się spokojnym, wręcz sielskim obrazem: słychać ptaki, gra gitara akustyczna. Ale w drugiej minucie zaczyna dziać się coś niepokojącego: mechaniczny sygnał, klawisze stają się złowrogie i brzmią jakby wyły za czymś, co zniknęło bez możliwości powrotu. I fortepian też jakby płacze, a Hogarth nadal swoim niskim, wręcz szepczącym głosem kontynuuje. Wtedy następuje wyciszenie, klawisze stają się bardziej przyjazne, ciepłe wręcz i wtedy pojawia się sekcja rytmiczna (bas wręcz chłodny, perkusja delikatna) razem z gitarą akustyczną uspokają całość. I po minucie wszystko się nasila, a Rothery niczym huragan gra jeden raz, przycinając coraz mocniej oraz siarczyściej. I po mocnym riffie (okolica 7-8 minuty) znowu zmienia się klimat – klawisze brzmią futurystycznie i przestrzennie, a Rothery zapętla się wolnym riffem, wprowadzając mrok. 10 minuta zaczyna się szumem oraz zmienianym (mechanicznie) głosem Hogartha, nabierającym coraz większej siły z elektroniczną perkusją, futurystycznym tłem oraz łkającą gitarą, by na koniec się wszystko uspokoiło. To tylko jeden utwór i to 16-minutowy.
Znacznie spokojniejszej wydaje się „Living in FEAR” – delikatne dzwoneczki, anielski głos w tle, spokojny fortepian z gitarą w tle. To jednak zasłona dymna przed refrenem, gdzie gitara wyje niczym syrena alarmowa, perkusja uderza niczym młotek. Dawno ferajna nie brzmiała tak ostro.
I wtedy kolejny kolos – prawie 20-minutowy „The Leavers”. Początek niemal bajkowy, z cudownymi klawiszami oraz delikatniutką gitarką, by do tego towarzystwa włączyła się dynamiczniejsza perkusja. klawisze nadal czarują, ale grają w przyspieszeniu, sekcja rytmiczna jest wręcz triphopowa. Po trzech minutach gra samotnie fortepian, przerywany dziwnymi szumami, zaś Hogarth szepcze „Be careful/We’re live for you”, by zacząć śpiewać normalnie. Wtedy gitara gra łkająco, a w tle zaczynają grać smyczki z fanfarami (5 minuta), by po minucie wszystko uderzyć z cała mocą, a potem (zgodnie z tradycją) wyciszyć się fortepianem. Następnie słychać latający samolot (wbrew pozorom nie jest to Tupolew) i niebezpiecznie zaczyna się pulsować otoczenie, a gitara jest bardziej rozmarzona. W 10 minucie wraca fortepian (przedtem szum), ale z nim klawisze imitujące smyczki oraz wybuchowe połączenie gitary z perkusją. I co dwie minuty te ataki powracają, by 4 minuty przed czasem wyciszyć wszystko trąbkami oraz łkającą gitarą z fortepianem.
Chwilą spokoju jest ponad 8-minutowy „White Paper”, by na koniec zaserwować nam czteroczęściowy „The New Kings” i to najlepsza rzecz na tym wydawnictwie. Zaangażowany, krytyczny poemat antypolitycznym o samotności, strachu, miłości i rozczarowaniu (zwłaszcza finałowy „Why Is Nothing Ever True?”). Dawno ta grupa nie wchodziła tak pewnie na tak śliski temat, a wszystkie klocki pasuja do siebie. Nawet głos Hogartha nie wywołuje takiej irytacji, jak wielu się po nim spodziewa.
Innymi słowy to obok „Brave” najlepszy album Marillionu ze Stevem Hogarthem na wokalu i nie jest w żadnym wypadku ujma czy kompromitacja. Jest ostro (tekstowo), muzycznie to wysoki poziom, grupa jest sklejona jak nigdy, wreszcie pokazując pazur. Największa niespodzianka tego roku.
Szwedzki metalowy zespół Sabaton znany jest jako muzyczny popularyzator współczesnej historii, ze wskazaniem na II wojnę światową, chociaż zarzuca się im toporność brzmienia oraz miałkość produkcji (za co odpowiada Peter Tagtgren). „The Last Stand” zapowiada kontynuację tego tematycznego szlaku, a jak jest z brzmieniem?
Otwierająca całość „Sparta” już zapowiada, czego – mniej więcej – należy się spodziewać: patosu, podniosłych klawiszy imitujących smyczki oraz fanfary, mocne uderzenia perkusji oraz niby-ciężką gitarę, z chwytliwą melodią. Nie brakuje i galopującego tempa („Last Dying Breath”), nawet okraszając takimi drobnymi smaczkami jak dudy („Blood of Bannockburn”) czy odgłosy strzałów („Diary of an Unknown Soldier”, będący wprowadzeniem do najlepszego w zestawie „The Lost Battalion”).
Innymi słowy – power metal w pigułce. Na szczęście nie brakuje tutaj potężnej energii (galopujący „Rorke’s Drift”), aczkolwiek trudno nie pozbyć się wrażenia wtórności (tytułowy utwór, który wyróżnia się chóralnym refrenem czy „Winged Hussars”, będący niemal kalką „Uprising”). Najgorsze jest to, że od połowy robi się po prostu nudno, a każdy utwór idzie niemal podobnym schematem: podniosły wstęp (galop gitarowo-perkusyjny), zwrotka, patetyczny refren (chór, klawisze), znowu zwrotka, mostek (popisówka solowa gitarzysty), refren i finał. Sam wokal Joakima Brodena jest na tyle wyrazisty, iż mamy pewność, że nie pomylimy Sabatonu z inną kapelą metalową.
Dodatkowo jeszcze są dwa bonusowe kawałki, ale niewiele one wnoszą do całości. Innymi słowy, „The Last Stand” jest przeciętnym wydawnictwem, skierowanym głównie dla największych fanów Szwedów. Reszta, która się nie przekonała, teraz też się nie przekona.
Alternatywny rock ma kilka oblicz, ale jego najważniejszą cechą jest to, iż płynie pod prąd mainstreamowemu nurtowi. Jednak każdy gatunek ma swoje wielkie postaci, które przebiły się – paradoksalnie – do głównego nurtu muzyki. Jedną z takich znany kapel jest amerykańskie trio Dinosaur Jr. Grupa działa od połowy lat 80., zawiesiła działalność w 1997 roku, by w 2005 reaktywować się. J. Mascis (wokal, gitara), Lou Barlow (gitara basowa) i Murph (perkusja) po 4 latach przerwy serwują nowe wydawnictwo.
Otwierający całość „Goin’ Down” budził skojarzenia z Foo Fighters, gdzie też była przesterowana gitara, mocno waląca perkusja, a wokal Mascisa łudząco podobny jest do Dave’a Grohla. Podobieństwo (tylko że to wersja light i bardziej melodyjna) utrzymuje się po przesłuchaniu singlowego „Tiny” czy spokojno-ostrzejszego „Be a Part”. Gitara tnie przebojowo jak miło, sekcja rytmiczna też robi swoje, a wokal jest bardzo delikatny i przyjemny. I co z tego, skoro brakuje wyrazistych melodii jak w nijakim „Love Is…”? Jednak nie zabrakło na szczęście, odrobiny pazura (świetny riff w „Good to Know”) czy cięższego uderzenia („I Walk for Miles”), ale te fragmenty pojawiają się rzadko, by zainteresować się płyta na dłużej.
Ciekawiej się robi dopiero pod koniec, jak w przypadku petardy „Knocked Around” w połowie idącej w tak ostry nurt jak tylko się da czy pobrudzonego „Mirror”. To jednak dla mnie za mało, by mówić tutaj o dobrym albumie, co najwyżej niezłym.
Do przesłuchania tej płyty przekonała mnie okładka – ręcznie rysowana i taka niedzisiejsza. Jak się okazało zawartość też niedzisiejsza, gdyż po raz pierwszy została opublikowana w 1977 roku, ale dopiero teraz została wydana na kompakcie. Czy to się broni?
Carol Sloane to była jedna z ciekawszych wokalistek jazzowych, ale ten album o mało by nie powstał. Dlaczego? Gdyż artystka zawiesiła swoją karierę i pracowała jako… sekretarka. I wtedy japońska wytwórnia płytowa Japanese Trio, która odkryła jej wcześniejszy dorobek, zaproponowała nagranie tego albumu. Wokalistka wspiera przez trio muzyków (pianista Roland Hanna, basista George Mraz oraz perkusista Richie Pratt) ruszyła do pracy i otrzymuje zestaw 12 piosenek, prawie wszystkie autorstwa Duke’a Ellingtona.
Prawie, gdyż wyjątkiem z tego zestawu jest „Take The ‚A’ Train” Billy’ego Straihorna – zwiewny, lekki i z tak knajpiarskim urokiem, że aż niemożliwe jest nie zakochać się. Reszta jest bardzo delikatna, każdy z muzyków ma swoje przysłowiowe pięć minut, ale i tak najważniejszy jest TEN wokal. Czarujący, przestrzenny, delikatny i skupiający na sobie uwagę. Same utwory z dzisiejszej perspektywy wydają się do bólu ograne („Satin Doll”, „In a Sentimental Mood”, „Mood Indygo”), jednak trudno im odmówić elegancji oraz uroku. Wystarczy posłuchać śpiewanego a capella „Come Sunday” czy „Prelude to a Kiss”, by się o tym przekonać.
Niby nic wielkiego, ale czy zawsze muzyka musi być wielka, by zachwycić? Nie sądzę – to przyjemny jazz z czasów elegancji i stylu, jakiego już nie ma wokół. A to już coś i choćby dla tego czaru, warto spróbować zmierzyć się z tym?
Żaden inny polski zespół rockowy nie dorobił się reputacji kapeli grającej z dystansem do świata oraz takim poczuciem humoru jak Elektryczne Gitary. Po świętowaniu w zeszłym roku 25-lecia działalności, Kuba Sienkiewicz i spółka wracają z materiałem troszkę innym niż zwykle, bo kontynuującym szlak z płyty „Historia” z 2010 roku.
Czyli jest to opowieść o wydarzeniach z naszej historii, jednak nie do końca potraktowana serio. Zaczyna się od zgrabnej i lekkiej „Nazywam się Mieszko I” opowiadając o początku chrześcijaństwa w naszym kraju oraz dlaczego zdecydował się na chrzest („Powiem jak ktoś już przyznał/Ja nie chcę ale muszę”) oraz odnosi się do obecnej rzeczywistości. Potem jest wręcz marszowa „Jedenasty Listopada 1918”, pachnąca miejskim folklorem, ale jednocześnie są pytania o to, co dalej. I nagle następuje zmiana klimatu, jakbyśmy trafili w średniowiecze, chociaż utwór opowiada o przewrocie majowym („Zamach 1926”), podobnie mrocznie brzmi „Szymon Kobyliński 1942” z wolno grającą perkusją, gitarą oraz wiolonczelą.
Chociaż muzycy opowiadają i o poważnych sprawach, to nie pozwalają sobie na patos czy zgrywę jak w „Pilocie Josefie Frantisku” o polsko-czeskim pilocie, który nie do końca myśli tylko o walce („Nad Anglią bitwa, Londyn się smaży/A ja w dożynki bawię się na plaży”) czy spokojnym, chociaż gorzkim „Zwycięstwo 1945”, opisującym trudny powrót do normalności, tak samo jak „Nikt nie obiecywał” odnoszący się do przeżyć polskich Żydów w trakcie i po wojnie.
Parę razy muzycy zaskakują, jak wprowadzając tango w „Andrzej Panufnik wybrał wolność” o gorzkim losie polskiego kompozytora, idącego po wojnie na emigrację czy idąc w skoczny „Poznań – Czerwiec 1956” z gorzkim opisem stosunków władzy do robotników („I nie będzie byle robol pluł sekretarzowi w twarz/Czy to Poznań czy stolica – bij robola póki czas/Kałasznikow, pała, gaz/Bij robola póki czas”), zakończony werblami.
Mógłbym więcej opowiedzieć o poszczególnych piosenkach, ale powinniście sami przesłuchać „Czasowniki”. Album o przeszłości, ale nie zrobiony na hurra, bez patosu, z lekkością, odrobiną humoru, lecz i refleksją nad tym, co było. Bo pewne sytuacje lubią się powtarzać, zwłaszcza historia.
Z Aaronem Gillespiem spotkałem się trzy lata temu przesłuchując jego album „Grace Through the Wandering” i było to przyjemne spotkanie. Teraz wokalista, gitarzysta oraz perkusista kojarzony z metalową grupą Underoath, a także grającą alternatywnego rocka The Almost zaprasza na swój trzeci album – niby nowy, ale nie do końca.
Dlaczego? Gdyż nowe wydawnictwo „Out of the Badlands” zawiera akustyczne wersje piosenek granych przez artystę w swoich zespołach. Jednak pojawia się tutaj gitara elektryczna, więc o czysto akustycznych wersjach możecie zapomnieć. I niby tylko 10 utworów, ale zaskakująco dobrze się tego słucha. Zaczyna się ta podróż od „A Boy Brushed Red… Living in Black and White”, gdzie słyszymy w tle delikatną gitarę elektryczną. Kompozycja zaczyna się łagodnie, by potem gwałtownie przyspieszyć (perkusja utrzymuje tempo), a Aaron ze spokojnego wokalu staje się coraz bardziej agresywny. Takich zmian tempa będzie wiele, a skrętów w stronę rocka będzie wiele. Pachnące country (ale takim mocniejszym) „I Can’t Make You Love Me”, by się wyciszyć na koniec. Zadziorniejszy jest „No I Don’t”, spokojniejsze „Raspberry Layer Cake” (jeden z trzech nowych kawałków) z niemal senną gitarą czy szybkie, wręcz folkowe „Reinventing Your Exit”.
A kiedy wydaje się, że nic ciekawego się wydarzy, pojawia się petarda w postaci „Say This Sooner” – szybki niczym wiatr, z perkusją rozkręcającą się z sekundy na sekundę oraz gitarą tak ostrą jak to tylko możliwe. Dalej jest równie szybko (jak na ten gatunek muzyki), gitarka lekko gra i chce się skakać. Tak jest w „Southern Weather”, znaczniej wolniejszym „Where the Streets Have No Name” (niby zrobione po swojemu, ale jakoś tego nie czuć) czy najlepszym „The Fox”.
Gillespie w wielu miejscach krzyczy, ale gdy tego nie robi, jego delikatny głos działa bardzo kojąco. A i energia na każdym z tych utworów jest mocno wyczuwalna. „Out of the Badlands” to po prostu porządne gitarowe granie, chociaż oszukańczo zwane akustycznym. Niemniej jest wiele fajnych melodii oraz dobrych dźwięków. A to wystarczy.