Paul Carrack – Soul Shadows

Cover

Ten człowiek to jedna z legend brytyjskiej muzyki rozrywkowej. Współpracował m.in. z zespołami Ace, Roxy Music, ale to jego udział jako drugi wokalista w supergrupie Mike + The Mechanics przyniósł rozpoznawalność Carrackowi. Jednak po zakończeniu współpracy z Mikiem Rutherfordem, artysta nadal działa i wydaje solowe płyty. Na początku tego roku wyszło „Soul Shadows” i muszę przyznać, że wokalista nadal trzyma fason.

Jak sama nazwa wskazuje, obracamy się w stylistyce soulowej muzyki z lat 70., gdzie grywały w tle wszelkie smyki i dęciaki. Tak się poczułem po otwierającym całość „Keep On Loving You”, a im dalej, tym więcej dobrego się dzieje. „Sleep on It” jest tak delikatne i urocze, a pojawiająca się harmonijka ustna budzi automatyczne skojarzenie ze Steviem Wonderem, „Sweet Soul Legacy” ma zwiewne trąbki, a romantyczne „Let Me Love Again” znowu czaruje smyczkami zgranymi z fortepianem. Cała ta estetyka retro nie jest w żadnym wypadku nudna i skierowana dla starszych odbiorców w wieku 50+, a kiedy trzeba to się przyspiesza jak w „Bet Your Life” z kapitalną sekcją rytmiczną, Hammondem, smyczkami.

Nawet jeśli pojawiają się nietypowe połączenia (gitarka w stylu country oraz harmonijka w skocznym „Too Good to Be True”), to jednak brzmi to bardzo klasycznie. Nawet akustyczne i idące w stronę folku „Watching Over Me” czy bardziej przypominające pierwsze solowe dokonania Petera Gabriela „Late at Night” z funkującym basem.

Carrack mimo doświadczenia, nadal ma silny głos młodzieniaszka, współgrający z refleksyjnymi tekstami, bez popadania w banał oraz klisze. Elegancja tego brzmienia nadal potrafi zrobić dobre wrażenie, a wokalista nie musi nikomu niczego udowadniać, bo słucha się tego z niekłamaną frajdą. I nadal soul potrafi być czarujący.

8/10

Radosław Ostrowski

Mudcrutch – Mudcrutch 2

2_%28Mudcrutch_album%29

Dla wielu nazwa Mudcrutch nie będzie mówić zbyt wiele. Formacja ta zaczęła działalność w latach 70., by rozpaść się po 4 latach. Jednak frontman grupy – charyzmatyczny Tom Petty w 2007 roku skrzyknął starych kumpli (gitarzystów Mike’a Campbella i Toma Leadona, klawiszowca Benmonta Tencha oraz perkusistę Randalla Marsha), reaktywując kapelę znaną dotychczas z kilku singli. W 2008 roku wyszedł pierwszy album Mudcrutch, a teraz grupa atakuje znowu.

I znowu jesteśmy w latach 70., czyli czasach klasycznego rocka oraz macierzystym środowisku Petty’ego grającego także na harmonijce ustnej.  Czuć ten klimat już w singlowym „Trailerze”, który otwiera całość – jest gitara, gra przyjemnie Hammond, a Petty ze swoim charakterystycznym głosem czaruje. Nie znaczy to jednak, że będzie nudno, wolno i smęcąco. Troszkę ognia daje „Dreams of Flying”, gdzie gitary pachną starym stylem, perkusja daje taki rytm, ze da się tańczyć. I kiedy wydaje sie, ze dalej będziemy pędzić, pojawia się prawie 7-minutowy „Beautiful Blue”, pozwalający na chwilę oddechu oraz wyciszenia (świetnie tam gra fortepian), ale już „Beautiful Life” ze śpiewem perkusisty Marsha troszkę przypomina przyspieszone ELO. Spokój wraca w akustycznym „I Forgive It All”.

Gdy wydaje się, że dalej będzie tak spokojnie, że nic tylko położyć się, to wtedy pojawia się pędzący niczym bimber „The Other Side of Mountain” z Tomem Leadonem jako głównym wokalistą. Troszkę wolniejszy, ale równie gitarowy jest „Hope” z ciepłymi klawiszami, a tempo zachowuje skręcający w stronę boogie „Welcome to Hell” (ten fortepian) czy typowym dla Petty’ego „Save Your Water”.

Petty razem z kumplami z Mudcrutch nie odkrywa Ameryki na nowo, ale tworzy bardzo dobrą muzykę charakterystyczną dla siebie. Jest ogień, spokój i świetnie zachowane tempo – wszystko w odpowiednich proporcjach. I jestem pewny, że ten projekt jeszcze ma przyszłość.

8/10

Radosław Ostrowski

Band of Horses – Why Are You OK?

Band_of_Horses_-_Why_Are_You_OK_%28Album_Cover%29

Niezależny rock potrafi być równie ciekawy, co mainstreamowy. Przekonuje też o tym nowe wydawnictwo kwintetu z Seattle zwanego Band of Horses, za którego produkcję odpowiada Jason Lytle z zespołu Granddaddy.

Jest bardzo spokojnie i delikatnie, co nie znaczy, że mniej przebojowo. Tak można się spodziewać po otwierającym całość prawie 7-minutowym „Dull Time/The Moon” z rozmarzoną gitarą i pulsującymi klawiszami, tworzącymi niemal senny (nie znaczy, że nudny klimat). Ale ostatnie trzy minuty to zmiana tempa oraz silniejsza obecność gitary, która gra bardziej żywiołowo i dynamiczniej. To najdłuższy numer, ale dalej też jest ciekawie – zwiewne i lekkie „Solemn Oak” z pobrudzoną gitarą oraz wspólnym zaśpiewem w refrenie, troszkę przypominając Kings of Leon. „Hag” z kolei broni się ciekawymi klawiszami oraz niemal smyczkowym środkiem, a wstęp do żwawego „Casual Party” (nieudolna, przesterowana gitara i przerwana gra perkusji czyimś odgłosem) może wprawić w zakłopotanie, ale to chwilowa tylko zagrywka. Jednak „In a Drawer” z elektroniczną perkusją oraz klawiszami ejtisowskimi na początku troszkę U2 (nie wiem czemu, ale mi się to kojarzy z „Beautiful Day”), by potem przyspieszyć. Dostajemy potem krótką przerwę w postaci instrumentalnego „Hold On Gimme a Sec”, by zanurzyć się w melancholijnym „Lying Under Oak”.

Ale potem muzycy przypominają sobie o southern rockowych korzeniach w ocierającym się troszkę o folk „Throw My Mess”, wyciszają się w „Whatever, Wherever” z trąbeczką w tle oraz akustycznym „Country Teen”. Ten spokojny klimat pozostaje z nami do końca, a wokal Bena Bridella pasuje do całości. Wielu końcówka może wynudzić, ale nie zmienia to faktu, iż mamy do czynienia z dobrą płytą. Pełną klimatu, porządnych melodii, dobrego wokalu. Jest naprawdę OK.

7/10

Radosław Ostrowski

Anderson/Stolt – Invention of Knowledge

635937958856657655

Najlepsze wydawnictwa rocka progresywnego powstały w latach 70., czyniąc ten gatunek jednym z popularniejszych w tamtym czasie. Gatunek ten przetrwał, chociaż nic potem nie zrobiło aż tak wielkiego wrażenia. Jedną z ikon tego czasu był zespół z charyzmatycznym wokalistą Jonem Andersonem. Po wyrzuceniu z grupy w 2009 roku, artysta nie próżnował i nagrywał zarówno solowe płyty, jak i ciekawe kolaboracje (ostatnia ze skrzypkiem Jean-Luc Pontym). Teraz Anderson znowu wraca i nagrał album wspólnie z gitarzystą Roine Stoltem – frontmanem zespołu Transatlantic.

„Invention of Knowledge” brzmi jak zaginiony album zespołu Yes z lat 70. Przynajmniej takie można odnieść wrażenie po otwierającym całość „Invention”. Rozbudowana kompozycja z łkającą gitarą Stolta oraz tak archaicznie, ale i ciepło brzmiącymi klawiszami, tworzącymi magiczny klimat, wprowadzając do jakiejś niesamowitej krainy. I tak przez prawie 10 minut, dodając po drodze różne chórki, zaśpiewy, dzwoneczki, harfa – istne czary. „We Are Truth” zaczyna się od gitarowo-sitharowego wstępu idącego ku orientalności (bębny i perkusja), by potem weszły smyczki i klawisze z werblami, czarując dalej magią (gitarowy riff pod koniec). „Knowledge” po powrót do melodii z „Invention” oraz tego czaru z perkusyjno-klawiszowymi popisami z „We Are Truth”, na koniec dostając akustyczny finał.

„Knowing” zaczyna się od bajecznej elektroniki oraz zaśpiewów w tle, by dać miejsce Jonowi dla jego głosu (mimo lat, nadal niezmienny) oraz popisów muzyków – odzywają się perkusja, gitara (niemal miałem wrażenie, że to Steve Howe), klawisze, chórek, dzwoneczki. Bywa tutaj odrobinę patetycznie (fanfary i trąbki), ale nie trwa to zbyt długo i finał taki wyciszający, wręcz orzeźwiający. Renesansowy w duchu „Chase and Harmony” zachwycił mnie wstępem, podobnie mocarne wejście jest w „Everybody Heals” z cudowną gitarą oraz szybkim fortepianem na końcu.

Jednak najlepsze dostajemy na sam finał. O ile „Better By Far” i „Golden Light” można potraktować jako krótkie przerywniki, o tyle „Know…” to prawdziwa petarda, mimo spokojnego, niemal sennego wstępu. Przykład na to, ze by poruszyć nie trzeba bawić się w efekciarskie, bajeranckie popisy, tylko zwyczajnie grać.

Jak słychać, rock progresywny nadal się trzyma dobrze i czaruje jak nigdy. Nie ma tutaj odkrywania nowych horyzontów, tylko silne i gęste czerpanie z tradycji gatunku. Jon Anderson nadal jest w świetnej formie i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. Nihil novi, ale za to jak fantastycznie to brzmi.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Motorhead – Clean Your Clock (Live in Munich 2015)

clean your clock

Motorhead był jedną z najbardziej znanych kapel grających dynamicznego i ostrego rocka. Po śmierci Lemmy’ego pod koniec zeszłego roku, postanowiła zakończyć działalność. Niejako na pożegnanie dostali oni płytę koncertową. „Clean Your Clock” to zapis koncertu z Monachium z dni 20 i 21 listopada 2015.

I tutaj słychać, jak świetną koncertową kapelą był Motorhead, który łoił równo, ostro i szybko aż miło. Zaczyna się od mocnego „Bombera”, by potem zaserwować takie numery jak „Metropolis” czy pochodzącego z ostatniego wydawnictwa „When the Sky Comes Looking for You” czy „Whorehouse Blues”. Nie mogło też zabraknąć nieśmiertelnego „Ace of Spades”, ale to oczywisty zestaw. Muzyka jest głośna, a Lemmy daje z siebie wszystko, chociaż nie zawsze go słychać wyraźnie, co pewnie wynika ze sposobu śpiewania tego artysty. Nawet pojawia się krótka przerwa w postaci solowego popisu gitary.

Publika reaguje po każdym utworze, a Lemmy’emu zdarza się nawet z nimi krótko pogadać. Pojawiają się spokojniejsze numery („Lost Woman Blues”), ale to tylko chwile do złapania oddechu, by potem przyłożyć. Wymienianie poszczególnych numerów nie ma sensu, a wystarczy powiedzieć, ze Motorhead był w formie i nie zawiódł. To mocne, szybkie granie, gdzie sekcja rytmiczna z gitarą po prostu pędzą na złamanie karku. A godzina mija tak szybko, że ma się ochotę odpalić album jeszcze raz. Lemmy – wielkie dzięki za wszystko. Tak to się robi.

Radosław Ostrowski

Graham Nash – This Path Tonight

Graham_Nash_This_Path_Tonight

Weterani znani są z tego, ze nie muszą nikomu, niczego udowadniać. Nagrywają takie płyty jakie chcą i z kim chcą oraz kiedy chcą. Graham Nash – jeden z członków legendarnej supergrupy Crosby, Stills, Nash & Young, kazał czekać aż 14 lat na nowy, solowy materiał. Wspierany przez producenta Shane’a Fontayne’a oraz skromny zespół wydał ciekawy i stonowany „This Path Tonight”.

Utwór tytułowy zapowiada bardziej melancholijny klimat – nie brakuje klasycznego, rockowego sznytu, pachnącego bluesem (Hammond, spokojna perkusja) oraz ciepłym, chociaż mocno nadgryzionym zębem czasu, wokalem Nasha. Dalej jest bardziej spokojnie, jesiennie wręcz, nawet obecność steel guitar tylko utwierdza w tym przekonaniu („Cracks in the City”), sporadycznie tylko przyspieszając, ale też bez jakichś turboprędkości („Beneath the Waves”). Ale nie szkodzi, bo całość jest bardzo spójna i ma swój klimat. Nash robi wszystko, by nie zanudzić na śmierć, co słychać choćby w „Fire Down Below” z kapitalnym refrenem, pełnym gitar, chórku czy odrobinę zadziornym „Another Broken Heart”. Nawet melancholijne piosenki jak „Golden Days” czy „Back Home” są pomysłowo zaaranżowane z ładnymi smyczkami oraz akustyczną gitarą.

Nash idealnie by się sprawdził w chłodny, jesienny wieczór. Zaledwie 10, ale za to jak pięknych piosenek dla osób, poszukujących refleksji i chwili odpoczynku od rzeczywistości. Małe zaskoczenie tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Stashka – Naturalnie

00053UHXMF8TH1OB-C122

Na hasło polski pop raczej reaguje może nie z grymasem na twarzy, ale entuzjazmu nie ma we mnie zbyt wiele. Zazwyczaj są to miałkie, plastikowe granie z nieciekawymi, nudnymi tekstami, sprawiającymi ból uszu. Zwłaszcza dotyczy to debiutantów, którzy chcą wypłynąć na szeroką wodę popularności. Jednak czasami warto dać szansę nowej twarzy i tak trafiłem na Kasię Stasiak znaną też jako Stashkę z jej debiutanckim albumem „Naturalnie”.

Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że jest to bardzo przebojowy materiał, gdzie dominuje żywe instrumentarium (perkusja, gitary i… akordeon) z odrobiną elektroniki. Czuć to w otwierającym całość „Chcę kochać”, gdzie akordeon robi furorę, zaś refren to nakładające się chórki (na finał dostajemy remix tego utworu w wersji orientalnej). Podobnie jest z „Nic przypadkiem”, gdzie gitarka przewija się całkiem miło, a pewne drobne smaczki (elektroniczny wstęp do „Oceanu myśli”) nie wywołują irytacji, chociaż czuć pewną archaiczność lat 90. (dyskotekowa perkusja w klaskanym „Sekrecie”). Jest nawet skręt w stronę folku/country w „Nim dalej pójdę”, ale to jedyny taki drobiażdżek, który wywołał we mnie irytację. Reszta jest poprawna, z obowiązkowym fortepianem („Wolna”) i odzywającą się gitarą („Rozstanie” i „Moja samotnia”).

A jeśli chodzi o warstwę tekstową, to jest to taka średnia krajowa, pełna opowieści o miłości, samotności itp. Nic porywającego, ale też niespecjalnie działająca na nerwy. Sam wokal Stashki jest na tyle delikatny, by skupić swoją uwagę i nie drażliwy. Nie jest to nadal moja bajka, choć na tle dzisiejszego plastiku, brzmi to nieźle.

6/10

Radosław Ostrowski

Yuna – Chapters

Yuna_Crush

Kolejna interesująca postać, której dorobek śledzę od pewnego czasu – malezyjska wokalistka Yuna, śpiewa r’n’b i wydała dwie płyty znane na całym świecie. Teraz wyszła trzecia płyta płyta anglojęzyczna, wykonana przez sztab producentów (m.in. doświadczonego Davida Fostera) oraz wsparta przez gości. Co otrzymujemy?

Album pełen elektroniki oraz rytmicznego tempa, pełen charakterystycznych dla tego gatunku muzycznego pstryknięć, cykaczy oraz tego „pościelowego” nastroju. Przynajmniej takie wrażenie daje nam otwierający całość „Mannequin”, który pozostaje przyjemnym kawałkiem. Dalej jest równie lightowo i ciepło – bujające „Lanes” z dyskotekową perkusją z lat 80., odrobinę gitarowe „Crush”, gdzie pojawia się także Usher (i o dziwo, wypada nieźle), zmechanizowano-fortepianowe „Unrequited Love”. Wydaje się, że dzieje się tutaj wiele, a ciepły wokal Yuny współgra z warstwą muzyczną.

Ale – jak zwykle w tego typu produkcjach – im dalej, tym jest gorzej. Zdarzają się pewne ciekawe pomysły (zgrabnie wplecione smyczki w perkusyjnym „Best Love”), jednak utwory te wchodzą jednym uchem, by drugim wyjść. Wyjątkami od tej reguły (poza pierwszymi utworami) jest gitarowe „Too Close”, przypominające kołysankę czy bardziej taneczne „Your Love” oraz pełne sampli „Places To Go”. Resztę można spokojnie sobie odpuścić, gdyż niczym nie różni się od innych utworów w tej stylistyce.

Akurat ten rozdział jest dla mnie zbyt mainstreamowy, mało odkrywczy i niezbyt ciekawy. Jest zaledwie nieźle, ale tylko nieźle. Sam wokal i pojedyncze numery to za mało, by mówić o dobrym albumie. 

6/10

Radosław Ostrowski

Bat for Lashes – The Bride

the bride

Natasha Khan bardziej znana jako Bat for Lashes kazała czekać aż 4 lata na swoje nowe dziecko. W tym czasie artystka połączyła siły z zespołem Toy tworząc grupę Sexwitch, ale to jest jedynie koncertowy projekt i wszyscy czekali na nowy album. No i wyszła „Panna młoda”, tylko czy warta jest uwagi?

Jest to muzyka bardzo wyciszona i stonowana, co dla wielu fanów Khan może być niemałym zaskoczeniem. Czuć to już w otwierającym „I Do”, gdzie jest wokal oraz elektroniczna harfa. Dalej jest równie spokojnie, chociaż muzyczne są pododawane różne drobiazgi – odgłos burzy w onirycznym „Joe’s Dream” (ten klimat chyba jest zbudowany przez klawisze oraz wokalizy w refrenie), wypadek samochodowy na początku „Honeymooning Alone” (niemal rock’n’rollowe) czy szum rakiet w „Sunday Love”. Khan zmienia stylistykę i klimat co utwór, tworząc swój własny mikroświat, a do gry wchodzą kolejne instrumenty jak gitara elektryczna czy fortepian. I tak jak w przypadku innej artystki pasuje jak ulał określenie „lynchowska” – pozornie delikatna, ocierająca się o dawne brzmienia (lata 60.), gdzie niby jest uroczo, przyjemne, ale jednocześnie mrocznie oraz tajemniczo. Wystarczy posłuchać początku płyty, by się o tym całkowicie przekonać.

A im dalej, tym bardziej jest uwodzicielsko. Bluesowe „Never Forgive The Angels” z zapętloną gitarą, poraża wolnym tempem, jednak konsekwentnie budowany klimat trzyma po prostu za twarz do końca. Podobnie jest z futurystyczny „Close Encounters”, gdzie elektronika brzmi nieziemsko. Wyciszony „Widow’s Peak” z melorecytacją Khan, wspieraną przez burzę, gitarę oraz różne dzwoneczki zmieszane z chórkiem, niemal „wiosenny” od smyczków „Land’s End” czy płynące na klawiszach „If I Knew”.

„The Bride” jest spójnym, poruszającym i nieoczywistym albumem, który okazał się dla mnie pozytywną niespodzianką. Minimum formy, delikatny i bardziej stonowany wokal samej Khan, a od emocji jest gęsto i mocno. Obok „Stranger to Stranger” Paula Simona największe zaskoczenie tego roku.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Organek – Głupi

Organek_glupi

Tomek Organek nie wziął się znikąd, gdy wydawał swój solowy materiał. Gitarzysta, kompozytor i autor tekstów znany był już z działalności w zespole Sofa, który założył w 2003 roku. To jednak okazało się za mała i trzy lata temu założył własny zespół, współtworzony przez członków Sofy – basisty Adama Staszewskiego oraz perkusisty Roberta Markiewicza. I tak w 2014 roku wyszedł debiutancki album „Głupi”.

Zamiast elektroniki, funka i soulu, jest tutaj czysty rock. I to czuć od openera, czyli punkowego w duchu „Nazywam się Organek” – brud, nieostrość i przesterowany wokal. Nie sposób zapomnieć przedstawienia się gospodarza („Nazywam się Organek/I mam w sercu ranę”). Muzycy nawet jak zmieniają rytm i tempo, to pachną troszkę stylem z lat 70. (psychodeliczna „Dziewczyna śmierć”), gdzie czuć po prostu ogień, pociąg mknący z prędkością 300 km/h. Ale zdarzają się jednak wyboje w te drodze. Nie przekonuje mnie „Nie lubię” z monotonnym wokalem Organka i bełkotliwym (jak dla mnie) tekstem. Na szczęście w połowie utwór staje się porządnym instrumentalem, co można wybaczyć, ale akustyczny „Głupi ja” wprawił mnie w osłupienie i niechęć. Jednak najciekawsze dla mnie było szybkie „Młodziej szuka sensacji”, pachnący latami 60. „Italiano” (pod koniec eksploduje gitara z perkusją) oraz umieszczona na samym końcu „Ta nasza młodość”.

Organek próbuje nie być gorszy od kolegów z Zachodu i próbuje śpiewać także w języku Szekspira. Muszę przyznać, że radzi sobie nie najgorzej, co dowodzi w „King of the Parasites” oraz „Stay”. Muszę też przyznać, że teksty Organka nie są – wbrew tytułowi – głupie. Niepozbawione czarnego humoru („O, matko!”), trafnych obserwacji („Młodzież szuka sensacji”), odrobiny ironii (imprezowa „Kate Moss”) oraz popkulturowych alizji („Autostrada 666”).

„Głupi” przypomniał mi trochę oczywisty fakt, że nie należy oceniać całego albumu po singlach. One mnie w sporej części odstraszyły do bliższego zapoznania się z tym albumem. Dobrym, ognistym, porządnie zrealizowanym i z kilkoma chwytliwymi numerami. Aż nie mogę się doczekać następnego albumu.

7,5/10

Radosław Ostrowski