Stacey Kent – Tenderly

12122548_10153691831883749_5038090074253604567_n

Great American Songbook to zbiór klasyków śpiewanych od lat 30, 40. i 50., które są śpiewane przez niemal każdego wykonawcy z Ju Es Ej. A w szczególności wokalistów jazzowych, chociaż nie zawsze (patrz: Rod Stewart). Teraz do tego grona dołączyła amerykańska jazzwoman Stacey Kent na swojej ostatniej płycie – „Tenderly”.

Artystkę wsparł od strony producenckiej sam Roberto Menescal – gitarzysta znany jako twórca gatunku bossa nova. I jak tytuł mówi, jest to muzyka delikatna i pełna czułości. Dominuje tutaj wyciszona, spokojnie grająca w tle gitarka, wspierana przez kontrabas. Najciekawiej jest jednak wtedy, gdy odzywa się saksofon („The Very Thought of You”), chociaż przez cały czas klimat nie zmienia się, przez co „Tenderly” przypomina ostatnie płyty Boba Dylana, gdzie wszystko toczy się spokojnym rytmem. Nawet flety („No Moon At All”) nie są w stanie tego zmienić, a sama Stacey śpiewa tak delikatnie i czarująco, że mimo monotonii jest w stanie się obronić. Problem jednak w tym, że wszystko zlewa się w jedną całość i czuć znużenie. Owszem, jest to eleganckie i miłe, ale jak za piątym razem słyszysz niemal to samo, to nic nie jest w stanie przykuć uwagi do samego końca.

Mnie „Tenderly” mocno znużyło, chociaż brzmiało to przyjemnie, ale za łagodnie i nie zostaje w uszach na długo. I sam nie do końca wiem, co tutaj nie zagrało. Posłuchać można, jeśli jest potrzebna uspokojenia czy wyciszenia. Jednak zbyt duża dawka może wywołać znużenie.

6/10

Radosław Ostrowski

Nowe Sytuacje – Jarocin Live 2015

66f461a82eb04828d9f9f9abb89cb004_L

Zespół Republika naznaczył piętnem polską muzykę rozrywkową na zawsze. Po śmierci Grzegorza Ciechowskiego grupa zakończyła działalność. Jednak by przypomnieć dokonania formacji, został powołany nowy, koncertowy projekt nazwany Nowe Sytuacje (od pierwszej płyty Republiki). Grupę tworzą byli członkowie Republiki: gitarzysta Zbigniew Krzywański, basista Leszek Biolik oraz perkusista Sławomir Ciesielski, a wsparli ich klawiszowiec Bartek Gasiul, a także wokaliści: Jacek Bończyk i Tymon Tymański. Oceniany album to zapis zeszłorocznego koncertu z festiwalu w Jarocinie.

I muszę przyznać, ze brzmi to fantastycznie. Muzycy wybrali nie tylko utwory Republiki, ale także Obywatela G.C. („Paryż-Moskwa 17:15”), co tworzy silną mieszankę wybuchową. Muzycy po prostu robią swoje, grają ostro i z pazurem („Kombinat”), ale też i lekkością, co może wywołać spore zaskoczenie. Nawet, gdy wydaje się, że będzie spokój („Zawsze Ty”), pojawiają się mocniejsze uderzenia perkusji oraz gitary. I co utwór widownia krzyczy „Republika”, więc są oni obecni. I muszę przyznać, iż mimo tego, że są to znane i lubiane utwory, brzmią po prostu fantastycznie. To nie jest odgrzewanie kotletów, a Bończyk („Paryż-Moskwa 17:15”, „Odmiana przez osoby”) i Tymon (kapitalny „Kombinat”) są niesamowici, naznaczając każdy utwór swoim piętnem, jak we wspólnie zaśpiewanej „Białej fladze” czy spokojniejszej „Sexy Doll”.

Utworów jest tylko dziesięć i wydawałoby się, ze taki koncercik nie powali. Zamiast w ilość, muzycy poszli w jakość, a niektóre wersje dorównują oryginałowi. Na sam koniec dostajemy „Śmierć na pięć”, gdzie słyszymy… samego Ciechowskiego. Muzycy pierwotnej Republiki znaleźli w sobie tyle ognia, że starczyłoby na kilka zespołów. Robi to nadal piorunujące wrażenie, a już pojawiły się wieści, że grupa dalej będzie funkcjonować, tym razem grając utwory z „Masakry”. Już nie mogę się doczekać.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Corinne Bailey Rae – The Heart Speaks in Whispers

Corinne_Bailey_Rae_The_Heart_Speaks_in_Whispers

To jedna z ciekawszych postaci brytyjskiej muzyki r’n’b, choć ma w dorobku tylko dwie płyty i jeden wielki przebój („Put Your Records On”). Teraz po pięciu latach przerwy Corinne Rae powraca z nowym materiałem, który zaskakuje.

Czym? Różnorodnością, pomysłowością oraz ciepłem. Już początek, czyli „The Skies Will Break” to pełen płynącej elektroniki numer, zaczynający się od rozmarzonego, nakładającego na siebie wokalu, do którego dołącza gitara akustyczna i harfa. Co prawda, perkusyjny bit mnie drażnił, jednak aranżacja maskuje to złe wrażenie. „Hey, I Won’t Break Your Heart” jest bardziej akustyczne i stonowane, oparte na gitarze akustycznej, rzadko pojawiającym się fortepianie, by potem przejść w klasyczny funkowo-soulowy sznyt z lat 70., podobnie grany na „kosmicznych” klawiszach „Been To The Moon”. A im dalej w las, tym bardziej czuć klasyczne chwyty r’n’b: klaskanie, ejtisowska elektronika (eteryczne „Tell Me”), wszelkiego rodzaju dzwoneczki i cymbałki, wejścia akustycznej gitary, co układa się w melodyjne, chociaż pozbawione przebojowego potencjału wydawnictwo (z wyjątkiem dynamicznego w refrenie „Stop Where You Are”).

Na mnie największe wrażenie zrobił bujający „Green Aphrodisiac”, taneczny „Horse Print Dress” z funkowym basem oraz dyskotekową perkusją, a także „Caramel” z przyjemną trąbką. Reszta to dobrze wykonana robota, ze smakiem, wręcz intymna, zagrana na lekkich, delikatnych nutach. Na wakacyjną porę, ten materiał może dać odrobinę cienia, wyciszenia, spokoju tak potrzebnego wobec zbliżających się upałów.

7/10

Radosław Ostrowski

Tarja – The Brightest Void

Tarja_turunen_--_the_brightest_void

Tarja Turnen to jedna z najbardziej charyzmatycznych wokalistek skandynawskiego heavy metalu. Przekonał się o tym każdy, kto słuchał Nightwash. Ale od pięciu lat wokalistka działa na własną rękę i to z powodzeniem. Potwierdza to też jej najnowsza EP-ka, gdzie nadal gra metal połączony z orkiestrą symfoniczną.

I dostajemy mocne uderzenie już na dzień dobry. Bo jak inaczej nazwać „No Bitter End”, gdzie gitara kosi obuchem razem z perkusją? I wtedy w połowie łagodzi to wszystko fortepian – na chwilkę. Ostro jest niemal przez cały czas, ale pojawiają się drobne smaczki pozwalające na niespodzianki. Szybki wstęp do „Your Heaven and Your Hell”, po którym wchodzą klawisze i dzwonki, by znowu przyspieszyć jak diabli. No i jeszcze wokal Michaela Monroe, dającego do ognia jak diabli. W wtedy w środku pojawia się anielska wokaliza Tarji plus… saksofon i harmonijka ustna. Nawet jak pojawiają się momenty spokoju, to nie trwają zbyt długo jak ballada „Eagle Eye”, gdzie Tarja jest wspierana przez perkusistę Chada Smitha oraz brat Toni.

Wtedy w połowie album staje się mroczniejszy, dzięki wykorzystaniu wszelkiej maści elektroniki. Tak jest w  „An Empty Dream” oraz „Witch-Hunt”, gdzie fortepian brzmi jak melodia z pozytywki, której w połowie towarzyszą smyczki. Po nich znowu dostajemy gazu w „Shameless” ze świdrującą gitarą. Ale to krótki zryw, gdyż „House of Wax” jest powrotem do mroku, gdzie przerażają smyczki i na końcu klawisze.

Jednak najciekawsze dostajemy na samym końcu – najpierw legendarny „Goldfinger”, czyli przebój bondowski. Zaczyna się dość wolno, by z hukiem weszła gitara z perkusją, a klawisze grają motyw przewodni. I wtedy dostaje po głowie „Paradise” z Within Tempation w nowym miksie.

Takie jest nowe wydawnictwo Tarji, zapowiadające zbliżający się nowy materiał – ostry, dynamiczny, zrobiony z rozmachem, pełen anielskiego głosu oraz dobrze dobranych gości. Może i ta pustka jest jasna, ale robi ogromne wrażenie.

8/10

Radosław Ostrowski

The Puppini Sisters – The High Life

the ligh life

Ostatnio coraz bardziej wyczuwalny jest trend grania oraz śpiewania utworów z lat 40. i 50., albo muzyki opartej na tej stylistyce. The Baseballs, Carol Emerald – to najbardziej znane przykłady. Robi to także brytyjskie trio The Puppini Sisters, które po pięciu latach wraca z nowym materiałem.

Siostrzyczki wsparło przy nagrywaniu The Pledge Orchestra, dzięki czemu czujemy się jakbyśmy cofnęli się 70 lat wstecz. Mieszanka jazzu i swingu brzmi bardzo przyjemnie, a trio śpiewa po prostu zwiewnie oraz uroczo. Sporo tutaj rozgrywa sekcja oparta na kontrabasie i perkusji, swoje dorzuca też gitara akustyczna („Girls Just Wanna Have Fun”, „It Ain’t What You Do”) oraz szybki fortepian („Accentuate the Positive”), sporadycznie odezwie się sekcja dęta („Is This The High Life?”). Zestaw utworów wydaje się ograny, jednak siostrzyczki potrafią zrobić kilka niespodzianek (wpleciony refren z „Chandelier” Sii w „Rapper’s Delight”, reggae’owe „Girls Just Wanna Have Fun” czy wsparte na akordeonie „Tennessee Waltz”). Dodatkowym plusem jest zgrabny „Material Girls Medley”, gdzie przewijają się utwory o pieniądzach.

Siostrzyczki śpiewają po prostu uroczo i zwiewnie, zarówno oddzielnie, jak i zespołowo. Jest elegancko, z wdziękiem, dowcipem. Dlatego „The High Life” spodoba się przede wszystkim fanom muzyki retro. Ale nie tylko oni znajdą coś dla siebie – lekkie, przyjemne granie, które w żadnym wypadku nie pachnie naftaliną.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Laura Mvula – The Dreaming Room

the dreaming room

Trzy lata temu w Wielkiej Brytanii objawił się nowy, ciekawy głos śpiewający w rytmie soulu. Laura Mvula swoim „Sing To The Moon” oczarowała tysiące fanów na całym świecie. Teraz Laura wraca z nowym materiałem, nagranym wspólnie z Londyńską Orkiestrą Symfoniczną (przez nią też współprodukowany), ale nie jest to zbiór coverów, tylko premierowy materiał, zrobiony z rozmachem.

„The Dreaming Room” brzmi troszkę jak debiut, czyli jest dynamicznie i lirycznie, ale także bardzo nowocześnie. Daje się to odczuć już w sennym, choć krótkim „Who I Am” z łagodnymi dźwiękami dzwonków przeplatanymi echem i klawiszami, by płynnie przejść do singlowego „Overcome”. I teraz zaczyna się zabawa, gdzie czuć odrobinę retro (na funkowej gitarze gra Nils Rodgers z Chic) – soulowe, funkowe dźwięki są zmieszane z elektroniką i orkiestrą (te trąbki), tworząc epicki koktajl, a wokal Laury odbijający się jak echo, czaruje i uwodzi. I kiedy wydaje się, ze dojdzie do rozpędu, następuje wyciszenie w minimalistycznym „Bread”, by potem zmienić optykę w „Lucky Man”, gdzie do oszczędnej perkusji wchodzą organy oraz rzadko wchodząca gitara, kontynuując szlak w tanecznym „Let Me Fall” z szybkimi klawiszami.

I taka sinusoida dynamiki przeplatanej spokojem trwa do końca. „Kiss My Feet” zaczyna się prześlicznymi dzwoneczkami, by potem weszły trąbki oraz elektronika, przyspieszając w refrenie. I wtedy pojawia się ponad 6-minutowy „Show Me Love” – delikatny, wręcz rozmarzony utwór z fortepianem na pierwszym planie, przechodzący do smyczkowego „Renaissance Man” i utrzymanego w podobnym tonie „Angel”. Mvula ciągle eksperymentuje z brzmieniem, ale czasami takie zestawienie wywołuje znużenie (zwłaszcza krótkie, niecałe dwuminutowe kompozycje mogą wybić z rytmu) czy „People”, gdzie do klimatycznego tła wchodzi raper Wretch 32 czy „Nan, będąca rozmową telefoniczną.

Ten rozrzut mocno rzutuje na odbiór tej płyty, która mogłaby dorównać debiutowi. Nie brakuje klimatu, magii, a sam wokal nadal czaruje. Spodziewałem się wiele, ale poczułem się rozczarowany. Szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Mercury Rev – The Right in You

Mercury_Rev_-_The_Light_In_You_3

Jeden z mało znanych w Polsce zespołów rocka alternatywnego z USA. Nowojorski Mercury Rev działa na scenie od początku lat 90-tych, zawsze współpracując z producentem Davem Friedmanem. Tym razem jednak przy dziewiątej, studyjnej płycie z zeszłego roku, sami postanowili ją wyprodukować. I powstała ciekawa, pełna magii płyta.

Już otwierająca całość „The Queen of Swans” uwodzi melodyjnością, brzmieniem jakby ze snu (te klawisze, ciepły głos Jonathana Dunahue) i intrygującą wokalizą w tle. Czasami klawisze brzmią niczym melodia z pozytywki (początek „Amelie”, gdzie ciepłe smyczki i klarnet są skontrastowane z brudną gitarą), by potem zaczarować dzwoneczkami i harfą (śliczne „You’ve Gone With So Little For So Long” z kapitalnymi smyczkami) albo zmienić aurę tylko za pomocą gitary (odrealnione „Central Park East” z cudownymi klawiszami), nagłego wejścia żeńskiej wokalizy i fletów („Emotional Free Fall”). Z jednej strony jest to mocna alternatywa, ale podszyta odrobiną progresywnego stylu. Zachwyca bogactwo dźwięków i aranżacje, pełne cymbałków, smyczków, delikatnej gitary i harfy oraz wokal, niemal anielski, a co utwór, to małe cudo. Niby tylko jedenaście utworów, ale tak przepięknych, że nie ma szansy oderwania się od nich. Zwłaszcza po trzech pierwszych utworach robi się niesamowicie. Werble z dziecięcymi głosami w rockowym „Are You Ready?”, rozpędzony „Sunflower” z jazzującymi dęciakami czy przepiękny „Autumn’s In The Air”. To i tak nie wystarczy, by opisać wrażenia płynące z odsłuchu tej wyjątkowej propozycji.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

John Illsley – Long Shadows

John-Illsley-Long-Shadows

Dire Straits – to był jeden z lepszych blues rockowych zespołów jakie Matka Anglia miała w swoim dziedzictwie. Ale od ponad 20 lat grupy nie ma, a Mark Knopfler świetnie rozwija solową karierę. Ale jak się okazuje nie on jeden. O czym przypomina najnowszy album basisty tego zespołu, Johna Illsleya.

Na „Long Shadows” czuć echa macierzystej grupy – podobny klimat i gitara przewodzi. Dostajemy na dzień dobry instrumentalne „Morning”, gdzie poza gitarą akustyczną, pięknie gra fortepian ze skrzypcami. Ale daje to już mamy klasyczny blues z czasów świetności zespołu Marka Knopflera, czyli zadziornie, lirycznie i lekko. To czuć już w „In The Darkness” czy idącym w stronę country (ale tego lepszego) „Comes Around Again”. Nawet niski wokal Illsleya troszkę przypomina Marka Knopflera, ale całość jest bardzo solidna. Wymienianie poszczególnych utworów nie ma sensu, gdyż jest to wyrównany poziom przyjemnego bluesa w wersji light. Zawsze gra gitara, wspólnie z Hammondem, tworząc ten klimat jaki pamiętamy i w zasadzie jest tylko jedna wada: tylko osiem utworów? Ale za to jakich!

7/10

Maria Peszek – Karabin

Karabin

Skandalistka powróciła. Maria Peszek nadal gra w swojej muzyce publicystykę, wsadza kij w mrowisko, kontynuując drogę wyznaczoną albumem „Jezus Maria Peszek”. Czy to dobrze?

Nadal mamy tutaj kwasową elektronikę od Michała Foxa, który tworzy niepokojącą aurę, nawet skręcając w stronę techno. Tak już jest w „Gwieździe”, gdzie do nakładających się syntezatorów nakłada się minimalistyczna perkusja z tłustym bitem. Mroczniejsza „Krew na ulicach” wywołuje ból, skoczniejszy „Elektryk” może się podobać lekkim podkładem, „Żołnierzyk” ze smutnym fortepianem idealnie współgra z tekstem. Wpada też w ucho taneczne „Tu i teraz” oraz minimalistyczny „Jak pistolet” z uderzającą perkusją i falującej elektronice w tle, ale kiedy wejdziemy w warstwę tekstową, to już nie jest tak ciekawie. Artystka nadal negatywnie patrzy na Polskę jako kraj pełen zawiści, nietolerancji, hipokryzji, nieudanych związków („Samotny tata”). O ile gdy przygląda się temu z perspektywy drobnych, szarych ludzi jak w „Samotnym tacie” czy „Żołnierzyku” jest w stanie chwycić za gardło, o tyle takie utwory jak „Polska A B C i D” czy „Krew na ulicach” to już niemal skręt w publicystykę, wręcz niemal deklarację polityczną. Ale i tak wszystkich wkurzy „Modern Holocaust”, gdzie Peszek dosadnie mówi o naszym ciemnogrodzie i źródle zła.

Marysia (nie wiem, czemu zdrobniłem to imię) bardziej recytuje niż śpiewa, ale robi to dobrze. Nadal kreuje się na osobę pragnącą normalności, jednak pozostaje w tym wiarygodna. Chociaż dosadność tekstów mnie czasem odrzuca (ale może inaczej nie da się o pewnych sprawach opowiedzieć), to jest to mniej nachalne niż na poprzedniku.

Bałem się tej płyty, a wyszło całkiem przyzwoicie. Bywa mocno, kontrowersyjnie, ale i poruszająco.

7/10

Radosław Ostrowski

John Carpenter – John Carpenter’s Lost Themes II

lost themes 2

Nikt nie spodziewał się, że John Carpenter jeszcze się kiedykolwiek odezwie. Ten kultowy reżyser niskobudżetowych horrorów w zeszłym roku wydał instrumentalny album „Lost Themes”, który brzmiał jak ścieżka dźwiękowa do niezrealizowanego filmu mistrza. Teraz wyszła druga część tej płyty i mogę powiedzieć z ręką na sercu – znowu się udało.

I nadal jest to muzyka elektroniczna. „Distant Dream” daje mocnego kopa w postaci uderzeń perkusji i dziwnych pasaży z podrasowana gitarą, by potem wejść w niepokojący bas z dyskotekową perkusją (mocniej uderzającą w środku), by wzbudzić aurę niepokoju. Do tego nie potrzebuje zbyt wiele, a to co ma (syntezatory i sporadyczna obecność gitary elektrycznej wystarczą). Czuć to nawet w „White Pulse” z tykającymi zegarami na początku i delikatnym klawiszom, przypominającym troszkę „Tubular Bells” Mike’a Oldfielda. Nawet tykające „Persia Rising” ma w sobie nieprzyjemną aurę, a „Angel’s Asylum” z sakralnego wstępu zmienia się w nocny pości, co podkreśla perkusja oraz rockowa gitara. I nawet odrobina spokoju, jest tylko chwilką na złapanie oddechu. A na finał tego utworu dostaje akustyczną gitarę.

Nawet pulsujący bit a’la Cliff Martinez nie pozwala na złapanie oddechu („Hofner Dawn”), a wodny strumyk okazuje się zdradliwy (ejtisowska „Windy Death”). Nad wszystkim czuć ducha Tangerine Dream (ciężki „Dark Blues”) oraz prac Carpentera do filmów z lat 80. (zwłaszcza kapitalny „Bela Lugosi”), a nawet czuć epicki rozmach („Utopian Facede”).

Jedno pozostało niezmienne – Carpenter nie stracił nosa do tworzenia klimatycznych melodii za pomocą oszczędnego instrumentarium. Jest mrocznie, niepokojąco, nawet lirycznie i przed oczami tworzy się film. Ja jednak czekam na nowy film Carpentera, bo soundtrack już do niego powstał.

8/10

Radosław Ostrowski