Hollywood Vampires – Hollywood Vampires

Hollywood_Vampires_album_cover

Termin supergrupa jest troszkę ostatnio nadużywany. W skrócie chodzi o to, ze doświadczeni muzycy znani z dokonań w innych grupach i/lub solo, tym razem łączą siły, by razem coś nagrać. W zeszłym roku pojawiła się taka nowa grupa. Jej członkami są niemal starzy znajomi i współpracownicy: Alice Cooper, gitarzyści oraz klawiszowcy Tommy Henriksen i Bruce Witkin oraz perkusista Glen Sobel. Do nich dołączył kompletnie nieznany gitarzysta Johnny Depp (nazywa się tak jak ten sławny aktor, prawda?) i tak powstało Hollywood Vampires, którzy wydali debiut.

Album w sumie zawiera trzy premierowe kawałki oraz 11 coverów, a od strony produkcji wsparł ich sam Bob Ezrin (współpraca m.in. z Pink Floyd czy Deep Purple). Sam opener zapowiada, że będzie mrocznie, tajemniczo. „The Lest Vampire” zaczyna się podmuchami wiatru, dzwonami, thereminem oraz ciężkim głosem Christophera Lee, czyli legendarnemu odtwórcy hrabiego Draculi, kończąc: „Listen too them, the children of the Wight. What music they make”. No i dostajemy czad z ogniem w postaci „Raise The Dead”, gdzie gitara z sekcją rytmiczną mocno walą, a obydwaj wokaliści drą się aż miło. Dalej za to są nieśmiertelne numery jak „My Generation”, „Whole Lotta Love” czy szalona zbitka „School’s Out/Another Brick In the Wall Pt. 2” oraz druga sklejka „Five To One/Break On Through”. Kapela czuje rocka, gra po swojemu, chociaż linia melodyjna oryginałów zostaje zachowana. Nawet nastrojowy i popowy Harry Nilsson został poddany rockowej obróbce (zbitka „One/Jump Into The Fire”)

Widać to choćby w przypadku „Whole Lotta Love”, gdzie słyszymy najpierw bas i harmonijkę, a dopiero potem odzywają się gitary (jedna z nich należy do Joego Perry’ego), a śpiewa sam Brian Johnson z AC/DC. A propos gości, muzycy zaprosili całą armię i to samych znakomitości. Wokalnie – poza wspomnianym Johnsonem – udziela się Perry Farrell z Jane’s Addiction i Paul McCartney, który poczuł w sobie syna nocy (w „Come and Get It” daje do pieca), a instrumentalnie jest tutaj m.in. sam Ezrin, Dave Grohl, Robby Krieger (The Doors) czy Slash. To się nie mogło nie udać.

Chociaż są utwory tak znanych wykonawców jak T.Rex, Jimi Hendrix czy Plastic Ono Band, muzycy naznaczają te kawałki swoim piętnem, co czuć choćby w przepełnionej elektronicznymi zabawami „Itchycoo Park” (końcówka, gdy Alice jest zdumiony i pyta – perła) czy „Cold Turkey”.

Jak słychać wampiry kochają rock’n’rolla i to takiego z ogniem. Czy ten projekt czy przetrwa czy to tylko jednorazowa akcja, czas pokaże, ale jedno jest pewne. Mam ochotę na więcej – krwi, zadymy, imprezy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Rufus Wainwright – Take All My Loves – 9 Shakespeare Sonnets

Take_All_My_Loves_-_9_Shakespeare_Sonnets

Brytyjsko-kanadyjski wokalista Rufus Wainwright znany był z tego, że czerpał garściami z muzyki lat 70. w swoich dokonaniach. Tym razem jednak podjął się znacznie ambitniejszego celu. Z okazji 400. rocznicy śmierci Wiliama Szekspira – takiego Angola, uważanego za jednego z najwybitniejszych autorów literatury wszech czasów. I razem z kompozytorem Mariusem De Vriesem, Rufus nagral album z sonetami Szekspira, zapraszając wielu gości oraz orkiestrę BBC.

Brzmi ambitnie, a same utwory to mieszanka recytacji w wykonaniu zawodowych aktorów (m.in. Carrie Fisher, Williama Shatnera czy Heleny Bohnam Carter), gdzie sporadycznie w tle gra muzyka ze śpiewanymi wersjami. To tłumaczy dlaczego, mimo wykorzystania 9 sonetów na płycie jest 16 ścieżek. Dominuje tutaj klasyczne, eleganckie brzmienie, czasami podniosłe („When Most I Wink” śpiewane przez sopranistkę Annę Prohaską, gdzie obok łagodnych fletów gra marszowa perkusja), w tle pojawi się z rzadka elektronika (początek onirycznego „Take All My Lovers”), wreszcie pojawi się lekkość akustycznej gitary („When In Disgrace With Fortune And Men’s Eyes” z głosem Florence Welch), a nawet czysty, dynamiczny rock („Unperfect Actor”, gdzie wokalnie szaleje Rufus z siostrą Marthą, Florą Cutler i Heleną Bohnam Carter). Innymi słowy, jest pełny misz-masz. Najmroczniejszy jest w tym zestawie Sonnet 66, gdzie najważniejszy – poza Rufusem oraz anielskim głosem Christophera Neila – jest niemiecki wokalista Jurgen Holtz, ale całość jest bardzo spójna i potrafi zaintrygować.

Wielu może znużyć obecność operowego głosu Anny Prohaski, jednak Rufus (tym razem rzadko się pojawiający i strasznie gościnny) wie, co robi. Dawno nie było na jednym albumie takiego miksu muzyki poważnej i rozrywkowej, którą połączył Szekspir. Kto by się tego spodziewał?

7,5/10

Radosław Ostrowski

John Porter – Honey Trap

honey trap

Obok Raya Wilsona to najbardziej znany zagraniczny muzyk mieszkający w Polsce od lat. Gitarzysta, wokalista, autor tekstów, współtwórca Maanamu – to tylko nieliczne dokonania Johna Portera. Dwa lata temu Walijczyk wydał swój ostatni, studyjny album  „Honey Trap”, którą współprodukował z Philem Brownem (współpraca m.in. z Talk Talk, Robertem Plantem czy Bobem Marleyem). Co z tego wyszło?

Mieszanka rocka, bluesa z folkiem. Czuć ducha dawnych lat, co czuć w garażowym „My Dark Places” z falującymi riffami na początku, wprowadzając w mroczny nastrój. Podobnie jest w surowym „In The Blue Room”, które nadawałoby się idealnie do filmu Davida Lyncha (pulsujący bas, ścinająca gitara), by następnie zagalopować w tytułowym utworze, nadając odpowiednie tempo, nie zmieniając klimatu. I wtedy następuje niespodziewane wyciszenie w postaci „Light on a Darkened Road” z poruszającymi smyczkami oraz lirycznym fortepianem, kontynuowane przez rock’n’rollowy „Night Smoke”.

Jednak spokój nie trwa długo, co sygnalizują mroczne klawisze oraz powolny bas wsparty przez zadziorną gitarę w „Where The Sun Never Shines” oraz smęcący (ale za to jak!) „Black with the Blues” z plumkającymi smyczkami i ostrym riffem pod koniec, dając na finał… odjeżdżający pociąg. Bluesowe „Love Don’t Save You” z nieprzyjemnymi organami od połowy potrafi zmrozić krew w żyłach, a oniryczne „Dreaming of Drowning” ma w sobie coś z klimatu Nicka Cave’a.  I tak mroczno-lirycznie zostanie do końca (bluesowe „Something New”).

Sam Porter z lekko zmęczonym, „cave’owym” głosem robi niesamowite wrażenie, tak samo jak refleksyjne (i pozbawione banalności) teksty. Ta pułpka na miód okazała się zabójczo skuteczna i trudno będzie ją wymazać z głowy.

8/10

Radosław Ostrowski

Andy Black – The Shadow Side

andyblackshadowsidecd

Wielu fanów muzyki kojarzy Andy’ego Blacka (właściwie Andy’ego Biersacka) jako muzyka grającego ciężkiego rocka, ze skrętami w metal z zespołem Black Veil Stoned. Tym większym zaskoczeniem był fakt, że wokalista postanowił wydać solowy album.

Jeszcze większą konsternację wywołał fakt, że „The Shadow Side” zawiera muzykę elektroniczną z lat 80. zmieszana z rockowym pazurem. Demonstruje to opener „Homecoming King”, gdzie poza falującą elektroniką w połowie wchodzi fortepian ze smyczkami oraz sekcją rytmiczną i pędzącą gitarą elektryczną. Takie mieszanie rocka z popem może wydawać się dość karkołomne oraz niespójne. O dziwo, ten koktajl potrafi działać energetycznie, co czuć choćby w tanecznym „We Didn’t Have To Dance” czy pulsująco-mrocznym „Ribcage”. Nawet w stadionowym „Stay Alive” czuć mocnego kopa (gitary, sekcja rytmiczna i zaśpiew w w refrenie), chociaż dla mnie jest trochę zbyt hałaśliwe.

Dalej jest misz-masz, troszkę popowo (lightowe „Love Was Made to Break” czy pełne ciepłej elektroniki „Beautiful Pain”), czasami skręcając w r’n’b (podniosłe „Put The Gun Down” z wszelką maścią cykaczy) oraz pop-rockowa jazda („Drown Me Out”, gdzie swoje robi perkusja). Najciekawszy z tego zestawu jest „Paint It Black” (ta lekka gitara), przestrzenne „Break Your Halo” z tykającymi klawiszami i rockowe „Loud Than Your Love”, gdzie gitara może się wyżyć.

Szostki wokal Blacka dobrze pasuje do muzycznej otoczki, chociaż miałem na początku pewne wątpliwości. Mieszanka muzyczna jest spójna dzięki wokalowi Blacka i jego energii. Czasami wchodzi patos (finałowe „The Void”), ale nie sposób od tych utworów oderwać uszu. Porządny pop.

7/10

Radosław Ostrowski

Eric Clapton – I Still Do

I_Still_Do_Album_Cover

Tego Pana przedstawiać nie trzeba. Eric zwany też „Slowhand” jest facetem, który od wielu lat niczego nie musi udowadniać i nagrywa takie płyty, jakie mu się żywnie podobają. Od bardzo dawna jednak Clapton odpuszcza sobie autorskie kompozycje, poświęcając się coverom. Nie inaczej jest w „I Still Do”, wyprodukowanym przez Glyna Johnsa, z którym Eric wydał nieśmiertelnego „Slowhanda”.

Na albumie dominują covery, będące hołdem dla klasycznego bluesa, co już słychać w przesiąkniętym Nowym Orleanem „Alabama Woman Blues”, gdzie dominuje fortepian oraz akordeon. Singlowy „Can’t Let You Do It” to Clapton jakiego znamy – dynamiczny, gitarowy i zadziorny, by potem wyciszyć się w akustycznym „I Will Be There”. Eric nagrał także dwie własne kompozycje – zadziorniejszy (gitarowo) i niemal sakralny (klawisze) w „Spiral”, a drugi to bardziej nastrojowy „Catch the Blues” przypominający troszkę spokojniejsze wcielenie Carlosa Santany. A im dalej, tym Eric gra bardziej kojąco, odrobinę melancholijnie („Little Man, You’ve Had a Buisy Day”), jednak pojawia się odrobina zadziorności (niemal skoczne „Stones in My Passaway”).

Mimo jednak zróżnicowania tempa, „I Still Do” bywa miejscami usypiające, niektóre piosenki jednym uchem wypadają. Do samego Claptona, jego gry gitarowej oraz wokalu nie mam zastrzeżeń. Ten facet jest marką samą w sobie, ale to troszkę za mało, by nazwać „I Still Do” dobrym albumem. To przyzwoite dzieło, charakterystyczne dla tego bluesmana, gdzie dominuje bardziej spokój niż ikra. Eric jeszcze może, ale czy powinien?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Santana – Santana IV

santana 4

Carlos Santana to jeden z najpopularniejszych gitarzystów rockowych wszech czasów. Po ostatnich latach (znakomity instrumentalny „Shape Shifter” oraz bardziej przebojowe „Corazon”), meksykański muzyk postanowił skrzyknąć kumpli, z którymi grał w latach 70. i wrócić do korzeni. Carlosa wsparli klawiszowiec Gregg Rolie, perkusiści Mike Carabello i Michael Shrieve ze starego składu (ostatni raz grali przy „Santana III”), do którego dołączył gitarzysta i wokalista Neal Schon oraz grający na timbalach Karl Perazzo. Muzyczny powrót do korzeni?

Jak najbardziej, dodatkowo jednocześnie dostajemy meksykańskiego ducha (te perkusjonalia), połączona z zaśpiewami (niemal szamański „Yambu”) i popisami muzyków. Sam Carlos też pokazuje na co go stać (soczysty „Shake It” z pazurem), ale i nie brakuje potencjalnych przebojów radiowych (niemal zmysłowy „Anywhere You Want to Go” ze świetnym rytmem czy funkowy, rozkręcający się „Love Makes The World Go Around”). Jednak same piosenki to tylko dodatek do popisów instrumentalnych zespołu. Muzycy mieszają czystego rocka z jazzem i soulem, co czuć w długim „Fillmore East”, gdzie riffy Carlosa kontrastowane są z wolną grą perkusji. Sam utwór wymaga sporo cierpliwości, ale nadrabia to klimatem oraz świetnym brzmieniem czy finałowym „Forgiveness”.

Pojawiają się te pewne zaskoczenia. „Choo Choo” drażni swoim dyskotekowym bitem, jednak gdy wchodzi Hammond i „orientalny” riff, zaczyna się robić przyjemnie. „All Abroad” następujący tuż po w/w utworem jest energetyczną petardą, pełną szaleństwa, z kolei „Suenos” to niemal romantyczny, nastrojowy kawałek, gdzie Carlos gra na gitarze akustycznej. I uwodzi. „Caminado” atakuje dęciakami oraz „kosmiczną” elektroniką, by strzelić w ryj hard rockowymi riffami, a „Blues Magic” jest zaskakująco delikatne (tylko Carlos dodaje czadu, ale już w „You And I” bardzo łagodnieje, staje się wręcz nostalgiczny).

Wokalistą jest tutaj Schon i dobrze się odnajduje w swoim zadaniu, jednak tak naprawdę liczy się tylko Santana wracający do swojej wielkiej formy. Zdarza mu się zwyczajnie popisywać („Echizo”), jednak nigdy nie idzie w przesadę, nie niszczy żadnej kompozycji, dodaje wiele od siebie, a i kompozytorem nadal jest dobrym. Album jednak wymaga trochę cierpliwości (trwa ponad godzinę i dominują kompozycje instrumentalne), ale od czasu „Shape Shifter”, czyli od 2012, Carlos nie nagrał dawno tak świetnego materiału.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Brodka – Clashes

ru-0-r-650,0-n-Ns2225297l0Wt_brodka_clashes_okladka_tracklista_i_cena_nowej_plyty_2016

Żadna polska w ostatnich latach nie zrobiła takiego zamieszania na scenie jak Monika Brodka. Gdy sześć lat temu wyszła „Granda”, nikt nie spodziewał się takiej alternatywnej petardy. Minęło jednak od tego czasu wiele i fani czekali na powtórkę emocji, a sama artystka była gotowa na podbój świata.

Za produkcję „Clashes” odpowiada Noah Georgeson – amerykański wokalista i gitarzysta, który współpracował m.in. z The Strokes czy Charlotte Gainsbourg. I ten amerykański duch jest mocno obecny, co nie objawia się tylko obecnością gitar. Zaczyna się jednak od onirycznego „Mirror Mirror” z uwodzącymi cymbałkami oraz brzmieniem, niemal ze starej płyty (te nakładające się głosy). Singlowe „Horses” i „Santa Muerte” to z jednej strony bardziej melodyjne utwory ze świetną sekcją rytmiczną, z drugiej kontynuują szlak wyznaczony przez openera, co wyczuwa się w dźwiękach klawiszy. Mroczniejszy jest „Can’t Wait for War” z dęciakami oraz marszową perkusją, zapowiadającą najgorsze czy oparty na akordeonie wspieranym przez oszczędną perkusję „Holy Holes”. Dołącza do nich dziwnie pobrudzona gitara, tworząca nieprzyjemna aura.

I nawet spokojniejsze utwory jak hipnotyzujące „Haiti”, podskórnie wprowadzają w niepokój, co jest zasługą wszelkiego rodzaju echa w tle (chórki) oraz oszczędnego dawkowania instrumentów czy „Funeral”, bardziej idący w stronę Skandynawii (klawisze, dzwonki, chórki). Na szczęście jest też jeden radosny i skoczny numer, czyli „Up in the Hill” z gwizdami, gitarą i dynamiczniejszą perkusją, gdzie czuć ducha starego rock’n’rolla czy niemal punkowy „My Name is Youth” (szkoda, że taki krótki i gwałtownie przerwany), wyciszony przez ascetyczne „Kyrie” (wokaliza i gitara).

Całość jest spójna i strasznie klimatyczna, a sama Brodka idzie w zupełnie nieoczywistym kierunku. Jej śpiew bywa czasami oniryczny, idealnie współgrający z kompozycjami. Uwodzący, bardzo delikatny, przestrzenny, a jej angielski jest kompletnie bez zarzutu.

„Clashes” to mocne wydawnictwo, gdzie wszystkie elementy dopieszczono, nie ma poczucia wstydu, i polskiego kompleksu. Poziom światowy, gdzie amerykańska gitara miesza się ze skandynawskim klimatem, trzymający w klinczu do samego końca. Album wielokrotnego użytku, do którego będę jeszcze wracał.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Julia Pietrucha – Parsley

parsley

To, że aktorzy biorą się za śpiewanie nie zaskakuje mnie. Ale nawet ja nie spodziewałem się osoby, którą tym razem podjęła wyzwania. Julię Pietruchę wszyscy znali jako serialową „Blondynkę”, a potem wzięła udział w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”, gdzie gwiazdy naśladowały innych, także głosem, co można uznać za zalążek powstania tego albumu. Ale to tylko moje spekulacje.

„Parsley” jest albumem w całości zrealizowanym przez Pietruchę. Nie tylko sama zaśpiewała, ale też napisała piosenki oraz wyprodukowała (wspólnie z mężem, scenografem Ianem Dow). Prześliczna okładka zapowiada ciepłą, niemal letnią muzykę. Wrażenie to potęguje opener „Living on the Island”, gdzie w tle słyszymy szum fal oraz ukulele. I już widziałem siebie nad tym morzem, a im dalej, tym bardziej ta nastrojowa aura była odczuwalna. Nawet obecność nie wywoływała we mnie poczucia monotonii w przeciwieństwie do tragicznego albumu Karen O., opartego na podobnym pomyśle. Marzycielski „Where You Going Tonight” z delikatną gitarą elektryczną oraz chórkami, wspierany przez jazzowa perkusję „Little More”, wreszcie pełen ognistego brzmienia skrzypiec w barwnym „Stand Still”. Nawet pojawia się miejsce dla starego rock’n’rolla („Swing Boy”), swingu („Ship of Fools”), a od połowy płyty ukulele zastępuje fortepian.

Bywa on czasami dynamiczny jak diabli („Julien”, „Ship of Fools”), ale też i bardziej wyciszony, melancholijny (singlowy „Midsummer Day’s Dream”), a z tych fragmentów najbardziej wybija się mroczniejszy „Mom”, grany na gitarze.

„Parsley”, jeśli ma być początkiem nowej drogi pani Pietruchy, jest interesującym, letnim (w sensie pory roku, w której by się jej słuchało oraz klimatu) materiałem, wprawiającym odbiorcę w stan błogiej lekkości. Takich dziewczyn z gitarami było wiele, ale z ukulele to jeszcze ani jedna. A to rzuca się w ucho.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Backward Runners – Another Day, Another Dream

another day, another dream

Kolejny młody zespół warty uwagi pojawił się na polskiej scenie muzycznej. Powstały dwa lata temu w Olsztynie Backward Runners tworzą: Maciej Romanowski (gitara), Oscar Jensen (wokal), Małgorzata Zemanowicz (klawisze, wokal), Jacek Olszewski (bas) i Maciej „Adaś” Pancer (perkusja). I na początku tego roku ci doświadczeni muzycy grający wcześniej m.in. w zespołach Kofeina i Komp wydali swój debiut.

„Another Day, Another Dream” wyprodukował mózg zespołu, czyli Maciej Romanowski oraz Piotr Kędzierzawski – gitarzysta Huntera. I jest to melodyjny prog-rock, czerpiący garściami z dorobku innych, co nie jest wadą. Otwierający całość „Rise” z zapętloną perkusją oraz malowniczymi riffami ociera się o bluesa, a nad wszystkim mocno czuwa duch Stevena Wilsona. Po części to zasługa wokali Jensena, przypominający troszkę tego amerykańskiego muzyka. W „I Could” pojawiają się w tle smyczki z fortepianem, zmieniającą się perkusją (w połowie marszową, by potem znormalnieć), a mroczniejszy „Newborn” z niskim głosem oraz niespokojną gitarą z elektronicznymi smykami wywołuje poczucie niepokoju. Podobny klimat czuć w „Fairy Tale”, którego początek mógłby idealnie nadawać się do filmu Davida Lyncha, gdyby nie chwytliwy refren oraz klawisze. Czaruje też „Gravity” z rozmarzonymi klawiszami na początku czy troszkę marillionowy „Put the Line”.

Kompozycje są naprawdę dobre, chociaż nie jest to nic nowego w tym gatunku. „Another Day, Another Dream” to bardzo melodyjna, chwytliwa i przyjemna płyta, jak na tego typu muzykę. No i Olsztyn górą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Maja Kleszcz & incarNations – Romantyczność

romantycznosc

incarNations tworzy duet dwojga muzyków z Kapeli ze wsi Warszawa – Mai Kleszcz oraz Wojciecha Krzaka, którzy w 2008 roku odeszli z macierzystej formacji, szukając własnej drogi. Na swojej trzeciej płycie znowu zaskakują mieszanką styli i gatunków.

Wspierani przez zawodowych muzyków (perkusista Jerzy Rogiewicz, pianista Jacek Kita oraz kontrabasista Piotr Domagalski) oraz przez teksty m.in. Bogdana Loebla i Agaty Dudy-Gracz stworzyli bardzo romantyczną muzykę. Zaczyna się bardzo staroświeckim „Pięknym brzegiem – Żoli”, który bardzo przypomina dokonania przed (i tuż po) wojennych artystów – delikatna gitara oraz perkusja, gwizdy. Potem pojawia się echo fortepianu (żwawe, jazzowe „Zanim wstanie miasto” – kontrabas z gitarą błyszczą), elegancki Hammond („Najpiękniejsza jak aniołek w raju” z kapitalnym środkiem instrumentalnym), folkową gitarę („Przynieś kwiaty”), a nawet jest jeden utwór mocno pachnący – jakby to ująć – mistycznym wschodem (akustyczny „Mej miłości oddam jabłko”).

incarNations nie boi się mieszać kabaretowej estetyki (pijacki „A może miałby pan ochotę”, którego nie powstydziłby się sam Tom Waits) z melancholijnym jazzem („Noc smutna w więzieniu”) i rock’n’rollem („Mocno trzymaj mnie” to jakby mroczniejsze… Voo Voo), jednak wszystko to skleja ze sobą tematyka miłości – od tej romantycznej po zgorzkniałą, okraszoną czarnym humorem (świetne teksty). Także wokal Mai ma w sobie coś tajemniczego, przykuwającego uwagę, ale nie irytuje, co mi przeszkadzało wcześniej. Aż do brutalnego finału w „Wojnie lubi jeść” i wcześniejszych „Wilczych kłów”. Niezapomniane doświadczenie i na chwilę obecną – najlepsza polska płyta 2016.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski