Zespół IRA (nie mylić ze słynną organizacją terrorystyczną) w tym roku obchodzi 30-lecie działalności. Czasami jeszcze potrafią wrzucić do pieca i zagrać tak mocno, ostro jak na początku, ale to przeszłość. Chociaż może nie, może jeszcze mają w sobie ten ogień? Jedenasty album kapeli nie daje jednoznacznej odpowiedzi.
Początek to lightowe „Powtarzaj to”, gdzie gitara złagodniała, ustępując miejsca klawiszom. Bardziej ostre są „Kamienie”, przypominające ten pazur, z jakiego znana była ekipa Gadowskiego, podobnie „Tam, gdzie czas”, chociaż akustyczny wstęp może zmylić. Jednak im dalej, tym jest bardziej sentymentalnie, lightowo i nieznośnie patetycznie (finałowe „Wybacz” z chórem gospel w tle). Riffy potrafią być miejscami ostre (środek „Nie wszystko już było” czy zacinające się w „Prawdę mówiąc”), Gadowski nadal ma iskry w głosie, jednak nie da się tego słuchać. Teksty o sprawach ważnych i poważnych są wykładane tak mocno i łopatologicznie, że jest to strasznie bolesne.
Na szczęście piosenek jest tylko 10 i nie są zbyt długie, ale to marne pocieszenie. Po mocnej „X”, tutaj jest mocno wyraźna obniżka formy. Jak widać u niektórych z wiekiem brakuje mocy. Innymi słowy, jeśli nie musicie, to nie słuchajcie.
Czy wiecie, że Bob Dylan dzisiaj kończy 75 lat? Mimo tak pięknego wieku, jeden z najważniejszych artystów muzyki folkowo-rockowej nie odpuszcza i zaledwie po rocznej przerwie wydaje nowy album, wyprodukowany przez siebie samego.
„Fallen Angels”, tak jak poprzednik to zbiór coverów zawierających klasykę amerykańskiej muzyki śpiewanej przez Franka Sinatrę. Muzyka jest niespieszna, wszyscy grają tak łagodnie jak się tylko da. Klimat niczym z nagrań z lat 50., ale chyba o to tutaj chodziło. Dylan nie musi nikomu niczego udowadniać, z wiekiem jego głos nabrał szlachetności, jednak potrafi czasem zaskoczyć. Ładny jest sentymentalny „Maybe You’ll Be There” z dęciakami oraz ciepłym solo skrzypiec, podobnie jak w „Skylark”, każde wejście steel gitar sprawia, iż czujemy się jak na Hawajach („All The Way”, „Nevertheless”), skręci troszkę w łagodny jazz („All Or Nothing At All”) i ukołysze („Melancholy Mood” czy skoczniejsze „On a Little Street on Singapore”).
Problem w tym, że tak naprawdę Dylan nie daje niczego nowego, tak jak cztery lata temu swoim znakomitym „Tempest”. Ktoś powie, że taki artysta nie musi nikomu niczego udowadniać, może nagrać co chce i mieć gdzieś to, czy komuś się to spodoba czy nie. Sam album jest całkiem niezły, miejscami bujający, może mało odkrywczy, za to pełen nostalgii. I chyba największym fanom Dylana oraz poszukiwaczom melancholii warto polecić „Fallen Angels”. Reszta obniży sobie ocenę o jeden punkt.
Pewnie wielu młodych czytelników nie kojarzy zespołu Oddział Zamknięty. Pierwszym wokalistą tego świetnego rockowego zespołu był Krzysztof Jaryczewski, który jednak z powodu narkotyków i utraty głosu, został wyrzucony z grupy. Po wielu latach jednak powrócił z zespołem Jary Band. Teraz postanowił skrzyknąć znajomych ze starego składu Oddziału (gitarzystę Krzysztofa Zawadkę oraz wokalistę Zbigniewa Bieniak), połączyć ich z nowymi znajomymi z Jary Bandu (basistę Andrzeja „Pierwiastka” Potęgę i perkusistę Michała Biernackiego), tworząc zespół Jary OZ.
„Jary Oz” to dwupłytowy materiał nowego zespołu. Pierwszy album to akustyczne wersje przebojów z czasów, gdy Jary był wokalistą pierwszego Oddziału. Ktoś powie, że to pójście na łatwiznę i gra na sentymencie fanów. Na szczęście te kawałki bronią się same, a kilka aranżacji (piękny „Debiut” z poruszającymi smyczkami, pachnący country „Zabijać siebie”, nieśmiertelne „Obudź się” i „Ten wasz świat” czy reggae’owe „Dobre rady”) to perełki realizacyjne. Dla mnie to też była szansa usłyszenia wyniszczonego głosu Jaryczewskiego, który jednak daje radę. Gitary, smyczki, fortepian, nawet delikatne chórki – to robi dobrą robotę. Plusem jest też wokalne wsparcie córki Jarego (świetnie wypada w „Pokusie”).
Ale drugi album to premierowe kompozycje. „Pysk” z syrenami w tle to już czysty, rockowy numer w wersji light. Nawet wykorzystanie autotune’a nie irytuje. Nie brakuje zarówno szybkich numerów (zadziorny „Egozen” czy pachnący wczesnym AC/DC „I wszystko dobrze”), ale i spokojniejsze momenty (orientalny „Do Do”) w niewielkiej ilości i parę razy zaskakuje (dęciaki w marszowym „Płynę w kosmos” czy harmonijka ustna w ognistym „Hulaj dusza”). W tekstach dość krytycznie odnosi się do współczesnego świata, dotykając m.in. kwestii imigracji, wiary w lepszy świat itp.
W tym przypadku określenie stary, ale Jary nie jest w żadnym wypadku zniewagą. Jaryczewski jest w świetnej formie i mógłby wiele osób rozruszać na koncertach, ale ma też coś do powiedzenia. Kombinacja idealna.
W zeszłym roku twórca nieśmiertelnego „Zegarmistrza światła” obchodził 40-lecie pracy artystycznej. I to było pretekstem do wydania pierwsze od 12 lat płyty. Tadeusz Woźniak wraca do swojego poetyckiego świata, zapraszając także i nas.
Muzyk nie boi się mieszać łagodności gitar i fortepianu z elektroniką, co czuć w otwierającym całość „A ty się ziemio nie bój” (piękne solo na trąbce pod koniec), nie pozbawionym patosu. Nie brakuje ubarwień dźwiękowych jak odgłos muzyka z radia w reggae’owej „Jaka piękna palma” czy dyskotekowa perkusja w „Mam takie wrażenie”. Woźniak kompletnie miesza style i gatunki – nie brakuje zarówno country (sielankowe „Wolę do Mławy”) po elektroniczny pop zmieszany z rapem („Ja chcę latać” z klawesynem na początku). Kompozycje są tutaj w większości spokojne, chociaż nie pozbawione patosu oraz sentymentalizmu. Na szczęście, udaje się nie przekroczyć granicy popadania w śmieszność, nawet w klaskanym „Od jutra się wszystko zmieni” czy ocierającym się o dokonania Bryana Ferry’ego „Jaki jest każdy dzień”.
Samo Woźniak ze swoimi lirycznymi tekstami, tworzy intrygujący konglomerat, współgrając z graną muzyką. Inspiruje się Dylanem, sceptycznie odnosi się do świata współczesnego i duma nad przemijaniem. Jestem absolutnie zachwycony i wierzę, że to nie jest ostatnie słowo.
Każdy fan rocka tworzonego po 2000 roku wie, kim jest Piotr Rogucki. Charyzmatyczny frontman Comy (ostatni album grupy wyszedł pięć lat temu, może pora na coś nowego) i przez lata juror jednego z popularnych talent show w Polsce, znowu wydał solowy materiał. Czy warto było czekać? Nie jestem pewny.
Sporo jest tutaj elektroniki, co serwuje ambientowy początek „Vision of Sound”, mieszając go z gitarami. Potwierdza to także dziwaczne, singlowe „Dobrze”, gdzie perkusji towarzyszy przestrzenna elektronika, tworząca niepokojący klimat. Nawet gitara robi tutaj za tło, szmery w tle drażnią, a maniera Roguckiego może drażnić. Nawet elementy spokojniejsze (cymbałki w „Mama 01”), bywają bardziej irytujące. Podobnie jak przeskoki językowe – raz jest po polsku, by potem wejść na angielski. Z dziwacznych wstawek, warto wyróżnić walenie młotkiem kowalskim w „Emotions”, mechaniczne klawisze w „Całuj się”, strzelająca perkusja w „Wannie”. Takiego rozrzutu i chaosu nie słyszałem od czasu ostatniego albumu Muse. Da się tych utworów wysłuchać do końca, chociaż dla mnie najciekawsze są „Ludzie wrony”, który po agresywnym i eksperymentalnym wstępie, łagodnie w niemal jazzowej estetyce, by znowu wejść w psychodeliczno-ambientowo-elektronicznej oprawie (tylko wtedy, gdy Roguc nie śpiewa).
Muzyk chyba za bardzo poczuł się artystą i stworzył taką kaszankę, teksty są tak bełkotliwe, że nie wiadomo o co tutaj chodzi, a zawodzenie Roguca jest tak nieprzyjemne, iż odechciewa się po pierwszym odsłuchu wracać do tej „artystycznej” płyty. Absolutnie unikać.
Polski zespół Tides from Nebula to jeden z nielicznych grup, grających muzykę instrumentalną, czyli rock progresywny. 3 lata temu swoim „Eternal Movement” przykuli moją uwagę, ale ekipa Macieja Karbowskiego nie odpuszcza i znowu gra swoją kosmiczną muzykę. Nie inaczej jest w „Safehaven”.
Czwarty album zawiera tylko osiem utworów, ale aura jest niesamowita. Właściwie jak to opisać? Kwartet – po raz pierwszy – sam wyprodukował całość bez wspierania się innymi. Czuć ten kosmos już w utworze tytułowym, z eterycznymi klawiszami, monotonnie uderzającą perkusją oraz konsekwentnie przycinającej gitary. Paleta dźwięków staje się silniejsza, słychać nawet kobiecą wokalizę. Kiedy wydaje się, że wszystko nabierze przyspieszenia, następuje wyciszenie i odzywają się klawisze. I można odnieść wrażenie, iż jesteśmy w przystani. To było jednak tylko uśpienie czujności, gdyż nagle wszystko staje się złowrogie, perkusja wali jak szalona i budzi się strach. „Knees to the Earth” zaczyna się dziwacznym galopem klawiszy z perkusją, do której dołączają się mocniejsze wejścia gitar. Wtedy szybkie tempo ustępuje rozmachowi i kopniakowi, by – jak zwykle – doszło do uspokojenia. Na krótko, riffy rozkręcają zabawę (gitara nawet świdruje), perkusja naparza z całej siły doprowadzając do mocnego finału.
„All The Steps I’ve Made” wydaje się być kontrastem dla poprzednich utworów, rozkręca się on bardzo powoli, a gitara delikatnie maluje obrazy. I tak w połowie głos biorą inne instrumenty, jednak robią to bez agresji i chamstwa, mimo silnego natężenia. Podobnie jest z „The Lifter” z minimalistyczną perkusją i silniejszym basem oraz rozmarzonym środkiem. „Traversing” zaczyna się od mocnego uderzenia, jednak będącego czymś w rodzaju echa, brzmiącym z daleka, ale to trwa krótko. Dalej jest już normalnie z cudowną elektroniką i agresywniejszymi gitarami nakładającymi się w połowie utworu. „Colour of Glow” intryguje elektronicznym basem na początku oraz cykaczami w tle (to najbardziej wyciszony utwór w zestawie).
A na sam koniec wisienki na torcie – przepiękny „We Are the Mirrors” z nieziemskimi gitarami wspieranymi przez kosmiczną elektronika oraz rozpędzoną sekcję rytmiczną. „Home” – utwór ku pamięci zmarłego w tym roku Piotra Grudzińskiego, gitarzysty Riverside – ma tak kozacką sekcję rytmiczną wspieraną przez delikatną gitarę, że nie da się nie wzruszyć. Po prostu odlot, a fani instrumentalnego gitarowego grania muszą nabyć ten album. Kwartet znowu jest w formie.
Ray Wilson dla wielu pozostanie ostatnim wokalistą Genesis oraz tym, który przeniósł się ze Szkocji do Poznania. Po trzech latach przerwy, wokalista i gitarzysta powraca z nowym materiałem, dedykowanym zmarłemu w zeszłym roku przyjacielowi, Jamesowi Lewisowi.
Dlatego cały ten album jest taki wyciszony i spokojny, co nie znaczy, że jest nudny. Wilson razem z kompozytorem, gitarzystą Uwe Metzlerem. Najważniejsza jest tutaj gitara akustyczna oraz delikatny głos Raya, co nie znaczy, że nic więcej się tu nie dzieje. Muzyka dzielnie wspiera fortepian („Over My Dead Body”), przewijająca się rzadko perkusja („Cold Light of of Day”) i gitara elektryczna (tytułowy utwór czy bluesowy „How Long Is Too Long” z Hammondami w tle), a nawet wejdzie saksofon („Tried and Failed”). Czasami wyczuje się tutaj ducha prog-rocka (singlowe „Not Long Till Springtime” czy jedyny cover w zestawie – „High Hopes”), pojawi się odrobina nadziei (melancholijne „Backseat Driving”).
Całość jest spójna i klimatyczna, choć nie jest to muzyka przyjemna w odbiorze. Wilson potrafi poruszyć takie struny, o których się zapomniało. Muzyka bardzo intymna, ale wciągająca.
Cugowski to jeden z dinozaurów polskiej sceny rockowej. Charyzmatyczny wokalista legendarnego zespołu Budka Sulfera po ogłoszeniu zakończenia działalności swojego zespołu, powinien przejść na emeryturę. Ale jak wiemy, ciągnie muzyka do studia i po 14 latach od poprzedniej solowej płyty, w zeszłym roku wyszedł nowy album Cugowskiego. I jest zaskoczenie.
Za produkcję odpowiada utalentowany pianista jazzowy – Stefan Gąsieniec. Nie znaczy to, że wokalista nagle zmienił entourage i z rocka przerzuca się na jazz. Jest po prostu głośniejszy i ostrzejszy niż by się początkowo mogło wydawać. Początek zaczyna się ostrymi riffami z wplecionymi Hammondami w tle, które (niestety) bywają lekko tłumione. I to tłumienie instrumentów bywa największym problemem. Natomiast piosenki i kompozycje to pozytywne zaskoczenie. „Ona” zaczyna się od ładnego akustycznego wstępu gitary (prawie jak country), by mocniej uderzyła perkusja z lekkim riffem i pazurem. Dla mnie jednak prawdziwymi petardami są mocny „Cień” ze świetnymi chórkami w refrenie, tytułowe numer niemal żywcem kopiujący „Kashmir” Led Zeppelin (ale nie stracił mocy) czy szybki, niemal grunge’owy „Milcz”. Dalej tez jest ciekawie – melancholijne „Szczęście” mogło powstać w studiu nagrane przez Marillion z ostatnich albumów (przepiękna gitara i sprytne perkusjonalia), wpleciona jak echo elektronika w „Nieskończenie” (perkusja z gitara robią cuda) czy finałowe „Na murze” z kapitalnym refrenem, który na stadionach robiłoby furorę. Tu nie ma słabych numerów.
Teksty nie są błahymi pierdołami, ale nawet ograną tematykę jak śmierć, samotność, nienawiść, przemijanie przedstawione są w niegłupi sposób, bez obrazy inteligencji słuchacza. Z kolei sam głos Cugowskiego, mimo upływu lat, jest mocny jak dzwon, ekspresyjny jak diabli i gdy trzeba zawyć, to wyje tak, że nikt mu nie podskoczy.
Cugowski, niczym Moc w ostatnich „Gwiezdnych wojnach”, przebudził się pokazując niesamowity potencjał tkwiący w tym głosie. Kooperacja z młodymi twórcami dała takiej energii, że można byłoby obdzielić kilka elektrowni. Jeśli pan Krzysztof ma kontynuować solowe działania, to liczę na kolejny album w takim stylu jak „Przebudzenie”. Jedna z przeoczonych produkcji roku 2015.
Kiedyś Big Cyc był jednym z najbardziej znanych prześmiewców współczesnej rzeczywistości. Ostatnie lata jednak są rozczarowujące, ale Skiba i spółka postanowili wrócić z materiałem świeżym. Czy „Czarne słońce narodu” jest warte uwagi?
Chyba tak, bo ekipa z Wybrzeża wraca do tego, co robiła najlepiej – szyderczego spojrzenia na obecną sytuację polityczną. Skibie i spółce też nie podoba się tzw. dobra zmiana. Jest punkowy bunt, zmieszany z chwytliwą melodyką. Całość jest dość krotka (tylko pół godziny), ale to w zupełności wystarczy. Nie brakuje też inspiracji Kultem (trąbki w „Antoni wzywa do broni”), chwytliwych refrenów („Płoną opony”) i czasami dosadnego języka, połączonego z szyderstwem. Dawno Dżej Dżej nie był tak wyrazisty, a kilka fraz („Polak na Polaka zawsze znajdzie haka”) zostanie w pamięci na długo w przeciwieństwie do ostatniego KSU. Big Cyc nie boi się panowie dołożyć Kaczyńskiemu („Czarne słońce”), przyłożyć w sprawie teczek (motorheadowy „Bolek”), piętnować hipokryzję („Jestem gotowy”), i jest przeciw PiS („Ja się nie zgadzam”), a wszystko zrobione z przymrużeniem oka. Chociaż tym razem ten śmiech, tkwi w gardle.
I nawet ta toporna muzyka pasuje do treści grupy. Kto by się spodziewał, że aby stworzyć jeden z najlepszych albumów w karierze, trzeba obejrzeć serwisy informacyjne. Może i za kilka lat zapomnimy o tym dziele, zapewne nie jest to nic odkrywczego, ale trzyma za pysk. Jestem zaskoczony.
Śpiewających aktorów jest cała masa, a jednym z bardziej wyrazistych w Polsce jest Paweł Małaszyński. Aktor kojarzony głównie z ról serialowych, od 12 lat jest frontmanem rockowej formacji Cochise, która wydała w zeszłym roku 4 album z dość niejasnym tytułem „Słońce świeci też dla jednorożców”. Już to mogłoby sugerować, że spodobałaby się Szeregowemu z „Pingwinów z Madagaskaru”.
Czuć tutaj klimat grunge’u podlanego metalem. Zaczyna się wolnym utworem tytułowym z zapętloną gitarą Wojciecha Napory, przypominająca dokonania Zeppelinów, by mocniej (w okolicy drugiej minuty) przyłoić perkusją i zmienić kompletnie klimat. „The Boy Who Lived Before” jest szybki i mroczny, a „I Don’t Care” nie powstydziłoby się w swoim dorobku Alice In Chains, a sekcja rytmiczna kosi. Spokojniejszy „Homeland” mogło nagrać Pearl Jam (nawet Paweł głosem przypomina Veddera), zaś „The Viper Room” z kapitalnym basem na początku wywołuje ciary. Konsternację może wywołać delikatny „Falling”, wywołujący skojarzenia z… Zakkiem Wyldem w jego spokojniejszych kawałkach. Dodatkowo nie boją się ubarwiać brzmienia dodatkami (melodia cyrkowa w – nomen omen „Circus”, elektronika i perkusja udająca bicie serca w niepokojącym „Perfect Place To Die” czy strzelanina w westernowym „Dead Man Wanted”), jednak nigdy nie tracą pazura oraz spójnego klimatu.
Sam Małuszyński ma mocny wokal, który świetnie współgra z mrocznym klimatem i pazurem brzmienia całej grupy. I trzeba powiedzieć krótko: nowy Cochise jest fantastyczne. Więc jeśli lubicie rockowe klimaty, zdecydowanie wyruszcie w tą podróż.